Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stanisław Falkowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stanisław Falkowski. Pokaż wszystkie posty

POMNIK NIEWIDZIALNY

W DZIESIĄTĄ ROCZNICĘ ŚMIERCI
DYREKTORA ZBIGNIEWA DARGIELA
(1 IV 1948 – 14 VIII 2007)


Dziesięć lat temu w wigilię wielkiego maryjnego święta – Wniebowzięcia NMP – umarł Dyrektor Zbigniew Dargiel, który uczył mnie, kim jest Wniebowzięta.

Nie spotkalibyśmy się – nauczyciele, uczniowie, ich rodzice – gdyby nas wszystkich nie złączyła Jego osoba i tworzona przez Niego (z inicjatywy ks. infułata Jana Sikorskiego, ówczesnego proboszcza) szkoła, Kolegium św. Józefa przy Parafii św. Józefa Oblubieńca NMP na Kole. „Po czyjejś śmierci odkrywamy to, co było w życiu zmarłego ukryte, choć nie skrywane. I myślimy o nim do końca naszego życia” (ks. January Budzisz, [Kazanie na pogrzebie Włodzimierza Kurkowskiego, 9 listopada 1998]). Kiedy, jak mówił Norwid, „odszedł ze świata widzialnego, umarłszy” (Czarne kwiaty), możemy odkrywać, w jaki sposób jednak pozostaje w świecie widzialnym. Szkołę, którą powoływał do życia i którą z cichym entuzjazmem kierował prawie dziesięć lat, do 2006 roku, w roku 2007 zlikwidowano. Czy to znaczy, że ów dziesięcioletni trud był daremny?

Bynajmniej. Jeżeli z tych wszystkich lat zostałoby w sercach uczniów, ich rodziców, nauczycieli tylko jedno: pamięć, że godzi się, żeby dzień zaczynać od dwóch minut modlitwy, i że mieliśmy szczęście uczestniczyć w tej modlitwie przed wystawionym Najświętszym Sakramentem tak często pod Jego przewodnictwem, to warto było, żeby istniała szkoła i żebyśmy się wszyscy – nauczyciele, rodzice i uczniowie – w niej spotkali. To zostało w nas, więc również w świecie widzialnym.

Przypuszczam, że nie tak Go bolało, jeśli się spóźniłem na lekcję, jak jeśli nie stawiłem się na czas na tę poranną modlitwę. Ale chyba nigdy nie zdarzyło mi się słyszeć z ust Dyrektora wyrzutu z powodu tego albo innego zaniedbania. Dyrektor szanował wolność drugiego człowieka - nawet gdy ten drugi niedobrze z niej korzystał.

Rozumiał, czego dzisiaj brakuje młodym ludziom: naszej, dorosłych, obecności, a zwłaszcza obecności rodziców, i umiał to z przejęciem tłumaczyć. Opowiadał mi kiedyś o uczniach, którzy skarżyli się na brak żywego zainteresowania ze strony własnego ojca: „Wolelibyśmy, żeby nas nawet sprał; wtedy byśmy wiedzieli, że jesteśmy dla niego ważni”. Nie miał własnych dzieci, jednak co jest dla dzieci ważne (także dla tych, które kształcił i wychowywał w swojej szkole – dzieci u progu dorosłości), rozumiał, jak mało kto rozumie. I uczył o tym swojego nauczyciela.

Kiedy przyjmował mnie do pracy, zapytał: „Czy pan jest katolikiem?”. A potem zapytał drugi raz: „Czy pan jest na pewno katolikiem?”. Ciekawe: przez czterdzieści lat, w kilkunastu szkołach, w których zdarzyło mi się uczyć (połowa to były szkoły katolickie lub przynajmniej za takie się uważały) żaden dyrektor nie zadał mi tego pytania – tylko On. W ankiecie personalnej trzeba było wpisać nazwę swojej parafii. I poczekać tydzień na decyzję – Dyrektor mógł w tym czasie porozumieć się z moim proboszczem. Nie mam Mu tego za złe – nie prowadził śledztwa, lecz troszczył się o losy powierzonych sobie dusz. W czasach, gdy stanowczo zbyt rzadko, w szczególności w szkołach, myśli się o celach własnego działania, On na pewno myślał najpierw nie o punktach swoich uczniów na państwowym „egzaminie”, ale o Celu.

Myślał konkretnie i starannie. Kiedy miał wysłać swoich uczniów na ważną wystawę do muzeum w Radomiu, kilka dni wcześniej zwiedził ją sam. Sto kilometrów w jedną stronę, sto kilometrów z powrotem – brał odpowiedzialność. I uczył jej, czasem w zaskakujący sposób. W anonimowej ankiecie zapytał kiedyś swoich nauczycieli: „Czy Pan/Pani się modli za swoich uczniów?”. Przez czterdzieści lat i tego pytania nie zadał mi żaden inny dyrektor.

Z mieszaniną trwogi, gniewu i chyba dyskretnego szyderstwa opowiadał o zebraniu, na którym jakiś mędrzec z kuratorium pouczał dyrektorów, że szkołę trzeba „odhumanizować”. Sądził, że w dzisiejszym świecie, pełnym technicznych i urzędniczych procedur i poddanym dyktatowi działań praktycznych, brakuje młodym ludziom obycia z literaturą, historią, całą wielką tradycją kultury, dziejami sztuki, łaciną – tę zaliczał do najważniejszych przedmiotów szkolnej nauki. Dlatego on – inżynier! – wbrew urzędowym trendom kierował szkołę w stronę wiedzy humanistycznej – jakby częściowo wyrzekał się tego, co stanowiło Jego własną specjalność i zapewne przedmiot upodobania (choć trzeba pamiętać i o tym, że ten inżynier studiował także teologię).

Ale trzeba pamiętać również, że nie kierował się w ogóle upodobaniami czy ambicjami osobistymi. Wśród wszystkich przełożonych, jakich zdarzyło mi się mieć w życiu, był pod tym względem najwybitniejszy.

Jako inżynier niewątpliwie znał się dobrze na działaniu różnych widzialnych sił. Najważniejsze rzeczy miał jednak do powiedzenia o niewidzialnych. Uczył o sile różańca, wymieniając historyczne przykłady jego rewelacyjnej potęgi: Lepanto, Wiedeń, Radzymin. Odmawiał różaniec z nauczycielami i uczniami, którzy chcieli Mu towarzyszyć, w czasie długiej przerwy w szkole.

Wiele milczał. Na pewno wiele przemilczał – nie z obojętności, tylko dlatego, że w zgiełku trudno się porozumieć i nie sposób z należytą czcią odnosić się do tego, co wielkie i święte. Dawał przykład skupienia.

Skupienia, ale nie oderwania od ziemi. Nie przestawał stąpać po niej pewnie odmierzonym krokiem ani zauważać ludzi i ich ziemskich potrzeb i zobowiązań. Kiedyś, gdy szkoła przeżywała finansowe trudności, dla dotrzymania terminu wypłacił mi pensję z własnego portfela. Stąpał po ziemi, ale z wzrokiem wpatrzonym w niebo – i uczył nas zwracać wzrok ku niebu.

Cyprian Norwid w poemacie Assunta – co można przetłumaczyć jako ‘podniesiona’, ‘wyniesiona w górę’, ‘wniebowzięta’ (J.W. Gomulicki) – mówi:


Niech gardzą jedni wszystkiem dla rozumu,
A im przeciwni - dla uczucia wszystkiem.
[...]

Ja nie z tych waśni me natchnienia czerpię –
I w górę patrzę – nie tylko wokoło:
Znać się mnie nie dość – ja się nadto cierpię,
Samotne moje ocierając czoło;
Aż spocznie kędyś jak żniwo na sierpie,
Który podzwania rączo i wesoło –
Pomnąc, że gdzie są bezmowne cierpienia,
Są wniebogłosy... bo są – przemilczenia...
Assunta, Pisma wszystkie, III 294


Bohater poematu Norwida nie patrzy więc wokół siebie ani w głąb siebie, tylko w górę – ku niebu. To spojrzenie rozwiązuje bolesne pytania i upewnia, że cierpienia nie przekreślają ładu świata, bo ład ten ma fundament w niebie, i że „Są wniebogłosy... bo są – przemilczenia...”: cierpienie „bezmowne” – a więc niewyrażane słowami i może nawet niedające się wyrazić w mowie, niewymowne – staje się, właśnie dlatego, że milczące („bo są przemilczenia”), modlitwą – „wniebogłosem”, głosem idącym „w niebo”. Tam zaś, w niebie, owo ziemskie milczenie rozbrzmiewa bardzo donośnie („wniebogłosy”). Kto umie jak Norwidowski Pielgrzym już za życia ziemskiego „w nieba łonie trw[ać]” (Pielgrzym), ten wie, że nie musi krzyczeć, żeby go tam usłyszano.



Codzienne gazety, zajęte codziennymi awanturami, nie pisały przed dziesięciu laty o śmierci Dyrektora – i zapewne nie wspomną o rocznicy, którą obchodzimy. Czy to znaczy, że prace Dyrektora były nieważne? Bynajmniej. Poza historią widzialną dzieje świata płyną innym, skrytym nurtem. Należą doń trudy bez poklasku, prace artystów lekceważonych i myślicieli nierozumianych, poświęcenia pozbawione rozgłosu. „Zdarza się bowiem, że ktoś jest mężem boskim, a nie zostaje przez nikogo zauważony” – czytamy u Marka Aureliusza (Rozmyślania, VII, 67). Norwid – myśliciel chrześcijański – powiedziałby: przez nikogo z wyjątkiem Boga – i dodałby, że za „bramą” (Do Stanisławy Hornowskiej) „odsłonią się pomniki niewidzialne i mauzolea, których nie dotyka się przechodzień” (List do Marii Trębickiej z sierpnia 1856 roku, PW VIII 282).

Do czasu nie znamy wielu, zapewne większości, imion ludzi cichych i niezłomnych, którzy swoją niezachwianą wiarą, modlitwą, wytrwałą pracą ocalają ludzkość i podtrzymują ład świata, a sobie samym wystawiają pomniki niewidzialne dla ludzkich oczu.



Zaiste, wiele tam jest do roboty, gdzie należałoby każdą myśl na swoim miejscu postawić – a szczęśliwy jest, komu udało się choć z jedną tak uczynić. Temu oddane to będzie, kiedy odsłonią się pomniki niewidzialne i mauzolea, których nie dotyka się przechodzień, i kiedy stanie się to z historią prac i poświęceń [...]. (List do Marii Trębickiej...)


Nie sposób wątpić, że niewidzialny pomnik Dyrektora zalśni wówczas szczególnie jasnym blaskiem.

STANISŁAW FALKOWSKI




O. KAROL MEISSNER OSB (17 V 1927 – 20 VI 2017)


Chciałby pan jeszcze, żebym odpisywał na listy? – tak mniej więcej odpowiedział pewnemu młodemu człowiekowi, zdziwionemu i chyba trochę rozżalonemu, że czekał na odpowiedź bezskutecznie. Młody człowiek zrozumiał jakieś czterdzieści lat później, o co dokładnie chodziło, kiedy się dowiedział, że o. Karol – spowiednik, kaznodzieja, lekarz – dobiegając dziewięćdziesiątki, otrzymywał codziennie po dziesięć-piętnaście listów, często pisanych ręcznie.
Chyba jednak nie da się znaleźć nikogo, komu by odmówił rozmowy. Kiedy miał lat sześćdziesiąt i kiedy miał osiemdziesiąt osiem, zaglądał do kalendarza, sprawdzał, że: za dwa dni jedzie do Lublina, w przyszłym tygodniu prowadzi rekolekcje w Gietrzwałdzie, w Warszawie albo w Górce Duchownej – i jakimś cudownym sposobem znajdował czas na spotkanie. A kiedy się siedziało naprzeciw Niego w rozmównicy lubińskiego klasztoru albo gdzieś w Polsce, gdzie właśnie wygłaszał rekolekcje albo wykłady, jeszcze odbierał telefony od osób, które odczuwały potrzebę zasięgnięcia – bez zwłoki – Jego duchowej porady (zdarzyło się, że podając komuś numer swojego telefonu komórkowego, zastrzegł półżartobliwie: „po wykorzystaniu najlepiej zjeść kartkę, na której go pan zapisał” – jednak widocznie tych, którzy zapisali, musiała być niemała liczba). Żegnając się z Nim, mijało się nieraz w progu nowego przybysza.
Trudno sobie wyobrazić, jak w tych warunkach mógł napisać wszystkie swoje książki (ostatnią redagował na trzy miesiące przed śmiercią), przygotować tysiące godzin wykładów i kazań, przemyśleć całą swoją filozofię człowieka – istoty, która ma obowiązek i jest w stanie z pomocą rozumu i wolnej woli panować nad sobą, mimo całej potęgi swych pragnień, popędów, nałogów. – Najważniejszym organem płciowym człowieka jest mózg – twierdził Ojciec Karol.
Z głęboką powagą mówił o świecie, w którym ludobójstwo popełniane na poczętych dzieciach stawia tych młodych, którzy się narodzili, w sytuacji ocalonych z katastrofy i wątpiących, czy są istotnie kochani. Uczył czci dla ludzkiego życia, które – raz rozpoczęte – będzie już trwać zawsze, i dla naszej ludzkiej godności – godności istot, które Bóg obdarzył zdolnością bycia ojcami i matkami, czyli udziału w powoływaniu do życia na wieki.
Sam czuł się ocalonym z katastrofy – w 1944 został „tylko” ranny. Gdy w 2013 roku obchodzono jubileusz sześćdziesięciolecia Jego zakonnych ślubów, mówił nie o sobie, lecz o strasznej śmierci dwudziestu mniej więcej osobistych znajomych, którzy zginęli w powstaniu. Byli wśród nich najsławniejsi bohaterowie Kamieni na szaniec. Ich życiu, nie własnemu, przyznawał wielką wartość. A przecież on, ocalony, następnie przez dziesiątki lat ocalał ludzkie ciała i dusze – jako obrońca poczętych dzieci, który miał swój udział w przygotowaniu encykliki Pawła VI Humanae vitae, jako kaznodzieja, spowiednik, powiernik i doradca.
Był w powstaniu sanitariuszem, był harcerzem, lekarzem, muzykiem (śpiewał w chórze Stuligrosza, komponował), zakonnikiem i księdzem, znawcą i współtwórcą katolickiej nauki o rodzinie i wychowaniu i o człowieku jako istocie płciowej, teologiem interpretującym Magnificat i Ewangelię św. Marka, nauczycielem (już po siedemdziesiątce uczył religii w szkołach podstawowych w pobliżu lubińskiego klasztoru), konsultantem biskupów obradujących na synodach i wykładowcą uniwersyteckim (piszący te słowa pamięta precyzyjnie skomponowany pięciogodzinny wykład wygłaszany przez o. Karola z pamięci, na stojąco, gdy prelegent miał lat osiemdziesiąt cztery); był inteligentem, dla którego pilna znajomość całej klasyki literackiej stanowiła rzecz oczywistą; przez dziewięćdziesiąt lat nieustannie uczył się nowych rzeczy, można z Nim było porozmawiać o ważnych twierdzeniach z zakresu logiki i o współczesnej fizyce, w dodatku w pięciu czy sześciu językach; był znawcą i (co trudno zrozumieć) przeciwnikiem łaciny w liturgii, znawcą historii politycznej i (co też niełatwo pojąć) głosicielem przekonania o potrzebie i możliwości dobroczynnych działań państwa – nigdy tylko nie zdążył być emerytem i gdyby dożył stu lat, też by zapewne nie zdążył. 

 
Na pogrzeb tego mnicha z tysiącletniego niemal, lecz przecież wiejskiego klasztoru przybyło ponad tysiąc osób. Trudno by było znaleźć wśród nich kogoś, kogo Ojciec Karol nie znałby osobiście. Za to chyba każdy z obecnych mógłby zaświadczyć, że w Jego osobie spotkał ideał benedyktyńskiej pracy. Myśli się zwykle, że jest to praca dokładna i że wykonywana w zaciszu klasztornego lektorium lub skryptorium; Słownik frazeologiczny poucza, że „cierpliwa, mozolna, wytrwała”. Benedyktyńska praca Ojca Karola, wykonywana w skupieniu, ze wzrokiem skierowanym ku niebu i ku twarzom niezliczonych bliskich, była przy tym czuwaniem do ostatniego tchu.
 
STANISŁAW FALKOWSKI

Wszystkie zdjęcia: Archiwum rodzinne

PO CO CZYTA SIĘ POWIEŚCI (ZWŁASZCZA TOLKIENA)?

Poważni pisarze troszczący się o dusze swoich czytelników dobrze wiedzą, co robią, gdy decydują się tworzyć powieści, a nie choćby najpiękniejsze literacko parafrazy katechizmu. Wiedzą, że definicje możemy pamiętać i szanować, lecz kochać (a przy tym lepiej pamiętać!) tylko osoby – którym współczujemy, które podziwiamy, czcimy czy opłakujemy.
Ich czyny i losy skupiają na sobie naszą uwagę tak dalece, że mogą nawet przesłaniać treści ważniejsze od przygód. Czytelnicy zapytani o temat Krzyżaków wskażą, jak już zauważyliśmy, raczej perypetie miłosne i wojenne  Zbyszka i grunwaldzki tryumf nad Zakonem niż sprawę świętości małżeństwa, pochwałę powściągliwości Jagienki i przemianę nawróconego mściciela Juranda; czytelnicy W pustyni i w puszczy – raczej przygody porwanych dzieci niż wierność pierwszemu przykazaniu i prymat misji apostolskiej nad wszelkimi praktycznymi działaniami człowieka.  
            A czytelnicy Tolkiena? Władca pierścieni, otaczany kultem już przez trzecie pokolenie „wyznawców”, znajduje się w dwoistej sytuacji. Z jednej strony czytelnicy, zwłaszcza bardzo młodzi czytelnicy, są gotowi dać się posiekać na kawałki w dyskusji nad kształtem tego czy innego szczegółu Tolkienowskiego świata, a winnych nieścisłości traktować niczym bluźnierców. I mają poniekąd rację – jak szlachcice z Pana Tadeusza, toczący w soplicowskiej karczmie spór o wygląd dawnych strojów („«Ale tamta z fręzlami, ta jest całkiem gładką!» / [...] – zatem wszczynały się swary / O różnych taratatki kształtach i czamary”, ks. IV, w. 406-408). Zdarzyło mi się spotkać grupę gimnazjalistów, pobłażliwie znudzonych tymi staropolskimi sporami, którzy jednak zaczęli pojmować przeżycia prapradziadków, sprowokowani pytaniem o mieczyk, którym walczył hobbit Frodo Baggins. Wywołana niewinnym pytaniem debata nad wyglądem baśniowego oręża okazała się – jak ta w Soplicowie – natychmiastowa i zażarta. Goście bowiem karczmy Jankiela nie spierali się o krawieckie ani współcześni uczniowie o filologiczne niuanse – lecz jedni i drudzy o najserdeczniejsze treści własnych dusz – wrośnięte w nie od dawna wspomnienia z wcześniejszych lat życia lub z żarliwej lektury.      
            Z drugiej strony poufała znajomość z Tolkienowskim światem, zwłaszcza zawarta w wieku, gdy łatwo dostrzega się kształty i barwy, słowa i uczynki, lecz zwykle trudniej – wielkie prawdy, ku którym mają one kierować naszą uwagę, może nawet paradoksalnie odciągać uwagę od owych wielkich prawd. Jednak nie musi – jeżeli czytelnikowi uda się dostrzec, że pisarz te wielkie prawdy wypowiada. Tolkien poprzez swój fantastyczny świat wypowiada wielkie prawdy  chrześcijańskie – i to pomimo że jego bohaterowie nie modlą się do Boga w Trójcy Jedynego i że na próżno szukalibyśmy w Hobbicie czy Władcy pierścieni postaci podobnej do lwa Aslana z Opowieści z Narni – ryzykownego literackiego obrazu samego Chrystusa.
Władca pierścieni to powieść-baśń. Inna niż groteskowe dzieło Swifta, przypowieść mająca kompromitować człowieczeństwo; inna też od filmowej „antybaśni” o Shreku, zabawiającej widza nieustannym odwracaniem odwiecznych baśniowych schematów (odczarowana królewna będzie żyła długo i szczęśliwie w postaci odrażającego potwora) i wmawiającej mu, że brzydota jest piękna, a bohaterskie czyny to niezła zabawa. Tolkien reguły baśniowego świata i baśniowego sposobu opowiadania traktuje często z namaszczoną powagą. A jednak kostiumowe szczegóły jego opowieści, fantastyczna motywacja niektórych zdarzeń, egzotyka malowniczych rekwizytów – wszystko to nie powinno zatrzymywać na sobie bez reszty naszej uwagi.
Już samo pytanie, dlaczego głównymi bohaterami swoich obu najsławniejszych powieści pisarz uczynił hobbitów, istoty słabsze niż inne, przy tym ceniące spokój, nie groźne przygody, skłania do refleksji nad tym, kto odpowiada za losy zagrożonego świata. Hobbici muszą być w centrum powieściowych zdarzeń i muszą być mali, żebyśmy zrozumieli, że słabość nie czyni bezsilnym ani nie powinna stanowić wymówki dla bezczynności. Hobbit Bilbo Baggins wyrusza na wyprawę przeciw groźnemu smokowi wbrew własnym planom, upodobaniom, własnej naturze domatora, zaskoczony wezwaniem przyniesionym przez dwunastu krasnoludów. To oni – choćby wyglądali na bandę jowialnych awanturników, chciwych przy tym odzyskania własnych skarbów – powołują zdumionego hobbita do udziału w bohaterskiej wyprawie, a jemu wystarcza jedna noc, by przestać się ociągać. Powieść Hobbit poucza o koniecznej w każdej chwili życia  gotowości. Nie będzie tu może przesadą skojarzenie z ewangeliczną sceną powołania pierwszych apostołów („rzekł do nich: «Pójdźcie za Mną [...]». Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim”, Mt 4, 19-20). 
Frodo Baggins, bohater Władcy Pierścieni, ma, jak wiadomo, dla ocalenia świata donieść Pierścień wśród niebywałych przeszkód do miejsca, gdzie da się go zniszczyć. Kontrast między słabością „Powiernika Pierścienia” a niezmierną skalą podjętego przezeń zadania szczególnie dobitnie uświadamia czytelnikowi fałszywość przypuszczenia, iż od kogokolwiek może „nic nie zależeć”. Czarodziej Gandalf, który wybrał Froda[1] do wypełnienia wielkiej misji, a sam wyrzekł się posiadania Pierścienia, dobrze rozumiał, że bezpieczniej będzie powierzyć karkołomną misję prostaczkowi nieznającemu pokus władzy niż komuś z wielkich tego świata. Odsuwał pokusę i od samego siebie! Gdy Frodo obwieszcza królowej elfów Galadrieli gotowość obdarowania jej potężnym Pierścieniem, słyszy w odpowiedzi: „Od wielu lat rozmyślałam, czego bym dokazała, gdybym dostała w swoje ręce Wielki Pierścień, i oto przyniosłeś go! [...] Chcesz dobrowolnie oddać mi Pierścień! Na miejscu Czarnego Władcy postawić Królową! A ja nie będę ponura, lecz piękna i straszna jak świt i jak noc. Czarodziejska jak morze, słońce i śnieg na szczytach. Groźna jak burza, jak grom. Potężniejsza niż fundamenty ziemi. Wszyscy kochaliby mnie z rozpaczą!”[2]. Po chwili Galadriela wyrzeka się groźnego marzenia i oświadcza: „Wytrzymałam próbę”[3]. Gdyby jej nie wytrzymała, „wszyscy kochaliby ją”, ale „z rozpaczą” – niczym groźne bóstwo, przymuszeni potęgą magicznego przedmiotu. Wśród baśniowych dekoracji Tolkien prowadzi nas do spostrzeżenia tej samej niezmiernej prawdy, której nie rozumiał w scenie Wielkiej Improwizacji Mickiewiczowski Konrad (a Galadriela rozumie): miłość pod przymusem nie byłaby miłością, lecz aktem desperacji; Bóg wbrew wyobrażeniom zbuntowanego więźnia-poety nie włada duszami jak marionetkami, chce bowiem być kochany przez istoty stworzone na Jego obraz i podobieństwo i podobne do Niego także w tym, że wolne.
Nie wytrzyma próby rycerz Boromir, który wkrótce w szalonej żądzy zawładnięcia Pierścieniem napadnie hobbita. Rewelacyjny epizod tego napadu, jedna z najbardziej zaskakujących scen w literaturze świata, przestrzega: nikt, nawet niezłomny rycerz, nie jest wolny od pokusy. I nawet sam Frodo – o tym czytelnik przekona się w jeszcze bardziej zaskakującej kulminacyjnej scenie powieści, gdy „Powiernik Pierścienia” na sekundy przed ostatecznym wypełnieniem misji ogłosi, że odmawia jej wypełnienia! – on sam, zamiast złowrogi Pierścień zniszczyć, pragnie go posiadać.
Tolkien jednak bynajmniej nie głosi bezsilności ani rozpaczy, lecz nawrócenie i nadzieję. Boromir gorzko opłakuje swoją zdradę i odkupuje ją, ginąc w obronie hobbitów. Pierścień zaś mimo wszystko zostaje zniszczony wbrew woli Froda... i zarazem w zgodzie z tą wolą – bo wskutek jego wcześniejszej decyzji, by posłuchać rady Gandalfa i nie zabijać podstępnego Golluma, czyhającego na magiczny przedmiot przez  długie lata samotności i długie dni wspólnej wędrówki z Frodem i Samem. Piętrowa niespodzianka fabularna, która czeka czytelnika, gdy Frodo po nieopisanych trudach, dźwigając Pierścień z wysiłkiem, który może przywodzić na myśl niesienie krzyża, wreszcie dociera do mających klejnot pochłonąć Szczelin Zagłady, poucza, że zaufanie do własnych, ludzkich sił może okrutnie zawieść, lecz nawet w obliczu nieuchronnej, zdawałoby się, katastrofy wolno i należy liczyć na interwencję Opatrzności, zdolnej do wyprowadzenia wielkiego dobra nawet z wielkiego zła (tu: żądzy Golluma, który nie skorzystał z okazji do nawrócenia); człowiek nie jest bezradny nie dzięki własnej potędze, lecz dzięki wszechmocy czuwającego i ocalającego Boga.
 Galadriela opiera się pokusie, Boromir i Frodo jej ulegają. A jednak w powieści jest ktoś zupełnie od niej wolny: tajemniczy Tom Bombadil. On jeden traktuje wykuty przed wiekami potężny klejnot jakby z rozbawieniem:  wsuwa go na palec (i przy tym, inaczej niż ktokolwiek, nie znika sprzed oczu zdumionych hobbitów), a potem podrzuca niczym zabawkę i z zupełną swobodą zwraca do rąk Froda. Współczesny powieściopisarz stwierdza: „w dobrze skomponowanych utworach wszystko łączy się ze wszystkim i dopiero kompletna sieć relacji tworzy atmosferę książki i wskazuje na jej ukryte centrum”[4]. Oświetlenie sensu interesującej nas zagadkowej sceny znajdujemy w rozmowie toczącej się wcześniej, w której na pytanie Froda: „Kim jesteś, Panie?” Tom odpowiada, że jest najstarszy, że „był tu wcześniej niż rzeka i drzewa”, „pamięta pierwszą kroplę deszczu i pierwszy żołądź” i „już tu był, zanim powierzchnia mórz się zakrzywiła”[5]. Tom, który według zdania własnej żony „Jest tym, kim jest”[6], lecz nie „Tym, który jest”, nie jest Bogiem, mimo przejrzystej aluzji do Psalmu 90 („Zanim góry narodziły się w bólach, nim ziemia i świat powstały, od wieku po wiek Ty jesteś Bogiem”, Ps 90, 2). Wizyta w jego pogodnym domu, bezpiecznym, pełnym prostych wygód i pieśni, jest dla hobbitów strudzonych niebezpieczną wędrówką niczym chwila spędzona w blaskach raju, a on sam, nie przypadkiem  starszy  niż wszyscy i wszystko inne, wydaje się kimś wolnym od ciężaru grzechu pierworodnego, najstarszego grzechu. I o tym zatem przypomina swoim czytelnikom Tolkien: że to grzech pierwszych ludzi wystawił nas na pokusy i trwogę, a wszystkie dalsze grzechy świata wciąż podtrzymują w doczesnym świecie trwanie zła.
Ono zaś, nawet pokonane, nie przestaje istnieć i działać, dopóki ów doczesny świat istnieje. Dlatego tryumfalny wynik misji nie zwalnia Froda ani towarzyszy z czujności i trudów nowej walki, co okazuje się, gdy powracający do domu hobbici zastają ojczyznę (nowa niespodzianka fabularna) pod tyrańskim panowaniem Sarumana. Kiedy zaś po nowym zwycięstwie elfowie, Gandalf, Frodo odpływają z Szarej Przystani w tajemniczą dal na zachód, powieść wciąż się nie kończy. Tolkien potrzebuje jeszcze jednego motywu: powrotu Sama do domu, gdzie oczekują go kochająca żona i córeczka. Pamiętamy: „w dobrze skomponowanych utworach wszystko łączy się ze wszystkim”. Sielski finał Władcy... wypełnia wcześniejsze dotyczące Sama przepowiednie, lecz przede wszystkim podkreśla, że udział w heroicznym zwycięstwie (a właśnie Samowi przypadają tu wielkie zasługi) nie unieważnia wartości powszedniego życia. Patrząc na domową sielankę Sama, moglibyśmy powtórzyć za Herbertowym Panem Cogito: strzeż się oschłości serca kochaj źródło zaranne / ptaka o nieznanym imieniu dąb zimowy / światło na murze splendor nieba[7].
Powieści pisze się po to, żeby czytelnikom dostarczyć rozrywki, czyta – jak stwierdzał Juliusz Kleiner – żeby zaspokoić ciekawość, poznać „wypadki niezwykłe”, podziwiać „wielkie a zwycięskie wysiłki”, „przełamywanie przeszkód”, „wykonanie trudnego planu”, sycić się egzotyzmem[8]. Tym czytelniczym pragnieniom Tolkien odpowiada wręcz idealnie. Dlatego, zwłaszcza w epoce mody na literaturę fantasy i na gry komputerowe, może szczególnie potrzebować obrony przed zbyt trywialnym odczytywaniem. Pełen urody  fantastyczny  kostium, w jaki pisarz przyoblekł swoje postacie, krajobrazy, wydarzenia, nie powinien przesłaniać wypowiadanych przez niego prawd dotyczących najważniejszych spraw  realnego  świata – słabości i siły człowieka w obliczu pokus czyhających na jego duszę, odpowiedzialności, wierności i zdrady, winy i pokuty, ofiary, miłosierdzia, pokory, heroicznej przyjaźni (Sam niosący Froda i pierścień u końca morderczej wędrówki) i wartości powszedniego życia w zestawieniu z dorobkiem heroicznych czynów, czujności wobec zła, którego w doczesnym świecie nie możemy pokonać ostatecznie. Dekoracje Tolkienowskiego świata bywają odległe od oczywistych znaków wiary i pobożności – ale cała ta problematyka i miary, według których pisarz świat ocenia, są najgłębiej chrześcijańskie.  

STANISŁAW FALKOWSKI



[1] Wbrew słownikowej normie odmieniamy tu imiona dwóch sławnych hobbitów zgodnie z powszechnym zwyczajem; form „Frodona”, „Bilbona” chyba nikt nie używa.
[2] J.R.R. Tolkien, Władca pierścieni, przeł. Maria Skibniewska, Warszawa 2003, [I] Drużyna Pierścienia, s. 479-480 (rozdział Zwierciadło Galadrieli).
[3] Tamże, s. 480.
[4] Orhan Pamuk, Pisarz naiwny i sentymentalny, Kraków 2010, s. 27.
[5] J.R.R. Tolkien, Władca pierścieni, [I] Drużyna Pierścienia,, s. 181.
[6] Tamże, s. 171.
[7]  Zbigniew Herbert. Wiersze zebrane, oprac. Ryszard Krynicki, Kraków 2008, s. 440.
[8] Juliusz Kleiner, Artyzm Sienkiewicza, [w:] J. Kleiner, W kręgu historii i teorii literatury, Warszawa 1981, s. 415.

PO CO PISZE SIĘ POWIEŚCI?

            I po co się je czyta? – należałoby zapytać od razu. Oczywiście pisze się je po to, żeby czytelnikom dostarczyć miłej rozrywki, czyta się – żeby jej zaznać. A przecież wielkim powieściopisarzom na pewno chodzi i o coś więcej. Znam czytelników, którzy w powieściach kryminalnych Agathy Christie szczególnie cenią nie same sensacyjne łamigłówki i krwawe przygody, lecz realistyczny obraz angielskiego obyczaju sprzed wieku. „Odprowadziłem ją więc do drzwi gabinetu właśnie w chwili, gdy rozległ się gong obiadowy”[1]. „Proszę do salonu, doktorze! Zna pan drogę. Panie za chwilę zejdą. Muszę zanieść te papiery panu Ackroydowi.  Powiem mu, że pan już jest”[2].
Z kolei powieściom największych klasyków literatury „poważnej” zwykle nie sposób odmówić atrakcyjności fabularnej. Finałowa sekwencja trzech pościgów w Faraonie: straży Labiryntu za kapłanem Mefresem i zbrodniarzem Lykonem, zahipnotyzowanym przez niego sobowtórem Ramzesa, policji za Lykonem, wreszcie Lykona za Ramzesem mogłaby służyć za scenariusz filmu akcji – a przecież w powieści Prusa z pewnością chodzi o coś więcej niż rozstrzygnięcie: „kto – kogo” (schwyta, uwięzi, pokona, zabije). Pisarz pyta w niej zwłaszcza o to, ile znaczy wolna wola człowieka wobec zdarzeń, które wyglądają na niedające się uniknąć zrządzenia losu, wobec kataklizmów natury i historii, wiru sprzecznych dążeń innych ludzi – i właśnie w owym finale przeprowadza dowód przez zaprzeczenie, że wbrew pozorom znaczy bardzo wiele.
Zdaniem kapłana-mędrca Menesa Ramzes „musiał zginąć”, bo „zdarzył się w epoce niewłaściwej”[3]. Lecz uważny czytelnik potraktuje owo „musiał” z wielkim dystansem. Morderca Lykon nie zaskoczyłby faraona, gdyby ten w rozstrzygających chwilach troszczył się pilniej o państwo i własny tron zamiast spędzać owe chwile w ramionach kochanki (agentki swoich przeciwników!), a wcześniej nie zlekceważył otrzymanej właśnie od Menesa bezcennej wiadomości o nadchodzącym zaćmieniu słońca, tak genialnie i bezwzględnie wykorzystanej przez Herhora do wywołania paniki wśród zbuntowanych tłumów, gdyby wreszcie jeszcze wcześniej sam nie uczynił sobie śmiertelnych wrogów z Mefresa, z którego po pijanemu szydził, i z Lykona, któremu odebrał inną kochankę. 
Czytelnicy Lalki oczywiście zastanawiają się, czy Wokulski zyska przychylność Izabeli i będą żyli długo i szczęśliwie; co więcej, zapewne prawie każdy z nich na pytanie o temat powieści odpowiedziałby, że jest nim nieszczęśliwa miłość kupca do panny wielkiego, choć podupadłego rodu, ale powinni pamiętać i to, że sam Wokulski zastanawia się, czy dręczące go uczucie nie wynika z działania jakichś tajemniczych zjawisk przeważających nad ludzką wolą – dlatego poddaje się w Paryżu próbie zahipnotyzowania.  Wielki temat Prusa pojawia się zatem w obu jego najważniejszych powieściach.
Czytelnik uznanych arcydzieł nie ma powodu do obawy, że go one znudzą swoimi wielkimi ideami przy niedostatku atrakcji, akcji, sensacji. I na odwrót – czytelnik powieści uznawanych za popularne, a nawet traktowanych tylko jako lektura z dziecinnego pokoju, nie powinien wątpić, czy może w nich znaleźć o wiele więcej niż atrakcyjną fabułę. W istocie bowiem  i wielkie przygody, i frapujące obserwacje świata – pejzaży, przedmiotów, ludzkich zachowań i przeżyć, i wielkie myśli znajdziemy zarówno w owych szanownych arcydziełach, jak w wielu książkach popularnych, których się zwykle nie posądza o głoszenie jakichś wielkich idei; nawet w książkach dla dzieci.
O ile w ogóle istnieją książki dla dzieci. Owszem, to właśnie bardzo młodych czytelników zajmują  dziś  powieść Daniela Defoe o najsławniejszym rozbitku wszechczasów albo Podróże Guliwera  Swifta. A często – raczej skróty i adaptacje tych Podróży..., w których pominięto (i słusznie) motywy zbyt trudne lub zbyt drastyczne. Dla zrozumienia Swifta trzeba jednak uwzględnić pełną wersję jego strasznej książki sprzed trzystu lat. Trzeba pamiętać, jak w krainie Liliputów zaufany przyjaciel Guliwera, przybywszy doń potajemnie, tłumaczy bohaterowi, że – oskarżony o zdradę główną – nie zostanie skazany na śmierć, lecz dzięki niebywałemu miłosierdziu cesarza zaledwie oślepiony („Dwudziestu chirurgów Jego Majestatu będzie uczestniczyło w jak najsprawniejszym dokonaniu tej operacji, która przeprowadzona zostanie przy pomocy wbicia ostro zakończonych strzał w twe źrenice”[4]). Poddany makabrycznej operacji Guliwer ma później w dodatku umrzeć wskutek stopniowego zagłodzenia. To wszystko trzeba pamiętać, żeby rozumieć, że autora obchodzi przede wszystkim nie opowiedzenie, jak bohater zręcznie uniknie podwójnej egzekucji, lecz przekonanie czytelnika, że podobne akty niewyobrażalnych (i często absurdalnych) okrucieństw popełnianych przez ludzi kompromitują samo człowieczeństwo; dzieło Swifta głosi tezę, że bycie człowiekiem to rzecz wzbudzająca obrzydzenie.
Nikt nie może wątpić, że W pustyni i w puszczy to powieść przygodowa w najściślejszym sensie. Sienkiewicz sam stwierdzał, że to powieść przygodowa dla młodzieży i że szczególnie go cieszy opisywanie przygód („dziś kończyłem opis huraganu w pustyni – ale pilno mi szczególniej do puszczy, gdzie obok pary dzieci wystąpi wszelaki zwierz, zarówno drapieżny, jak i trawożerny”[5]; warto pamiętać, że pisarz był zapalonym myśliwym). „Czuł [...] i wiedział, że zasadniczą postawą psychiczną wobec epiki jest ciekawość, zasadniczym tematem epika szereg wypadków niezwykłych; czuł, że naturalne zainteresowanie człowieka zwraca się najżywiej ku wielkim a zwycięskim wysiłkom, ku przełamaniu przeszkód, ku wykonaniu trudnego planu; czuł, że zaciekawiony słuchacz pragnie pewnego egzotyzmu, chce się dowiedzieć, jak to było kiedyś – dawno – albo jak jest gdzieś daleko[6]. A przecież w powieści o Stasiu i Nel także  nie chodzi tylko o to, czy porwane dzieci ocaleją, czy zginą wśród afrykańskich pustkowi.
„Wytrwałość i odwaga potrzebne są szczególnie polskim chłopcom, a dziewczynki i w Polsce, i wszędzie są tylko wtedy prawdziwie szczęśliwe, jeśli są dobre, łagodne i litościwe” – pisał autor w zwięzłej autointerpretacji do kilkorga dzieci-czytelników powieści[7]. Wskazany przez pisarza trop, zresztą dość oczywisty, może nas prowadzić ku problemom podobnie ogólnym i podobnie wielkim, ba – nawet większym – niż te interesujące Prusa. Wytrwałość i odwaga Stasia Tarkowskiego służą nieustannie jednemu świętemu celowi: uratowaniu Nel. Nieustannie – z wyjątkiem jednej sceny, której waga wynika właśnie z jej wyjątkowości: gdy Staś odmawia Mahdiemu przyjęcia muzułmańskiej wiary. Decyzja śmiertelnie niebezpieczna – lecz ceną za większe bezpieczeństwo Nel i własne byłoby dla Stasia odstępstwo od wiary prawdziwej. Na to jedno nie jest gotów się zdecydować nawet dla ocalenia bezbronnego dziecka. Rozmowa Stasia z Mahdim streszcza intencje całej twórczości pisarza, dla którego wiara jest zawsze ważniejsza od czegokolwiek innego, a w szczególności od uczuć i powinności osobistych, a także od powinności patriotycznych (postaramy się przy innej okazji pokazać, że tę samą myśl – o pierwszeństwie wiary – akcentuje nieraz w wierszach i listach Norwid, przestrzegający, by nawet ojczyzny nie stawiać na miejscu samego Boga).
Podobnie jak bohaterowie Quo vadis: niezłomni męczennicy i nawrócony zbrodniarz-męczennik Chilon, Staś wiarą za nic nie płaci, nawet za ocalenie życia własnego lub niewinnego i bliskiego człowieka, lecz traktuje ją jako dar, którym należy się dzielić – i szerzy z apostolską gorliwością. Gdy po zabiciu porywaczy, zdobyciu lekarstwa na febrę grożącą jego małej towarzyszce śmiercią i uwolnieniu słonia Nel pyta swego opiekuna: „Co teraz będziemy robili, Stasiu?”, chłopiec odpowiada: „Roboty jest mnóstwo [...]. Naprzód, Kali i Mea są poganami, a Nasibu, jako Zanzibarczyk, mahometaninem. Trzeba ich więc oświecić, nauczyć wiary i ochrzcić. Po wtóre, trzeba nawędzić mięsa na przyszłą podróż, a zatem muszę chodzić na polowanie; po trzecie, mając dużo broni i nabojów chcę Kalego nauczyć strzelać [...]”[8]. Wszelkie więc działania praktyczne ustępują w tym wyliczeniu najważniejszej z prac: zadaniom apostoła. Owocującym trwałymi skutkami – bo gdy po latach Staś i Nel, już jako małżonkowie, odbywają podróż sentymentalną po krainach dziecięcych przygód, przekonują się, żeKali [...] włada, pod protektoratem angielskim, całą krainą na południe od jeziora Rudolfa i że sprowadził misjonarzy, którzy szerzą wśród dzikich miejscowych szczepów chrześcijaństwo”[9].
Sienkiewicz, największy polski autor powieści przygodowych, opowiedział pełną perypetii historię chłopca-rycerza walczącego o ocalenie Nel i własne, ale wyżej od ocalenia ciała ceniącego ocalanie dusz. Wcześniejszy od powieści (opublikowanej w latach 1910- 1911) autokomentarz pisarza nie pozostawia wątpliwości, że i on sam świadomie i od dawna troszczył się o kształtowanie dusz czytelników w myśl chrześcijańskiego ideału, a wbrew tendencjom epoki:

Kiedyś [...] przyszło mi na myśl, jak ja jednak porządnie przyczyniłem się do zwrócenia ludzi w kierunku idealnym. Pan należąc do młodszego pokolenia może nie zdaje sobie sprawy, co się działo w Warszawie za dobrych pozytywistycznych czasów, gdy Boga pisało się przez małe b, gdy racjonalizm był synonimem rozumu i gdy nawet ludzie religijni, mniej śmiałej natury, trzymali się ideału i religii jakoś wstydliwie... Ja z tym nastrojem nie polemizowałem wprost [...]. [...] Ogniem i mieczem, Potop, P[an] Wołodyjowski etc. były grzechem nie tylko przeciw pojęciom historycznym prądów racjonalnych i ich poglądów na przyszłość, ale wprost zwrotem i w teraźniejszości w inną stronę - im bardziej bowiem się podobały i brały ludzi, tym bardziej nastrajały ich w kierunku idealnym. Potem przyszło Bez dogmatu, Pójdźmy za Nim - jedno było obrazem przepaści sceptycyzmu, drugie wprost już afirmacją. Toż samo Połanieccy, a w końcu Quo vadis. Ganiono czy chwalono, ale rzeczy te wywierały wpływ i wrażenie, a w końcu czy raczej w biegu przyczyniały się ogromnie do zwrotu nie tylko idealnego, ale wprost religijnego[10].


Pisarz formułuje więc bezpośrednio  religijną  intencję całej własnej twórczości.  Czy jednak czytelnicy, których byśmy zapytali o temat W pustyni i w puszczy, nie odpowiedzieliby po prostu, że są nim przygody porwanych dzieci? A zapytani o temat Krzyżaków (powieści o niezłomnej czci Jagienki dla świętego sakramentu, który łączy kochanego przez nią chłopca z inną, i o nawróceniu mściciela-Juranda!), że utwór mówi o zakochanym Zbyszku i o pokonaniu Krzyżaków?­­
Dlaczego najważniejsze tematy wielkich powieści bywają notorycznie lekceważone lub nawet w ogóle niedostrzegane? Ponieważ dla ich dostrzeżenia trzeba wznieść się ponad fascynację samą fabułą. I jeszcze: ponieważ są to tematy związane z chrześcijańskim spojrzeniem na świat, a rewolucjoniści francuscy i ich spadkobiercy od ponad dwustu lat tresują nas do myślenia, że chrześcijańskie kategorie pojmowania świata nie stanowią w ogóle narzędzia poważnego myślenia o literaturze – ani o czymkolwiek. I ponieważ „ludzie religijni, mniej śmiałej natury, trzyma[ją] się ideału i religii jakoś wstydliwie”.
Czy owe największe tematy mogą być dostrzeżone przez czytelnika bardzo młodego, kilkunastoletniego? Nie zawsze; ale nie jest to najważniejsze. Naszym zadaniem – rodziców, nauczycieli – jest sprawić, by młodzi czytelnicy zyskali szansę na ich dostrzeżenie – a zyskają  ją tylko wtedy, kiedy osobiście, rzetelnie, nie tylko ze słyszenia poznają klasyczne utwory literackie. Do rzeczy wielkich i trudnych dojrzewamy w różnym wieku. Największa literatura jest zwykle trudna, nawet bardzo trudna. Jeżeli nie zapamiętamy tekstów, choćby wtedy, kiedy ich jeszcze nie rozumiemy, mamy gwarancję przyszłego dalszego niezrozumienia. Jeżeli zapamiętamy – mamy co najmniej szansę.
            I wreszcie: czy o sprawach wielkich i świętych nie powinniśmy czytać raczej po prostu w katechizmie? – Oczywiście katechizm powinniśmy znać przede wszystkim. Jednak  poważni pisarze dobrze wiedzą, co robią, kiedy tworzą powieści, a nie choćby najpiękniejsze literacko wersje katechizmu. Bo łatwiej się zaprzyjaźnić nie z abstrakcyjnie sformułowanymi  prawdami, tylko z ludźmi jak my, a przypadki ich życia zapamiętujemy sto razy lepiej niż podręcznikowe definicje. 
STANISŁAW FALKOWSKI


[1] Agatha Christie, Zabójstwo Rogera Ackroyda, przeł. Marek Zakrzewski, Warszawa 1992, s. 20.
[2] Tamże, s. 35.
[3] Bolesław Prus, Faraon, Warszawa 1975, s. 379-380.
[4] Jonathan Swift, Podróże do wielu odległych narodów świata, przeł. Maciej Słomczyński, Kraków 1979, s. 78.                                                           
[5] List do Jadwigi Janczewskiej z 10 XI 1910, Listy, t. II, Warszawa 1996, cz. 3, s. 380.

[6] Juliusz Kleiner, Artyzm Sienkiewicza, [w:] J. Kleiner, W kręgu historii i teorii literatury, Warszawa 1981, s. 415.

[7] List do Anny Popielowej i jej dzieci z 9 IV 1912, Listy, t. III, Warszawa 2007, cz. 2, s. 480.

[8] W pustyni i w puszczy, Warszawa 1962, s. 268-269.
[9] Tamże, s. 369.
[10] List do Konstantego Marii Górskiego z 14 lipca 1895, Listy, t. I, Warszawa 1977, cz. 2, s. 292-293.