Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miron Ściegienny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miron Ściegienny. Pokaż wszystkie posty

ROZWAŻALNIK NIECODZIENNY: A my co?

Wspomnienie N.M.Panny w sobotę po XXIII Niedzieli po Zesłaniu Ducha Świętego, A.D. 2015

System zrobił nas w balona. A my co? (Fot. MDK)

Naprawę rzeczywistości można zacząć od naprawy nazw. Stadion tzw. "Narodowy", wcale nie jest narodowy, tylko państwowy, choć niektórzy bardzo chcą, abyśmy działali pod hasłem "Cały naród buduje swój stadion". Wyrósł z pieniędzy ukradzionych nam wszystkim, podatnikom, i wrósł w panoramę Warszawy. A my co?

Miron Ściegienny

ROZWAŻALNIK NIECODZIENNY: Na bazarze w dzień targowy

Św. Mateusza, Apostoła i Ewangelisty, A.D. 2015 


(Prawie) wolny rynek w działaniu

Gdyby na bazarze ktoś wypisał na kartce z ceną, że kilogram koszteli kosztuje dwa złote dziewięćdziesiąt dziewięć groszy, zostałby wyśmiany. A idę o zakład, że gdyby dodał złoty dziewięćdziesiąt dziewięć za szczypiorek i wystawił klientowi rachunek na cztery złote dziewięćdziesiąt osiem groszy, nie utrzymałby się długo na rynku.

Właśnie: na rynku; bo bazar w Polsce ma wciąż wiele wspólnego z wolnym rynkiem. Do ideału trochę mu brakuje, ale w porównaniu z koncesjonowanymi sieciami supermarketów, sklepami wyposażonymi w baterie kas fiskalnych etc. – jest bardzo swobodny.

Nie ma czasu na oszukiwanie się i głupie gierki: towar kosztuje dwa złote, trzy złote, cztery pięćdziesiąt albo trzydzieści. Można się – jak sama nazwa miejsca wskazuje – targować.

Klienci znają sprzedawców.

Transakcje z ręki do ręki pozwalają uniknąć tłumaczenia się trzeciej, nieproszonej stronie, czyli funkcjonariuszom państwowym.

Płaci się gotówką.

Ludzie to kupują.
Bezwiednie (w sensie: nie zawsze do końca świadomie) kupują wolny rynek.

Gdyby tak na większą skalę zastosować zasady obowiązujące na bazarze… Gdyby tak w innych dziedzinach…

Fałszywe reklamy

Tak, na bazarze można napotkać też (teoretycznie) oszustów – ale w marketach jesteśmy oszukiwani systemowo, z zasady; na targu trzeba by chyba wykazać się sporą naiwnością, aby zostać oszwabionym.
Jak oszukują i kręcą korporacje?
Ano tak na przykład:
Zestawienie cen z wielkimi liczbami 5 i 4 .
Oczywiście, z „technicznego” punktu widzenia wszystko jest w jak najlepszym porządku; ale intencja jest jasna: stworzyć wrażenie, jakby kupienie 300 gram produktu było znacznie bardziej opłacalne niż nabycie dwustu – poprzez napisanie „00” i „99” mniejszą czcionką. Drobne cwaniaczki!
Inni mądralińscy umieścili na stacjach metra taką reklamę:
Jasne, wakacje za 200 „złotych” (które wcale nie są złote, tak na marginesie)…

Któż mi czas powróci?

Policzono mi o kilkadziesiąt złotych więcej niż powinienem zapłacić. Zorientowałem się przy lekturze paragonu już po zapłaceniu w kasie. „Błędna cena”. Ale gdybym sam nie spostrzegł i się nie upomniał, zostałbym po prostu oszukany i cześć! A do tego jeszcze proces odzyskiwania „złotych” – obliczony na to, żeby klienta maksymalnie zniechęcić – jak w ogóle śmie upominać się o swoje. Pani z działu obsługi klienta (bo przecież nie pani w kasie: „To nie moja sprawa; ja tylko wstukałam w kasę – proszę iść do działu obsługi klienta!”) idzie „na market” z telefonem, żeby sprawdzić, czy klient czasem nie konfabuluje; wraca ze zdjęciem produktu i jego ceny – żeby nie było! W końcu wypisuje sążnisty dokument zwrotu pieniędzy. Ileż zachodu! Bezosobowość maszynerii, w której, nieszczęsna, biedne panie są tylko trybikami… I jeszcze jedno: któż mi stracony na odzyskiwanie „złotych” czas powróci?

Jeszcze jeden przyczynek do tego, aby wspierać solidną rodzimą i rodzinną przedsiębiorczość w postaciach pracowitych Polaków, którzy sami produkują i sami sprzedają to, co wytworzyli. Bez urzędników państwowych, bezpośrednio, bez „systemu” – za to sprawiedliwie, w wolności i z sensem.


Tekst: Miron Ściegienny
Zdjęcia: Praktykant

ROZWAŻALNIK NIECODZIENNY: Poza systemem

Św. Paulina, Biskupa i Wyznawcy, A.D. 2015

System jest dziurawy (oprac. Sztukmistrz)

W nawiązaniu do Rubryki kontrrewolucyjnej

W niektórych kręgach karierę robi obecnie słowo „antysystemowy”. „Antysystemowość” „antysystemowców” nie polega jednak, niestety, na wrogości wobec systemu jako takiego; oni chcieliby zniszczyć system obecny i na jego miejscu wznieść własny.

Dlatego lepiej mówić o potrzebie działania POZA SYSTEMEM. Pozasystemowość.
Aby uniknąć tworzenia własnego systemu, w którego szufladki chciałbym upchnąć poszczególnych ludzi, powinienem skupić się na przekształcaniu rzeczywistości wokół siebie, na odpowiednią skalę. Jak pokazuje nam przykład sławetnego studenta z Rejsu, istnieje niebezpieczeństwo tworzenia sobie czegoś takiego jak własny intymny świat – ale w naszym przypadku nie musi się tym skończyć. Można zbudować coś sensownego i trwałego wśród najbliższych, przyjaciół, znajomych... i umieć się ograniczyć. Co to znaczy?

Aby nie tworzyć własnego systemu – ale własną niezależną działalność; aby realizując z powodzeniem zadanie budowania świata bardziej Bożego (i przez to bardziej ludzkiego) w takim zakresie, w jakim przewidział to Stwórca, potrafić się pohamować i powiedzieć: „Mój lokalny sklepik odnosi sukcesy; mam stałych klientów, znam ich, potrafię im podpowiedzieć,  co nabyć, dbam o jakość towarów – sklepik cieszy się popularnością. Nie, nie założę kolejnej filii; nie zdołałbym być w obu miejscach równocześnie, ucierpiałyby na tym relacje z klientami, zacząłbym się koncentrować wyłącznie na maksymalizacji sprzedaży zamiast pamiętać o jakości produktów”. A więc skupiam się na solidnym wykonywaniu moich zadań w tym zakresie, w jakim otrzymałem je od Pana Boga, odkładając między bajki megalomańskie sny o potędze światowej i mając w pamięci, że było już Napoleonów wielu, ale zdrowy na umyśle chyba żaden.

W wyniku takiego „samoograniczenia się” i wykwitnięcia tysięcy lokalnych inicjatyw, powstaje porządek oparty o liczne naczynia połączone cieszące się dużym stopniem niezależności.
W takich warunkach łatwiej o kolejne działania pozasystemowe.

Pewien polityk stwierdził niegdyś, odnosząc się do demonstracji niezadowolonych Amerykanów: „Niech sobie maszerują, ile chcą – dopóki płacą podatki”.
Trafił w sedno. Zwrócił naszą uwagę na to, co najsilniej uderza w system: nie – krzyczenie o jego niesprawiedliwości, nie – manifestacje, nie – setki najbardziej naukowych i przekonujących publikacji i wystąpień; ale odcięcie jego funkcjonariuszy od środków umożliwiających im działanie. Gdy uda się to osiągnąć, te dotychczasowe darmozjady będą zmuszone podjąć pracę ocenianą przez wolny rynek jako potrzebna (pomyłka: wcale nie „zmuszone”; zdrowy, zdolny do pracy człowiek może się wałkonić – ale w społeczeństwie wolnorynkowym poważnie grozi mu śmierć z głodu).

I tu pytanie: czy nie jest czasem tak, że półgębkiem krzyczę przeciw systemowi, ale pełną gębą korzystam z państwowych dotacji i nie widzę w tym sprzeczności, a nawet jest mi z tym dobrze? Że oddaję systemowi to, czego system niesprawiedliwie się domaga, a swoje prawdziwe pasje – prawdziwe powołanie – realizuję „po godzinach”?

Jak to zrobić, aby dało się żyć i zarabiać na tym, co jest moim powołaniem, a nie stawać się trybikiem w machinie systemu, rzeczy faktycznie wartościowe robiąc jakby pokątnie?

Przede wszystkim wierzyć i mieć szerokie horyzonty. Zamyślać przedsięwzięcia na 5, 10, 20, 50 lat – myśleć długowzrocznie. W niedawnej rozmowie wysunąłem tezę, że sposób na naprawę Polski polega na tym, że w setce, tysiącu, stu tysiącach miejsc naszej ojczyzny pojawiają się zdrowe, oddolne inicjatywy.


Zapał w dążeniu do normalności mógłby podpowiadać nam, że trzeba zdobyć władzę polityczną, a następnie odgórnie wprowadzić mądre rozwiązania. Nic z tego. Nie da się. Z natury rzeczy wynika, że proces przywracania normalności rozpoczyna się od poziomu każdego człowieka, rodziny, społeczności lokalnej – dopiero później mamy naród i społeczeństwo. A zatem: Nie próbujmy w sztuczny i niesprawiedliwy sposób przyspieszać owego procesu. Sancte Ioseph, speculum patientiae, ora pro nobis!

(Bolączką czasów dzisiejszych jest powszechne lekceważenie znaczenia czasu; krótkowzroczności myślenia sprzyja niestabilność prawa i państwowo-bankowy kartel fałszerzy pieniądza, w zasadniczy sposób zaburzający wolny rynek).

W odpowiedzi na tezę przedstawioną trzy akapity wyżej słyszałem niejednokrotnie:  „Bądź realistą”; „To się nie uda”; „Trzeba by na to tysiąca lat”. Tysiąca? Niekoniecznie. Modlitwa, trud i ofiarność przynoszą błogosławione owoce – nieraz o wiele szybciej niż byśmy się tego po ludzku spodziewali.

Wbrew temu, co twierdził Cyryl Parkinson, jest coś bardzo ważnego w stwierdzeniu: „Wszystko zależy od Ciebie”. Oczywiście, trzeba wziąć poprawkę na to, że nie należy rozumieć go na sposób pogański – tak jakbyśmy stanowili o sobie na zasadach wyłączności, z pominięciem Pana Boga i bliźnich – ale jako wezwanie do mądrego przekształcania rzeczywistości i pamiętania o tym, że NASZE CZYNY MAJĄ SWOJE ZNACZENIE I KONSEKWENCJE.

Niewiele jest rzeczy boleśniejszych niż usłyszeć od kogoś bliskiego: „nie uda ci się” – zamiast choćby słowa zachęty albo propozycji konkretnej pomocy.

Właśnie dlatego chwilowo zdajemy się przegrywać. Lekce sobie ważymy własny wpływ na rzeczywistość („Cóż ja na to poradzę?”; „Nic się nie zmieni”; „Dalej tak będzie” i podobne malkontenctwa).

Chciałoby się zakrzyknąć: ludzie, poznajcie siłę swojego działania! UŻYJCIE NARZĘDZI, KTÓRE MACIE DO DYSPOZYCJI! SAMI TWÓRZCIE ZDROWE ŚRODOWISKO WZROSTU DLA WASZYCH RODZIN! NIECH DZIECI UCZĄ SIĘ ŻYCIA, A W STOSOWNYM CZASIE WYFRUWANIA Z DOMU, OD BLISKICH – NIE ODDAWAJCIE ICH DO ŻŁOBKA ANI DO PRZEDSZKOLA! W ODPOWIEDNIEJ CHWILI SAMI ZNAJDUJCIE DLA NICH SENSOWNYCH NAUCZYCIELI! GDY TYLKO SIĘ DA, UNIKAJCIE KORZYSTANIA Z PAŃSTWOWEGO „PIENIĄDZA” (kiedy na targu warzywnym po raz pierwszy usłyszę w odpowiedzi na pytanie o cenę pyrów: „pół grama złota” – będzie to widomy znak, że zaszły realne zmiany)! WOBEC WROGICH WAM PRZEDSIĘWZIĘĆ ZASTOSUJCIE PIĘKNE I SKUTECZNE NARZĘDZIE W POSTACI BOJKOTU! ZAŁÓŻCIE WŁASNY WARSZTAT PRACY!
Takim mniej więcej trybem (rozkazującym) krzyczą do nas barwne reklamy – których styl niekoniecznie chcemy naśladować; nie o reklamę tu jednak idzie, ale o życie.
Pamiętamy równocześnie, że nie same hasła zmienią człowieka – do zmian każdy potrzebuje dojrzeć we własnym wnętrzu.

Jak zatem walczyć z systemem? Każda zdrowa oddolna inicjatywa, nawet niedoskonała, jest krokiem w dobrym kierunku.
Kiedy znajomy mówił o tym, jak organizuje niezależny od władz państwowych egzamin maturalny, zwracano się do niego z pytaniem: „A kiedy zorganizuje Pan taki egzamin u nas?”. Otóż dowcip polega na tym, że TO WY SAMI POWINNIŚCIE TAKI EGZAMIN U SIEBIE ZORGANIZOWAĆ! Nie oglądając się na „centralę” (typowy, a jakże niszczący dla zdrowo rozumianej niezależności odruch), zastosować w praktyce metodę „oporu bez przywódcy”. Samemu. Na własną rękę. Oddolnie.

A system? Systemowi należy oddać to, co należy do systemu – podobnie jak cezarowi to, co należy do cezara. A co do nich należy? Nic.

Miron Ściegienny

ROZWAŻALNIK NIECODZIENNY: Z wizytą w sieciówce

Św. Juliany Falconieri, Dziewicy, A.D. 2015


Kiosk (kupuję bilet):
– A może miałby pan ochotę jeszcze na kawę?

Poczta (kupuję znaczek):
– Serdecznie polecam nasze ubezpieczenia.

Stacja benzynowa (kupuję paliwo):
– Proponuję coś na gorąco...

Spytałem panią w kiosku z bolesną szczerością:
– Czy mówi pani to od siebie, czy szefostwo pani kazało?
Sprzedawczyni odpowiedziała ze szczerością rozbrajającą:
– Szefostwo kazało.

Czyli to nie jest coś swojego; to nie życzliwy gest obsługi sklepu, która zna swoich klientów; to nie relacja OSOBY wobec OSOBY – to wymuszona uprzejmość, korporacyjno-sieciowy obowiązek.

I na koniec obligatoryjne „Miłego dnia!”. Równie automatyczne jak wcześniejsze propozycje opchnięcia klientowi czegoś jeszcze. Ani to prawdziwe, ani miłe.

Tekst i zdjęcie:
Miron Ściegienny

ROZWAŻALNIK NIECODZIENNY: Ambasadorowie

Poniedziałek po III Niedzieli po Zesłaniu Ducha Świętego, A.D. 2015



Gdyby Łukasz Makowski nie podzielił się tym, co dostrzegł w opowiadaniu Chestertona The Queer Feet, ten artykuł prawdopodobnie by nie powstał. Ale podzielił się. I – proszę. Oto go mamy (artykuł; nie naszego redakcyjnego kolegę, Łucjo).

Otóż w utworze naszego ulubionego GKC mamy do czynienia z przeznaczonym dla wybranych z wybranych Hotelem Vernon. Znajduje się on w ekskluzywnej londyńskiej dzielnicy Belgravia: haj lajf, bą tą, sawuar wiwr, pardą. Stoi na rogu Belgravia Square, jak można mniemać. Autor wspomina, że weranda hotelu wychodzi na ogród. Załóżmy, że hotel mieści się w budynku na południowym rogu placu – ogród istnieje tam i dziś. Ale posiadłość nie jest już hotelem. Co się w niej znajduje?

Ano ambasada „Królestwa Hiszpanii”.

Rozglądamy się wokoło: ambasady Republiki Niemiec, Norwegii, Bahrajnu, Turcji, Austrii...

Ta obserwacja przywodzi nam na myśl nasze własne kąty. U nas jest tak samo!

Najbardziej reprezentacyjne ulice Warszawy upstrzono siedzibami cudzoziemskich darmozjadów.
Dlaczego „darmozjadów”?

Otóż normalne stosunki międzynarodowe polegają na tym, że jeśli mam do obcokrajowca interes, to próbuję dojść z nim do porozumienia i realizować wspólny pomysł, na który dobrowolnie przystajemy.
Nienormalność polega na tym, że w naszą dobrowolną umowę usiłuje wtrącić się ktoś trzeci: pan prezydent, pan minister, czy pan ambasador.

Moim wrogiem nie jest ten czy tamten Niemiec, Francuz, czy Rosjanin jako taki – moim wrogiem jest funkcjonariusz władz państwowych: niezależnie od narodowości. To prawda, że wśród przedstawicieli pewnych nacji powszechniej niż wśród innych występuje zjawisko zatrudniania się na stanowiskach funkcjonariuszy państwowych oraz postawa czołobitności i służalczości w stosunku do nich, a w Rosji sowieckiej per saldo naprawdę żyło się gorzej niż w Stanach za reżimu Reagana – ale zasada pozostaje niezmienna. Co więcej, wynika z niej, że blisko mi do Węgra, Czecha czy Słowaka, który szanuje aksjomat nieagresji – a daleko do Polaka, który aksjomat nieagresji lekceważy (i na przykład zatrudnia się w państwowych służbach uzbrojonych).

Wracając do naszych bara... to znaczy: ambasadorów: ci przedstawiciele wielonarodowej klasy próżniaczej wygodnie urządzają się za nasze ciężko zapracowane pieniądze; i (o dziwo! – powiedzielibyśmy, gdyby faktycznie było to dziwne) żyją ze sobą całkiem nieźle. Czasem trochę na niby się kłócą. Niekiedy powiedzą coś ostrzejszego do kamery, ale ich rola na tym się kończy. Nie oni ponoszą konsekwencje decyzji podejmowanych przez siebie w cudzym imieniu bez niczyjej delegacji. (Ja im swojej delegacji nie dawałem – a Ty, Drogi Czytelniku?). Oni sobie wygodnie żyją i dzień w dzień świetnie się bawią.
Prawda jest prozaiczna, każdy o niej wie albo ją przeczuwa, wszyscy ją obserwujemy: politycy systemowo i systematycznie nas okradają, doprowadzają do wojen lub kryzysów; wtedy najgęściej giną chłopy, nie zaś prezydenci, ministrowie, czy ambasadorowie. Oni sami i podlegli im funkcjonariusze przy wsparciu dziennikarzy-klakierów nadal prowadzą światowe życie w blasku jupiterów.

Powiecie, że dobrowolne, anarchiczne relacje z cudzoziemcami to „utopia”.
A tymczasem poza tym, że tylko taką formę wzajemnych stosunków da się obronić na gruncie moralnym, mamy praktykę: a praktyka pokazuje, do czego prowadzi prowadzenie „polityki zagranicznej” przez ludzi brutalnie narzucających swoją władzę. Czego tak się obawiamy, że nie chcemy choćby spróbować innych rozwiązań?

Czas już najwyższy doprowadzić do powszechnego ignorowania „naszych” samozwańczych „przedstawicieli”; skutecznie wykurzyć państwowych ambasadorów z okupowanych rezydencji. Jeśli pozwolimy działać wolnemu rynkowi, ten wskaże, jak wykorzystane zostaną odzyskane od próżniaków wille i posiadłości. Można tuszyć, że na cele znacznie mądrzejsze niż potrzeby – jak ktoś to celnie i dosadnie określił – bandy stary<|┐ów, która bawi się w Indian.

Miron Ściegienny