Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kacper Tomasz Lidzki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kacper Tomasz Lidzki. Pokaż wszystkie posty

Hierarchia wartości


Jestem, więc jestem.
Jestem człowiekiem.
Jestem katolikiem.
Jestem mężem.
Jestem ojcem.
Jestem Polakiem.

Kacper Tomasz Lidzki

Moje boje z tradycją: Wyznania

 Lśnij, potęgo Kościoła*
(Fot. MDK)

"Ten raz pójdę na Mszę tradycyjną, chociaż wolę <<nową mszę>>" - usłyszałem. Tak jakby nasze wolenie czy niewolenie miało istotny wpływ na to, co jest miłe Panu Bogu...

Powyższa wypowiedź świadczy o pewnym sukcesie nowej taktyki modernistów, którą można by w skrócie określić sformułowaniem: "dla każdego coś miłego". Ty, człowiecze, wolisz "po staremu" - prosimy bardzo, droga wolna. Masz swoje racje. A ty, człowiecze, wolisz "po nowemu" - i ty masz swoje racje.

Przypomina to nieco sytuację z anegdoty o rabinie, do którego przyszli kolejno mąż i żona. Każde z małżonków narzekało na drugą stronę związku. Rabin powiedział mężowi: "Masz rację". Następnie żonie: "Masz rację". Wreszcie opowiedział o tych wizytach i swoich reakcjach własnej połowicy. Ta skomentowała: "Przecież oni oboje nie mogli jednocześnie mieć racji". "I ty masz rację" - odrzekł rabin...

Kiedy zaczynałem chodzić na Mszę świętą przez duże "em", też tej liturgii z początku "nie czułem". Ale oto tu jest coś więcej niż człowiek i jego odczucia. Nie rezygnowałem. Chodziłem dalej.

(Zdałem też sobie w pewnej chwili sprawę, że tradycyjna liturgia może być szalenie wymagająca intelektualnie. Podobnie jak szalenie wymagająca intelektualnie jest traktowana z powagą katolicka wiara i nauka Kościoła).

W pewnej chwili coś "zaskoczyło". Ale to nie była "praca własna", czy też osobisty wysiłek umysłowy czy duchowy - które, swoją drogą, też są łaską...

Kacper Tomasz Lidzki

_____
* Aluzję zawdzięczamy JJ. Serdeczne podziękowanie!

Otwartość na dzieci - naturalnie.


Uczestniczyłem kiedyś dyskusji na temat tego, czy encyklika Humanae vitae była (i jest) potrzebna.
Z jednej strony pojawił się pogląd, że nie - nie była - głoszona od wieków nauka Kościoła dotycząca zasad moralnych w dziedzinie przekazywania życia ludzkiego nadal pozostaje w mocy i niczego jej nie brakuje - nie potrzebuje "rozwinięć" czy "wyjaśnień".

Z drugiej strony zaznaczyło się stanowisko podkreślające istotną potrzebę - ba! konieczność - napisania i publikacji encykliki - i to właśnie wtedy, gdy powstała i została ogłoszona: rewolucja seksualna, pigułka wczesnoporonna, aborcja na życzenie - Humanae vitae miało stanowić odpowiedź Kościoła na palące problemy lat sześćdziesiątych XX wieku (i kolejnych).

Dziś skłaniałbym się raczej ku stanowisku, że Humanae vitae to publikacja co najmniej niepotrzebna, a być może szkodliwa i niebezpieczna. Ku tej tezie skłania mnie odpowiedź na następujące pytanie: Czy wspomniana encyklika stanowi tylko przypomnienie (i - ewentualnie - rozwinięcie) tradycyjnej nauki Kościoła na temat przekazywania życia, czy też raczej lekko rewolucyjny wyłom w wielowiekowym nauczaniu?

Pojawia się obawa, że autorowi tekstu (podobnie jak wielu wpływowym w owym czasie w Kościele nowinkarzom) towarzyszyło przeświadczenie, iż - jak w innych dziedzinach nauczania Kościoła - tak i w tej "trzeba coś dodać" - nawet za cenę "lekkiego" wykrzywienia dotychczasowej nauki.

W Humanae vitae zaznacza się powracające jak bumerang zagadnienie "naturalnej" regulacji poczęć.

Pisze kardynał Montini:

"Jeśli więc istnieją słuszne powody dla wprowadzenia przerw między kolejnymi urodzeniami dzieci, wynikające bądź z warunków fizycznych czy psychicznych małżonków, bądź z okoliczności zewnętrznych, Kościół naucza, że wolno wówczas małżonkom uwzględniać naturalną cykliczność właściwą funkcjom rozrodczym i podejmować stosunki małżeńskie tylko w okresach niepłodności, regulując w ten sposób ilość poczęć, bez łamania zasad moralnych, które dopiero co wyłożyliśmy.
Kościół jest zgodny z samym sobą i ze swoją nauką zarówno wtedy, gdy uznaje za dozwolone uwzględnianie przez małżonków okresów niepłodności, jak i wtedy, gdy potępia, jako zawsze zabronione, stosowanie środków bezpośrednio zapobiegających poczęciu, choćby nawet ten ostatni sposób postępowania usprawiedliwiano racjami, które mogłyby się wydawać uczciwe i poważne. W rzeczywistości między tymi dwoma sposobami postępowania zachodzi istotna różnica.
W pierwszym wypadku małżonkowie w sposób prawidłowy korzystają z pewnej właściwości danej im przez naturę. W drugim zaś, stawiają oni przeszkodę naturalnemu przebiegowi procesów związanych z przekazywaniem życia. Jest prawdą, że w obydwu wypadkach małżonkowie przy obopólnej i wyraźnej zgodzie chcą dla słusznych powodów uniknąć przekazywania życia i chcą mieć pewność, że dziecko nie zostanie poczęte".

Zwróćmy uwagę na zamykający wywód fragment: "chcą mieć pewność, że dziecko nie zostanie poczęte". Takiej pewności nigdy nie będą mieli. Można mówić jedynie o próbach zwiększania lub zmniejszania prawdopodobieństwa poczęcia dziecka. Próby uzyskania w tym zakresie pewności są nie tylko skazane na porażkę - ale budzą podejrzenie, iż szukamy usprawiedliwienia dla mentalności antykoncepcyjnej. Mentalność owa polega na tym, że ustępujemy przed światem i przyjmujemy te same założenia, co on (motywacja: "żeby nie było dziecka", cel: "nie chcemy dziecka") - tylko dorabiamy sobie do tego zastrzeżenie: "ale my to zrobimy po katolicku".

Nic dziwnego, że w tych warunkach stosowanie metod zwanych "naturalnym planowaniem [cóż za obrzydliwy, techniczny termin rodem z głębokiego komunizmu!] rodziny" tak bardzo zbliża się ku (lub nawet równa) prymitywnej antykoncepcji.

Takie właśnie wrażenie można wynieść z uczestnictwa w tak licznych kursach antymałżeńskich (zwanych dla niepoznaki "małżeńskimi"), podczas których zarówno podważa się wiarę ("Jak w perspektywie postaw ekumenicznych rozumieć postać świętego Andrzeja Boboli?" "Czasy się zmieniły" - autentyczne pytanie i odpowiedź), jak i prowadzi propagandę "naturalnej antykoncepcji".

Uczestnicy kursów - dla których udział w nich oznacza nierzadko jedyną szansę na kontakt z Kościołem (a Kościoła z nimi) przez lata - są po wielekroć tak straszliwie krzywdzeni przedstawianiem im w krzywym zwierciadle prawdy katolickiej.

Jak to się stało, że tak wielu zaczęło reklamować "antykoncepcję po naszemu"?
Istotną rolę odegrała zapewne "reforma" (czy też "deforma") polegająca na usunięciu z Kodeksu Prawa Kanonicznego zapisu o hierarchii celów małżeństwa.
Owo "lekkie przesunięcie akcentów" przyniosło efekt na przykład w postaci par, które z rozmysłem podejmują próbę minimalizacji szansy na poczęcie dziecka przez pierwszych kilka lat po zawarciu związku.

Zniszczenie zapisu o hierarchii celów małżeństwa należy do owych zmian podyktowanych przez "ducha czasów" - bynajmniej, zdaje się, nie Świętego.

Spotkałem się z opinią, że wymaganie od katolików, by nie stawiali Panu Bogu barier w zakresie powoływania do życia nowych ludzi, to wzywanie ich do heroizmu (każdego można doń wezwać, ale nie od każdego można go wymagać).

Czy jednak postawienie sprawy następująco ~

Niemoralne jest, aby kiedykolwiek podejmować działania zmierzające do niepoczynania dziecka motywując to bezpośrednio i w pierwszej kolejności niechęcią do poczynania dziecka oraz rodzicielstwa jako takiego (z towarzyszeniem różnorakiej argumentacji: "bo jest nam tak dobrze", "bo będzie nam wygodniej", "bo mamy teraz czas dla siebie", "bo nas nie stać").

~ nie powinno raczej stanowić obowiązującej normy niż wezwania do nieobowiązującego "wyczynu" - szczególnego osiągnięcia?

Jak rozumiem sformułowaną powyżej zasadę?

Zakłada ona moralność powstrzymania się od współżycia z przyczyn medycznych - na przykład związanych z troską o zdrowie żony.

Wyklucza natomiast próbę minimalizacji poczęcia dziecka z jakichkolwiek innych przyczyn. "Naturalna antykoncepcja" (z zachowaniem, rzecz jasna, odpowiednich proporcji) kojarzy się z aborcją "z przyczyn ekonomiczno-społecznych". Takie porównanie to skandal! - mogą zakrzyknąć niektórzy. Ale nie zaprzeczą, iż cel i motywacja działania są w obu przypadkach takie same: "żeby nie było dziecka" oraz "przyczyny ekonomiczno-społeczne". Czyż nie daje to do zastanowienia?

Co więcej: Uczciwe postawienie sprawy i praktykowanie wstrzemięźliwości oznacza to po prostu całkowite powstrzymanie się od współżycia.

Dziecko ma prawo do poczęcia w warunkach miłości i (każdorazowo) radosnego oczekiwania na przyjęcie nowego człowieka, a nie w nerwach, sprawdzaniach śluzu i przy wtórze maszyn obwieszczających z towarzyszeniem zielonej czy czerwonej lampki: "dziś można" lub "dziś nie można" (zwą się one "testerami płodności" - w zależności od tego, czy planuje się "mieć dziecko", czy planuje się "nie mieć dziecka" nabywa się modele zaprojektowane do uskutecznienia wybranego planu).

Jak możemy uczciwie realizować wspomniane wyżej prawo dziecka idąc drogą "naturalnej antykoncepcji"? "Dziecko się pojawiło, mimo że <<uważaliśmy>>. Kochamy je i przyjmujemy, mimo że jest nieplanowane". Samo użycie słów "uważaliśmy" i "nieplanowane" jest już w kontekście zastanowienia nad istotą ludzką niepokojące.

Można poczynić pewną analogię między uczciwym powstrzymaniem się od współżycia z przyczyn medycznych a operacją kobiety, której dziecko rośnie poza macicą.

Zdarza się, że w toku operacji ratującej życie kobiety dochodzi do niezamierzonej bezpośrednio śmierci dziecka, rozwijającego się poza jej macicą. [Nota bene: są takie matki, które ciążę pozamaciczną nie tylko przeżyły, ale urodziły z takich ciąż zdrowe dzieci - warto chyba zgłębiać to zagadnienie (stanowi ono dyżurny wytrych zwolenników mordowania bardzo małych ludzi)]. Zatem celem operacji jest pewne dobro - a niezamierzonym towarzyszącym jej skutkiem może okazać się zgon dziecka.

Całkowitemu powstrzymaniu się od współżycia przez dany okres z przyczyn medycznych towarzyszy pewny skutek - niepoczęcie dziecka. Nie ma tu jednak mowy o towarzyszącym "naturalnej antykoncepcji" poczuciu z rodzaju: "a co to będzie jak się pojawi?". Nie ma tu mowy o zgoła technicznym traktowaniu swojego ciała ("badanie płodności" - "zadanie" spoczywające właściwie w całości na kobiecie). Jest pewne konkretne dobro, o który się staramy - i niezamierzone bezpośrednio skutki towarzyszące działaniu celem jego realizacji.

Kościół tradycyjnie pozostawiał wiernym szerokie pole do korzystania z danej im przez Boga wolności. Gilbert Keith Chesterton pisał, że Stwórca zbiór obowiązujących ludzi reguł ujął w formie zakazów (Dekalog) ze względu na to, iż dużo więcej rzeczy jest dozwolonych niż zabronionych, więc krócej i prościej będzie wymienić te niedopuszczalne.

Czy "otwieranie furtek" w zakresie współuczestnictwa w powoływaniu ludzi do istnienia nie ociera się już o grzech - zachowanie zakazane?

Próbując jak najprościej odpowiedzieć na pytanie: co daje nam otwartość na życie - pozbawiona zahamowań i usprawiedliwień z rodzaju tych proponowanych nam w Humanae vitae?

Poczucie i świadomość szczerej radości z tego, że nie stawiamy Panu Bogu barier, a On przy naszej współpracy w stosownej chwili (którą ostatecznie SAM obiera) obdarza nas wielką łaską rodzicielstwa.

Czy radość ta towarzyszy nam nie dlatego, że postępując nieledwie jak "Boży szaleńcy" bardziej liczymy na Jego Opatrzność niż na siebie samych?

Kacper Tomasz Lidzki

Gdzie są ojcowie?

















Przyjmowanie języka wroga i przyjmowanie, że "aborcja to sprawa kobiety", zastanawianie się wyłącznie nad "karalnością bądź niekaralnością kobiety" - stawia całe zagadnienie zabijania dzieci nienarodzonych w fałszywym świetle.

A gdzie karalność mężczyzny - ojca dziecka? A gdzie jego odpowiedzialność za poczętego człowieka i jego matkę?

Kacper Tomasz Lidzki


Evangelium mortis

Świętych Młodzianków, Męczenników, A.D. 2015

Encyklika Karola Wojtyły i jej pokłosie

Krzycząca apostazja (rys. Sztukmistrz)


Ileż szkód wyrządza takie postawienie sprawy:

Szczególny problem sumienia mógłby powstać w przypadku, w którym głosowanie w parlamencie miałoby zdecydować o wprowadzeniu prawa bardziej restryktywnego, to znaczy zmierzającego do ograniczenia liczby legalnych [sic!!! – przyjmujemy język przeciwnika?] aborcji, a stanowiącego alternatywę dla prawa bardziej permisywnego, już obowiązującego lub poddanego głosowaniu. Takie przypadki nie są rzadkie. Można bowiem zauważyć, że podczas gdy w niektórych częściach świata nadal prowadzi się kampanie na rzecz wprowadzenia ustaw dopuszczających przerywanie ciąży, popierane nierzadko przez potężne organizacje międzynarodowe, w innych natomiast krajach — zwłaszcza tych, które doświadczyły już gorzkich konsekwencji takiego permisywnego ustawodawstwa — pojawia się coraz więcej oznak ponownego przemyślenia sprawy. W omawianej tu sytuacji, jeśli nie byłoby możliwe odrzucenie lub całkowite zniesienie ustawy o przerywaniu ciąży, parlamentarzysta, którego osobisty absolutny sprzeciw wobec przerywania ciąży byłby jasny i znany wszystkim, postąpiłby słusznie, udzielając swego poparcia propozycjom, których celem jest ograniczenie szkodliwości takiej ustawy i zmierzających w ten sposób do zmniejszenia jej negatywnych skutków na płaszczyźnie kultury i moralności publicznej. Tak postępując bowiem, nie współdziała się w sposób niedozwolony w uchwalaniu niesprawiedliwego prawa, ale raczej podejmuje się słuszną i godziwą próbę ograniczenia jego szkodliwych aspektów.

Karol Wojtyła broni w tym fragmencie tak zwanego mniejszego zła. W myśl filozofii „aby mieć jakikolwiek wpływ na rzeczywistość” dopuszcza poparcie przez „katolickiego parlamentarzystę” [jak dobrze wiemy, nie ma kogoś takiego – więc sprostujmy: funkcjonariusza państwowego podającego się za katolika – to dopisałem ja, Zdrowy Wariat] zabijania pewnej kategorii ludzi.

Są takie zagadnienia, w których miejsca na dyskusję, dialog i kompromis nie ma; istnieje wyraźna granica: taką granicą jest ludzkie życie.

Dlatego żaden „kompromis aborcyjny” niech nie będzie nawet wspominany między nami.

Karol Wojtyła zdaje się wątpić w Bożą Opatrzność i być wyznawcą fatum; twierdzi bowiem: „jeśli nie byłoby możliwe odrzucenie lub całkowite zniesienie ustawy o przerywaniu ciąży” [podkr. moje – KTL]. Zawsze jest to możliwe. Nie wolno rezygnować ze sprawy tak fundamentalnej tylko dlatego, że wymaga być może wielkich wyrzeczeń.

Jak katolik mógłby i powinien reagować na fakt, że w świecie, w Polsce, być może w moim najbliższym otoczeniu wciąż morduje się niewinne dzieci?
Otóż zastanowienie nad rozwiązaniem katolickim, czyli odważnym, rozpoczęlibyśmy od stwierdzenia, że mamy moralne prawo bronić przed niesprawiedliwym napastnikiem siebie lub inną zaatakowaną osobę – posuwając się nawet do zadania napastnikowi śmierci. Przenosząc tę uniwersalną zasadę moralną na grunt naszych rozważań, dochodzimy do wniosku, że mamy moralne prawo bronić dzieci nienarodzonych zadając ich zabójcom lub potencjalnym zabójcom śmierć.

[Jako katolikowi jest mi autentycznie wstyd, że w Stanach Zjednoczonych, gdzie zdarzały się przypadki zbrojnego oporu przeciw mordercom w białych kitlach, rozmaite organizacje podające się za katolickie POTĘPIAŁY w swoich oświadczeniach tych, którzy nienarodzonych ludzi bronili.
Paul Jennings Hill. Dla mnie – bohater. Szkoda, że nie znaleźli się katolicy, którzy „wyręczyliby” Hilla w tym, co uczynił. To również ze względu na nasze tchórzostwo i bierność za obronę dzieci wziął się w sposób czynny protestant – mąż i ojciec trójki dzieci, które osierocił po tym, jak funkcjonariusze państwowi zamordowali go w „majestacie prawa” za chwalebny czyn, którego dokonał.]

„Nauczanie” Karola Wojtyły prowadzi na manowce. Jej pokłosiem (w skład tej pseudonauki wchodzi także programowy sprzeciw wobec kary śmierci) jest potępianie osób, które czynnie występują w obronie niewinnego człowieka, a jednocześnie przystawanie na to, że ktoś publicznie (na przykład podpisem pod „ustawą”) daje swoje placet zabijaniu nienarodzonych. Jest w tym jakaś szatańska logika, bez dwóch zdań.

Innym, jakże charakterystycznym, pokłosiem pseudofilozofii Karola Wojtyły jest wypowiedź pewnego kardynała:

[Pytanie]: Rząd przyjął projekt ustawy o leczeniu niepłodności, w tym także metodą zapłodnienia in vitro. Projekt został przygotowany przez Ministerstwo Zdrowia. Jak ksiądz kardynał ocenia ten projekt?

[Kardynał]: Nie oceniam projektu, bo na razie nie wiemy, jakiego kształtu on nabierze. Stale przypominam i jeszcze raz mówię, że z punktu widzenia doktryny Kościoła, moralności, in vitro jest metodą nie do przyjęcia. Bo dotyka podstawowej godności przychodzenia człowieka na świat zgodnie z naturą.
Mamy jednak sytuację, gdzie jest pełne bezprawie i bezkarność w praktykach in vitro. Brak jest uregulowań dotyczących mrożenia, przechowywania, selekcjonowania i niszczenia zarodków. Dlatego na gruncie stanowionego prawa każda próba znaczącego polepszenia istniejącego bezprawia jest przez Kościół dopuszczana.
Katoliccy politycy mają prawo i obowiązek dążyć do tego, by te rozwiązania maksymalnie zbliżone były do nauki Kościoła. Ale przypominam, dla katolika metoda in vitro wiąże się z zaciągnięciem winy moralnej.

Czyli: Kościół sobie – a życie sobie. Nauka i wiara zamknięte w kruchcie, a w „życiu publicznym” przekraczamy granice moralności i idziemy na kompromisy. Zamiast wezwania do czynnego oporu mamy propagandę wspierającą regulowanie metodą głosowania takich spraw, których głosować nie wolno.

Ciekawe, czy i jak Pan Bóg sformułuje kiedyś wobec każdego z nas pytania o wierność nauce Kościoła w wymiarze publicznym. Czy usprawiedliwi kogokolwiek tłumaczenie: „Tak, dałem swój podpis za ustawą, która przewiduje zabijanie jednej kategorii ludzi – ale nie dwóch kategorii. Miej mię za wymówionego”?


Kacper Tomasz Lidzki



Serdecznie przypominamy o zajęciach poświęconych Grze Endera
&
prosimy o poinformowanie nas mailem
(wirtualnewydawnictwowiwo[malpa]gmail.com)
o zamiarze uczestnictwa.
Pomoże to w przygotowaniu materiałów dla Uczestników spotkania.
 
 

Wirtualne Wydawnictwo Wiwo
serdecznie zaprasza Drogich Czytelników i Wszystkich Chętnych
na spotkanie pod tytułem
Czy Ender
mógłby normalnie
 żyć w społeczeństwie?
poświęcone powieści Orsona Scotta Carda pt. Gra Endera.
W zajęciach weźmie udział nasz Autor
Robert Kalinowski.

Zajęcia odbędą się w sobotę 23 stycznia A.D. 2016 w kościele p.w. św. Michała Archanioła przy ulicy Puławskiej 95 w Warszawie.

Spotykamy się o godzinie 14 w salce pod kościołem (drzwi na lewo od głównego wejścia).

Serdecznie prosimy o rozpowszechnianie wiadomości o zajęciach.

Do zobaczenia!
Redakcja

Dynia jest wielka

Wspomnienie Najświętszej Maryi Panny w sobotę po Niedzieli Chrystusa Króla, A.D. 2015 


To, co widzimy, współtworzy nasz świat i światopogląd – czy tego chcemy, czy nie.

Jeśli co dzień oglądam coś nienormalnego, to – nawet mając świadomość, że to nienormalne, oburzając się – złośliwie komentując – patrzę na to – karmię oczy chorym widokiem. I ten widok mi się utrwala.

Niektórzy doszli w malkontenctwie do takiego stanu, że celowo obcują z osobami, zjawiskami i miejscami, które – jak sądzą – wprowadzą ich w błogi stan niezadowolenia. Oglądają telewizję – po to aby ją krytykować. Słuchają durnych programów radiowych – aby „sprawdzić, co za głupotę dziś powiedzą”. Wchodzą na nielubiane portale internetowe – aby się zdrowo powkurzać. Idąc dokądś, wybierają taką drogę, aby zawsze mijać obrzydliwy budynek i z przekąsem stwierdzić: „Ależ to nieładne!”. Malkontenctwo owo może z czasem stać się drugą naturą człowieka.

Dlatego tak ważna jest dbałość o sensowność i czystość tego, co do siebie dopuszczamy, z czym obcujemy.

Dziś kilkunastoletnie dzieci opowiadają dowcipy o pedałach i innych zboczeńcach – tak, kawały te bywają śmieszne; ale fakt, że młodzi ludzie je opowiadają, świadczy o tym, że to już weszło do ich świadomości, oni już z tym żyją, to część ich świata.

Jeśli dzieci dostały od Kościoła i rodziców „szczepionkę” na chorobę toczącą współczesną rzeczywistość – to pół biedy; dużo gorzej jeśli chłoną nienormalność bezrefleksyjnie. Tak czy inaczej jedne i drugie OSWAJAJĄ się ze złem. A książę tego świata stara się jak może, aby człowieka otaczały chore idee, obrazy i słowa.

Nawet jeśli nie uznajemy pogańskiego święta, do obchodów którego szatan zachęca nas w Wigilię Uroczystości Wszystkich Świętych, znamy je – znamy jego nazwę, przynajmniej niektóre związane z nim zwyczaje, symbole... Tak silnie zakorzeniło się w naszych głowach.

Wpisowi temu towarzyszy fotografia przedstawiająca pewne smaczne warzywo. Miarę naszego zanurzenia w odmętach współczesności może stanowić odpowiedź na pytanie: jaka myśl przyszła mi do głowy w pierwszej chwili, gdy zobaczyłem to zdjęcie?

A Tobie, Drogi Czytelniku, z czym skojarzyła się w pierwszym odruchu tytułowa dynia?

Tekst: Kacper Tomasz Lidzki
Fotografia: Paweł Antoniewicz

Real wykastrowany (Barcelona też)

Św. Jana Leonardi, Wyznawcy, A.D. 2015
  

Real bez krzyża
to jak mercedes bez znaczka
(Fot. Terminator)

Jakże oni sami się podkładają!

Jakiś czas temu dwa słynne kluby piłkarskie – Real Madryt i FC Barcelona – wycofały ze swoich herbów motyw krzyża (Barcelona nie wszędzie, jakby kierowana powiedzeniem „Panu Bogu świeczkę, a Mahometowi ogarek”). W trosce o finansowe interesy zespoły starają się „nie drażnić” muzułmanów.

Jak mawia znajomy: życzymy szczęścia w życiu osobistym, społecznym, zawodowym i wiecznym. Aha, i jeszcze tego, aby koniec końców odpowiedzialni za te tchórzliwe decyzje nie obudzili się z ręką w nocniku, a nawet gorzej – z uciętą głową.


Kacper Tomasz Lidzki

MOJE BOJE Z TRADYCJĄ: Jaka Tradycja, taka sytuacja

Św. Bonifacego, Biskupa i Męczennika, A.D. 2015


Ponoć przedstawiciele ponoć katolickiej ponoć Tradycji proponują w Internecie kupno mantylek. Mantylka, wiadomo: element nieodzowny – bez tego Msza nie byłaby ważna. Bardziej serio: tylko ludzie płytko rozumiejący Tradycję robią z mantylki kamień węgielny Wiary.

To jednak drobiazgi. Teraz do rzeczy – poważniejszej.

„Tradycjonaliści” handlujący mantylkami na towarzyszącym stronie sklepowej blogu chwalą, oczywista, swoje wyroby. Wśród powodów, dla których – jak mniemamy – powinniśmy się nimi zainteresować, wymieniają i ten: dnia tego to a tego polityk, która czynnie współdziałała przy zamordowaniu nienarodzonego dziecka, wzięła udział w audiencji u „papieża Franciszka. W czasie tego spotkania miała na sobie znakomitej jakości czarną mantylkę dostarczoną przez nasz sklep”. No brawo!

Bardziej serio: albo bierzemy Tradycję razem z jej wymogami (a niepromowanie współsprawczyni zabójstwa – nawet celem zwiększenia sprzedaży i pozyskania mamony – można chyba do nich zaliczyć) poważnie, albo tylko się pod jej szyld podszywamy, stając tak naprawdę w szeregu wyznawców waluty, którą w swoim czasie nie pogardził jeden z Apostołów...

Kacper Tomasz Lidzki

P.S. Celem pogodzenia przedstawionych myśli z praktyką inicjuję bojkot wspomnianych „Tradycjonalistów”.

Dzwony żywe i martwe

Środa po I Niedzieli po Zesłaniu Ducha Świętego, A.D. 2015

Fot. MDK

Jeśli w dzwony biją na Anioł Pański albo na Mszę ludzie, świadczy to o żywotności danej parafii albo zgromadzenia zakonnego.

Jeśli do wydania dźwięku nie potrzebują obecności człowieka, ale tylko odpowiednio zaprogramowanej aparatury, klasztor albo kościół mogą być zupełnie puste i tylko udawać, że mnisi albo wierni gromadzą się na modlitwę.

Świadectwo autentycznego bicia w dzwony jest nie do przecenienia. To prawda, że pociąganie za sznur wymaga obecności kogoś żywego, punktualności, pewnej siły (może paru osób) – a to niełatwe. Nikt jednak nie gwarantował nam, że to, co prawdziwe i cenne, przyjdzie nam bez wysiłku.


Kacper Tomasz Lidzki

Z niektórymi NIE WARTO ROZMAWIAĆ

Czwartek wśród Oktawy po Zesłaniu Ducha Świętego, A.D. 2015


W dyskusjach uprawianych przez licznych dziennikarzy oraz ich gości wcale nie pojawia się kategoria prawdy. Uczestnicy debaty, a właściwie pyskówki, zamiast wspólnie dążyć do jej poznania, zarzucają siebie nawzajem oraz widzów, czytelników, słuchaczy – opiniami. Każdy wykrzykuje swoje, po czym wszyscy rozchodzą się do domów. Bez dojścia do prawdy, nawet bez próby jej poszukiwania – bez sensu.

Każdą właściwie dysputę publiczną należałoby rozpoczynać od postawienia każdemu z współrozmówców pytania: Czy uznaje Pan/Pani istnienie obiektywnej prawdy?
Jeśli odpowiedź brzmi „nie”, wychodzimy ze studia, odmawiając dalszego tracenia czasu.

Biorąc udział w publicznej dyskusji z człowiekiem, który istnienia prawdy nie uznaje, uwiarygadniamy jego postawę. Tolerowanie takich dysput skutkuje wprowadzaniem w błąd ich odbiorców.

Z niektórymi nie warto rozmawiać.


Txt Kacper Tomasz Lidzki
Rys. Sztukmistrz

Antykatolicki koncern medialny przedstawia: Święty Jan Nepomucen

Środa Suchych Dni po Zesłaniu Ducha Świętego, A.D. 2015


W ramach działu: Święty z sąsiedztwa

Tuż obok figury patrona dobrej spowiedzi pysznią się nad wejściem do siedziby korporacji wielkie litery – jej nazwa. A święty Jan ze spokojem wpatruje się w Ukrzyżowanego.

Koncern przyszedł, koncern przeminie...

Sancte Ioanne, ora po nobis!

Tekst: Kacper Tomasz Lidzki
Zdjęcie: Praktykant

Kościół zamknięty

Św. Andrzeja Boboli, Męczennika, A.D. 2015

 Szkoda, że
z zakrytym brzuchem,
bez dużego dekoltu,
w dłuższym niż mini i szorty odzieniu,
które ma rękawy,
nie jest przezroczyste
i nie zbyt obcisłe,
też do środka się nie dostaniemy

Śladem naszych publikacji: śladem tekstu Kacpra Tomasza Lidzkiego Kościół otwarty


Warszawa, rok 2015, dzień pracy, godzina nieszporna

Z bliska widzimy, że chodzi o odpowiedni strój. Z daleka –


– wydaje się, że napis może odnosić się do niemożności odwiedzenia Pana Boga w ogóle. Bingo! Wasz reporter drzwi zastał zamknięte.

Z.G.

P.S. Zdjęcie z ogłoszeniem kwalifikowałoby się właściwie również do rubryki PIĘKNY JĘZYK POLSKI: nikt normalny nie chce nikomu zabraniać wstępu do Kościoła; najwyżej do kościoła.

Wszyscy bądźmy fudamentalistami – w Prawdzie

Świętych Filipa i Jakuba, Apostołów, A.D. 2015

Czy islamski półksiężyc wdarł się na wawelski dziedziniec gwałtem i przemocą?  Nie, zaprosili go w ramach wystawy Sztuka Wschodu sami obrotni rządcy tego miejsca
(Fot. Terminator)

Z islamem walczy się niejednokrotnie powołując na stanowisko antyfundamentalistyczne. Tymczasem w ścisłym znaczeniu fundamentalizm to ‘tradycjonalistyczny i ortodoksyjny stosunek do wyznawanej religii’, ‘radykalizm w wyznawaniu jakiejś idei’, czyli najzwyczajniejsza w świecie nieobłudna wierność pewnym zasadom i usilne staranie o to, by stosować je w praktyce. Kluczowe pytanie brzmi: czy zasady, którym jesteśmy wierni i które głosimy, są prawdziwe?

Ludzie i stowarzyszenia zwalczające fundamentalizm jako taki nie są w walce z fałszywą religią naszymi sprzymierzeńcami. Staną się nimi dopiero, gdy zrozumieją, że islam jest zły, ponieważ opiera się na kłamstwie; nie zaś dlatego, że niektórzy spośród jego wyznawców ściśle trzymają się reguł nakreślonych przez, pożal się Boże w Trójcy Jedyny, „proroka”.

Bądźmy radykalni: sięgnijmy do korzeni zła. Nie liczmy na to, że przed muzułmańską nawałą obronią nas fundamentaliści niewiary w nic, czyli fundamentalistyczni ateiści.
Bądźmy radykalni: sięgnijmy do korzeni dobra. Islam trzeba zwalczać nie z pozycji antyfundamentalistycznych – lecz fundamentalistycznie katolickich.


Kacper Tomasz Lidzki

MOJE BOJE Z TRADYCJĄ: Modernizm ojca Pio

Św. Atanazego, Biskupa, Wyznawcy i Doktora Kościoła, A.D. 2015

„Kościół”, a raczej modernistyczna hala targowa
pod wezwaniem „świętego” (?) ojca Pio
(fot. Terminator)

„Święty ojciec Pio”... „Święta siostra Faustyna”... Lubimy te postaci, dlatego z łatwością, przyjemnością i radością dodajemy do ich imion słowo „święty”. Czy z równym ukontentowaniem przejdzie nam przez usta „błogosławiony Paweł VI” albo „święty Josemaría Escrivá”?

Z niektórymi świętymi łączy nas szczególna więź. Są nam wśród innych przebywających w Niebie osób najbliżsi. Bierzemy ich za wzór, szczególnie w tych aspektach życia, które są podobne naszym. Nie oznacza to, że pozostałych „mniej lubimy”; uważamy ich za godnych naśladowania – w zakresie tych obowiązków i zadań, jakie nałożyło na każdego z nich jego powołanie. O ile osobie duchownej łatwiej może przyjść odniesienie do postaci świętych kapłanów, o tyle ojciec rodziny może pozostawać w bliższej relacji na przykład ze świętym Józefem.
Wszystko to, oczywiście, sprawa bardzo indywidualna.
Niemniej zaryzykujemy stwierdzenie, że każdy ze świętych stanowi wzór – właśnie w zakresie tych obowiązków i w tej roli, w której postawił go Pan Bóg.
Na przykład Jan Maria Vianney jest świętym patronem wszystkich proboszczów ze względu na to, jak pełnił swoją posługę w parafii – nie zaś mimo tego albo obok tego. (Argument ten uderza w twierdzenia moich sympatyzujących z ideami anarchistycznymi kolegów z łamów, którzy twierdzą, że kanonizowani królowie katoliccy byli święci nie ze względu na to, jak pełnili monarszą służbę, ale raczej mimo tego, że ją pełnili).

Zapytajmy na zdrowy rozum: czy w okresie, gdy Karol Wojtyła zajmował Piotrowy tron, pełnił zadania papieża tak, jak oczekiwałby tego Pan Bóg – jak przystoi Głowie Kościoła? Czy troszczył się o chwałę Bożą i zbawianie dusz? Czy strzegł nienaruszalności wiary? Walczył o nawrócenie niewiernych? Czy wiernie wypełniał swoje powołanie?
Trudno przypuszczać, aby o „beatyfikacji” oraz „kanonizacji” Karola Wojtyły zadecydowało wyłącznie to, co zdziałał poza okresem pontyfikatu – decyzja o „wyniesieniu go na ołtarze” daje nam raczej sygnał, że należy naśladować Jana Pawła II w zakresie posługi Piotrowej.


To właśnie Karol Wojtyła w rewolucyjny sposób zmienił stosowaną przez wieki procedurę mającą USTALIĆ, CZY KTOŚ FAKTYCZNIE JEST ŚWIĘTYM, czyli dać odpowiedź na pytanie, czy jego dusza już przebywa z Bogiem w Niebie.
„Pozwolę ci zburzyć ten płot, lecz zanim to uczynisz, zastanów się, po co go postawiono” – pisał Chesterton. Wielowiekową i sprawdzoną metodę ustalania Prawdy o zbawieniu poszczególnych osób Karol Wojtyła jednym podpisem zastąpił „fabryką świętych”.

Liczni przedstawiciele tzw. Tradycji określają ojca Pio mianem „świętego”, mimo że przy jego „beatyfikacji” i „kanonizacji” korzystano z tych samych wątpliwych procedur co przy „beatyfikacji” Pawła VI, czy przy „kanonizacji” Jana XXIII – bo akurat ojca Pio lubią. Za Montinim i Roncallim nie przepadają – więc spuszczają nad nimi zasłonę milczenia.
Czy przyszłoby nam do głowy, aby milczeć, „wstydzić się” za któregokolwiek ze świętych kanonizowanych zgodnie z regułami stosowanymi przez Kościół i Papieży przez wieki?

Jak to jest, że – choć w ramach świętych obcowania nie łączy mnie z pewnymi zbawionymi duszami tak szczególna więź jak z innymi – jestem gotów wejść z wielką radością do świątyń pod ich wezwaniem? Czy mogę z równie czystym sumieniem i spokojnym sercem wniknąć do wnętrzności takiego miejsca, które poświęcono „świętemu Janowi Pawłowi drugiemu” albo „błogosławionemu Pawłowi szóstemu”?
Czy jesteśmy gotowi przyjąć, że Święta Matka Kościół przystaje na proceduralne dziadostwo i liczyć (w niekoniecznie świętej naiwności) na to, że faktycznie „przyklepuje” te zwane beatyfikacjami lub kanonizacjami wydarzenia, zatwierdzając je swoim autorytetem?
Czy może wciąż czekamy na orzeczenie Kościoła w sprawie świętości Francesca Forgionego, Heleny Kowalskiej, Karola Wojtyły, Giovianniego Montiniego etc. – ze wszystkimi konsekwencjami takiej postawy?
Osobiście pozostaję na razie pełnym wątpliwości i niedowierzającym

Kacprem Tomaszem Lidzkim

Normalnie – lokalnie

Świętego Józefa, Robotnika, Oblubieńca NMP, Wyznawcy, A.D. 2015

 „Artykuły regionalne” (sklep w Portugalii)
(fot. Paweł Schulta)

Jak doprowadzić do tego, aby nikt nie był „zmuszony” do pracy w dzień święty?

„Zmuszony” – nie w tym sensie, w jakim są do niej faktycznie zmuszeni strażacy czy lekarze. Wykonywane przez nich prace są konieczne – bo chorobie z rzadka zdarza się robić sobie w niedzielę wychodne, zaś pożary nie zawsze wybuchają na rozkaz.

„Zmuszony” – w tym znaczeniu, w jakim jest „zmuszany” do pracy sprzedawca w sklepie, w którym popełniamy w dzień święty zakupy. Dajemy tym samym sygnał, że w dniu, który powinien zostać poświęcony sprawom Bożym (do których zaliczyłbym również spędzanie czasu z najbliższymi), konieczne wydaje nam się jego zaangażowanie zawodowe.

W pewien niedzielny poranek prowadziliśmy z goszczącymi nas przyjaciółmi rozmowę na temat tego, czy godzi się kupić właśnie w ten dzień trochę chleba – zostało go już niewiele i mogło zabraknąć do obiadu. Zdania się podzieliły. Postanowiliśmy nieco odłożyć decyzję w czasie i udaliśmy się wspólnie na Mszę świętą.
Ksiądz wygłosił homilię i już miało nastąpić Credo, ale zanim kapłan podszedł do ołtarza i włożył manipularz, coś sobie przypomniał – i dodał: „Aha, jeszcze jedna ważna sprawa: dziś jest dzień święty i nie godzi się robić zakupów”. Problem nabywania w niedzielę chleba został zatem rozwiązany (a tak swoją drogą, pieczywa, które mieliśmy w domu do dyspozycji, w zupełności starczyło).

Czy potrzebujemy podróżować w niedziele, angażując w to innych? Maszynista metra czy pociągu, kierowca autobusu też powinni mieć możliwość, aby dzień święty święcić.
Raczej już winniśmy wybrać się tam, gdzie potrzeba, samochodem – ale i tu należy zachować pewną powściągliwość i rozsądek.
Cóż ma z kolei zrobić osoba, która autem nie dysponuje, a potrzeba udziału w godnie sprawowanej Mszy świętej wymaga od niej pokonania znacznego dystansu (kilkudziesięciu kilometrów na przykład)?

Najbardziej naturalne rozwiązanie powyższych zagadnień polegałoby na tym, aby wszystko, czego człowiekowi w dniu świętym potrzeba, było blisko.
Nie w imię wygody, ale normalności. Aby przynajmniej raz w tygodniu bez nadmiernego angażowania siebie i innych w rzeczy tego świata znaleźć się bardzo blisko rzeczy Bożych, aby mieć je „na wyciągnięcie ręki”.

Kacper Tomasz Lidzki

Dopisek F.L.Z.Fa: Rozważania powyższe prowadzą do następnych pytań: czy w dzień święty wolno „zmuszać” do pracy kucharzy i kelnerów w restauracji, do której udajemy się z rodziną na obiad? Co z aktorami, którzy wykonują w teatrze pracę niekonieczną i jak najbardziej fizyczną? A z muzykami dającymi płatny koncert? Jak zapatrywać się na działalność przykościelnych kiosków i księgarni, które chyba właśnie w niedziele notują największy obrót?

Żeby Francja była Francją

II Niedziela po Wielkanocy, A.D. 2015

Fot. MDK

Jakiś czas temu przetoczyły się przez Europę tak zwane „marsze solidarności z Francją”. Nazwa tych masówek skłania do tego, aby postawić pytanie: Co to jest Francja?

Obecnie to pogańska pustynia z nielicznymi oazami normalności. Te oazy to, oczywiście, miejsca, w których została wiernie zachowana wiara katolicka.

Aby Francja była Francją, aby stała się taką, jaka ma być w Bożym zamyśle, trzeba nawrócenia. Potępienia nie „zamachów” (bo zamachy same się nie dokonują) i „terroryzmu”, ale fałszywych religii, które ze swej natury prowadzą do niesprawiedliwych aktów przemocy.  Brania wreszcie na serio prośby kierowanej do Pana Jezusa w akcie poświęcenia rodzaju ludzkiego Jego Najświętszemu Sercu:
Królem bądź tych wszystkich, którzy jeszcze błąkają się w ciemnościach pogaństwa lub islamizmu, i racz ich przywieść do światła i królestwa Bożego.

Kacper Tomasz Lidzki


Błędna koncepcja

Czwartek Wielkanocny, A.D. 2015

Dzieci nie znajduje się w kapuście – współuczestnictwo w powoływaniu ich do życia powinno być wynikiem odpowiedzialnego działania małżonków, niezaburzonego mentalnością antykoncepcyjną

Czy w moim sklepie sprzedawalibyśmy jakiekolwiek środki działające antykoncepcyjnie?

Zgodzimy się co do tego, że niektórych produktów nie należy w ogóle sprzedawać. Na przykład środków wczesnoporonnych. Handlowanie czymś, co bezpośrednio sprzyja dokonywaniu morderstw nie znajduje żadnego usprawiedliwienia.
Nieuzasadnione jest porównywanie sprzedaży środków poronnych z oferowaniem broni palnej. Broni można używać do wyrządzania zła lub do przeciwstawiania się złu. Środków poronnych wyłącznie w celu zadawania niesprawiedliwej śmierci.

Nie ulega wątpliwości, że sprzedawca broni palnej staje wobec istotnych wyborów. Broń sama w sobie nie podlega ocenie moralnej. Ale już decyzja o sprzedaniu karabinu konkretnej osobie, której postępowanie w jakimś stopniu znamy i której zachowania możemy ze sporą dozą prawdopodobieństwa przewidzieć, nie jest moralnie obojętna. Widzimy różnicę między zbyciem rewolweru albo dubeltówki sąsiadowi, który jest człowiekiem odpowiedzialnym i będzie używał zakupionych sprzętów do chronienia swojej rodziny, polowania albo ćwiczeń z synem, a sprzedaniem broni funkcjonariuszowi państwowemu. Jako sprzedawca broni nie odpowiadam DO KOŃCA za to, co nabywca z nią zrobi, ale w jakimś sensie – tak.

Farmaceutyk sam z siebie może być neutralny. Dopiero sposób jego zastosowania oceniamy jako dobry lub zły.
Istnieją takie środki o działaniu antykoncepcyjnym, których używa się do leczenia. W takim przypadku działanie uboczne (antykoncepcyjne), o którym pacjenta się uprzedza, nie wpływa negatywnie na ocenę całego czynu (podjęcia leczenia i jego procesu).
Czy w związku z tym będę z bezkrytycznym spokojem wystawiać na półkach swojego sklepu środki antykoncepcyjne?

Zarzewiem tego artykułu była uwaga wygłoszona przez znajomego lekarza-katolika, który stwierdził, że brak logicznego uzasadnienia dla decyzji o niesprzedawaniu środków antykoncepcyjnych. Opinia owa intuicyjnie wydała nam się błędna, choć w chwili rozmowy nie potrafiliśmy znaleźć wystarczająco silnych i precyzyjnych argumentów na jej podparcie.
Teraz kilka przyszło nam do głowy.

Dlaczego środki antykoncepcyjne nazywają się „środki antykoncepcyjne”? Bo zazwyczaj służą w bezpośrednim zamierzeniu antykoncepcji. Jako osoby stojące twardo na ziemi zdajemy sobie sprawę z faktów: zdecydowana większość kupujących środki zwane antykoncepcyjnymi używa ich w grzesznym celu walki z czymś, co jest normalne i naturalne – z własną płodnością. Ale jeśli nawet większość nabywców posługuje się zakupionym towarem w sposób zły moralnie, czy można czynić go niedostępnym dla wszystkich i każdego z osobna (nawet dla człowieka faktycznie potrzebującego go do walki z chorobą, a nie z dzieckiem)?

Czy można odmawiać sprzedaży środków wczesnoporonnych, skoro nie wiemy w szczegółach o tym, jak nabywca ich użyje? Może wcale nie do zabijania bardzo małych dzieci? Może kupił po to, by postawić na półce w kuchni, bo opakowanie mu się podoba?
Stuknij się w głowę – przemówi przez kogoś realizm. – Po co kupuje się takie środki? Żeby sobie na półki stawiać w charakterze dekoracji?
Podobnie można odpowiedzieć zwolennikom tolerowania antykoncepcji w sprzedaży: Stuknijcie się w głowy. Po co kupuje się w aptece antykoncepcję?
A kondomy, które pysznią się na stacjach benzynowych czy w kioskach? Może posłużą za baloniki do zabawy dla dzieci? Nie wydaje nam się!

Poparcie dla bezrefleksyjnego sprzedawania antykoncepcji wygląda na dorabianie miałkiej ideologii dla usprawiedliwienia wątpliwego moralnie postępowania katolików, którzy znajdują zatrudnienie tam, gdzie artykuły wyrażające wrogość wobec dziecka i płodności są nie tylko sprzedawane, ale dobitnie eksponowane.

A może w obecnych polskich realiach katolik ma obowiązek wybierać szczególnie krytycznie: pewnych rzeczy odmawiać? w pewnych miejscach na konkretnych stanowiskach nie pracować? unikać tego, co ma choćby pozór zła?

Powracając na chwilę do tematyki zbrojeniowej: Zupełny brak krytycyzmu, a raczej umiłowanie mamony prowadzi do tego, że sprzedawca broni może niesprawiedliwie podżegać do krwawego konfliktu i starać się o jego podtrzymywanie; dostarcza wyposażenia wszystkim walczącym stronom, podsycając ich nienawiść względem siebie, aby opchnąć jak najwięcej oferowanych produktów.

Podobnie – lekceważące stwierdzenie, że tajemnica lekarska, że nie wiemy, w jakim celu ktoś kupuje antykoncepcję, że nie znamy człowieka i nie będziemy wchodzić mu z butami do życiorysu i historii choroby, mogą z łatwością stępiać sumienie i prowadzić do akceptacji zła.

Warto brać też pod uwagę fakt, iż działamy w świecie poniekąd wirtualnym – jego funkcjonowanie zaburza co dzień działanie architektów Nowego Wspaniałego Świata i państwowych urzędników. Dlatego z pragmatyzmem objawiającym się w gotowości („tylko”) tolerowania zła trzeba naprawdę uważać.

Rozwiązania, które stosuje się obecnie w zakresie sprzedaży środków antykoncepcyjnych, są dla nas, katolików, wysoce niesatysfakcjonujące.

Nasuwają się takie pomysły na poprawę sytuacji:
– leki o ubocznym działaniu antykoncepcyjnym powinny zostać schowane gdzieś na zapleczu, a nie narzucać się;
– należy starać się o to, aby sprzedawca (aptekarz) wiedział, że lekarz polecający pacjentowi nabycie danego farmaceutyku nie przepisywał środków o możliwym działaniu antykoncepcyjnym motywowany wrogością wobec dziecka, a tylko w celach leczniczych; pomocne są tu imienne wykazy lekarzy-katolików (na przykład: Wirtualna Przychodnia „Pro Vita”, Deklaracja wiary).


Kacper Tomasz Lidzki & Jan Lech Karski

_____

Serdecznie przypominamy
i zapraszamy na spotkanie pod tytułem
DLACZEGO KRÓLIK ŻRE KAPUSTĘ?
poświęcone twórczości Artura Grottgera.
Zajęcia poprowadzi nasz Autor Stanisław Falkowski,
a rozpoczną się one
w sobotę 18 kwietnia A.D. 2015 o godzinie 13
w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie.

Będziemy wdzięczni za poinformowanie nas drogą mailową
wirtualnewydawnictwowiwo@gmail.com
o zamiarze przybycia.