Bruce Marshall "Chwała córki królewskiej" (33)
-----------------------------
Wirtualne Wydawnictwo WiWo szuka realnego (papierowego) wydawcy niniejszego tekstu, który byłby gotów wynagrodzić godziwą zapłatą osoby, które przyczyniły się do jego powstania. Zainteresowanych prosimy o kontakt mailowy na adres
wirtualnewydawnictwowiwo[malpa]gmail.com
-----------------------------
XXXIII
Nowy biskup obliczył, że od
czasu przybycia Polaków częstotliwość popełniania
najpopularniejszego spośród grzechów śmiertelnych wzrosła o
243,75%; stosownie do sytuacji nakazał więc, by polskim kapelanom
wojskowym przy każdej sposobności umożliwiano wysłuchiwanie
spowiedzi we wszystkich kaplicach i kościołach. Kanonik Smith był
z tego zarządzenia szczególnie zadowolony, nie był bowiem pewien,
czy jego nowi penitenci rozumieją zalecenia w języku francuskim –
od tego dnia, gdy świeżo rozgrzeszony polski major powiedział doń
w drzwiach kościoła: „Moja dziewczyna urodzi dziecko. To bardzo
miło. A po wojnie moja żona będzie bardzo zadowolona, gdy wezmę
dziecko z powrotem do Polski i powiem: «Zobacz, Wando, oto prezent
dla ciebie»”. Poza tym polski ksiądz zazwyczaj był w stanie
odprawiać zamiast niego poranną mszę w niedziele, co stanowiło
dla kanonika wielką pomoc, jako że był tak stary, a o młodych
wikarych było tak trudno.
Pewnego sobotniego popołudnia
we wrześniu 1942 roku kanonik Smith wyszedł ze swego konfesjonału,
podczas gdy polscy penitenci wciąż rozciągali się rzędami przed
konfesjonałem księdza Lidzowskiego. Stało też kilka rzędów
francuskich marynarzy, ustawionych w biało-niebieskie kolumny przed
konfesjonałem francuskiego księdza, jako że z Dunoon przybył
kapelan generała de Gaulle’a, bo w porcie znajdował się okręt
Wolnej Francji1.
Kanonik przez kilka minut przyglądał się z przyjemnością temu,
jak twardzi mężczyźni klękają, a potem wszedł na plebanię, aby
się przebrać, ponieważ obiecał kanonikowi Bonnyboatowi, że
odwiedzi go w Domu Księży Emerytów.
Wyszedłszy z kościoła,
twardzi mężczyźni już nie klęczeli, gdyż wespół z
dziewczętami w trapezowatych spódniczkach siłą torowali sobie
drogę do kolejki stojącej przed kinem signora Sarno, które obecnie
reklamowało dwie damy zwane Veronica Lake oraz Greer Garson2.
Cena za miejsce na parterze wynosiła teraz szylinga i dziewięć
pensów, na balkonie zaś – dwa szylingi i sześć pensów, a całe
kino znajdowało się w posiadaniu bardziej brytyjskim niż
kiedykolwiek, gdyż signor Sarno był teraz sierżantem Gwardii
Narodowej3
i maszerował za dudami kołyszącym krokiem doprawdy
charakterystycznym dla mieszkańców Ecclefechan4.
Ale gdy kanonik przechodził, signore
nie stał na schodach; kiedy natomiast ksiądz zaszedł do lodziarni,
aby nabyć przysługującą mu oraz kanonikowi Bonnyboatowi rację
czekolady, napotkał signore
za ladą; wydawał on przydziałową czekoladę mężczyznom w
jasnoniebieskich garniturach i dziewczętom w różowych bluzkach.
– Widzi wielebny ksiądz,
nie mogę być w dwóch miejscach naraz – wyjaśnił signor Sarno,
wręczając kanonikowi dwanaście tabliczek przydziałowej czekolady
Cadbury. – Per
Bacco, non sono facili le cose in questo tempo di guerra e di lotta5.
Dla sir Dugalda Ippecacuanhy
sprawy również zdawały się przybierać niełatwy obrót w owym
czasie wojny i walki – jak się okazało, gdy kilka minut później
kanonik wpadł na niego, gdy ten rozpłaszczał akurat twarz na
witrynie drogerii, omiatając łapczywie wzrokiem kostkę mydła
Palmolive.
– Narobił się piekielny
bałagan – powiedział kanonikowi. – Całe to gadanie o tym, co
zamierzamy zrobić po wojnie, jest niedorzeczne. Najpierw wygrajmy
wojnę, a potem będziemy mówić o tym, co zamierzamy zrobić. A
moim zdaniem jest na to tylko jeden sposób, który polega na tym,
aby zbombardować szkopów i makaroniarzy że ha – mężczyzn,
kobiety i dzieci.
Kanonik wymamrotał coś w
wymijającej odpowiedzi, bo bardziej nie wiedział już, co sądzić
o bombardowaniu kogokolwiek, niż był przekonany, że pan Stalin
nieświadomie broni doktryny o Niepokalanym Poczęciu; wiedział
jednak, że serdecznie nie znosi tanich przycinków i drwin,
kierowanych pod adresem wroga przez tę samą popularną prasę,
która w roku 1938 z entuzjazmem przyjęła Monachium, a w roku 1936
krzyczała: „unikać
kontynentalnych uwikłań”,
i z pewnością z taką samą zażartą ciemnotą propagowałaby
kolaboranctwo, gdyby w roku 1940 Hitler podbił Wielką Brytanię. W
rzeczy samej, jako uzupełnienie swojej argumentacji sir Dugald
pokazał mu egzemplarz bieżącego wydania „Trąbki Codziennej”,
która krzyczała w jednym z nagłówków: „teraz
im odpłaciliśmy”;
a w innym: „w
miastach na wschodnim wybrzeżu jest mnóstwo czekolady i fajek”.
W owych dniach ludzie musieli
czekać na tramwaje w kolejkach. Kanonik Smith ustawił się za matką
z dwójką dzieci. Połaskotał dzieciaki tak, że się roześmiały,
a matce zdawało się to nie przeszkadzać, chociaż z pewnością
wiedziała, że jest księdzem. „To jedna z zalet starzenia się –
pomyślał kanonik – ludzie przyjmują cię takim, jakim zawsze
byłeś; nawet kapłanom łatwiej przychodzi zachowywać się
publicznie w sposób świątobliwy, gdy są podeszli w latach”.
W tramwaju, który nadjechał,
panował tłok, ale konduktorka pozwoliła kanonikowi Smithowi stanąć
z tyłu i dzwonić zamiast niej dzwonkiem: jeden dzwonek –
przystanek; dwa dzwonki – ruszamy; trzy dzwonki – przejeżdżamy
pędem koło następnego przystanku, gdy nie możemy zabrać więcej
pasażerów. Konduktorka od zawsze wielce podziwiała katolików –
tak twierdziła – i ma w Glasgow przyjaciółkę, która zawsze
chodzi do kościoła ojców pasjonatów – tak jej się wydaje, że
się nazywają6
– i może kiedyś kanonik będzie tak dobry, by przybyć do
zajezdni i chlupnąć jej tramwaj wodą święconą – tak po prostu
na szczęście.
Kanonikowi bardzo podobało
się dzwonienie dzwonkiem, bo stanowiło tak wielką odmianę w
stosunku do jego codziennych obowiązków, lecz konduktorka
wyjaśniła, że na przystanku obok dworca nie wolno mu dzwonić na
znak, że tramwaj ma ruszyć, gdyż to zadanie należy do
zwrotniczego i jeśli nie pozwoli mu się zagwizdać gwizdkiem,
wybuchnie cholernie poważna awantura. Zaiste, dobrze, iż tak
właśnie było, bo kanonik i tak zapomniałby zadzwonić dzwonkiem,
ponieważ po przybyciu na stację okazało się, iż na bocznicy stoi
wagon pełen owiec, wydających z siebie dźwięki do złudzenia
przypominające śmiech profesora Joada w programie Trust
mózgów7;
i faktycznie, gdy tramwaj oddalił się z przystanku, zdawały się
mówić coś o „poszukiwaniu Absolutu”.
W owych dniach kanonik dzielił
swoich przyjaciół i znajomych na dwie kategorie: horyzontalnych i
wertykalnych. Horyzontalnymi byli ci, których znał tylko przez
krótki czas, wertykalnymi zaś – ci, których znał od dawna.
Pierwszoplanowymi osobami należącymi do drugiej z tych kategorii
byli Wielebna Matka i kanonik Bonnyboat – do obojga wpadał raz na
tydzień z wizytą, ponieważ lubili rozmawiać o tym samym, co i on;
bardziej współczuł jednak kanonikowi Bonnyboatowi niż Wielebnej
Matce, ponieważ biedny kanonik Bonnyboat mógł tylko kuśtykać o
lasce, podczas gdy Wielebna Matka była wciąż dziarska jak
dzierlatka.
Kanonika Bonnyboata zastał
siedzącego w skulonej pozycji w salonie Domu Księży Emerytów z
mnóstwem innych starych kapłanów, zbyt niedołężnych i
chromawych, aby nadal odprawiać mszę, chyba że przed ołtarzem nie
było stopni. Wszyscy starzy księża siedzieli, wyzierając
łapczywie na kanonika Smitha zazdrosnymi oczami, bo był on wciąż
na tyle sprawny, by chodzić tu i tam, udzielając sakramentów,
podczas gdy oni musieli siedzieć razem w zamknięciu, wysłuchując
wzajemnie swoich opowieści i czytając publikowaną przez „Tubę
Katolicką” powieść w odcinkach.
– I jak radzi sobie nowy
biskup? – spytał jeden z księży.
– Doskonale – powiedział
kanonik Smith. – Cieszy się dużą popularnością. Tak się
składa, że konsekruje mój kościół w przyszłym miesiącu.
Budynek jest już ukończony.
– W moich czasach
chłopaczków nie robiono biskupami – powiedział inny stary
ksiądz. – Biskupi zaś nie starali się o popularność.
Przeciwnie: im mniej byli popularni, tym pewniejsi, że pełnią wolę
Bożą.
– Biskupi zeszli na psy,
tak jak wszystko inne – powiedział kolejny stary kapłan.
– Pamiętam, że gdy byłem
młodym wikarym w County Cork8,
spotkałem wspaniałego biskupa, a miał on zaledwie trzydzieści
pięć lat i oczy niebieskie jak stworzony przez Boga firmament oraz
wielkie silne ramię, które z miejsca potrafiło podnieść z ziemi
konia z dwukółką – o, tak! – zaiste to potrafił –
powiedział pierwszy ze starych księży.
– Przyniosłeś czekoladę?
– zapytał kanonik Bonnyboat, łyskając łapczywie okiem, gdy
tylko znalazł się z kanonikiem Smithem na osobności w rogu salonu,
mając przed sobą planszę do chińczyka. Kanonik Smith wiedział,
że pytanie to tkwiło w głowie kanonika Bonnyboata przez ostatnie
dziesięć minut, ale nie chciał go zadawać, by nie ryzykować, że
będzie musiał podzielić się czekoladą z innymi księżmi. Bo od
kiedy kanonik Bonnyboat się zestarzał, stał się jednocześnie
zachłanny i tabliczka śmietankowej czekolady Fry’s znaczyła dla
niego więcej niż książka, którą miał pisać na temat obrzędów
Kościołów unickich.
– Coś ci powiem: zagramy o
nią – rzekł kanonik Bonnyboat, rozglądając się dla upewnienia,
że żaden z innych księży się nie przysłuchuje. – Ile
tabliczek jest w tym miesiącu? Sześć? W porządku, jeśli ja
wygram, dostaję nie tylko moje tabliczki, ale i twoje – razem
dwanaście; ale jeśli ty wygrasz, ty dostajesz dwanaście.
– Tak naprawdę nie
przepadam szczególnie za czekoladą, więc możesz wziąć moje
tabliczki bez grania o nie – powiedział kanonik Smith.
– Bzdura: zagramy o nie –
odrzekł kanonik Bonnyboat.
Zagrali o nie zatem i z
początku kanonik Smith zdawał się wygrywać, bo wyrzucał głównie
szóstki. Twarz kanonika Bonnyboata przybrała wyraz zaiste zbolały
i tylko coś burknął, gdy kanonik Smith spytał go o radę
dotyczącą organizacji celebry, gdy biskup przybędzie, by
konsekrować kościół Najświętszego Imienia; ale ostatecznie to
kanonik Bonnyboat zaczął wyrzucać same szóstki i nawet zbił
wszystkie cztery pionki kanonika Smitha, odsyłając je do bazy, tak
że ostatecznie wygrał dwanaście tabliczek czekolady. Kanonik Smith
ucieszył się, że kanonik Bonnyboat wygrał, bo od razu stał się
bardziej dawnym sobą i opowiedział kanonikowi Smithowi, jak pewnego
Bożego Narodzenia był w Hiszpanii na uroczystej mszy o świcie
odprawianej przez kardynała w rycie mozarabskim9.
1
Wolna Francja – utworzony w 1940 roku francuski ruch
polityczno-wojskowy kontynuujący walkę z hitlerowskimi Niemcami po
kapitulacji władz Francji; skupiony wokół generała Charlesa de
Gaulle’a.
2
Veronica Lake (właśc. Constance Frances Marie Ockleman)
(1922–1973) – amerykańska aktorka filmowa, teatralna i
telewizyjna; Greer Garson (1904–1996) – amerykańska aktorka.
3
W angielskim oryginale: Home Guard; w 1944 roku przekształciły się
w nią Ochotnicze Lokalne Oddziały Obrony.
7
C.E.M. Joad (1891–1953) – angielski filozof; popularyzował
filozofię m.in. w radiowym programie Brains
Trust, nadawanym
przez BBC w latach 40. XX wieku.
9
Ryt mozarabski, zwany również wizygockim lub hiszpańskim
stosowany był powszechnie na Półwyspie Iberyjskim do końca XI
wieku; obecnie żywy jest głównie w Toledo i Salamance.
Tłumaczenie: Łukasz Makowski
Projekty okładek: Sztukmistrz
(górna z wykorzystaniem zdjęcia
autorstwa Jana Wincentego F.)
-----------------------------
Wirtualne Wydawnictwo WiWo szuka realnego (papierowego) wydawcy niniejszego tekstu, który byłby gotów wynagrodzić godziwą zapłatą osoby, które przyczyniły się do jego powstania. Zainteresowanych prosimy o kontakt mailowy na adres
wirtualnewydawnictwowiwo[malpa]gmail.com
-----------------------------
Bruce Marshall "Chwała córki królewskiej" (32)
-----------------------------
Wirtualne Wydawnictwo WiWo szuka realnego (papierowego) wydawcy niniejszego tekstu, który byłby gotów wynagrodzić godziwą zapłatą osoby, które przyczyniły się do jego powstania. Zainteresowanych prosimy o kontakt mailowy na adres
wirtualnewydawnictwowiwo[malpa]gmail.com
-----------------------------
XXXII
Biskup zostawił po sobie w
spadku sto siedziemdziesiąt osiem funtów, trzy szylingi i cztery
pensy i powierzył całą tę sumę kanonikowi Scottowi, „aby ten
użył jej w celu nawrócenia Szkocji na Prawdziwą Wiarę”.
Większość kanoników sądziła, że do załatwienia tej sprawy
potrzebna będzie nieco większa suma, ale umieścili nazwisko
kanonika Scotta na pierwszym miejscu wśród trzech, które wysłali
do Rzymu, a papież zgodził się z tym, że powinien on zostać
nowym biskupem, choć liczył sobie dopiero trzydzieści cztery lata,
a wszyscy odczuli wielkie zadowolenie, bo wiedzieli, że takie było
życzenie Biskupa, ponieważ w innym przypadku nie zostawiłby
młodemu człowiekowi wszystkich tych pieniędzy.
Hałaśliwi ulicznicy, dla
których monsignore O’Duffy nadmuchiwał balony w roku 1927,
umierali w Libii, gdy nowy biskup został konsekrowany w prokatedrze
w uroczystość świętych Filipa i Jakuba roku 1942 coram1
lady Ippecacuanhy w zielonym mundurze WVS2.
Konsekratorem był biskup Iony i Lochs, a także kuzyn kanonika
Smitha z Anglii, który był snobem; konsekratorów musiało być
dwóch, aby mieć pewność, że Duch Święty zostanie przekazany
właściwie.
Później miał miejsce
wystawny obiad w Carlton-Elite, bo, choć trwała wojna, nie co dzień
zdarzało się, aby młody, trzydziestoczteroletni człowiek zostawał
biskupem. Sędziwy James Scott siedział przy głównym stole,
wciśnięty między biskupa Iony i Lochs a snobistycznego sędziwego
biskupa z Anglii, który był snobem, tylko że tym razem nie musiał
mieć na sobie munduru tramwajarza, ponieważ nie pełnił funkcji
zwrotniczego już od dwóch lat, a zresztą i tak prawdopodobnie
pozwolono by mu na dzień urlopu. Pani Scott także siedziała przy
głównym stole, ale nie zdążyła kupić sobie nowego kapelusza, bo
nie wiedziała odpowiednio wcześnie, że jej syn ma zostać
biskupem, i pozwoliła, aby skończyły jej się kartki3.
Obecnych było także kilku umundurowanych polskich, francuskich i
czechosłowackich oficerów, ponieważ Kościół lokalny był w tych
dniach bardzo międzynarodowy. Nie był jednak obecny biedny kanonik
Bonnyboat, który mieszkał teraz w Domu Księży Emerytów, bo trzy
miesiące wcześniej przeszedł udar; bardzo nieszczęśliwie się
złożyło, że właśnie wtedy, a mógł przecież zapobiec
popełnieniu przez ich wielebności całkiem sporej liczby lapsusów
podczas konsekracji. Obecna była za to Elvira, bardzo ładniutka w
mundurze podporucznika służby terytorialnej, bo zrezygnowała z
występowania w filmach i wróciła do domu, by zaciągnąć się do
ATS. Kanonik Smith siedział koło Elviry i myślał, że wygląda
piękniej niż kiedykolwiek, ale ona wciąż twierdziła, że nigdy
nie wyjdzie za mąż; powiedziała jednak, że po zakończeniu wojny
może zostanie zakonnicą, jeśli dojdzie do wniosku, że
wystarczająco kocha Boga.
Mielonka konserwowa była
znakomita i kanonik Smith czuł się świetnie, gdy wstał, by
wznieść toast za zdrowie nowego biskupa i życzyć mu: ad
multos annos4.
Zaczął od stwierdzenia, że sądzi, iż ma szczególne prawo
wznieść toast, ponieważ trzydzieści cztery lata wcześniej
osobiście ochrzcił jego wielebność, a nie każdy kapłan może
chlubić się tym, że widział jak dzieci przemieniają się w
biskupów. Nie muszą się jednak obawiać: nie ma zamiaru wygłaszać
długiej przemowy, bo nie ma takiej potrzeby, ponieważ zalety nowego
biskupa są wszystkim bardzo dobrze znane. Wszystko, co ma zamiar
powiedzieć, to to: ich poprzedni biskup był wspaniałym i mądrym
zarządcą, a jego główną troskę stanowiło, aby diecezja, którą
tak bardzo kocha, miała wspaniałego i mądrego zarządcę, gdy
umrze. To jedynie w tym znaczeniu chrześcijanin miał prawo mieć
ambicje: ambicje wykonania pracy, nie zaś ambicje osobiste.
Prawdziwy poeta troszczy się tylko o to, aby pisano wspaniałą
poezję, nawet jeśli to nie on sam miałby ją pisać. Tak samo jest
z kapłanami. Dobrzy kapłani troszczą się tylko o to, aby migocący
płomień przekazywano dalej, odpalając od siebie kolejno świeczki,
nie zaś o to, aby oni sami mieli być tymi świeczkami. Biskupi są
wybranymi świeczkami Boga, latarniami, które przez wieki rozpalał
On Duchem Świętym i które potem przekazują ten płomień innym.
Jest pewien, że nowy biskup będzie miał tę świadomość, idąc
procesjonalnie w purpurze i złocie nawami ich kościołów;
świadomość, że on sam obróci się w proch, ale chwała Boża,
którą dźwiga na swoich barkach, będzie jaśniała po wieki. Czuł,
że jest jeszcze coś, co powinien powiedzieć, ale nie potrafił na
to wpaść, więc tylko życzył nowemu biskupowi długiego i
szczęśliwego życia, a potem usiadł.
– Mój drogi Tomaszu, nie
miałem pojęcia, że taki z ciebie orator – powiedział
snobistyczny kuzyn kanonika, gdy stali w szatni, zapinając płaszcze.
– Prawdę mówiąc, mój drogi stary, marnujesz się w tych
barbarzyńskich stronach. Powinieneś był przyjechać do Anglii:
zaszedłbyś o tyleż dalej.
– Chcę, aby to Kościół
zaszedł daleko – powiedział kanonik Smith, a potem zmienił
temat; nie chodziło mu wszak o to, by robić snobistycznemu
biskupowi afront.
Tłumaczenie: Łukasz Makowski
Projekty okładek: Sztukmistrz
(górna z wykorzystaniem zdjęcia
autorstwa Jana Wincentego F.)
-----------------------------
Wirtualne Wydawnictwo WiWo szuka realnego (papierowego) wydawcy niniejszego tekstu, który byłby gotów wynagrodzić godziwą zapłatą osoby, które przyczyniły się do jego powstania. Zainteresowanych prosimy o kontakt mailowy na adres
wirtualnewydawnictwowiwo[malpa]gmail.com
-----------------------------
Bruce Marshall "Chwała córki królewskiej" (31)
-----------------------------
Wirtualne Wydawnictwo WiWo szuka realnego (papierowego) wydawcy niniejszego tekstu, który byłby gotów wynagrodzić godziwą zapłatą osoby, które przyczyniły się do jego powstania. Zainteresowanych prosimy o kontakt mailowy na adres
wirtualnewydawnictwowiwo[malpa]gmail.com
-----------------------------
XXXI
Jakub Michał Gabriel, z łaski
Bożej i woli Stolicy Apostolskiej Jego Wielebność Biskup Diecezji,
umierał w swoim pałacu, który stanowiła willa-bliźniak na ulicy
Johna Knoxa. Otrzymał rozgrzeszenie i przyjął komunię świętą.
Jego zmęczone stare ręce, stopy, uszy, oczy, usta i nos zostały
namaszczone świętymi olejami, które sam pobłogosławił we
własnej katedrze w Wielki Czwartek. Skrzeczącym głosem wyrecytował
po raz ostatni Credo,
wyznając, że wierzy w święty Kościół katolicki, grzechów
odpuszczenie i żywot wieczny. Wokół jego łóżka klęczeli
kanonicy w swoich wielkich butach, a kanonik Muldoon czytał głośno
modlitwy za konających. Wszyscy kanonicy byli teraz również
starymi ludźmi; mieli pofałdowane zmarszczkami twarze, a z uszu
wyrastały im kępki włosów – oczywiście, za wyjątkiem Józefa
Dominika Alojzego Kanonika Scotta, który, mimo że liczył sobie
dopiero trzydzieści trzy lata, był prawdziwym księdzem na schwał.
„W imię Aniołów i Archaniołów; w imię Tronów i
Zwierzchności; w imię Księstw i Potęg; w imię Mocy, Cherubinów
i Serafinów; w imię Patriarchów i Proroków”... Gdy kanonik
Smith słuchał kanonika Muldoona, wypowiadającego z ciężkim
szkockim akcentem grzmiące słowa Kościoła, zastanawiał się, ile
czasu jeszcze minie, zanim te same słowa wypowiedzą nad nim. Potem
Biskup wyszeptał z łóżka, że chciałby ich wszystkich przed
śmiercią pobłogosławić, więc kanonicy jeden za drugim
podchodzili i klękali, podsuwając głowy pod jego dłoń.
– Ego
te benedico in nomine Patris, et Filii, et Spiritus Sancti1
– powiedział Biskup do kanonika Poustiego. – Franciszku Ksawery,
idź w pokoju. – Oczy kanonika Poustiego były tak zamglone łzami,
że wracając na swoje miejsce, niemal potknął się o kanonika
Dobbiego, ale kanonik Dobbie całkowicie to rozumiał, bo sam też
płakał.
Dla większości zgromadzonych
Biskup miał również specjalne przesłanie, jak dla kanonika
Bonnyboata, któremu powiedział: „Krzysztofie, idź w pokoju. Być
może w przyszłym świecie lepiej pójdzie mi noszenie mitry niż w
tym i dziękuję ci, że tak często mnie poprawiałeś”.
Kanonikowi Muldoonowi powiedział: „Idź w pokoju, Alojzy Patryku
Franciszku; mam nadzieję, że znajdą się pieniądze na te nowe
organy”. Kanonikowi Sellarowi powiedział: „Idź w pokoju,
Jakubie. Przykro mi, że nie będę mógł przewodniczyć
czterdziestogodzinnemu nabożeństwu w twoim kościele”. Kanonikowi
Dobbiemu powiedział: „Idź w pokoju, Piotrze; mam nadzieję, że
nowy kij golfowy dobrze się sprawi”. Kanonikowi Smithowi
powiedział – tak jakby ich dyskusja o poezji toczyła się
wczoraj, nie zaś trzydzieści trzy długie, pokryte kurzem, owiane
zapachem benzyny lata temu – „Idź w pokoju, Tomaszu Edmundzie.
Aby świat był bezpieczny, młodzieniec musi żyć swoją poezją,
jak również ją szeptać; dziękuję ci za to, że tak często
miałeś rację, gdy ja się myliłem”. Ale to kanonikowi Scottowi
powiedział najwięcej; po tym jak go pobłogosławił, położył
rękę na ramionach młodego człowieka i mówił mu o wielu
sprawach, które istotnie musiały być bardzo świątobliwe,
ponieważ szeptał je tak cicho, że nikt inny nie zdołał ich
usłyszeć.
– Deus misericors, Deus
clemens...2
– zaczął się ponownie modlić kanonik Muldoon, gdy Biskup
skończył mówić, lecz Biskup wyszeptał, że nie jest jeszcze
całkiem gotów, by umrzeć, i chciałby powiedzieć do nich
wszystkich parę słów.
Po pierwsze, poprosił
zgromadzonych o przebaczenie wszelkiej opryskliwości,
niesprawiedliwości oraz braku zrozumienia, jakimi mógł zawinić,
mówiąc, że czasami nie jest łatwo być biskupem, bo choć biskup
ma do pomocy Ducha Świętego, w większości spraw pozostaje zwykłym
człowiekiem skłonnym do popełniania błędów, ponieważ taka jest
Boża droga budowania Kościoła: wznoszenie go z chybotliwych
ludzkich desek i rozrzuconych kawałków drewna, które Pan Bóg
znajduje po świecie. Po drugie, powierzył ich pieczy, myśli i
miłości diecezję, którą kochał i zarządzał przez ponad
trzydzieści pięć lat. W szczególności nałożył na nich
obowiązek szukania pomocy niebios w kwestii wyboru swojego następcy,
ponieważ jego zadanie będzie trudne w świecie, który zdawał się
nie rozumieć, że znajduje się w stanie wojny tylko dlatego, iż
ludzie nie byli gotowi dalej praktykować tej powściągliwości,
umiaru i posłuszeństwa, z których wyrosła ich cywilizacja. Po
trzecie, poprosił ich o wytrwanie w ich własnym powołaniu. W
obliczu olbrzymiej obojętności ludzi trudno było niekiedy poczuć,
że to, co człowiek mówi z ambony, na coś się zdaje. Gdy
pomyślało się o wszystkich kazaniach, jakie głoszono każdej
niedzieli na całym świecie, i zważyło na panujące dziś w
ludzkich sercach zgorzkniałość i nienawiść, istniała pokusa
dojścia do wniosku, że Kościół Boży zawiódł. Lecz Kościół
Boży nie zawiódł, ponieważ Bóg obiecał, że nawet bramy
piekielne go nie zwyciężą3,
a poza tym jego misja została ustanowiona w wieczności, nie zaś w
czasie. To prawdopodobnie oni zawodzili jako kaznodzieje, nie zaś
świeccy jako słuchacze. Być może prawda była dla nich za wielka
i przedstawiali ją swymi wargami nieporadnie. Biskup miał pewność,
że przynajmniej jego stary przyjaciel kanonik Smith zrozumie, co ma
na myśli, cytując zdanie, które przeczytał niegdyś w książce
autorstwa człowieka nazwiskiem Thornton Wilder4,
w którym stwierdzał on, że religię zgubiła retoryka. Być może
myśleli i przemawiali, posługując się zbyt często formułkami,
opakowując Chrystusową prawdę w werbalne frazesiki, zamiast samemu
przykrawać i dopasowywać pojedyncze wymowne słowa. Niech pozwolą,
że da im przykład z języka świeckiego. Pierwszy dzikus, który
ukuł zwrot „biały jak śnieg”, był zarówno oryginalnym
myślicielem, jak i poetą, ale tysiące milionów powtórzeń tego
porównania w wykonaniu ludzi bezmyślnych pozbawiło je nie tylko
piękna, ale również znaczenia. To samo dotyczy spraw świętych.
Świeccy tak bardzo przyzwyczaili się do wysłuchiwania, jak
bombarduje się ich pewnymi zwrotami, że mogą siedzieć i słuchać
nieporuszeni. Albo, co gorsza, obycie z tymi słowami, monotonia
łączenia ze sobą tych samych dźwięków pobudzały ich do
obojętności na religię i uśmiercały jakiekolwiek pragnienie
współdziałania z łaską uświęcającą. Nie będzie ich prosił,
aby zostali poetami, bo cyzelowanie, formowanie i ustawianie słów w
doskonałym szyku było szczególnym darem od Boga, i to takim, który
nie udziela się kapłanom jednocześnie z nałożeniem na
konsekrowanego rąk; ma jednak zamiar zasugerować im, aby pisali
swoje kazania słowo po słowie zamiast zwrot po zwrocie. Nie może
przepisać im w tym względzie żadnych prawideł, lecz chciałby
doradzić, żeby w pewnych sytuacjach mówili raczej „Kościół”
zamiast „nasza święta matka Kościół”, „miłosierdzie”
zamiast „nieskończone miłosierdzie”, „Wielki Post” zamiast
„pokutny okres Wielkiego Postu”, co będzie o wiele bardziej
znaczące, ponieważ przymiotniki mogą nie tylko precyzować, ale
paraliżować znaczenie rzeczowników. Na koniec podziękował im za
to, że są tak dobrymi kapłanami, w dyskretny sposób
odzwierciedlającymi męczeństwo Chrystusa w surowości swojego
codziennego życia. Poprosił, aby modlili się za niego, gdy umrze,
ponieważ nie ma cienia wątpliwości, że czeka go niezła dawka
czyśćca, ponieważ w chwilach nieuwagi bywał często gnuśny i
światowy.
– Deus misericors, Deus
clemens... –
zaczął się ponownie modlić kanonik Muldoon, ale zanim doszedł do
końca modlitwy, Biskup już nie żył.
2
Fragment modlitwy przy konających: „Deus
misericors, Deus clemens, qui secundum multitudinem miserationum
tuarum peccata poenitentium deles, et praeteritorum criminum culpas
venia remissionis evacuas: respice propitius super hunc famulum tuum
Jacobum et remissionem omnium peccatorum suorum tota cordis
confessione poscentem deprecatus exaudi. Renova
in eo, piissime Pater, quidquid terrena fragilitate corruptum, vel
quidquid diabolica fraude violatum est: et unitati corporis
Ecclesiae membrum redemptionis annecte. Miserere Domine gemituum,
miserere lacrimarum ejus: et non habentem fiduciam, nisi in tua
misericordia, ad tuae sacramentum reconciliationis admitte. Per
Christum Dominum nostrum. Amen.”
(łac.) – „Boże miłosierny, Boże łaskawy, Boże, który
według wielkości miłosierdzia Swego gładzisz grzechy
pokutujących i łaską przebaczenia niweczysz winy minionych
występków, wejrzyj łaskawie na sługę Swego Jakuba i daj mu
odpuszczenie wszystkich grzechów, o co Cię błaga, wyznając je
całym sercem. Ojcze najłaskawszy, odnów w nim wszystko, co przez
ziemską ułomność zostało skażone lub naruszone przez podstęp
szatański, i przyłącz go jako jeden z odkupionych członków do
jedności ciała Kościoła. Ulituj się, Panie, nad jękiem, ulituj
się nad łzami jego, a ponieważ ufność swą pokłada jedynie w
miłosierdziu Twoim, racz go dopuścić do tajemnicy pojednania z
Tobą. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen”.
Tłumaczenie: Łukasz Makowski
Projekty okładek: Sztukmistrz
(górna z wykorzystaniem zdjęcia
autorstwa Jana Wincentego F.)
-----------------------------
Wirtualne Wydawnictwo WiWo szuka realnego (papierowego) wydawcy niniejszego tekstu, który byłby gotów wynagrodzić godziwą zapłatą osoby, które przyczyniły się do jego powstania. Zainteresowanych prosimy o kontakt mailowy na adres
wirtualnewydawnictwowiwo[malpa]gmail.com
-----------------------------
Bruce Marshall "Chwała córki królewskiej" (30)
-----------------------------
Wirtualne Wydawnictwo WiWo szuka realnego (papierowego) wydawcy niniejszego tekstu, który byłby gotów wynagrodzić godziwą zapłatą osoby, które przyczyniły się do jego powstania. Zainteresowanych prosimy o kontakt mailowy na adres
wirtualnewydawnictwowiwo[malpa]gmail.com
-----------------------------
XXX
Gdy w wigilię uroczystości
świętego Efrema Syryjczyka1,
diakona, wyznawcy i doktora Kościoła, roku 1940 kanonik Smith udał
się do klasztoru, aby wysłuchać spowiedzi zakonnic i odmówić pod
drzewami oficjum, po ulicach chodziło coraz więcej dojrzałych
ludzi, których nie znał, ale signora Sarno znał bez wątpienia;
wychodził on właśnie kołyszącym się krokiem ze swojego kina w
mundurze Ochotniczych Lokalnych Oddziałów Obrony2
i w szkockiej furażerce przekrzywionej na neapolitańskie oko, tak
jakby urodził się w Pittenweem3.
Plakaty oblepiające kino mówiły teraz coś o człowieku nazwiskiem
Tyrone Power4,
ale wisiał też inny plakat, niemal tak samo duży, który głosił:
„to
kino jest własnością brytyjczyka”.
– Buon giorno, reverendo
padre mio –
przywitał się signor Sarno. – E
come sta per questo bel tempo?5.
Wielebny księże, miał
ksiądz słuszność, wielką słuszność. Ten Mussolini to łajdak
i, och, do tego strasznie nadęty zarozumialec. Żeby zaatakować
Francję w takim momento.
Wielebny księże, to powoduje, że moja szkocka krew gotuje się we
mnie, ale to okropnie się gotuje, bo jestem teraz, wielebny księże,
Prytyjczykiem i z ochotą oddam swoje niegodne życie w obronie
demokracji, wolności i psięknego fioletowego wrzosu. A Elvira myśli
tak samo jak ja, bo przysyłała mi z Ameryki list, aby powiedzieć,
że nie będzie już kręcić żadnych filmów, ale wraca do domu, by
walczyć o prawdę razem z bohaterskimi i dzielnymi kobietami z ATS6,
choć ho
completamente dimenticato7,
co oznacza ten skrót.
Gdy kanonik Smith wysłuchał
już spowiedzi zakonnic, poszedł przejść się wśród kwiatów
matki de la Tour, ponieważ Wielebna Matka udzieliła mu zezwolenia
na odmawianie tam oficjum. Chodził w jedną i drugą stronę, a
drzewa rzucały piękny cień na czerwone i czarne łacińskie słowa
w jego brewiarzu. „Excelsus
super omnes gentes Dominus: et super caelos gloria eius”8.
Kanonik czuł
się winny, że może mówić tak piękne słowa w letnim ogrodzie,
podczas gdy w tej samej chwili tak wielu młodych ludzi umierało we
Francji w tak bolesny sposób. Gdy dziękował Bogu za szczęśliwe
zrządzenie Jego opatrzności, podeszła do niego Wielebna Matka, aby
z nim porozmawiać. Wygląd jej oczu podpowiedział kanonikowi, że
płakała z powodu Francji, więc zaczął mówić o czymś innym.
– Idąc tutaj, minąłem
dwóch pomocników grabarza, maszerujących ulicą w bezpłciowych
melonikach wciśniętych głęboko na uszy, i pomyślałem, jakie to
okropne, że nawet katolicy oddają swoich zmarłych pod opiekę
takim straszydłom – powiedział. – Już od dawna jestem zdania,
że zmarli powinni być obmywani, odziewani i powierzani ziemi przez
tych, którzy znali ich ciała przez dłuższy czas i wskutek
łączących ich ze zmarłymi więzi i miłości doszli do
przekonania, że istotnie są oni świątynią Ducha Świętego; lecz
gdyby to się nie udało, zmarłych należałoby powierzać pod
opiekę zakonu, którego członkowie ze czcią dokonywaliby
przygotowania zmarłego do ostatniej drogi, bo mieliby świadomość,
że nawet ciało nikczemnika jest święte, kiedy jest martwe,
ponieważ jest cieniem duszy, której los w budzącym trwogę stopniu
zależy od Chrystusowego miłosierdzia. A przecież – jak
powiedział kardynał Manning – nawet święci byli niegdyś tacy,
jak my – mieli ręce, stopy, uszy i oczy. Wielebna Matko, matka
mnie nie słucha – powiedział.
– Je pense à mon pauvre
pays, si terriblement meurtri9
– powiedziała Wielebna Matka. – Och, wiem dobrze, że Francja
zgrzeszyła, że targały nią wielkie żądze i wielkie namiętności,
ale przynajmniej to były wielkie
żądze i wielkie
namiętności. I
wiem, że prześladowała Kościół i wypędziła zakonników i
zakonnice, ale to pokazało przynajmniej, że nie jest na religię
obojętna, a nienawiść tak często może zostać przemieniona w
miłość. I niech ksiądz pomyśli o wszystkich świętych, którzy
przemierzali francuskie drogi i kochali wszechmogącego Boga pod
strzechami jej domów. To niesprawiedliwe, monsieur
le chanoine10,
to niesprawiedliwe.
– Kanonik Scott powiedział
niedawno coś bardzo mądrego – odezwał się kanonik Smith. –
Zdaję sobie sprawę z tego, że wiele osób sądzi, iż wyznaczenie
na zarządcę katedry człowieka tak młodego było ze strony Biskupa
trochę nieroztropne, lecz kanonik Scott okazał wiele dowodów
swojej mądrości. Dla przykładu: miał słuszność w sprawie
hiszpańskiej wojny domowej, podczas gdy większość z nas,
pozostałej części duchowieństwa, się myliła. Otóż powiedział
mi niedawno, że jego zdaniem Duch
Święty o opóźnionym zapłonie jest o wiele niebezpieczniejszy niż
bomby o opóźnionym zapłonie. Innymi słowy, zbieramy teraz żniwo
przekładania na niesprecyzowane jutro obowiązku odpowiadania na
łaskę uświęcającą, który należy realizować niezwłocznie. I
nawet dziś, kiedy niesprecyzowane jutro stało się sprecyzowanym
dziś, słyszymy
tylko spokojny, cichy głosik.
– Ale Paryż – powiedziała
Wielebna Matka. – Jak pomyśleć o wszystkich tych plugawych
buciorach w Paryżu. Ale z pewnością gdzieś ich powstrzymają.
Może na Loarze. Może radio już niesie nam wiadomości o tym, że
szczęście obróciło się na naszą stronę.
Gdy jednak weszli do środka,
by posłuchać radia matki de la Tour, pobudzało ono do wojny o
wolność, prawość, prawdę i demokrację tylko jękiem:
I
love the sound of the chapel bells,
I love
the dancing in the good hotels11.
Kanonik Smith słuchał z
cierpkim wyrazem twarzy, ale Wielebna Matka nadstawiła ucha,
przykładając do niego rękę, bo czuła, że jakieś ważne
wiadomości mogą nadejść lada chwila. Gdy w końcu nadeszły, a
bezosobowy głos obwieścił, że marszałek Pétain12
poprosił Naczelne Dowództwo Niemiec, by określiło warunki, na
jakich byłoby gotowe zgodzić się na zawieszenie broni, zamknęła
oczy i stanęła sztywno wyprostowana.
– De
profundis clamavi ad te, Domine13
– powiedziała. – Księże kanoniku, jest coś, w czym bardzo
chciałabym, aby ksiądz mi pomógł.
Pół godziny później, gdy
kanonik Smith wyszedł z klasztoru, u jego bramy na wysokości połowy
masztu powiewała flaga – tylko tym razem nie była to biała flaga
Francji, ale Tricolore.
6
ATS – Pomocnicza Służba Terytorialna (ang. Auxiliary Territorial
Service); kobieca gałąź armii brytyjskiej w trakcie drugiej wojny
światowej.
8
Excelsus
super omnes gentes... (łac.)
– „Wysoki nad wszystkie narody Pan / a nad niebiosa chwała
jego” (Ps 112, 4).
11
I love the sound...
(ang.) –
„Uwielbiam dźwięk kościelnych dzwonów, / Uwielbiam taniec w
dobrych hotelach”.
12
Philippe Pétain (1856–1951) – francuski żołnierz i polityk,
szef kolaborującego z Hitlerem rządu Vichy.
Tłumaczenie: Łukasz Makowski
Projekty okładek: Sztukmistrz
(górna z wykorzystaniem zdjęcia
autorstwa Jana Wincentego F.)
-----------------------------
Wirtualne Wydawnictwo WiWo szuka realnego (papierowego) wydawcy niniejszego tekstu, który byłby gotów wynagrodzić godziwą zapłatą osoby, które przyczyniły się do jego powstania. Zainteresowanych prosimy o kontakt mailowy na adres
wirtualnewydawnictwowiwo[malpa]gmail.com
-----------------------------
Bruce Marshall "Chwała córki królewskiej" (29)
-----------------------------
Wirtualne Wydawnictwo WiWo szuka realnego (papierowego) wydawcy niniejszego tekstu, który byłby gotów wynagrodzić godziwą zapłatą osoby, które przyczyniły się do jego powstania. Zainteresowanych prosimy o kontakt mailowy na adres
wirtualnewydawnictwowiwo[malpa]gmail.com
-----------------------------
XXIX
Biskup przybył do prokatedry
na pogrzeb monsignore O’Duffy’ego, przywieziony własnym
samochodem przez mistrza ceremonii, który musiał się następnie
prędko przebrać; Biskup zaś nie musiał szybko zmieniać stroju,
bo przybył ulicami w swoim purpurowym jedwabiu i koronkach zupełnie
otwarcie; nawet protestanci zdejmowali przed nim kapelusze, gdy ich
mijał, był bowiem zbyt stary, aby ktokolwiek go jeszcze nienawidził
i nawet urzędnik-kongregacjonalista1
nie robił trudności z daniem mu dodatkowych talonów na benzynę.
W kościele panował taki
ścisk, że procesja musiała torować sobie drogę do głównego
ołtarza niemal przemocą: byli franciszkanie, byli jezuici, byli
benedyktyni, były siostry ze Stowarzyszenia Pomocników Świętych
Dusz2,
były zakonnice z klasztoru, był pan burmistrz i członkowie rady
miejskiej, był zarząd i cały zespół klubu piłkarskiego
Shamrock, byli dziekan episkopalian oraz pastorzy wszystkich
denominacji protestanckich, była Armia Zbawienia, była Spółdzielnia
Świętego Patryka, był Związek Zawodowy Hydraulików i Gazowników,
były dziewczęta z chóru występujące w rewiach w teatrze księcia
Yorku, byli dyplomowani księgowi, byli prawnicy, byli menedżerowie
banków, byli żołnierze rezerwy, byli profesorowie uniwersytetów,
byli tramwajarze, palacze, kominiarze, dzieci w wieku szkolnym,
niemowlaki, które ochrzcił, i nierządnice, które upominał na
ulicy – wszyscy unoszący się w falującym morzu ludzi, ponieważ
wspaniały, dobry, pokorny i prosty człowiek został wezwany przez
wszechmogącego Boga.
Mszę żałobną odprawił
kanonik Smith, bo był najstarszym przyjacielem prałata; funkcję
diakona pełnił kanonik Bonnyboat, subdiakona zaś – kanonik
Muldoon. Gdy kanonik Smith stanął po prawej stronie ołtarza, by
zaśpiewać kolektę, w jego sercu podniósł się szloch tak wielki,
że aż wtargnął do jego głosu i przebił się w nim; ale nawet
gdy głos mu się załamał, wróciło do niego echo słów, które
usłyszał już kiedyś przy tym właśnie ołtarzu: „Śpiewajże
głośniej, Tom; te stare kobieciny z tyłu nie będą w stanie cię
usłyszeć”. Opanował więc swoje wzruszenie i wyśpiewał z całą
mocą prośbę, by święci aniołowie Pańscy wzięli Patryka
Ignacego O’Duffy’ego i zawiedli go do domu, którym jest niebo.
Gdy msza się skończyła,
trumna została wyniesiona z kościoła na ramionach zespołu
piłkarskiego Shamrock, który prałat zwykł zagrzewać do boju z
trybuny głównej z dwoma palcami wsadzonymi do ust. Tłum
zgromadzony na stopniach kościoła przekazał trumnę dalej i ułożył
ją na karawanie; prowadzić miał go James Finnegan, który niegdyś
podczas walki jednym ciosem wyrzucił z ringu Battling Samba w
obecności króla Edwarda VII. Zaraz za karawanem uformowała się
złożona z żołnierzy rezerwy orkiestra dudziarzy, z olbrzymim
tamburmajorem3
w kilcie i z monstrualnych rozmiarów wąsiskami, które wyglądały
jak ogony dwóch perskich kotów. Dalej szli członkowie rady
miejskiej w swoich trikornach i urzędowych strojach, poprzedzani
przez niosącego buławę. Dalej szli rektor i senat uniwersytetu w
swoich togach i szatach; tylko ich szeregi nie trzymały się
zupełnie równo, bo docent filologii islandzkiej zamienił się
miejscami z pierwszą tancerką w rewii Wesolutkie
dziewczyny, panną
Zizi Ashton, która miała iść w kondukcie zaraz za nim. Dalej szli
dyplomowani księgowi, prawnicy i maklerzy – w większości
nieszczęśnicy – oraz menedżerowie banków ze zmanierowanymi
minami. Dalej szli hydraulicy, gazownicy, palacze i tramwajarze –
pokorni ludzie o nieszczególnym wyglądzie, dłubiący przy
monotonnej pracy na większą chwałę Bożą. Dalej szło
duchowieństwo innych niż katolicka denominacji, ubrane nie w szaty,
lecz w stroje cywilne, bo oddawali zmarłemu hołd jako osoby
prywatne. Dalej szły zakonnice, rozciągnięte jak wielkie
czarno-białe ptaki na okładce książki Anatola France’a4.
Przed trumną szli księża w komżach i sutannach, kanonicy w
futrach i purpurze, bracia zakonów żebraczych w brązie, czerni i
bieli, mnisi zakonów kontemplacyjnych w kapturach, ministranci
starający się, aby ich świece nie zgasły na wietrze, a na końcu
Biskup i jego asysta w sztywnych czerni i złocie. A za nimi
wszystkimi szła wielka rzesza pokornych, bogobojnych i świątobliwych
brudasów – łkających, pociągających nosami i wycierających je
w swoje chusty, bo nie usłyszą już więcej głosu Patryka Ignacego
O’Duffy’ego, mówiącego im, że spłoną jak wiązka chrustu,
jeśli w niedzielę nie będą przychodzić na mszę.
Kondukt przechodził pod
tablicami reklamowymi Pepsodentu, Guinnessa, Playersów oraz Mine’s
a Minor5,
ale nie tylko pod nimi, bo ulice zostały tak zablokowane przez
innych żałobników, że trzeba było zatrzymać wszystkie tramwaje.
W większości to biedota wyszła na ulice, aby zobaczyć ostatnią
drogę monsignore O’Duffy’ego, lecz były też niektóre spośród
kobiet pijających o jedenastej kawkę, porwane przez tłum między
wymienianiem w bibliotece pożyczonych książek a kupowaniem środków
na niestrawność, wytrzeszczające swoje głupkowate oczka na
sławę, mir i hołd, dla których zrozumienia były zbyt
matołkowate. Ale
biedota rozumiała bardzo dobrze; obdarte dzieci siedziały na
ramionach rodziców, a te wystarczająco duże wdrapywały się na
latarnie. Gdyby prałat żył, ludzie wiwatowaliby, ale ponieważ
zmarł, zamiast tego płakali, a ci, którzy nie płakali, mieli na
twarzach wyraz wielkiego zasmucenia, bo wiedzieli, że ten wielki,
niezgrabny kawał chłopa, który wiedział o Bożym miłosierdziu
wszystko, nie będzie już wśród nich spacerował. Nikt nie myślał
też wcale o tym, że w Szkocji nielegalne było, aby księża szli
odziani w szaty w publicznej procesji – tak więc poezja
Chrystusowego Kościoła szła dalej, rzucając przelotny odblask
sensu na rozmamłane miasto.
Mijała budynek kina signora
Sarno, wywrzaskujący chwałę Hedy Lamarr6,
mijała katedrę episkopalian, w której Bóg nosił blezer, mijała
stopnie hotelu Carlton-Elite, po których wstępowali i zstępowali
ludzie niczym aniołowie, mijała bibliotekę teozoficzną z
rozległym zbiorem dzieł pani Annie Besant7,
mijała nowy podziemny szalet męski, mijała trawnik do gry w
kręgle, gdzie w letnie środowe wieczory prałat pokazywał
pstrokate rękawy swojej koszuli, mijała okna klubu konserwatywnego,
nabitego twarzami ludzi, którzy rządzą światem, mijała teatr
księcia Yorku, mijała klub taneczny Port Said, w którym tancerki
wśród właściwych pracownicom tego rodzaju miejsc woni rzucały w
siebie rybą z frytkami, mijała wzniesiony z czerwonej cegły nowy
zbór kongregacjonalistów – szła dalej, dalej i dalej, aż do
rozciągającej się szeroko zielonej plamy pól poza miastem.
Gdy kondukt dotarł w końcu
na cmentarz, wszyscy ministranci musieli na powrót zapalić świece,
bo ich płomienie dawno pogasły. Biskup pobłogosławił grób
kadzidłem i wodą święconą i pomodlił się o to, aby dusza
Patryka Ignacego O’Duffy’ego mogła dołączyć do anielskiego
chóru; a wszyscy duchowni i świeccy, otoczeni wyłącznie przez
niewzruszone drzewa, rozszlochali się jak dzieci, bo świątobliwy,
pokorny, krzykliwy, poruszający się niezdarnie, delikatny kapłan
został zabrany przez Boga.
1
Kongregacjonalizm – odłam protestantyzmu, którego podstawę
stanowi autonomia poszczególnych wspólnot.
2
Założonego w 1856 roku przez bł. Eugenię Smet; członkinie
Stowarzyszenia składają oprócz ślubów ubóstwa, czystości i
posłuszeństwa zobowiązanie do modlitwy, cierpienia i pracy w
intencji dusz czyśćcowych.
6
Hedy Lamarr (właśc. Hedwig Eva Maria Kiesler) (1914–2000) –
austriacka aktorka; gwiazda Hollywood.
7
Annie Besant (1847–1933) – brytyjska socjalistka, teozofka,
aktywistka walcząca o polityczne prawa kobiet, pisarka.
Tłumaczenie: Łukasz Makowski
Projekty okładek: Sztukmistrz
(górna z wykorzystaniem zdjęcia
autorstwa Jana Wincentego F.)
-----------------------------
Wirtualne Wydawnictwo WiWo szuka realnego (papierowego) wydawcy niniejszego tekstu, który byłby gotów wynagrodzić godziwą zapłatą osoby, które przyczyniły się do jego powstania. Zainteresowanych prosimy o kontakt mailowy na adres
wirtualnewydawnictwowiwo[malpa]gmail.com
-----------------------------
Subskrybuj:
Posty (Atom)








