Fot. Paweł Antoniewicz
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paweł Antoniewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paweł Antoniewicz. Pokaż wszystkie posty
Manifestem katolickiej anarchii
Czy to Polska właśnie?
Fot. MDK
najnowsza książka Ewy Polak-Pałkiewicz (podarowana przez Nią naszej Redakcji, za co z serca dziękujemy!) w zamyśle z pewnością nie jest. To dziwi. Autorka obficie cytuje prelekcje paryskie Mickiewicza, z których bez krzty wątpliwości wynika, że ustrojem, normą i żywiołem Polaków jest właśnie rzeczywistość przepojona Wiarą i wynikającym z niej respektem dla wolności i odpowiedzialności każdego człowieka. Słowem: katolicka anarchia.
Jakże bowiem inaczej interpretować na przykład scenę transportu dobrowolnych danin na rzecz manarchy [tak, to nie pomyłka: manarchy] (s. 332)?
Jakże inaczej rozumieć opowieści o Polakach, którzy budowali naszą cywilizację własną ciężką pracą i poświęceniem (niekiedy własnego życia)? Którzy korzystali w tym celu z własnego majątku, nie zaś z cudzych środków odebranych bliźnim pod przymusem?
Jakże inaczej patrzeć na organizatora rekolekcji na odludziu - rekolekcji, na które przyjechały tysiące ludzi? Czy ktoś ich zmuszał do przyjeżdżania? Czy organizator korzystał z tuby propagandowej funkcjonariuszy państwowych? Czy brał zdobyte drogą kradzieży dotacje?
Zaraz, zaraz, te opowieści o wspaniałych Polakach przeplecione są historiami ludzi innego pokroju - być może przyznających się do narodowości polskiej, lecz ducha całkiem niepolskiego, a moralności dalekiej od katolickiej.
Rozprawę z tymi fałszywymi autorytetami zacznijmy od postawienia następującego pytania pomocniczego:
Czy człowiek niezdolny do zaprowadzenia katolickiego ładu we własnej rodzinie ma moralne prawo pretendować do przewodzenia innym ludziom?
PodPytanie pomocnicze: Czyż to nie Tolkien mówił, że na tysiąc osób może jedna ma kwalifikacje właściwe pretendentowi do miana króla - i właśnie ta jedna osoba nie ma najmniejszego zamiaru monarchą zostać? (Tolkien określił się w jednym z listów do swojego syna mianem "filozoficznego anarchisty").
I właściwie tymi pytaniami możemy naszą rozprawę zakończyć.
Polityków mieliśmy (i mamy) – przyznacie – nikczemnie małych
(Nic dziwnego. Polityka jest brudna. Zawsze. Z zasady.)
Powrót pańskiej Polski (pozwolimy sobie postosować też skrót "PoPaPo") anonsuje się jako ciąg dalszy poprzedniej książki Ewy Polak-Pałkiewicz pt. Rycerze wielkiej sprawy. Zapoznany z ową pozycją czytelnik PoPaPo zostaje postawiony w położeniu dość pogmatwanym. O ile w Rycerzach Autorka stroniła od wtrącania w treść snutych opowieści doraźnych nawoływań o charakterze politycznym, o tyle w PoPaPo dosadnie zaznaczają one swoją obecność. Dosadnie do tego stopnia, że sprawiają wrażenie jakby już po napisaniu danego eseju poryw serca nakazał dostawić doń wiernopoddańcze słowa, które - poza zawartą w nich jawnie błędną oceną sytuacji (o czym za chwilę) - w bardzo negatywny sposób odbijają się na kompozycji tekstu.
Rozprawę z tymi fałszywymi autorytetami zacznijmy od postawienia następującego pytania pomocniczego:
Czy człowiek niezdolny do zaprowadzenia katolickiego ładu we własnej rodzinie ma moralne prawo pretendować do przewodzenia innym ludziom?
PodPytanie pomocnicze: Czyż to nie Tolkien mówił, że na tysiąc osób może jedna ma kwalifikacje właściwe pretendentowi do miana króla - i właśnie ta jedna osoba nie ma najmniejszego zamiaru monarchą zostać? (Tolkien określił się w jednym z listów do swojego syna mianem "filozoficznego anarchisty").
I właściwie tymi pytaniami możemy naszą rozprawę zakończyć.
Polityków mieliśmy (i mamy) – przyznacie – nikczemnie małych
(Nic dziwnego. Polityka jest brudna. Zawsze. Z zasady.)
Powrót pańskiej Polski (pozwolimy sobie postosować też skrót "PoPaPo") anonsuje się jako ciąg dalszy poprzedniej książki Ewy Polak-Pałkiewicz pt. Rycerze wielkiej sprawy. Zapoznany z ową pozycją czytelnik PoPaPo zostaje postawiony w położeniu dość pogmatwanym. O ile w Rycerzach Autorka stroniła od wtrącania w treść snutych opowieści doraźnych nawoływań o charakterze politycznym, o tyle w PoPaPo dosadnie zaznaczają one swoją obecność. Dosadnie do tego stopnia, że sprawiają wrażenie jakby już po napisaniu danego eseju poryw serca nakazał dostawić doń wiernopoddańcze słowa, które - poza zawartą w nich jawnie błędną oceną sytuacji (o czym za chwilę) - w bardzo negatywny sposób odbijają się na kompozycji tekstu.
Tu następuje moment, w którym zadajemy drugie spośród pytań pomocniczych (uczciwa odpowiedź na pierwsze pozwoliła wyeliminować już z grona pretendentów do władzy pewne kreaturki): Czy człowiek publicznie deklarujący sprzeciw wobec jakiegokolwiek elementu nauczania Kościoła ma moralne prawo pretendować do przewodzenia innym ludziom?
Abstrahując już od tego, że w kwestii ochrony życia ludzi nienarodzonych w Redakcji WiWo zaznacza się wyraźnia sympatia dla działań spod znaku Army of God, a działania polityczne motywowane troską o los bardzo małych dzieci uznajemy za niegodne i nieskuteczne [bo skoro przyznajemy funkcjonariuszom państwowym prawo decydowania o życiu ludzkim (w celu jego ochrony), tym samym przyznajemy im prawo decydowania o życiu ludzkim (w celu jego zniszczenia)]; to jednak dostrzegamy różnicę między człowiekiem, który motywowany szlachetnymi intencjami stara się drogą legislacji państwowej przynajmniej zadeklarować, że NIKT nie będzie w majestacie państwowego prawa mordowany, a między cynicznymi graczami politycznymi, którzy w imię utrzymania się przy władzy uchylają się od działań na rzecz CAŁKOWITEJ I BEZKOMPROMISOWEJ obrony życia każdego człowieka OD ZARAZ, OD TERAZ, JUŻ. "Ile by to nie kosztowało" (by zacytować samą Ewę Polak-Pałkiewicz z budzącego chwilami grozę artykułu pt. Nienarodzeni, ale użyteczni). Bez liczenia się z ewentualnymi przykrymi dla siebie konsekwencjami, ale licząc się za to z odpowiedzialnością przed Panem Bogiem.
Przyjrzyjmy się jeszcze przez chwilę przywołanemu wyżej artykułowi:
Abstrahując już od tego, że w kwestii ochrony życia ludzi nienarodzonych w Redakcji WiWo zaznacza się wyraźnia sympatia dla działań spod znaku Army of God, a działania polityczne motywowane troską o los bardzo małych dzieci uznajemy za niegodne i nieskuteczne [bo skoro przyznajemy funkcjonariuszom państwowym prawo decydowania o życiu ludzkim (w celu jego ochrony), tym samym przyznajemy im prawo decydowania o życiu ludzkim (w celu jego zniszczenia)]; to jednak dostrzegamy różnicę między człowiekiem, który motywowany szlachetnymi intencjami stara się drogą legislacji państwowej przynajmniej zadeklarować, że NIKT nie będzie w majestacie państwowego prawa mordowany, a między cynicznymi graczami politycznymi, którzy w imię utrzymania się przy władzy uchylają się od działań na rzecz CAŁKOWITEJ I BEZKOMPROMISOWEJ obrony życia każdego człowieka OD ZARAZ, OD TERAZ, JUŻ. "Ile by to nie kosztowało" (by zacytować samą Ewę Polak-Pałkiewicz z budzącego chwilami grozę artykułu pt. Nienarodzeni, ale użyteczni). Bez liczenia się z ewentualnymi przykrymi dla siebie konsekwencjami, ale licząc się za to z odpowiedzialnością przed Panem Bogiem.
Przyjrzyjmy się jeszcze przez chwilę przywołanemu wyżej artykułowi:
Nie jest sztuką oddać władzę i narazić obywateli, współrodaków na utratę państwa lub kolejny rozdział jego systemowego osłabiania i niszczenia, w imię moralnego radykalizmu [podkr. moje - PA], który nikomu nie przyniesie korzyści, bo będzie tylko wykrzyczeniem dobrych intencji. Sztuką jest w imię tej ogromnej odpowiedzialności, którą [imię i nazwisko polityka] dźwiga na swoich barkach, dać przetrwać i rozwinąć się państwu, które jest źródłem dobra doczesnego obywateli.
Można odpowiedzieć na ten wywód krótkim cytatem: "Bo cóż pomoże człowiekowi, jeźliby wszystek świat zyskał, a na duszy swej szkodę podjął? albo co za odmianę da człowiek za duszę swoję?" (Mt 16, 26). A tu nie mówimy nawet o zyskaniu całego świata, a ledwie utrzymaniu się przez chwilę przy władzy w jednym tylko państwie. Żałosne.
Można komentarz do cytowanych wyżej słów Ewy Polak-Pałkiewicz nieco rozbudować:
Jak traktować deklarację o priorytecie utrzymania władzy w zestawieniu z zawartymi na kartach PoPaPo twierdzeniami dotyczącymi tego, że pewne działania, choćby z góry skazane na porażkę (w wymiarze politycznym), należało podejmować bez zbytniego oglądania się na konsekwencje? Po prostu - bo tak trzeba.
Jak Ka. ukraść krowę (władzę), to źle? Jak Ka. ukraść krowę (utrzymać władzę), to dobrze? Nawet za cenę powstrzymania się od jasnej deklaracji w kwestii prawa każdego człowieka do życia. Nawet gdyby owa deklaracja stanowiła "tylko wykrzyczenie dobrych intencji". W ujęciu czysto ludzkim męczenników za Wiarę też można by uznać za "nieskutecznych krzykaczy o dobrych intencjach"...
Czy Apostoła Narodów powstrzymywała przed "wykrzykiwaniem" prawdy świadomość tego, że spotkają go podobne wyżej wymienionym nieprzyjemności? Że może okazać się "nieskuteczny"?
Pisze dalej Ewa Polak-Pałkiewicz:
Po pierwsze: trudno uwierzyć, iżby Autorka, znawczyni i sympatyczka katolickiej Tradycji (czyli po prostu zdrowej katolickiej nauki), nie zdawała Sobie sprawy z tego, iż Karol Wojtyła doprawdy nie stanowi wzoru obrońcy integralnie rozumianej Wiary, a odnośnie do przebiegu jego "procesów" "beatyfikacyjnego" oraz "kanonizacyjnego" istnieje szereg uzasadnionych zastrzeżeń. O tym Ewa Polak-Pałkiewicz z pewnością wie. Dlaczego zatem, w innych wypadkach świadoma i usiłująca stać na straży Tradycji, akurat w tej sprawie powołuje się na taki wątpliwej jakości autorytet?
Cóż z tego, że Karol Wojtyła "uznawany [był] powszechnie za patrona obrony nienarodzonych"? O prawie do tego tytułu stanowić mogą czyny, nie zaś vox populi. Skoro Karol Wojtyła "nie sprzeciwiał się temu, co nazywa się dziś pogardliwie [i słusznie! - przyp. PA] <<kompromisem aborcyjnym>>", to obrońca nienarodzonych z niego żaden.
(Zagadnienie jego postawy odnośnie do zabijania nienarodzonych omówiliśmy szerzej w publikacji pt. Evangelium mortis).
Kompromis, kompromis... Dlatego właśnie nienawidzimy państwa i polityki - bo o ich istocie stanowi "sztuka kompromisu". Prawda się nie liczy. Prym wiedzie tak zwany pragmatyzm.
Nieuczciwość polityki polega również na tym, że samozwańcza (a reprezentująca co najwyżej biorących udział w demokratycznych wyborach - dających swoje placet systemowi) grupa podejmuje decyzje, których konsekwencjami obarczani są wszyscy - nie tylko sami uczestnicy elekcji.
[Ewa Polak-Pałkiewicz, pisząc o polityku, którego działalność jest Jej najwyraźniej niemiła, używa sformułowania "nasz przedstawiciel" (s. 335). Dobitnie świadczy to o słuszności spostrzeżenia, iż to wyłącznie uczestnicy demokratycznych wyborów oraz osoby wspierające postępki urzędujących polityków ponoszą odpowiedzialność za cały ten złodziejski system. Tylko bojkotujący wybory oraz polityków mają prawo nań narzekać].
24 Od Żydów wziąłem po pięć kroć, po czterdzieści plag bez jednéj.
25 Trzykroć byłem bit rózgami, razem był ukamionowan, trzykrociem się z okrętem rozbił, przez dzień i przez noc byłem w głębi morskiéj:
26 W drogach częstokroć, w niebezpieczeństwach rzek, w niebezpieczeństwach rozbójników, w niebezpieczeństwach od rodziny, w niebezpieczeństwach od poganów, w niebezpieczeństwach w mieście, w niebezpieczeństwach na pustyniéj, w niebezpieczeństwach na morzu, w niebezpieczeństwach między fałszywą bracią.
- pisze święty Paweł (2 Kor 11, 24-26).
Czy Apostoła Narodów powstrzymywała przed "wykrzykiwaniem" prawdy świadomość tego, że spotkają go podobne wyżej wymienionym nieprzyjemności? Że może okazać się "nieskuteczny"?
Pisze dalej Ewa Polak-Pałkiewicz:
Nawet św. Jan Paweł II, uznawany powszechnie za patrona obrony nienarodzonych, nie sprzeciwiał się temu, co nazywa się dziś pogardliwie „kompromisem aborcyjnym”. Mówił, że polityk, w ramach swej odpowiedzialności za państwo, musi osiągać to, co możliwe, jeśli nie jest możliwe osiąganie tego, co pożądane.W tym fragmencie właściwie należałoby podkreślić grubą czerwoną linią każdy niemal wyraz.
Po pierwsze: trudno uwierzyć, iżby Autorka, znawczyni i sympatyczka katolickiej Tradycji (czyli po prostu zdrowej katolickiej nauki), nie zdawała Sobie sprawy z tego, iż Karol Wojtyła doprawdy nie stanowi wzoru obrońcy integralnie rozumianej Wiary, a odnośnie do przebiegu jego "procesów" "beatyfikacyjnego" oraz "kanonizacyjnego" istnieje szereg uzasadnionych zastrzeżeń. O tym Ewa Polak-Pałkiewicz z pewnością wie. Dlaczego zatem, w innych wypadkach świadoma i usiłująca stać na straży Tradycji, akurat w tej sprawie powołuje się na taki wątpliwej jakości autorytet?
Cóż z tego, że Karol Wojtyła "uznawany [był] powszechnie za patrona obrony nienarodzonych"? O prawie do tego tytułu stanowić mogą czyny, nie zaś vox populi. Skoro Karol Wojtyła "nie sprzeciwiał się temu, co nazywa się dziś pogardliwie [i słusznie! - przyp. PA] <<kompromisem aborcyjnym>>", to obrońca nienarodzonych z niego żaden.
(Zagadnienie jego postawy odnośnie do zabijania nienarodzonych omówiliśmy szerzej w publikacji pt. Evangelium mortis).
Kompromis, kompromis... Dlatego właśnie nienawidzimy państwa i polityki - bo o ich istocie stanowi "sztuka kompromisu". Prawda się nie liczy. Prym wiedzie tak zwany pragmatyzm.
Nieuczciwość polityki polega również na tym, że samozwańcza (a reprezentująca co najwyżej biorących udział w demokratycznych wyborach - dających swoje placet systemowi) grupa podejmuje decyzje, których konsekwencjami obarczani są wszyscy - nie tylko sami uczestnicy elekcji.
[Ewa Polak-Pałkiewicz, pisząc o polityku, którego działalność jest Jej najwyraźniej niemiła, używa sformułowania "nasz przedstawiciel" (s. 335). Dobitnie świadczy to o słuszności spostrzeżenia, iż to wyłącznie uczestnicy demokratycznych wyborów oraz osoby wspierające postępki urzędujących polityków ponoszą odpowiedzialność za cały ten złodziejski system. Tylko bojkotujący wybory oraz polityków mają prawo nań narzekać].
Żeby być przeciwnikiem jednej bandy polityków, nie trzeba być
zwolennikiem drugiej bandy rozbójników - można równą nienawiścią
nienawidzić działalności wszystkich tych szajek.
Internetowy komentator, odnosząc się do sytuacji, w której rzekomi przeciwnicy polityczni akurat dali publicznie wyraz bliskości między sobą, napisał: "Co to za rewelacja? Politycy znają się od lat jak łyse konie, razem sobie grillują i śmieją się z ciemnego ludu, że wierzy w reżyserowany teatrzyk <<Jesteśmy przeciwnikami, bo tak bardzo się różnimy>>, zaczęty po to, by dać im się spokojnie wymieniać władzą co parę kadencji".
Zjawisko to, choć stosunkowo łatwe do zaobserwowania i zrozumienia, pozostaje powszechnie jakby niedostrzegane. A pojęłoby je nawet dziecko! Na przykład takie, które obejrzałoby animowany film Jak wytresować smoka; reżyser znakomicie przedstawia nam rzeczywistość i naturę polityki - choć ubrane w szaty bajkowe.
Politykami zostają zazwyczaj ludzie, którzy w życiu nie skalali się dniem uczciwej roboty. Regularnie za to zajmowali się knuciem, rozpracowywaniem "przeciwników" i dążeniem do władzy. Do władzy dla władzy. Dla spełnienia własnych ambicji. Dla niegodziwego zysku. Czasem w imię dziecinnego, naiwnego przeświadczenia, że jakąkolwiek sensowną zmianę na lepsze da się przeprowadzić metodą inną niż systematyczna uczciwa praca - troska o to, by ludzie mieli wypisane w sercach i w rozumach Prawo Boże - traktowanie jako pierwszego i najważniejszego zadania dobrej, twórczej, dobrowolnej działalności na polach rodzinnym, parafialnym, sąsiedzkim, lokalnym.
W sumie taki polityk to ma smutne życie: knucie przez kilkadziesiąt lat, żadnej konstruktywnej pracy. Czy zbudował dom, wynalazł jakiś użyteczny przedmiot, przemyślał i opisał w prawdziwy sposób jakąś rzeczywistość? Nie; konsekwentnie knuł i (zdarza się czasami) doknuł się do władzy. Cóż z tego? Ani to moralne, ani pożyteczne, ani miłe. Takie tam podrygi motywowane zasadą "Teraz, kurka, nasi".
(Każdy skądinąd uczciwy człowiek, który zaczyna angażować się w politykę grzeszy naiwnością lub złą wolą. A liczni ludzie tak bardzo chcą wierzyć, że każdorazowi funkcjonariusze państwowi są "nasi", "dobrzy", "troszczą się o nas" - że stają się ślepi na to, co naprawdę stanowi o wielkości Polski).
Internetowy komentator, odnosząc się do sytuacji, w której rzekomi przeciwnicy polityczni akurat dali publicznie wyraz bliskości między sobą, napisał: "Co to za rewelacja? Politycy znają się od lat jak łyse konie, razem sobie grillują i śmieją się z ciemnego ludu, że wierzy w reżyserowany teatrzyk <<Jesteśmy przeciwnikami, bo tak bardzo się różnimy>>, zaczęty po to, by dać im się spokojnie wymieniać władzą co parę kadencji".
Zjawisko to, choć stosunkowo łatwe do zaobserwowania i zrozumienia, pozostaje powszechnie jakby niedostrzegane. A pojęłoby je nawet dziecko! Na przykład takie, które obejrzałoby animowany film Jak wytresować smoka; reżyser znakomicie przedstawia nam rzeczywistość i naturę polityki - choć ubrane w szaty bajkowe.
Politykami zostają zazwyczaj ludzie, którzy w życiu nie skalali się dniem uczciwej roboty. Regularnie za to zajmowali się knuciem, rozpracowywaniem "przeciwników" i dążeniem do władzy. Do władzy dla władzy. Dla spełnienia własnych ambicji. Dla niegodziwego zysku. Czasem w imię dziecinnego, naiwnego przeświadczenia, że jakąkolwiek sensowną zmianę na lepsze da się przeprowadzić metodą inną niż systematyczna uczciwa praca - troska o to, by ludzie mieli wypisane w sercach i w rozumach Prawo Boże - traktowanie jako pierwszego i najważniejszego zadania dobrej, twórczej, dobrowolnej działalności na polach rodzinnym, parafialnym, sąsiedzkim, lokalnym.
W sumie taki polityk to ma smutne życie: knucie przez kilkadziesiąt lat, żadnej konstruktywnej pracy. Czy zbudował dom, wynalazł jakiś użyteczny przedmiot, przemyślał i opisał w prawdziwy sposób jakąś rzeczywistość? Nie; konsekwentnie knuł i (zdarza się czasami) doknuł się do władzy. Cóż z tego? Ani to moralne, ani pożyteczne, ani miłe. Takie tam podrygi motywowane zasadą "Teraz, kurka, nasi".
(Każdy skądinąd uczciwy człowiek, który zaczyna angażować się w politykę grzeszy naiwnością lub złą wolą. A liczni ludzie tak bardzo chcą wierzyć, że każdorazowi funkcjonariusze państwowi są "nasi", "dobrzy", "troszczą się o nas" - że stają się ślepi na to, co naprawdę stanowi o wielkości Polski).
Kiedy Ewa Polak-Pałkiewicz pisze artykuł o zwanych młodzieżowymi modernistycznych odchodach jako "sukcesie ekipy politycznej sprawującej w naszym kraju władzę", czołobitność sformułowań zawartych choćby w kilku otwierających tekst akapitach jest tak wielka, że ociera się o groteskę.
* W * W * W *
Po PoPaPo krąży widmo fatum.
Choć na stronie 241 Ewa Polak-Pałkiewicz zdaje się twierdzić, że czegoś takiego jak "historyczna konieczność" nie ma, to zdaje się solidaryzować z opinią ze strony 173 ("powstanie to <<mus>>"), a w końcowych akapitach pisze już wprost o "kierunku działań, jaki wyznacza nam historia" (s. 377).Historia niczego nam nie wyznacza. Powołanie i zadania do wykonania wyznacza nam Pan Bóg, którego wolę odczytujemy również w spotkaniach z ludźmi, w tym, co nam się przydarza - ale to jest inspiracja Osobowa, nie zaś "historyczna".
* W * W * W *
Historyczne gdybania, dotyczące tego jak konkretni ludzie "powinni" postąpić w przeszłości i "co by było, gdyby...?" zdają się nie mieć głębszego poza hobbystycznym sensu.
Nie wiemy z pewnością, "co by było". Możemy tylko snuć przypuszczenia.
Wiemy, "co było". To wiemy na pewno.
Znamy też niezmienne normy moralne. Wiemy, co wolno, a czego - nie. Ewentualne oceny cudzych zachowań możemy opierać o te właśnie normy; nie zaś wygłaszać sądy bazujące na "skuteczności" działań ocenianych osób. Tu znów pojawia się kłopot: polityczni komentatorzy kwestie moralne spychają na dalszy plan; liczy się rezultat wyłącznie w wymiarze doczesnym.
* W * W * W *
W kwestii kryteriów oceny danych ludzi czy epok znajdujemy się (przynajmniej na poziomie deklaracji) na bezpiecznym i wspólnym z Autorką gruncie: Ewa Polak-Pałkiewicz nie zapomina i podkreśla, że rdzeniem historii jest prawda katolicka (s. 211). Zaczynem zaś, dodajmy, i pomocą do osiągnięcia powodzenia (choć nie gwarantem jego osiągnięcia) w świecie doczesnym jest wierność Bogu i nauce Kościoła.
* W * W * W *
Pewne światło na kwestię tego, dlaczego Polacy zostali tak doświadczeni w trakcie II wojny światowej, rzuca obserwacja poczyniona w jednym z wykładów przez x. Grzegorza Śniadocha: [wbrew twierdzeniom Ewy Polak-Pałkiewicz, piszącej o Warszawie roku '39 jako "perle Europy" (s. 207),] miasto owo stało się w okresie tzw. dwudziestolecia "różową stolicą Europy" - punktem zbornym zboczeńców oraz europejskim centrum aborcyjnym - to tu przyjeżdżano z zagranicy, aby mordować poczęte dzieci.
W tym między innymi kontekście nakreślona przez Autorkę (i wyidealizowania do niemożebności) charakterystyka życia politycznego w Polsce lat dwudziestych i trzydziestych (s. 233) zasługuje wyłącznie na miano ponurej pomyłki. Kariera Nikodema Dyzmy to naprawdę nie jest bajka.
* W * W * W *
Czy może być tak, że dane powstanie jest zarówno bohaterstwem, jak i błędem (z teologiczno-taktycznego punktu widzenia; idziemy tu tropem myśli św. Tomasza, który jako jedno z kryteriów oceny, czy należy walczyć, podaje REALNE SZANSE NA ZWYCIĘSTWO; czy rzucamy się w bohaterski wir walki biorąc pod uwagę tę zmienną?)? Czy Autorka zakłada w ogóle taką możliwość?
* W * W * W *
Mimo zaznaczających się z regularnością na kartach książki zgrzytów i poważnej niekonsekwencji, nie sposób odmówić Autorce, że nakreśliła portrety kilku osób godnych prawdziwego szacunku i naśladowania, ludzi obdarzonych prawdziwie polską fantazją, oraz z wdzięcznością odnieść się do tego, że przypomniała i sformułowała pewne ważne prawdy oraz poczyniła istotne spostrzeżenia:
s. 30
cytat ze Stanisława Kostki Starowieyskiego
ogół społeczeństwa to zbiór indywidualnych, pełnowartościowych jednostek, dusz nieśmiertelnych
s. 92
o. Kolbego Niemcy zabili, bo stanowił jasny znak, że można żyć Bogiem samym - bez kropli wody
o. Kolbego Niemcy zabili, bo stanowił jasny znak, że można żyć Bogiem samym - bez kropli wody
s. 232
cytat z Feliksa Konecznego dotyczący odrębności etyki katolickiej i klinów, które wbija ona w każdą cywilizację: małżeństwo monogamiczne i dożywotnie; dążenie do zniesienia niewolnictwa; zniesienie zemsty i przekazanie jej sądownictwu publicznemu; niezależność Kościoła od władzy państwowej
s. 259
cytat z Bismarcka: Gdyby żydom dano możliwość emigrowania z poznańskiego w głąb Niemiec, nie skorzystaliby z niej masowo, gdyż beztroska polskiego charakteru w odniesieniu do spraw tego świata uczyniła z Polski eldorado dla żydów
cytat z Bismarcka: Gdyby żydom dano możliwość emigrowania z poznańskiego w głąb Niemiec, nie skorzystaliby z niej masowo, gdyż beztroska polskiego charakteru w odniesieniu do spraw tego świata uczyniła z Polski eldorado dla żydów
I wreszcie sprawa absolutnie zasadnicza: prelekcje paryskie, czyli Mickiewicz o ustroju dawnej Polski
s. 274
jednostka w Polsce nigdy nie traci swych "praw pierwiastkowych" i "władna jest zawsze ze społeczności wystąpić"
Chrześcijańska wolność. Katolicka anarchia.
Ideał wspólny nie tylko dawnym Polakom, ale wszystkim ludziom wolnym. O czym pięknie świadczy scena z filmu Michaela Manna pt. Ostatni Mohikanin:
Oficer rządowej armii brytyjskiej: Ty nazywasz siebie patriotą i lojalnym poddanym Korony?
Hawkeye: Poza wyjątkami nie nazywam siebie poddanym komukolwiek lub czemukolwiek.
Hawkeye: Poza wyjątkami nie nazywam siebie poddanym komukolwiek lub czemukolwiek.
I to właśnie w warunkach takiej wewnętrznej (wpływającej niechybnie na zewnętrzną) swobody człowiek wolny najlepiej prowadzi walkę o duszę swoją i powierzone sobie przez Boga osoby: żonę, męża, dzieci. W dalszej kolejności i podług hierarchii bliskości oraz odpowiedzialności: innych ludzi.
W takich też warunkach najskuteczniej walczy z państwem (które realizację zarysowanych wyżej celów stara się zasadniczo utrudnić). Choćby kosztowało to wiele.
W takich też warunkach najskuteczniej walczy z państwem (które realizację zarysowanych wyżej celów stara się zasadniczo utrudnić). Choćby kosztowało to wiele.
Paweł Antoniewicz
_____
Ewa Polak-Pałkiewicz, Powrót pańskiej Polski, Łomianki 2016
Garść spostrzeżeń o charakterze technicznym:
* czcionka wewnątrz książki nie ułatwia lektury - jest zbyt "szczupła"
* wygląd okładki - ów nieszczęsny atłas rodem z domu nie całkiem prywatnego! (plus umiejscowienie nazwiska Autorki i tytułu w bezpośredniej bliskości bez zachowania odpowiednich odstępów między linijkami oraz błędnie dobrane barwy czcionki) - woła o pomstę do Nieba
* zaznacza się obecność stosunkowo licznych literówek
Jaki naród, tacy bohaterowie? (Rozrachunki historyczne i aktualne)
Jerzy Juhanowicz w tekście Jacy bohaterowie, taki naród tłumaczy, czemu jego zdaniem świętowanie wybuchu Powstania Warszawskiego nie oznacza świętowania klęski.
Chciałbym przytoczyć tu słowa, jakie usłyszałem z ust Sanitariuszki PW. Otóż wspominając zdarzenia owych dni, przywołała ona treść rozmowy jaką przeprowadziła na godziny przed jego wybuchem z młodym powstańcem:
"- Czy mamy jakieś szanse?
- Żadnych, ale musimy walczyć."
Nie rozstrzygając tu ostatecznie, czy czczenie tego akurat powstania
nie jest (może mimowolnym) świętowaniem tego jak obca agentura oszukała i wciągnęła w
beznadziejną straceńczą walkę najznakomitsze dzieci naszego narodu, zapytajmy ~ dla równowagi:
Czy równie hucznie obchodzimy rocznice naszych (katolickich i polskich) zwycięstw?
Czy jesteśmy naszych zwycięstw w ogóle świadomi?
Czy Jerzy Juhanowicz odpowiedziałby - w duchu uwag przedstawianych już na tych łamach ~
~ "taką mamy historię, chamy i bandyci zawsze (a przynajmniej od czasów Rewolucji) wygrywali"?
[...] prymityw zawsze pokona człowieka szlachetnego, jeżeli
obu postawimy naprzeciw siebie. Rewolucja obaliła naturalne bariery między nimi
i wydała człowieka szlachetnego na pastwę dziczy. Dzicz oczywiście wygrała. Bo
nie ma zahamowań moralnych, bo nie ma skrupułów, bo się nie wstydzi, bo nie brak
jej pewności siebie, bo jej jedynym celem jest „nachapanie się”, bo jest
bezczelna, bo jest bezwzględna.
~ "taką mamy historię, chamy i bandyci zawsze (a przynajmniej od czasów Rewolucji) wygrywali"?
Ale przecież byłaby to nieprawda.
Jednak jakieś zwycięstwa były. Jednak jako naród - może mocno pokiereszowany i przetrzebiony - ale trwamy.
Zresztą, dlaczego mielibyśmy lekceważyć zwycięstwa sprzed stuleci? Lepanto? Częstochowę, Kircholm etc.? A te bliższe naszym czasom: powstanie wielkopolskie? Radzymin?
Kto da więcej?...
_____
Zresztą, dlaczego mielibyśmy lekceważyć zwycięstwa sprzed stuleci? Lepanto? Częstochowę, Kircholm etc.? A te bliższe naszym czasom: powstanie wielkopolskie? Radzymin?
Kto da więcej?...
_____
Czy naprawdę potrzebujemy ekscytować się tym, że zagraniczna banda wrzaskunów (śpiewając ni to po
polsku, ni to w swoim ojczystym języku, tylko po angielsku) "sławi" to,
co w wymiarze militarnym ostatecznie okazało się porażką?
Czy bylibyśmy gotowi oczekiwać jednak czegoś więcej?
_____
Flaga powstańcza powiewa nad świętującymi PW domostwami oraz instytucjami przez całe 63 dni walk. Czy powiewa równie długo dla uczczenia naszych militarnych zwycięstw? W końcu przecież zwycięstwa też są ważne, coś znaczą, do czegoś wzywają, coś ukazują?
"Bo nie jestem Etruskiem", tylko Polakiem - i zależy mi zarówno na honorze, bohaterstwie, jak i na realizmie postępowania, trzeźwości myślenia - katolicko-tomistycznym braniu pod uwagę tego, czy podejmując walkę mamy realne szanse na zwycięstwo.
_____
"Bo nie jestem Etruskiem", tylko Polakiem - i zależy mi zarówno na honorze, bohaterstwie, jak i na realizmie postępowania, trzeźwości myślenia - katolicko-tomistycznym braniu pod uwagę tego, czy podejmując walkę mamy realne szanse na zwycięstwo.
_____
Nawet w czymś, co uchodzi za hymn narodowy, a jest w istocie hymnem funkcjonariuszy państwowych, padają słowa: "dał nam przykład Bonaparte, jak zwyciężać mamy". A przecież Napoleon ostatecznie przegrał pod wszelkimi względami - również w wymiarze wojskowym.
Dlatego za prawdziwy narodowy hymn Polski uważam Bogurodzicę - to pod Jej sztandarem będziemy zwyciężać; a nie dowodzeni przez cudzoziemców mówiących przez nosy, a często bez nosów.
Dlatego za prawdziwy narodowy hymn Polski uważam Bogurodzicę - to pod Jej sztandarem będziemy zwyciężać; a nie dowodzeni przez cudzoziemców mówiących przez nosy, a często bez nosów.
_____
W tekście pt. Rycerze spraw polskich i większych przytaczamy opowieść Jerzego Juhanowicza dotyczącą "trzymania ludzi za mordę" i jego efektach. Może właśnie takie postępowanie naturalnej elity wyłonionej przez wolnościowe społeczeństwo wobec chamstwa doprowadziłoby do jego uszlachcenia albo przynajmniej skutecznego trzymania w ryzach.
_____
Roztrojenie jaźni
Jak to się dzieje, że w jednym mieście mamy obok siebie ulice, place i ronda Rozwadowskiego, Piłsudskiego i Dmowskiego? To tak jakby obok kościoła pod wezwaniem świętego Piotra stała świątynia imienia Judasza zwanego Iszkaryotem, a wszystko to w ramach parafii Króla Heroda.
Co ma zrobić człowiek, dla którego żaden z wyżej wymienionych aktorów polskiej sceny militarno-historycznej bohaterem nie jest?
Jak to się dzieje, że w jednym mieście mamy obok siebie ulice, place i ronda Rozwadowskiego, Piłsudskiego i Dmowskiego? To tak jakby obok kościoła pod wezwaniem świętego Piotra stała świątynia imienia Judasza zwanego Iszkaryotem, a wszystko to w ramach parafii Króla Heroda.
Co ma zrobić człowiek, dla którego żaden z wyżej wymienionych aktorów polskiej sceny militarno-historycznej bohaterem nie jest?
Odpowiedź w stylu Napoleona z Notting Hill brzmiałaby: nadać nazwę swojej ulicy i swojemu domowi; a w najbardziej polskim stylu: wznieść "dwór szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany"...
Paweł Antoniewicz
Dynia jest wielka
Wspomnienie Najświętszej Maryi Panny w sobotę po Niedzieli Chrystusa Króla, A.D. 2015
To, co widzimy, współtworzy nasz świat i
światopogląd – czy tego chcemy, czy nie.
Jeśli co dzień oglądam coś nienormalnego, to –
nawet mając świadomość, że to nienormalne, oburzając się – złośliwie komentując
– patrzę na to – karmię oczy chorym widokiem. I ten widok mi się utrwala.
Niektórzy doszli w malkontenctwie do takiego
stanu, że celowo obcują z osobami, zjawiskami i miejscami, które – jak sądzą –
wprowadzą ich w błogi stan niezadowolenia. Oglądają telewizję – po to aby ją
krytykować. Słuchają durnych programów radiowych – aby „sprawdzić, co za
głupotę dziś powiedzą”. Wchodzą na nielubiane portale internetowe – aby się
zdrowo powkurzać. Idąc dokądś, wybierają taką drogę, aby zawsze mijać
obrzydliwy budynek i z przekąsem stwierdzić: „Ależ to nieładne!”. Malkontenctwo
owo może z czasem stać się drugą naturą człowieka.
Dlatego tak ważna jest dbałość o sensowność i czystość
tego, co do siebie dopuszczamy, z czym obcujemy.
Dziś kilkunastoletnie dzieci opowiadają
dowcipy o pedałach i innych zboczeńcach – tak, kawały te bywają śmieszne; ale
fakt, że młodzi ludzie je opowiadają, świadczy o tym, że to już weszło do ich
świadomości, oni już z tym żyją, to część ich świata.
Jeśli dzieci dostały od Kościoła i rodziców „szczepionkę”
na chorobę toczącą współczesną rzeczywistość – to pół biedy; dużo gorzej jeśli
chłoną nienormalność bezrefleksyjnie. Tak czy inaczej jedne i drugie OSWAJAJĄ się
ze złem. A książę tego świata stara się jak może, aby człowieka otaczały chore
idee, obrazy i słowa.
Nawet jeśli nie uznajemy pogańskiego święta,
do obchodów którego szatan zachęca nas w Wigilię Uroczystości Wszystkich
Świętych, znamy je – znamy jego nazwę, przynajmniej niektóre związane z nim
zwyczaje, symbole... Tak silnie zakorzeniło się w naszych głowach.
Wpisowi temu towarzyszy fotografia
przedstawiająca pewne smaczne warzywo. Miarę naszego zanurzenia w odmętach
współczesności może stanowić odpowiedź na pytanie: jaka myśl przyszła mi do
głowy w pierwszej chwili, gdy zobaczyłem to zdjęcie?
A Tobie, Drogi Czytelniku, z czym skojarzyła
się w pierwszym odruchu tytułowa dynia?
Tekst: Kacper
Tomasz Lidzki
Fotografia:
Paweł Antoniewicz
Rycerze spraw polskich i większych
Świętej Moniki, Wdowy, A.D. 2015
To Polska właśnie (fot. E.S.)
Wiara katolicka i zdrowy
indywidualizm – to były podstawy. Ewa Polak-Pałkiewicz przybliża sylwetki
rycerzy tych wielkich spraw (nie tylko mężczyzn!), a przypominając losy
poszczególnych osób i rodzin daje nam sposobność poznawania historii całego naszego
kraju.
O uniwersalizmie prawd, którym
wierności dochowało wybitnie liczne grono Polaków, szczególnie mocno świadczy
szkic poświęcony Stefanii Weinhold, uciekającej z ogarnianej rewolucją Rosji. Towarzyszący
jej i jej bliskim w drodze do Polski narzeczony – Rosjanin – ginie,
próbując ich ratować. Szlachetność to coś innego niż solidarność narodowa czy
plemienna...
Oficer carskiej armii zginął.
Podobny los spotkał także polskich ziemian – w pewnym sensie przeszli oni już
do historii. Dziś usiłuje się niekiedy przypominać kultywowane przez nich tradycje.
Autorka w przedmowie przestrzega przed sprowadzaniem ich „do słynnej triady:
balu, polowania i «kuchni szlacheckiej»”. Jako życiowe zadanie ziemian wskazuje
„odpowiedzialność za los Polski”.
Cóż to jest Polska? Wyjaśnienia warto
by zacząć od zdefiniowania i tym samym rozróżnienia pojęć „państwo”, „kraj”,
„naród” i „społeczeństwo”, które nierzadko stosuje się jako synonimy. Gdy już
tego dokonamy, w toku lektury szkiców wyłania się przed nami obraz Polski jako tysięcy
autonomicznych ojczyzn, które z racji wyznawania tej samej ugruntowanej
Tradycją wiary i kultywowania tych samych tradycji składają się na Ojczyznę.
Ta Polska reaguje na pewne zjawiska
podobnie. Gdy Józef Garczyński, chłop na schwał, uchylił się od walki w wojnie
z bolszewikami (jego metodę skopiował w Przedwiośniu Barwicki),
„[w]ywołało to ogólne oburzenie i pan Józef był wydalony ze Związku Ziemian i
skazany na bojkot towarzyski” (s. 16).
Metodę społecznego ostracyzmu
stosowano również w innych sytuacjach: w XIX i XX wieku istniały „szlacheckie
domy, gdzie nie przyjmowano rozwodników” (s. 140).
Nieproszonymi gośćmi bywali nie
tylko ludzie: Eustachy Sapieha senior, któremu obwoźny handlarz chciał sprzedać
radio, tak zareagował na propozycję: „Czy naprawdę pan uważa [...] że ja będę
słuchał tego pana, który tu gada, a którego wcale do mojego domu nie
zapraszałem?” (s. 142). Słowa te pobrzmiewają niczym echem w licznych
powieściach Bruce’a Marshalla, którego bohaterowie niejednokrotnie twierdzą, że
– co jak co – ale to w piekle na pewno będą radioodbiorniki.
Jeśli nie radio, w czasach nowszych
telewizornia, a w najnowszych Internet – to co? Ano wiara, przywiązanie do
ziemi, budowanie Domu – dbałość o więzi w rodzinie, do której, można by rzec, de
facto zaliczano również służbę. [Autorka przywołuje liczne przykłady stanowczego
karania za jej nieuszanowanie – bicie pasem, szpicrutą, lanie „na goły tyłek” (s.
144–145)]. Opieka nad potrzebującymi [którym na przykład Anna i Stanisław
Potoccy woleli dać wędkę niż rybę i pomagając ubogim, jednocześnie ich
wychowywać (s. 164–165)]. „[G]łęboko zakorzeniony w mentalności i kulturze
katolicyzm” (s. 31).
Skoro było tak dobrze i familiarnie
– to dlaczego się skończyło? Co doprowadziło do upadku takiej Polski? Kto i
gdzie popełnił błąd?
Ewa Polak-Pałkiewicz przytacza
opinię Feliksa Konecznego, który twierdzi, że stało się to „nie z własnej
winy”. Hilaire Belloc precyzuje: „Jedyną przyczyną upadku Polski jest upadek
zupełny chrześcijańskich zasad w polityce europejskiej, zachłanność i grabież
sąsiadów” (s. 244).
W pewnym filmie oglądaliśmy taką
scenę: w rodowym pałacu przy stole siedzi wielopokoleniowa rodzina. Ogień w
kominku, na ścianach portrety przodków, nad głowami głowy upolowanej zwierzyny.
Właśnie podają obiad. Nagle zza kadru wyziera lufa dwururki. Pada strzał.
Wszystko zostaje zmiecione – znika. To wojna światowa.
Zdarzało się nam pewnie wszystkim
słyszeć o tym, że „przed wojną było lepiej”. Skoro tak – można postawić pytanie
– to dlaczego do wojny doszło?
W wyniku wojny i jej następstw
uległo zniszczeniu to, co budowały w Polsce pokolenia. Czy o powodzeniu wroga
zdecydowała wyłącznie tępa siła, której nie potrafiliśmy się oprzeć (bo było
nas za mało)? Czy rzeczywiście, jak twierdził Koneczny, byliśmy bez winy?
Czy autonomia tysięcy małych ojczyzn
była nie do obrony?
Autorka opisuje jak Mieczysław Jałowiecki
stosując ostrzejsze niż perswazja słowna środki poradził sobie z „wiejskim lewicowym
agitatorem” (s. 16). Życiowa obserwacja ukazuje nam, że niektórymi nie da się
prowadzić rozmowy – przemawiają do nich wyłącznie argumenty siłowe. Czy wrogów
ziemiaństwa dałoby się powstrzymać, stosując ostrzejsze środki – prewencyjnie,
tak aby nawet nie przyszło im do głowy, że mogą się na życie i majątek drugiego
człowieka targnąć?
17 września 1939 roku „grupa
nieznanych cywili” przyszła do Różana, aby zamordować Marię ze Zdziechowskich
Sapieżynę wraz z rodziną, przed rozstrzelaniem uratował ich „stary sługa,
kucharz Cydzik” (s. 154). Na kartach książki pojawia się więcej przykładów
świadczących o tym, że w sytuacjach kryzysowych służba i państwo wzajemnie się
wspierali.
Czy zawsze tak było?
Nasz redakcyjny kolega Jerzy Juhanowicz
przypomina takie zdarzenie:
Historia była opisana chyba u Rodziewiczówny. Rzecz się działa na Kresach w roku 1920. Był gość srogi dla okolicznej ludności. Pańszczyzny już wtedy nie było, tym niemniej system zależności od dworu był we wsi wciąż spory (jak to dobrze!). Nie chodzi o to, że się znęcał. Ale trochę jak u Benedykta Korczyńskiego i Bohatyrowiczów. Nie szedł nikomu na rękę i co się należało egzekwował bez zmiłuj. Był też niedaleko inny obywatel ziemski (jak wtedy mówiono), któremu przyświecały liberalne i oświecone idee. Że ludzie są równi, że chłopi to też ludzie itd. Inwestował w wieś. Jak trzeba było dał za friko siana, ziarna, pomógł, gdy była jakaś klęska i np. dom się komuś spalił. Przyszedł rok 1920, nadciągały ruskie i bolszewicy, głoszący jaką to wolność wszystkim dadzą. Lud zaczął się nerwowo kręcić wokół dworów i co agresywniejsi przychodzili, żeby „wyrzezać panów”. „Dobrego” pana zarzezali bez mrugnięcia okiem. Przyszli do srogiego, a ten, widząc, co się dzieje, wyszedł przed dwór, spiorunował ich wzrokiem i to wystarczyło, żeby ciżbę zamurowało. Kazał wtedy zaprzęgać konie. Podstawiono konie. Załadował się do powozu (razem zresztą z rodziną) i nie niepokojony odjechał. Tłuszcza stała i się gapiła, rozstępując się, gdy państwo odjeżdżali. Oczywiście dwór zniszczyli, jak to hołota, ale ręki na pana nie podnieśli.Taka historia.
Czy to zatem nie pobłażliwość
przyczyniła się do upadku? Czy próba „uszlachcenia” możliwie największej liczby
ludzi to nieziszczalne marzenie? Czy dla skutecznego oparcia się nawale wroga
„zewnętrznego” trzeba najpierw systematycznej srogości wobec potencjalnych
wrogów „wewnętrznych”?
Do srogości (zalatującej tresurą) uciekano
się z pewnością w domowych stosunkach edukacyjnych. Niania i domowa
nauczycielka Eustachego Sapiehy „[p]odczas lekcji [muzyki] siedziała obok z
pałeczką, którą dawała nam po palcach, jeśli robiliśmy jakiś błąd. Ta sama
pałeczka była w użyciu przy stole” (s. 75). Stare, dobre czasy?...
A nowy „wspaniały” świat? Świat, w
którym „[m]iejsce dworu zajęła karczma” (s. 17). W którym tak wielu Polakom
udało się narzucić mentalność kupczyków – tak jakbyśmy z wiary katolickiej
nawrócili się na jakieś wyznanie handlowe. „«[Z]awsze gdy jakieś społeczeństwo
porzuca stare dystynkcje, stare moce duchowe i doczesne, pozostaje jeden pan
niezachwiany, najbardziej drobiazgowy i najtwardszy z panów, a jest nim
pieniądz. [...] Wszyscy mu są posłuszni»” (s. 147).
Matura jest dziś tak samo udawana
jak w zaborze rosyjskim, gdzie wymagała „[s]komplikowanej sztuki kamuflażu,
skrywania prawdziwej umiejętności niezależnego, propolskiego myślenia oraz
maskowania głębszej wiedzy”, a nauczycieli skłaniała ku temu, aby kształcili
uczniów w umiejętności wyrażenia tego, co należało, i ukrycia tego, co było
niepożądane (s. 83).
Maciej Dudek napisał niegdyś w
tekście poświęconym pytaniu „Co to jest Polska?”, że „Polska to swoista
kultura. To tęsknota za wolnością i dla wolności szacunek. To gotowość do
obrony tej wolności za cenę życia. Polska to tradycja, tysiącletnia wierność
chrześcijańskiej idei dobra. Polska to polski język i polski obyczaj. Polska to
szlachetność i rycerskość”.
Swoista kultura. Bardzo różna od
„kultury” tych rosyjskich uczniów elitarnego liceum w Petersburgu, którzy w
dzień, gdy najstarsi koledzy opuszczali szkołę, urządzali pijaństwa i awantury.
Chuligani ci rekrutowali się spośród „najlepszych rodzin” rosyjskiego
ziemiaństwa i arystokracji. „Polacy nigdy w tych manifestacjach dzikości nie
uczestniczyli” (s. 85).
Obecnie azjatycka pseudokultura tryumfy
święci nie tylko wśród Rosjan, ale na połaciach tego, co niegdyś zwano
„cywilizacją zachodnią”.
Jeszcze jeden akcent współczesny. Na
spotkaniu promocyjnym książki Ewy Polak-Pałkiewicz (Redakcja raz jeszcze serdecznie
dziękuje za zaproszenie!) jeden z uczestników przypomniał, że pewien polityk
(usilnie kreowany przez pewne środowiska na patriotę) za czasów kadencji jako
wysoki funkcjonariusz państwowy przeciwdziałał sprawie reprywatyzacji – a zatem
sprzeciwiał się oddaniu właścicielom tego, co im zagrabiono; tym samym stawał w
szeregu wrogów polskiego ziemiaństwa.
Działanie kontrrewolucyjne i
konstruktywne, sprzyjające sprawie polskości, a przede wszystkim Sprawie Wiary
Katolickiej, można prowadzić nawet w warunkach niewoli albo wygnania.
Przypomina o tym we wzruszający
sposób historia nawrócenia Chopina. Jednający go z Bogiem na łożu śmierci
ksiądz Aleksander Jełowicki wspomina, że kompozytor „nie wahał się powiedzieć
«Bez ciebie, mój drogi, byłbym zdechł – jak świnia!» (s. 126).
Adam Jakacki z kolei wspomina, jak
za czasów okupacji niemieckiej „[g]ospodarz zaścianka [Bagienki], Józef
Gąsowski, i jego córki nauczyli [go] [...] zajęć tak użytecznych, jak młocka
cepem o poranku («młóciliśmy słomę prostą na poszywanie dachów»), klepanie
kosy, koszenie, naprawianie narzędzi i uprzęży, przebieranie ziemniaków i
pasienie krów, «co, wbrew pozorom, okazało się czynnością daleką od
bezmyślności, dawało możliwość wszechstronnego namysłu nad światem!»” (s. 327).
Namysł nad światem. Czy dziś, w
świecie usiłującym zmusić nas do ciągłego pośpiechu, przychodzi nam do głowy,
że można się nad czymś namyślać?
Namysł mógłby skłonić nas do
postawienia garści pytań:
Czy naszą charakterystyczną cechę
stanowi wciąż „indywidualizm – tak typowy dla dawnej polskiej szlachty i
ziemian”? Indywidualizm – wynik „bogactwa typów myślenia”? Wynik przyjęcia
„nieschematycznej, twórczej i rozumnej postawy wobec wyzwań historii” (s. 41)?
Czy podobnie jak Leon Krupecki,
pierwowzór Stanisława Wokulskiego, troszczymy się o indywidualne podejście do
nauczania każdego z naszych dzieci i mamy świadomość, że prywatna nauka warta
jest pieniędzy (s. 64)?
Czy jesteśmy dumni z tego, kim byli
nasi przodkowie i czy potrafimy publicznie dać temu wyraz – czy też
pozostawiamy to zadanie wyłącznie cudzoziemcom, takim jak przywoływani
wielokrotnie na kartach Rycerzy wielkiej sprawy Chesterton, Claudel czy
Belloc (którzy, to prawda, w swej sympatii dla Polski, czy może nawet miłości
do niej, również za granicą pozostawali raczej odosobnieni)?
Czy wciąż jesteśmy – w najlepszym,
najpełniejszym i najpiękniejszym tego słowa znaczeniu – Polakami?
Paweł Antoniewicz
_____
Ewa Polak-Pałkiewicz, Rycerze
wielkiej sprawy. Szkice ziemiańskie, Łomianki 2015
Fotografie, które były
Wspomnienie NMP w sobotę po Niedzieli Przewodniej, A.D. 2015
Jak równy z równym
(fot. Paweł Schulta)
Czyli: życie jest
osobliwsze od fikcji
Spośród zamieszczanych na WiWo fotografii na palcach jednej
ręki można by policzyć takie, które poddano komputerowej obróbce. Zasadniczo publikujemy
zdjęcia bez retuszu; z rzadka zdarza się nam się je kadrować. Potwierdza to
obserwację, że prawdziwe jest najlepsze.
Paweł Antoniewicz
____
Serdecznie przypominamy
i zapraszamy na dzisiejsze spotkanie pod tytułem
DLACZEGO KRÓLIK ŻRE KAPUSTĘ?
poświęcone twórczości Artura Grottgera.
Zajęcia poprowadzi nasz Autor Stanisław Falkowski,
a rozpoczną się one
o godzinie 13
w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie.
Będziemy wdzięczni za poinformowanie nas drogą mailową
wirtualnewydawnictwowiwo@gmail.com
o zamiarze przybycia.
Prawo jazdy
Poniedziałek po II Niedzieli po Objawieniu Pańskim, A.D. 2015
Fot. MDK
Tym wpisem wpisujemy się w
kolejny rozdział pisanej przez życie powieści pod tytułem Wolność i odpowiedzialność lub niewola i nieodpowiedzialność.
Postulat brzmi jasno: twórzmy
społeczeństwo, w którym panuje szeroki zakres swobody – ale od swawoli wara!
Możesz bardzo wiele, ale za przekroczenie granic ponosisz pełną
odpowiedzialność.
Dziś bierzemy na tapet zagadnienie
prowadzenia samochodu. Samochód to narzędzie – jak każde inne. Można go użyć w
dobrych lub złych celach.
Albo postawimy na swobodę
korzystania z pojazdów i rzeczywistą odpowiedzialność za posługiwanie się nimi
– albo postawimy użytkownikom nieuczciwe bariery na starcie, ale później
pozwolimy ich nieodpowiedzialnym czynom za kółkiem uchodzić niemal bezkarnie.
Dziś oficjalny modus operandi polega na tym, że do
prowadzenia pojazdów trzeba zdać przed funkcjonariuszem państwowym egzamin – a
potem hulaj dusza! Masz papier i robisz, co chcesz!
Normalnie jest tak, że
prowadzenia uczy cię ojciec albo inny człowiek mający kompetencje do
poinstruowania cię i uznania, że jesteś już gotów, aby jeździć na własną
odpowiedzialność. Właśnie: odpowiedzialność. Nie wymagamy od ciebie papierów,
ale umiejętności i ponoszenia konsekwencji własnych czynów. Jeśli prowadząc,
staniesz się sprawcą wypadku, ponosisz pełną odpowiedzialność. To znaczy na
przykład, że morderstwo dokonane za pomocą samochodu traktujemy tak samo jak morderstwo
za pomocą noża.
Po rozważeniu racji moralnych
przechodzimy do praktyki (wtórnej i niedecydującej w świetle praw moralnych –
niemniej istotnej, bo jesteśmy realistami).
Przyglądamy się teraźniejszej
sytuacji na polskich drogach i zauważamy efekty stosowania taktyki Niewola i nieodpowiedzialność: olbrzymią
liczbę sztucznie i niesprawiedliwie stworzonych miejsc pracy, gnębienie i
obdzieranie egzaminowanych kandydatów, cały okołoWORDowy biznes – całe to
instrumentarium oszustwa i kradzieży. Obserwujemy też jak funkcjonariusze
państwowi w osobach sędziów karzą drogowych przestępców: na przykład za morderstwo
sześciu osób sprawca tragedii dostaje dwanaście i pół roku więzienia.
Co to by było, gdyby postawić na
wolność i odpowiedzialność? Czy możemy coś takiego zaryzykować? Ale – zamiast
zastanawiać się w nieskończoność – zapytajmy wprost: czy jesteśmy ślepi na to,
co jest?
Wspomnianemu wyżej kierowcy
funkcjonariusze państwowi odebrali prawo jazdy – a on i tak wsiadł za kółko! Potwierdza
to obserwację, że posiadanie lub nieposiadanie papieru nie ma większego
znaczenia dla ludzkich zachowań; liczą się za to odpowiedzialność za czyn i
surowość kary. Gdyby kierowca-zabójca płacił za swój czyn głową albo został zobowiązany
do płacenia rodzinom ofiar rekompensaty, cała sprawa wyglądałaby inaczej!
Ilu jeszcze zamordowanych na
drogach trzeba, abyśmy to dostrzegli?
Czy nie jest czasem tak, że nie
możemy już znieść naszej choroby, ale i lekarstwa odrzucamy?
Paweł Antoniewicz
Ziemia nie zginie, nie przepadnie
W piątek po święcie Objawienia Pańskiego, A.D. 2015
Autor ogłoszenia słusznie twierdzi, że ziemia jest w pewnym
sensie najpewniejszą lokatą. Podobnie widział to Mark Twain, autor stwierdzenia:
„Kupuj ziemię; ona nie traci na wartości – przestano ją wytwarzać już jakiś
czas temu”.
Tekst & zdjęcie: Paweł
Antoniewicz
Dlaczego nie jestem katolem
W Oktawę Bożego Narodzenia, A.D. 2015
Fot. E.S.
Dlaczego nie jestem katolem?
Ponieważ
jestem katolikiem.
Asymilacja
określeń, jakimi obdarzają nas przeciwnicy, może być zgubna. Jeśli z dumą
wciągamy na sztandary słowa, którymi obrzucają nas wrogowie, grozi nam, że –
nazwani „głupcami” – powiemy: „Tak, jesteśmy głupcami” i potraktujemy to jako
stałą deklarację, nie zaś jednorazowy efektowny sztych polemiczny.
Wyobraźmy sobie, jak pracownik fizyczny
zapytany przez swoje dziecko o wykonywany zawód mówi: „Jestem robolem”.
Zgodzimy się chyba, że odpowiedź „Jestem robotnikiem” lepiej i kulturalniej
oddaje prawdę o tym człowieku?
Paweł Antoniewicz
Psy, koty i inne istoty
W święto św. Franciszka Ksawerego, Wyznawcy, A.D. 2014

Wszystkie cztery ogłoszenia wisiały tego samego dnia na tej samej tablicy

I always like a dog so long as he isn’t spelled backward.
~ G.K. Chesterton, The Oracle of the Dog
Fotoreportaż i dynamiczna dyskusja redakcyjna
Wszystkie cztery ogłoszenia wisiały tego samego dnia na tej samej tablicy
– Na
co pies w mieście? Pies się męczy. Pies się męczy w mieszkaniu. Pies nie ma się
gdzie wybiegać. Czy pomyślałeś o tym, szanowny właścicielu, któremu rzekomo
leży na sercu dobro twojego pupila?
– Zdechł pies!
– Na miejsce!
– Gdzie jest miejsce
zwierzęcia? Na wsi. W budzie. W oborze. Na polu.
– Za to w mieście organizuje
się teraz takie hece, że ludzie ślub biorą i na zaproszeniach winszują sobie,
aby zamiast kwiatów składać datki na schronisko dla bezdomnych koni!
– Bezdomnych? Chyba
bezstajennych?
– Inni chcieli karmę dla
zwierząt! Powariowali!
– W Warszawie na
Marszałkowskiej widziałem świnię! [Część interlokutorów kręci z niedowierzaniem
głowami] Nie, nie... Regularny prosiak. Parzystokopytny, różowy, z ryjem. Jakiś
chłopak go prowadził. Na smyczy!!
– Też widziałem! Ale ten na
ulicy był mały. A do metra wsiadł raz koleś z knurem. Normalnie sto kilo żywej
wagi.
– To znaczy knur (a nie koleś)
ważył sto kilo? – upewniła się Łusia.
– Tak – potwierdzono.
– Przemywanie oczu, czesanie,
siatka bezpieczeństwa, umowa adopcyjna... Czy ktoś tu czasem nie zwariował? W
Polsce wciąż morduje się dzieci nienarodzone. Czy w ich obronę włączamy się
przynajmniej z takim samym zaangażowaniem co w zapewnienie bezpieczeństwa i
komfortu zwierzętom?
W epilogu Pana Tadeusza czytamy o tym, że w Polsce
„po psie płaczą szczerze / I dłużej niż tu [w Paryżu] lud po bohaterze”. Mickiewicz
nie potrzebuje wspominać, że Polak smuci się po śmierci CZŁOWIEKA bardziej niż
po śmierci zwierzęcia – jest to dla niego oczywiste. A dla nas?
„Tutaj
pies napije się wody”. A przy okazji obwącha klientów, otrze się o nich tymi
częściami ciała, które wytarzał w nie wiadomo (lub gorzej: wiadomo) czym,
poślini się na posadzkę, poociera się o rośliny, wesoło warknie... – tego już
nie piszą.
– Gdyby na ulicy podszedł do
nas człowiek i zaczął ocierać się o nasze nogawki, chwytać za nie zębami albo
obśliniać nasze odzienie, mielibyśmy pełne prawo potraktować to jako agresję i
bronić się przed takim zachowaniem. Gdy robi tak zwierzę (zazwyczaj przy
bierności właściciela), kładziemy uszy po sobie.
– Czytałem kiedyś artykuł,
którego autor opisał, jak postępuje w wypadku agresywnego zachowania
zwierzęcia: najpierw w mordę dostaje pies, zaś jego właściciel – jeśli się
stawia – w następnej kolejności.
– Problem pojawia się, gdy psa
prowadzi kobieta...
– Nierzadko to pies prowadzi
kobietę. Patrząc na to, zadajemy sobie pytanie: czy ludzie faktycznie bywają tak
nieodpowiedzialni, żeby wychodzić na ulicę ze zwierzęciem, nad którym nie
panują?
[Miało być retoryczne, ale malkontent
stawia kropkę nad „i”:]
– Tak, bywają.
„Jedna
dziewczynka i dwóch chłopców”...
...skoro
zwierzęta zaczynamy traktować jak ludzi,
nie dziwi, że ludzi zaczynamy traktować
jak zwierzęta.
_____
Fotografię z dzieckiem na
smyczy zrobił Jerzy Juhanowicz;
pozostałe zdjęcia: Paweł Antoniewicz.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










%2B20140819_184328.jpg)
%2B(E.S.).jpg)




%2BZDN.jpg)