W nawiązaniu do publikacji Stanisława Falkowskiego pt. Dalszy ciąg czytanki
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stanisław Falkowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stanisław Falkowski. Pokaż wszystkie posty
POMNIK NIEWIDZIALNY
W DZIESIĄTĄ ROCZNICĘ ŚMIERCI
DYREKTORA ZBIGNIEWA DARGIELA
(1 IV 1948 – 14 VIII 2007)
DYREKTORA ZBIGNIEWA DARGIELA
(1 IV 1948 – 14 VIII 2007)
Dziesięć lat temu w
wigilię wielkiego maryjnego święta – Wniebowzięcia NMP –
umarł Dyrektor Zbigniew Dargiel, który uczył mnie, kim jest
Wniebowzięta.
Nie spotkalibyśmy się
– nauczyciele, uczniowie, ich rodzice – gdyby nas wszystkich nie
złączyła Jego osoba i tworzona przez Niego (z inicjatywy ks.
infułata Jana Sikorskiego, ówczesnego proboszcza) szkoła, Kolegium
św. Józefa przy Parafii św. Józefa Oblubieńca NMP na Kole. „Po
czyjejś śmierci odkrywamy to, co było w życiu zmarłego ukryte,
choć nie skrywane. I myślimy o nim do końca naszego życia” (ks.
January Budzisz, [Kazanie na pogrzebie Włodzimierza Kurkowskiego, 9
listopada 1998]). Kiedy, jak mówił Norwid, „odszedł ze świata
widzialnego, umarłszy” (Czarne kwiaty), możemy odkrywać,
w jaki sposób jednak pozostaje w świecie widzialnym. Szkołę,
którą powoływał do życia i którą z cichym entuzjazmem kierował
prawie dziesięć lat, do 2006 roku, w roku 2007 zlikwidowano. Czy
to znaczy, że ów dziesięcioletni trud był daremny?
Bynajmniej. Jeżeli z
tych wszystkich lat zostałoby w sercach uczniów, ich rodziców,
nauczycieli tylko jedno: pamięć, że godzi się, żeby dzień
zaczynać od dwóch minut modlitwy, i że mieliśmy szczęście
uczestniczyć w tej modlitwie przed wystawionym Najświętszym
Sakramentem tak często pod Jego przewodnictwem, to warto było, żeby
istniała szkoła i żebyśmy się wszyscy – nauczyciele, rodzice i
uczniowie – w niej spotkali. To zostało w nas, więc również w
świecie widzialnym.
Przypuszczam, że nie
tak Go bolało, jeśli się spóźniłem na lekcję, jak jeśli nie
stawiłem się na czas na tę poranną modlitwę. Ale chyba nigdy nie
zdarzyło mi się słyszeć z ust Dyrektora wyrzutu z powodu tego
albo innego zaniedbania. Dyrektor szanował wolność drugiego
człowieka - nawet gdy ten drugi niedobrze z niej korzystał.
Rozumiał, czego
dzisiaj brakuje młodym ludziom: naszej, dorosłych, obecności, a
zwłaszcza obecności rodziców, i umiał to z przejęciem tłumaczyć.
Opowiadał mi kiedyś o uczniach, którzy skarżyli się na brak
żywego zainteresowania ze strony własnego ojca: „Wolelibyśmy,
żeby nas nawet sprał; wtedy byśmy wiedzieli, że jesteśmy dla
niego ważni”. Nie miał własnych dzieci, jednak co jest dla
dzieci ważne (także dla tych, które kształcił i wychowywał w
swojej szkole – dzieci u progu dorosłości), rozumiał, jak mało
kto rozumie. I uczył o tym swojego nauczyciela.
Kiedy przyjmował mnie
do pracy, zapytał: „Czy pan jest katolikiem?”. A potem zapytał
drugi raz: „Czy pan jest na pewno katolikiem?”. Ciekawe: przez
czterdzieści lat, w kilkunastu szkołach, w których zdarzyło mi
się uczyć (połowa to były szkoły katolickie lub przynajmniej za
takie się uważały) żaden dyrektor nie zadał mi tego pytania –
tylko On. W ankiecie personalnej trzeba było wpisać nazwę swojej
parafii. I poczekać tydzień na decyzję – Dyrektor mógł w tym
czasie porozumieć się z moim proboszczem. Nie mam Mu tego za złe –
nie prowadził śledztwa, lecz troszczył się o losy powierzonych
sobie dusz. W czasach, gdy stanowczo zbyt rzadko, w szczególności w
szkołach, myśli się o celach własnego działania, On na pewno
myślał najpierw nie o punktach swoich uczniów na państwowym
„egzaminie”, ale o Celu.
Myślał konkretnie i
starannie. Kiedy miał wysłać swoich uczniów na ważną wystawę
do muzeum w Radomiu, kilka dni wcześniej zwiedził ją sam. Sto
kilometrów w jedną stronę, sto kilometrów z powrotem – brał
odpowiedzialność. I uczył jej, czasem w zaskakujący sposób. W
anonimowej ankiecie zapytał kiedyś swoich nauczycieli: „Czy
Pan/Pani się modli za swoich uczniów?”. Przez czterdzieści lat i
tego pytania nie zadał mi żaden inny dyrektor.
Z mieszaniną trwogi,
gniewu i chyba dyskretnego szyderstwa opowiadał o zebraniu, na
którym jakiś mędrzec z kuratorium pouczał dyrektorów, że szkołę
trzeba „odhumanizować”. Sądził, że w dzisiejszym świecie,
pełnym technicznych i urzędniczych procedur i poddanym dyktatowi
działań praktycznych, brakuje młodym ludziom obycia z literaturą,
historią, całą wielką tradycją kultury, dziejami sztuki, łaciną
– tę zaliczał do najważniejszych przedmiotów szkolnej nauki.
Dlatego on – inżynier! – wbrew urzędowym trendom kierował
szkołę w stronę wiedzy humanistycznej – jakby częściowo
wyrzekał się tego, co stanowiło Jego własną specjalność i
zapewne przedmiot upodobania (choć trzeba pamiętać i o tym, że
ten inżynier studiował także teologię).
Ale trzeba pamiętać
również, że nie kierował się w ogóle upodobaniami czy ambicjami
osobistymi. Wśród wszystkich przełożonych, jakich zdarzyło mi
się mieć w życiu, był pod tym względem najwybitniejszy.
Jako inżynier
niewątpliwie znał się dobrze na działaniu różnych widzialnych
sił. Najważniejsze rzeczy miał jednak do powiedzenia o
niewidzialnych. Uczył o sile różańca, wymieniając historyczne
przykłady jego rewelacyjnej potęgi: Lepanto, Wiedeń, Radzymin.
Odmawiał różaniec z nauczycielami i uczniami, którzy chcieli Mu
towarzyszyć, w czasie długiej przerwy w szkole.
Wiele milczał. Na
pewno wiele przemilczał – nie z obojętności, tylko dlatego, że
w zgiełku trudno się porozumieć i nie sposób z należytą czcią
odnosić się do tego, co wielkie i święte. Dawał przykład
skupienia.
Skupienia, ale nie
oderwania od ziemi. Nie przestawał stąpać po niej pewnie
odmierzonym krokiem ani zauważać ludzi i ich ziemskich potrzeb i
zobowiązań. Kiedyś, gdy szkoła przeżywała finansowe trudności,
dla dotrzymania terminu wypłacił mi pensję z własnego portfela.
Stąpał po ziemi, ale z wzrokiem wpatrzonym w niebo – i uczył nas
zwracać wzrok ku niebu.
Cyprian Norwid w
poemacie Assunta – co można przetłumaczyć jako
‘podniesiona’, ‘wyniesiona w górę’, ‘wniebowzięta’
(J.W. Gomulicki) – mówi:
Niech
gardzą jedni wszystkiem dla rozumu,
A
im przeciwni - dla uczucia wszystkiem.
[...]
Ja
nie z tych waśni me natchnienia czerpię –
I
w górę patrzę – nie tylko wokoło:
Znać
się mnie nie dość – ja się nadto cierpię,
Samotne
moje ocierając czoło;
Aż
spocznie kędyś jak żniwo na sierpie,
Który
podzwania rączo i wesoło –
Pomnąc,
że gdzie są bezmowne
cierpienia,
Są
wniebogłosy... bo są – przemilczenia...
Assunta,
Pisma wszystkie,
III
294
Bohater
poematu Norwida nie patrzy więc wokół siebie ani w głąb siebie,
tylko w górę – ku niebu. To spojrzenie rozwiązuje bolesne
pytania i upewnia, że cierpienia nie przekreślają ładu świata,
bo ład ten ma fundament w niebie, i że „Są wniebogłosy... bo są
– przemilczenia...”: cierpienie „bezmowne”
– a więc niewyrażane słowami i może nawet niedające się
wyrazić w mowie, niewymowne – staje się, właśnie dlatego, że
milczące („bo są przemilczenia”), modlitwą – „wniebogłosem”,
głosem idącym „w niebo”. Tam zaś, w niebie, owo ziemskie
milczenie rozbrzmiewa bardzo donośnie („wniebogłosy”). Kto umie
jak Norwidowski Pielgrzym już za życia ziemskiego „w nieba łonie
trw[ać]” (Pielgrzym),
ten wie, że nie musi krzyczeć, żeby go tam usłyszano.
Codzienne
gazety, zajęte codziennymi awanturami, nie pisały przed dziesięciu
laty o śmierci Dyrektora – i zapewne nie wspomną o rocznicy,
którą obchodzimy. Czy to znaczy, że prace Dyrektora były
nieważne? Bynajmniej. Poza historią widzialną dzieje świata płyną
innym, skrytym nurtem. Należą doń trudy bez poklasku, prace
artystów lekceważonych i myślicieli nierozumianych, poświęcenia
pozbawione rozgłosu. „Zdarza się bowiem, że ktoś jest mężem
boskim, a nie zostaje przez nikogo zauważony” – czytamy u Marka
Aureliusza (Rozmyślania,
VII, 67). Norwid – myśliciel chrześcijański – powiedziałby:
przez nikogo –
z wyjątkiem Boga – i dodałby, że za „bramą” (Do
Stanisławy Hornowskiej)
„odsłonią się pomniki niewidzialne i mauzolea, których nie
dotyka się przechodzień” (List
do Marii Trębickiej z sierpnia 1856 roku,
PW VIII
282).
Do
czasu nie znamy wielu, zapewne większości, imion ludzi cichych i
niezłomnych, którzy swoją niezachwianą wiarą, modlitwą,
wytrwałą pracą ocalają ludzkość i podtrzymują ład świata, a
sobie samym wystawiają pomniki niewidzialne dla ludzkich oczu.
Zaiste,
wiele tam jest do roboty, gdzie należałoby każdą myśl na swoim
miejscu postawić – a szczęśliwy
jest, komu udało się choć z jedną tak uczynić.
Temu oddane to będzie, kiedy odsłonią się pomniki niewidzialne i
mauzolea, których nie dotyka się przechodzień, i kiedy stanie się
to z historią prac i poświęceń [...]. (List
do Marii Trębickiej...)
Nie
sposób wątpić, że niewidzialny pomnik Dyrektora zalśni wówczas
szczególnie jasnym blaskiem.
STANISŁAW
FALKOWSKI
O. KAROL MEISSNER OSB (17 V 1927 – 20 VI 2017)
– Chciałby
pan jeszcze, żebym odpisywał na listy? – tak mniej więcej
odpowiedział pewnemu młodemu człowiekowi, zdziwionemu i chyba
trochę rozżalonemu, że czekał na odpowiedź bezskutecznie. Młody
człowiek zrozumiał jakieś czterdzieści lat później, o co
dokładnie chodziło, kiedy się dowiedział, że o. Karol –
spowiednik, kaznodzieja, lekarz – dobiegając dziewięćdziesiątki,
otrzymywał codziennie po dziesięć-piętnaście listów, często
pisanych ręcznie.
Chyba
jednak nie da się znaleźć nikogo, komu by odmówił rozmowy. Kiedy
miał lat sześćdziesiąt i kiedy miał osiemdziesiąt osiem,
zaglądał do kalendarza, sprawdzał, że: za dwa dni jedzie do
Lublina, w przyszłym tygodniu prowadzi rekolekcje w Gietrzwałdzie,
w Warszawie albo w Górce Duchownej – i jakimś cudownym sposobem
znajdował czas na spotkanie. A kiedy się siedziało naprzeciw Niego
w rozmównicy lubińskiego klasztoru albo gdzieś w Polsce, gdzie
właśnie wygłaszał rekolekcje albo wykłady, jeszcze odbierał
telefony od osób, które odczuwały potrzebę zasięgnięcia – bez
zwłoki – Jego
duchowej porady (zdarzyło się, że podając komuś numer swojego
telefonu komórkowego, zastrzegł półżartobliwie: „po
wykorzystaniu najlepiej zjeść kartkę, na której go pan zapisał”
– jednak widocznie tych, którzy zapisali, musiała być niemała
liczba). Żegnając się z Nim, mijało się nieraz w progu nowego
przybysza.
Trudno
sobie wyobrazić, jak w tych warunkach mógł napisać wszystkie
swoje książki (ostatnią redagował na trzy miesiące przed
śmiercią), przygotować tysiące godzin wykładów i kazań,
przemyśleć całą swoją filozofię człowieka – istoty, która
ma obowiązek i jest w stanie z pomocą rozumu
i wolnej woli
panować nad sobą, mimo całej potęgi swych pragnień, popędów,
nałogów. – Najważniejszym organem płciowym człowieka jest mózg
– twierdził Ojciec Karol.
Z głęboką
powagą mówił o świecie, w którym ludobójstwo popełniane na
poczętych dzieciach stawia tych młodych, którzy się narodzili, w
sytuacji ocalonych z katastrofy i wątpiących, czy są istotnie
kochani. Uczył czci dla ludzkiego życia, które – raz rozpoczęte
– będzie już trwać zawsze, i dla naszej ludzkiej godności –
godności istot, które Bóg obdarzył zdolnością bycia ojcami i
matkami, czyli udziału w powoływaniu do życia na wieki.
Sam czuł
się ocalonym z katastrofy – w 1944 został „tylko” ranny. Gdy
w 2013 roku obchodzono jubileusz sześćdziesięciolecia
Jego zakonnych ślubów, mówił nie o sobie, lecz o strasznej
śmierci dwudziestu mniej więcej osobistych znajomych, którzy
zginęli w powstaniu. Byli wśród nich najsławniejsi bohaterowie
Kamieni
na szaniec.
Ich życiu, nie własnemu, przyznawał wielką wartość. A przecież
on, ocalony, następnie przez dziesiątki lat ocalał ludzkie ciała
i dusze – jako obrońca poczętych dzieci, który miał swój
udział w przygotowaniu encykliki Pawła VI Humanae
vitae,
jako kaznodzieja, spowiednik, powiernik i doradca.
Był w
powstaniu sanitariuszem, był harcerzem, lekarzem, muzykiem (śpiewał
w chórze Stuligrosza, komponował), zakonnikiem i księdzem, znawcą
i współtwórcą katolickiej nauki o rodzinie i wychowaniu i o
człowieku jako istocie płciowej, teologiem interpretującym
Magnificat
i
Ewangelię św. Marka, nauczycielem (już po siedemdziesiątce uczył
religii w szkołach podstawowych w pobliżu lubińskiego klasztoru),
konsultantem biskupów obradujących na synodach i wykładowcą
uniwersyteckim (piszący te słowa pamięta precyzyjnie skomponowany
pięciogodzinny wykład wygłaszany przez o. Karola z pamięci, na
stojąco, gdy prelegent miał lat osiemdziesiąt cztery); był
inteligentem, dla którego pilna znajomość całej klasyki
literackiej stanowiła rzecz oczywistą; przez dziewięćdziesiąt
lat nieustannie uczył się nowych rzeczy, można z Nim było
porozmawiać o ważnych twierdzeniach z zakresu logiki i o
współczesnej fizyce, w dodatku w pięciu czy sześciu językach;
był znawcą i (co trudno zrozumieć) przeciwnikiem łaciny w
liturgii, znawcą historii politycznej i (co też niełatwo pojąć)
głosicielem przekonania o potrzebie i możliwości dobroczynnych
działań państwa – nigdy tylko nie zdążył być emerytem i
gdyby dożył stu lat, też by zapewne nie zdążył.
Na pogrzeb
tego mnicha z tysiącletniego niemal, lecz przecież wiejskiego
klasztoru przybyło ponad tysiąc osób. Trudno by było znaleźć
wśród nich kogoś, kogo Ojciec Karol nie znałby osobiście. Za to
chyba każdy z obecnych mógłby zaświadczyć, że w Jego osobie
spotkał ideał benedyktyńskiej pracy. Myśli się zwykle, że jest
to praca dokładna i że wykonywana w zaciszu klasztornego lektorium
lub skryptorium; Słownik
frazeologiczny
poucza, że „cierpliwa, mozolna, wytrwała”. Benedyktyńska praca
Ojca Karola, wykonywana w skupieniu, ze wzrokiem skierowanym ku niebu
i ku twarzom niezliczonych bliskich, była przy tym czuwaniem do
ostatniego tchu.
STANISŁAW
FALKOWSKI
Wszystkie zdjęcia: Archiwum rodzinne
PO CO CZYTA SIĘ POWIEŚCI (ZWŁASZCZA TOLKIENA)?
Poważni pisarze troszczący się o
dusze swoich czytelników dobrze wiedzą, co robią, gdy decydują się tworzyć
powieści, a nie choćby najpiękniejsze literacko parafrazy katechizmu. Wiedzą,
że definicje możemy pamiętać i szanować, lecz kochać (a przy tym lepiej
pamiętać!) tylko osoby – którym współczujemy, które podziwiamy, czcimy czy
opłakujemy.
Ich czyny i losy skupiają na sobie
naszą uwagę tak dalece, że mogą nawet przesłaniać treści ważniejsze od przygód.
Czytelnicy zapytani o temat Krzyżaków wskażą, jak już zauważyliśmy,
raczej perypetie miłosne i wojenne
Zbyszka i grunwaldzki tryumf nad Zakonem niż sprawę świętości
małżeństwa, pochwałę powściągliwości Jagienki i przemianę nawróconego mściciela
Juranda; czytelnicy W pustyni i w puszczy – raczej przygody porwanych
dzieci niż wierność pierwszemu przykazaniu i prymat misji apostolskiej nad
wszelkimi praktycznymi działaniami człowieka.
A
czytelnicy Tolkiena? Władca pierścieni, otaczany kultem już przez
trzecie pokolenie „wyznawców”,
znajduje się w dwoistej sytuacji. Z jednej strony czytelnicy, zwłaszcza bardzo
młodzi czytelnicy, są gotowi dać się posiekać na kawałki w dyskusji nad
kształtem tego czy innego szczegółu Tolkienowskiego świata, a winnych
nieścisłości traktować niczym bluźnierców. I mają poniekąd rację – jak
szlachcice z Pana Tadeusza, toczący w soplicowskiej karczmie spór o
wygląd dawnych strojów („«Ale tamta z fręzlami, ta
jest całkiem gładką!» / [...] – zatem wszczynały się swary / O różnych
taratatki kształtach i czamary”, ks. IV, w. 406-408). Zdarzyło mi się spotkać
grupę gimnazjalistów, pobłażliwie znudzonych tymi staropolskimi sporami, którzy
jednak zaczęli pojmować przeżycia prapradziadków, sprowokowani pytaniem o
mieczyk, którym walczył hobbit Frodo Baggins. Wywołana niewinnym pytaniem
debata nad wyglądem baśniowego oręża okazała się – jak ta w Soplicowie – natychmiastowa
i zażarta. Goście bowiem karczmy Jankiela nie spierali się o krawieckie ani
współcześni uczniowie o filologiczne niuanse – lecz jedni i drudzy o
najserdeczniejsze treści własnych dusz – wrośnięte w nie od dawna wspomnienia z
wcześniejszych lat życia lub z żarliwej lektury.
Z
drugiej strony poufała znajomość z Tolkienowskim światem, zwłaszcza zawarta w
wieku, gdy łatwo dostrzega się kształty i barwy, słowa i uczynki, lecz zwykle trudniej
– wielkie prawdy, ku którym mają one kierować naszą uwagę, może nawet
paradoksalnie odciągać uwagę od owych wielkich prawd. Jednak nie musi – jeżeli
czytelnikowi uda się dostrzec, że pisarz te wielkie prawdy wypowiada. Tolkien poprzez swój fantastyczny świat wypowiada wielkie prawdy chrześcijańskie – i to pomimo że jego
bohaterowie nie modlą się do Boga w Trójcy Jedynego i że na próżno szukalibyśmy
w Hobbicie czy Władcy pierścieni postaci podobnej do lwa
Aslana z Opowieści z Narni – ryzykownego literackiego obrazu samego
Chrystusa.
Władca pierścieni to powieść-baśń. Inna niż
groteskowe dzieło Swifta, przypowieść mająca kompromitować człowieczeństwo;
inna też od filmowej „antybaśni” o Shreku, zabawiającej widza nieustannym
odwracaniem odwiecznych baśniowych schematów (odczarowana królewna będzie żyła
długo i szczęśliwie w postaci odrażającego potwora) i wmawiającej mu, że
brzydota jest piękna, a bohaterskie czyny to niezła zabawa. Tolkien reguły baśniowego świata i
baśniowego sposobu opowiadania traktuje często z namaszczoną powagą. A jednak
kostiumowe szczegóły jego opowieści, fantastyczna motywacja niektórych zdarzeń,
egzotyka malowniczych rekwizytów – wszystko to nie powinno zatrzymywać na sobie
bez reszty naszej uwagi.
Już samo pytanie, dlaczego głównymi
bohaterami swoich obu najsławniejszych powieści pisarz uczynił hobbitów, istoty
słabsze niż inne, przy tym ceniące spokój, nie groźne przygody, skłania do
refleksji nad tym, kto odpowiada za losy zagrożonego świata. Hobbici muszą być
w centrum powieściowych zdarzeń i muszą być mali, żebyśmy zrozumieli, że
słabość nie czyni bezsilnym ani nie powinna stanowić wymówki dla bezczynności.
Hobbit Bilbo Baggins wyrusza na wyprawę przeciw groźnemu smokowi wbrew własnym
planom, upodobaniom, własnej naturze domatora, zaskoczony wezwaniem
przyniesionym przez dwunastu krasnoludów. To oni – choćby wyglądali na bandę
jowialnych awanturników, chciwych przy tym odzyskania własnych skarbów – powołują
zdumionego hobbita do udziału w bohaterskiej wyprawie, a jemu wystarcza jedna
noc, by przestać się ociągać. Powieść Hobbit poucza o koniecznej w
każdej chwili życia gotowości. Nie będzie tu może przesadą
skojarzenie z ewangeliczną sceną powołania pierwszych apostołów („rzekł do
nich: «Pójdźcie za Mną [...]». Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim”, Mt 4, 19-20).
Frodo Baggins, bohater Władcy
Pierścieni, ma, jak wiadomo, dla ocalenia świata donieść Pierścień wśród
niebywałych przeszkód do miejsca, gdzie da się go zniszczyć. Kontrast między
słabością „Powiernika Pierścienia” a niezmierną skalą podjętego przezeń zadania
szczególnie dobitnie uświadamia czytelnikowi fałszywość przypuszczenia, iż od
kogokolwiek może „nic nie zależeć”. Czarodziej Gandalf, który wybrał Froda[1] do
wypełnienia wielkiej misji, a sam wyrzekł się posiadania Pierścienia, dobrze
rozumiał, że bezpieczniej będzie powierzyć karkołomną misję prostaczkowi
nieznającemu pokus władzy niż komuś z wielkich tego świata. Odsuwał pokusę i od
samego siebie! Gdy Frodo obwieszcza królowej elfów Galadrieli gotowość
obdarowania jej potężnym Pierścieniem, słyszy w odpowiedzi: „Od wielu lat
rozmyślałam, czego bym dokazała, gdybym dostała w swoje ręce Wielki Pierścień,
i oto przyniosłeś go! [...] Chcesz dobrowolnie oddać mi Pierścień! Na miejscu
Czarnego Władcy postawić Królową! A ja nie będę ponura, lecz piękna i straszna
jak świt i jak noc. Czarodziejska jak morze, słońce i śnieg na szczytach.
Groźna jak burza, jak grom. Potężniejsza niż fundamenty ziemi. Wszyscy
kochaliby mnie z rozpaczą!”[2]. Po
chwili Galadriela wyrzeka się groźnego marzenia i oświadcza: „Wytrzymałam
próbę”[3].
Gdyby jej nie wytrzymała, „wszyscy kochaliby ją”, ale „z rozpaczą” – niczym
groźne bóstwo, przymuszeni potęgą magicznego przedmiotu. Wśród baśniowych
dekoracji Tolkien prowadzi nas do spostrzeżenia tej samej niezmiernej prawdy,
której nie rozumiał w scenie Wielkiej Improwizacji Mickiewiczowski Konrad (a
Galadriela rozumie): miłość pod przymusem nie byłaby miłością, lecz aktem desperacji; Bóg wbrew
wyobrażeniom zbuntowanego więźnia-poety nie włada duszami jak marionetkami,
chce bowiem być kochany przez istoty stworzone na Jego obraz i podobieństwo i
podobne do Niego także w tym, że wolne.
Nie wytrzyma próby rycerz Boromir,
który wkrótce w szalonej żądzy zawładnięcia Pierścieniem napadnie hobbita. Rewelacyjny
epizod tego napadu,
jedna z najbardziej zaskakujących scen w literaturze świata, przestrzega: nikt,
nawet niezłomny rycerz, nie jest wolny od pokusy. I nawet sam Frodo – o tym
czytelnik przekona się w jeszcze bardziej zaskakującej kulminacyjnej scenie
powieści, gdy „Powiernik Pierścienia” na sekundy przed ostatecznym wypełnieniem
misji ogłosi, że odmawia jej wypełnienia! – on sam, zamiast złowrogi Pierścień
zniszczyć, pragnie go posiadać.
Tolkien jednak bynajmniej nie głosi
bezsilności ani rozpaczy, lecz nawrócenie i nadzieję. Boromir gorzko opłakuje
swoją zdradę i odkupuje ją, ginąc w obronie hobbitów. Pierścień zaś mimo
wszystko zostaje zniszczony wbrew woli Froda... i zarazem w zgodzie z tą wolą –
bo wskutek jego wcześniejszej decyzji, by posłuchać rady Gandalfa i nie zabijać
podstępnego Golluma, czyhającego na magiczny przedmiot przez długie lata samotności i długie dni wspólnej
wędrówki z Frodem i Samem. Piętrowa niespodzianka fabularna, która czeka
czytelnika, gdy Frodo po nieopisanych trudach, dźwigając Pierścień z wysiłkiem,
który może przywodzić na myśl niesienie krzyża, wreszcie dociera do mających klejnot
pochłonąć Szczelin Zagłady, poucza, że zaufanie do własnych, ludzkich sił może
okrutnie zawieść, lecz nawet w obliczu nieuchronnej, zdawałoby się, katastrofy
wolno i należy liczyć na interwencję Opatrzności, zdolnej do wyprowadzenia
wielkiego dobra nawet z wielkiego zła (tu: żądzy Golluma, który nie skorzystał
z okazji do nawrócenia); człowiek nie jest bezradny nie dzięki własnej potędze,
lecz dzięki wszechmocy czuwającego i ocalającego Boga.
Galadriela opiera się pokusie, Boromir i Frodo
jej ulegają. A jednak w powieści jest ktoś zupełnie od niej wolny: tajemniczy
Tom Bombadil. On jeden traktuje wykuty przed wiekami potężny klejnot jakby z
rozbawieniem: wsuwa go na palec (i przy
tym, inaczej niż ktokolwiek, nie znika sprzed oczu zdumionych hobbitów), a potem
podrzuca niczym zabawkę i z zupełną swobodą zwraca do rąk Froda. Współczesny
powieściopisarz stwierdza: „w dobrze skomponowanych utworach wszystko łączy się
ze wszystkim i dopiero kompletna sieć relacji tworzy atmosferę książki i
wskazuje na jej ukryte centrum”[4]. Oświetlenie
sensu interesującej nas zagadkowej sceny znajdujemy w rozmowie toczącej się wcześniej,
w której na pytanie Froda: „Kim jesteś, Panie?” Tom odpowiada, że jest
najstarszy, że „był tu wcześniej niż rzeka i drzewa”, „pamięta pierwszą kroplę
deszczu i pierwszy żołądź” i „już tu był, zanim powierzchnia mórz się
zakrzywiła”[5].
Tom, który według zdania własnej żony „Jest tym, kim jest”[6],
lecz nie „Tym, który jest”, nie jest Bogiem, mimo przejrzystej aluzji do Psalmu
90 („Zanim góry narodziły się w bólach, nim ziemia i świat powstały, od wieku
po wiek Ty jesteś Bogiem”, Ps 90, 2). Wizyta w jego pogodnym domu, bezpiecznym,
pełnym prostych wygód i pieśni, jest dla hobbitów strudzonych niebezpieczną
wędrówką niczym chwila spędzona w blaskach raju, a on sam, nie przypadkiem starszy
niż wszyscy i wszystko inne, wydaje się
kimś wolnym od ciężaru grzechu pierworodnego, najstarszego grzechu. I o tym
zatem przypomina swoim czytelnikom Tolkien: że to grzech pierwszych ludzi wystawił
nas na pokusy i trwogę, a wszystkie dalsze grzechy świata wciąż podtrzymują w
doczesnym świecie trwanie zła.
Ono zaś, nawet pokonane, nie
przestaje istnieć i działać, dopóki ów doczesny świat istnieje. Dlatego
tryumfalny wynik misji nie zwalnia Froda ani towarzyszy z czujności i trudów
nowej walki, co okazuje się, gdy powracający do domu hobbici zastają ojczyznę
(nowa niespodzianka fabularna) pod tyrańskim panowaniem Sarumana. Kiedy zaś po
nowym zwycięstwie elfowie, Gandalf, Frodo odpływają z Szarej Przystani w
tajemniczą dal na zachód, powieść wciąż się nie kończy. Tolkien potrzebuje
jeszcze jednego motywu: powrotu Sama do domu, gdzie oczekują go kochająca żona
i córeczka. Pamiętamy: „w dobrze skomponowanych utworach wszystko łączy się ze
wszystkim”. Sielski finał Władcy... wypełnia wcześniejsze dotyczące Sama
przepowiednie, lecz przede wszystkim podkreśla, że udział w heroicznym
zwycięstwie (a właśnie Samowi przypadają tu wielkie zasługi) nie unieważnia
wartości powszedniego życia. Patrząc na domową sielankę Sama, moglibyśmy
powtórzyć za Herbertowym Panem Cogito: „strzeż
się oschłości serca kochaj źródło zaranne / ptaka
o nieznanym imieniu dąb zimowy / światło
na murze splendor nieba”[7].
Powieści pisze się po to, żeby
czytelnikom dostarczyć rozrywki, czyta – jak stwierdzał Juliusz Kleiner – żeby
zaspokoić ciekawość, poznać „wypadki niezwykłe”, podziwiać „wielkie a
zwycięskie wysiłki”, „przełamywanie przeszkód”, „wykonanie trudnego planu”,
sycić się egzotyzmem[8]. Tym
czytelniczym pragnieniom Tolkien odpowiada wręcz idealnie. Dlatego, zwłaszcza w epoce mody na literaturę fantasy
i na gry komputerowe, może szczególnie potrzebować obrony przed zbyt trywialnym odczytywaniem. Pełen urody fantastyczny kostium, w jaki pisarz przyoblekł swoje postacie,
krajobrazy, wydarzenia, nie powinien przesłaniać wypowiadanych przez niego
prawd dotyczących najważniejszych spraw realnego świata – słabości i siły
człowieka w obliczu pokus czyhających na
jego duszę, odpowiedzialności, wierności i zdrady, winy i pokuty, ofiary,
miłosierdzia, pokory, heroicznej przyjaźni (Sam niosący Froda i pierścień u
końca morderczej wędrówki) i wartości powszedniego życia w zestawieniu z
dorobkiem heroicznych czynów, czujności wobec zła, którego w doczesnym świecie
nie możemy pokonać ostatecznie. Dekoracje Tolkienowskiego świata bywają odległe
od oczywistych znaków wiary i pobożności – ale cała ta problematyka i miary, według
których pisarz świat ocenia, są najgłębiej chrześcijańskie.
STANISŁAW
FALKOWSKI
[1] Wbrew
słownikowej normie odmieniamy tu imiona dwóch sławnych hobbitów zgodnie z
powszechnym zwyczajem; form „Frodona”, „Bilbona” chyba nikt nie używa.
[2] J.R.R.
Tolkien, Władca pierścieni, przeł. Maria Skibniewska, Warszawa 2003, [I]
Drużyna Pierścienia, s. 479-480 (rozdział Zwierciadło Galadrieli).
[3] Tamże, s. 480.
[4] Orhan
Pamuk, Pisarz naiwny i sentymentalny, Kraków 2010, s. 27.
[5] J.R.R.
Tolkien, Władca pierścieni, [I] Drużyna Pierścienia,, s. 181.
[6] Tamże, s. 171.
[7] Zbigniew Herbert. Wiersze zebrane,
oprac. Ryszard Krynicki, Kraków 2008, s. 440.
[8] Juliusz Kleiner, Artyzm
Sienkiewicza, [w:] J. Kleiner, W kręgu historii i teorii literatury,
Warszawa 1981, s. 415.
PO CO PISZE SIĘ POWIEŚCI?
I po co się je
czyta? – należałoby zapytać od razu. Oczywiście pisze się je po to, żeby
czytelnikom dostarczyć miłej rozrywki, czyta się – żeby jej zaznać. A przecież
wielkim powieściopisarzom na pewno chodzi i o coś więcej. Znam czytelników,
którzy w powieściach kryminalnych Agathy Christie szczególnie cenią nie same
sensacyjne łamigłówki i krwawe przygody, lecz realistyczny obraz angielskiego
obyczaju sprzed wieku. „Odprowadziłem ją więc do drzwi gabinetu właśnie w
chwili, gdy rozległ się gong obiadowy”[1].
„Proszę do salonu, doktorze! Zna pan drogę. Panie za chwilę zejdą. Muszę
zanieść te papiery panu Ackroydowi.
Powiem mu, że pan już jest”[2].
Z kolei powieściom największych
klasyków literatury „poważnej” zwykle nie sposób odmówić atrakcyjności
fabularnej. Finałowa sekwencja trzech pościgów w Faraonie: straży Labiryntu
za kapłanem Mefresem i zbrodniarzem Lykonem, zahipnotyzowanym przez niego sobowtórem
Ramzesa, policji za Lykonem, wreszcie Lykona za Ramzesem mogłaby służyć za
scenariusz filmu akcji – a przecież w powieści Prusa z pewnością chodzi
o coś więcej niż rozstrzygnięcie: „kto – kogo” (schwyta, uwięzi, pokona,
zabije). Pisarz pyta w niej zwłaszcza o to, ile znaczy wolna wola człowieka
wobec zdarzeń, które wyglądają na niedające się uniknąć zrządzenia losu, wobec kataklizmów
natury i historii, wiru sprzecznych dążeń innych ludzi – i właśnie w owym
finale przeprowadza dowód przez zaprzeczenie, że wbrew pozorom znaczy bardzo
wiele.
Zdaniem kapłana-mędrca Menesa Ramzes
„musiał zginąć”, bo „zdarzył się w epoce niewłaściwej”[3].
Lecz uważny czytelnik potraktuje owo „musiał” z wielkim dystansem. Morderca
Lykon nie zaskoczyłby faraona, gdyby ten w rozstrzygających chwilach troszczył
się pilniej o państwo i własny tron zamiast spędzać owe chwile w ramionach kochanki
(agentki swoich przeciwników!), a wcześniej nie zlekceważył otrzymanej właśnie
od Menesa bezcennej wiadomości o nadchodzącym zaćmieniu słońca, tak genialnie i
bezwzględnie wykorzystanej przez Herhora do wywołania paniki wśród zbuntowanych
tłumów, gdyby wreszcie jeszcze wcześniej sam nie uczynił sobie śmiertelnych
wrogów z Mefresa, z którego po pijanemu szydził, i z Lykona, któremu odebrał inną
kochankę.
Czytelnicy Lalki oczywiście
zastanawiają się, czy Wokulski zyska przychylność Izabeli i będą żyli długo i
szczęśliwie; co więcej, zapewne prawie każdy z nich na pytanie o temat powieści
odpowiedziałby, że jest nim nieszczęśliwa miłość kupca do panny wielkiego, choć
podupadłego rodu, ale powinni pamiętać i to, że sam Wokulski zastanawia się,
czy dręczące go uczucie nie wynika z działania jakichś tajemniczych zjawisk
przeważających nad ludzką wolą – dlatego poddaje się w Paryżu próbie
zahipnotyzowania. Wielki temat Prusa pojawia
się zatem w obu jego najważniejszych powieściach.
Czytelnik uznanych arcydzieł nie ma
powodu do obawy, że go one znudzą swoimi wielkimi ideami przy niedostatku
atrakcji, akcji, sensacji. I na odwrót – czytelnik powieści uznawanych za
popularne, a nawet traktowanych tylko jako lektura z dziecinnego pokoju, nie
powinien wątpić, czy może w nich znaleźć o wiele więcej niż atrakcyjną fabułę.
W istocie bowiem i wielkie przygody, i
frapujące obserwacje świata – pejzaży, przedmiotów, ludzkich zachowań i przeżyć,
i wielkie myśli znajdziemy zarówno w owych szanownych arcydziełach, jak w wielu
książkach popularnych, których się zwykle nie posądza o głoszenie jakichś
wielkich idei; nawet w książkach dla dzieci.
O ile w ogóle istnieją książki dla
dzieci. Owszem, to właśnie bardzo młodych czytelników zajmują dziś powieść Daniela Defoe o najsławniejszym
rozbitku wszechczasów albo Podróże Guliwera Swifta. A często – raczej skróty i adaptacje
tych Podróży..., w których pominięto (i słusznie) motywy zbyt trudne lub
zbyt drastyczne. Dla zrozumienia Swifta trzeba jednak uwzględnić pełną wersję
jego strasznej książki sprzed trzystu lat. Trzeba pamiętać, jak w krainie
Liliputów zaufany przyjaciel Guliwera, przybywszy doń potajemnie, tłumaczy
bohaterowi, że – oskarżony o zdradę główną – nie zostanie skazany na śmierć,
lecz dzięki niebywałemu miłosierdziu
cesarza zaledwie oślepiony („Dwudziestu chirurgów Jego Majestatu będzie
uczestniczyło w jak najsprawniejszym dokonaniu tej operacji, która
przeprowadzona zostanie przy pomocy wbicia ostro zakończonych strzał w twe
źrenice”[4]). Poddany
makabrycznej operacji Guliwer ma później w dodatku umrzeć wskutek stopniowego
zagłodzenia. To wszystko trzeba pamiętać, żeby rozumieć, że autora obchodzi
przede wszystkim nie opowiedzenie, jak bohater zręcznie uniknie podwójnej egzekucji,
lecz przekonanie czytelnika, że podobne akty niewyobrażalnych (i często
absurdalnych) okrucieństw popełnianych przez ludzi kompromitują samo
człowieczeństwo; dzieło Swifta głosi tezę, że bycie człowiekiem to rzecz
wzbudzająca obrzydzenie.
Nikt nie może wątpić, że W
pustyni i w puszczy to powieść przygodowa w najściślejszym sensie. Sienkiewicz
sam stwierdzał, że to powieść przygodowa dla młodzieży i że szczególnie go cieszy
opisywanie przygód („dziś kończyłem opis huraganu w pustyni – ale pilno mi
szczególniej do puszczy, gdzie obok pary dzieci wystąpi wszelaki zwierz,
zarówno drapieżny, jak i trawożerny”[5];
warto pamiętać, że pisarz był zapalonym myśliwym). „Czuł [...] i
wiedział, że zasadniczą postawą psychiczną wobec epiki jest ciekawość,
zasadniczym tematem epika szereg wypadków niezwykłych; czuł, że naturalne
zainteresowanie człowieka zwraca się najżywiej ku wielkim a zwycięskim
wysiłkom, ku przełamaniu przeszkód, ku wykonaniu trudnego planu; czuł, że
zaciekawiony słuchacz pragnie pewnego egzotyzmu, chce się dowiedzieć, jak to
było kiedyś – dawno – albo jak jest gdzieś –
daleko”[6]. A
przecież w powieści o Stasiu i Nel także
nie chodzi tylko o to, czy porwane dzieci ocaleją, czy zginą wśród
afrykańskich pustkowi.
„Wytrwałość i odwaga potrzebne są
szczególnie polskim chłopcom, a dziewczynki i w Polsce, i wszędzie są tylko
wtedy prawdziwie szczęśliwe, jeśli są dobre, łagodne i litościwe” – pisał autor
w zwięzłej autointerpretacji do kilkorga dzieci-czytelników powieści[7]. Wskazany
przez pisarza trop, zresztą dość oczywisty, może nas prowadzić ku problemom
podobnie ogólnym i podobnie wielkim, ba – nawet większym – niż te interesujące
Prusa. Wytrwałość i odwaga Stasia Tarkowskiego służą nieustannie jednemu
świętemu celowi: uratowaniu Nel. Nieustannie – z wyjątkiem jednej sceny, której
waga wynika właśnie z jej wyjątkowości: gdy Staś odmawia Mahdiemu przyjęcia
muzułmańskiej wiary. Decyzja śmiertelnie niebezpieczna – lecz ceną za większe
bezpieczeństwo Nel i własne byłoby dla Stasia odstępstwo od wiary prawdziwej.
Na to jedno nie jest gotów się zdecydować nawet dla ocalenia bezbronnego
dziecka. Rozmowa Stasia z Mahdim streszcza intencje całej twórczości pisarza,
dla którego wiara jest zawsze ważniejsza od czegokolwiek innego, a w
szczególności od uczuć i powinności osobistych, a także od powinności
patriotycznych (postaramy się przy innej okazji pokazać, że tę samą myśl – o
pierwszeństwie wiary – akcentuje nieraz w wierszach i listach Norwid,
przestrzegający, by nawet ojczyzny nie stawiać na miejscu samego Boga).
Podobnie jak bohaterowie Quo
vadis: niezłomni męczennicy i nawrócony zbrodniarz-męczennik Chilon, Staś
wiarą za nic nie płaci, nawet za ocalenie życia własnego lub niewinnego i
bliskiego człowieka, lecz traktuje ją jako dar, którym należy się dzielić – i szerzy
z apostolską gorliwością. Gdy po zabiciu porywaczy, zdobyciu lekarstwa na febrę
grożącą jego małej towarzyszce śmiercią i uwolnieniu słonia Nel pyta swego
opiekuna: „Co teraz będziemy robili, Stasiu?”, chłopiec odpowiada: „Roboty jest mnóstwo [...].
Naprzód, Kali i Mea są poganami, a Nasibu, jako Zanzibarczyk, mahometaninem.
Trzeba ich więc oświecić, nauczyć wiary i ochrzcić. Po wtóre, trzeba nawędzić mięsa
na przyszłą podróż, a zatem muszę chodzić na polowanie; po trzecie, mając dużo
broni i nabojów chcę Kalego nauczyć strzelać [...]”[8].
Wszelkie więc działania praktyczne ustępują w tym wyliczeniu najważniejszej z prac:
zadaniom apostoła. Owocującym trwałymi skutkami – bo gdy po latach Staś i Nel, już jako
małżonkowie, odbywają podróż sentymentalną po krainach dziecięcych przygód, przekonują
się, że „Kali [...] włada, pod protektoratem angielskim,
całą krainą na południe od jeziora Rudolfa i że sprowadził misjonarzy, którzy
szerzą wśród dzikich miejscowych szczepów chrześcijaństwo”[9].
Sienkiewicz,
największy polski autor powieści przygodowych, opowiedział pełną perypetii
historię chłopca-rycerza walczącego o ocalenie Nel i własne, ale wyżej od
ocalenia ciała ceniącego ocalanie dusz. Wcześniejszy od powieści (opublikowanej
w latach 1910- 1911) autokomentarz pisarza nie pozostawia wątpliwości, że i on sam
świadomie i od dawna troszczył się o kształtowanie dusz czytelników w myśl
chrześcijańskiego ideału, a wbrew tendencjom epoki:
Kiedyś
[...] przyszło mi na myśl, jak ja jednak porządnie przyczyniłem się do
zwrócenia ludzi w kierunku idealnym. Pan należąc do młodszego pokolenia może
nie zdaje sobie sprawy, co się działo w Warszawie za dobrych pozytywistycznych
czasów, gdy Boga pisało się przez małe b, gdy racjonalizm był synonimem rozumu i
gdy nawet ludzie religijni, mniej śmiałej natury, trzymali się ideału i religii
jakoś wstydliwie... Ja z tym nastrojem nie polemizowałem wprost [...]. [...] Ogniem
i mieczem, Potop, P[an] Wołodyjowski etc. były grzechem nie
tylko przeciw pojęciom historycznym prądów racjonalnych i ich poglądów na
przyszłość, ale wprost zwrotem i w teraźniejszości w inną stronę - im bardziej
bowiem się podobały i brały ludzi, tym bardziej nastrajały ich w kierunku
idealnym. Potem przyszło Bez dogmatu, Pójdźmy za Nim - jedno było
obrazem przepaści sceptycyzmu, drugie wprost już afirmacją. Toż samo Połanieccy,
a w końcu Quo vadis. Ganiono czy chwalono, ale rzeczy te wywierały wpływ
i wrażenie, a w końcu czy raczej w biegu przyczyniały się ogromnie do zwrotu
nie tylko idealnego, ale wprost religijnego[10].
Pisarz formułuje więc bezpośrednio religijną
intencję całej własnej twórczości. Czy jednak czytelnicy, których byśmy zapytali
o temat W pustyni i w puszczy, nie odpowiedzieliby po prostu, że są nim
przygody porwanych dzieci? A zapytani o temat Krzyżaków (powieści o
niezłomnej czci Jagienki dla świętego sakramentu, który łączy kochanego przez
nią chłopca z inną, i o nawróceniu mściciela-Juranda!), że utwór mówi o
zakochanym Zbyszku i o pokonaniu Krzyżaków?
Dlaczego najważniejsze tematy wielkich
powieści bywają notorycznie lekceważone lub nawet w ogóle niedostrzegane? Ponieważ
dla ich dostrzeżenia trzeba wznieść się ponad fascynację samą fabułą. I
jeszcze: ponieważ są to tematy związane z chrześcijańskim spojrzeniem na świat,
a rewolucjoniści francuscy i ich spadkobiercy od ponad dwustu lat tresują nas
do myślenia, że chrześcijańskie kategorie pojmowania świata nie stanowią w
ogóle narzędzia poważnego myślenia o literaturze – ani o czymkolwiek. I
ponieważ „ludzie religijni, mniej śmiałej natury,
trzyma[ją] się ideału i religii jakoś wstydliwie”.
Czy owe największe tematy mogą być
dostrzeżone przez czytelnika bardzo młodego, kilkunastoletniego? Nie zawsze;
ale nie jest to najważniejsze. Naszym zadaniem – rodziców, nauczycieli – jest
sprawić, by młodzi czytelnicy zyskali szansę na ich dostrzeżenie – a zyskają ją tylko wtedy, kiedy osobiście, rzetelnie,
nie tylko ze słyszenia poznają klasyczne utwory literackie. Do rzeczy wielkich
i trudnych dojrzewamy w różnym wieku. Największa literatura jest zwykle trudna,
nawet bardzo trudna. Jeżeli nie zapamiętamy tekstów, choćby wtedy, kiedy ich jeszcze
nie rozumiemy, mamy gwarancję przyszłego dalszego niezrozumienia. Jeżeli
zapamiętamy – mamy co najmniej szansę.
I wreszcie: czy o
sprawach wielkich i świętych nie powinniśmy czytać raczej po prostu w
katechizmie? – Oczywiście katechizm powinniśmy znać przede wszystkim. Jednak poważni
pisarze dobrze wiedzą, co robią, kiedy tworzą powieści, a nie choćby
najpiękniejsze literacko wersje katechizmu. Bo łatwiej się zaprzyjaźnić nie z
abstrakcyjnie sformułowanymi prawdami, tylko z ludźmi jak my, a przypadki
ich życia zapamiętujemy sto razy lepiej niż podręcznikowe definicje.
STANISŁAW
FALKOWSKI
[1] Agatha
Christie, Zabójstwo Rogera Ackroyda, przeł. Marek Zakrzewski, Warszawa 1992, s. 20.
[2] Tamże, s. 35.
[3] Bolesław Prus,
Faraon, Warszawa 1975, s. 379-380.
[4] Jonathan
Swift, Podróże do wielu odległych narodów świata, przeł. Maciej
Słomczyński, Kraków 1979, s. 78.
[5] List
do Jadwigi Janczewskiej z 10 XI 1910, Listy, t. II, Warszawa 1996,
cz. 3, s. 380.
[6] Juliusz Kleiner, Artyzm
Sienkiewicza, [w:] J. Kleiner, W kręgu historii i teorii literatury,
Warszawa 1981, s. 415.
[8] W pustyni i
w puszczy, Warszawa 1962, s. 268-269.
[9] Tamże, s. 369.
[10] List do
Konstantego Marii Górskiego z 14 lipca 1895, Listy, t. I, Warszawa 1977,
cz. 2, s. 292-293.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




