Ćwiczenia z chaosu: Nova et vetera

Jerzy Juhanowicz

Jedzenie z męskiej perspektywy

Słowa mądrości dla młodych żon od człowieka z dużym stażem małżeńskim

Nie podawaj gorącej zupy w gorący dzień!

Pieczeń wołowa oraz ziemniaczanym puree z zawiesistym sosem i dobre piwo zawsze świetnie smakują po długim dniu fizycznej pracy.

Kiedy twój mąż wraca do domu po dwunastogodzinnej zmianie i dwóch godzinach jazdy, nie czekaj ubrana w najlepsze ciuchy i nie mów: „Chodźmy na obiad!”.

Tak naprawdę nie spodziewaj się, że będziecie kiedykolwiek gdzieś wychodzić. Jeśli zaś faktycznie zdarzy się, że wyjdziecie, będziesz mile zaskoczona.

Dieta to wyraz, który często gubi się między słowami wypowiadanymi przez kobietę a słyszanymi przez mężczyznę.

Cztery grupy żywniościowe to: wołowina, kurczak, wieprzowina i ryby. Warzywa? - co to jest?

Jeśli twój mąż mówi, że coś było dobre, ale „trzeba nad tym jeszcze trochę popracować”, oznacza to, że byłby bardzo zadowolony, gdyby ta potrawa pojawiała się na stole regularnie.

Najkrótsza droga do serca mężczyzny wciąż prowadzi przez jego żołądek.


Tłum. TŁM & Matjas


https://altarandhearthmagazine.files.wordpress.com/2014/06/altar-hearth-issue-6-done2.pdf

Krzyż pod oknem

Fot. Jerzy Juhanowicz

"Lepiej przeżyć lat kilka jak Rudolph niż całe życie jak owca", czyli AUTOBIOGRAFIA ZABÓJCY


(i poprzednie rozdziały)

Dlaczego zabrałem się za tłumaczenie książki człowieka, który zabijał innych ludzi?

Nie najprostszą drogą (Beyond the Lines of Drift) to napisana świetnym językiem autobiografia akcji. Skoro ktoś znów ma uraczyć nas swoim życiorysem, niech (przynajmniej) będzie to dzieło sprawnego (w przypadku Eryka Rudolpha bardzo sprawnego) pióra; skoro ktoś znów ma uraczyć nas sprawnie napisaną książką przygodową, niech będzie to (przynajmniej) dzieło kogoś autentycznie znaczącego i opowiadającego o tym, co faktycznie się zdarzyło.

Eryk Rudolph podjął świadome działania określane przez siebie mianem wojennych, a wymierzone między innymi w aborterców. Działał na tyle skutecznie, że funkcjonariusze państwowi (i nie tylko) podjęli za nim zakrojony na olbrzymią skalę pościg. Wydali ogromne pieniądze. Zaangażowali do akcji mnóstwo ludzi. Rudolph przez pięć lat uchodził pogoni, nie mając w praktyce – jak twierdzi (ale nie bardzo widzę powody, aby mu nie wierzyć) – żadnego wsparcia z zewnątrz. Co więcej, nie ograniczył się do "pasywnego" i "defensywnego" siedzenia w lesie; mając na karku służby specjalne, nie-specjalne i prywatnych łowców, przygotowywał kolejne ataki na wroga!

Autobiografia Rudolpha daje wielkie świadectwo skuteczności działania jednego przekonanego do sprawy (w przypadku Eryka Rudolpha ośmielilibyśmy się powiedzieć: "Sprawy"; może nie największej, niemniej jednak Sprawy) człowieka. Skoro (zaledwie) jeden może zrobić tyle, ile można by zrobić, gdyby wszyscy przekonani do jakiejś dobrej sprawy zadziałali jak jeden mąż?...

Wreszcie: Nie potrafię przejść do porządku dziennego nad tym, że w języku zdecydowanej większości (jeśli nie wręcz wszystkich) przekaziorów Eryk Rudolph to potwór, niesprawiedliwy i bezwzględny zabójca, a okaleczona w wyniku przeprowadzonego przezeń zamachu bombowego pracownica abortowni (współwinna śmierci trudnych do zliczenia istnień ludzkich) to biedna ofiara, której trzeba dać się obficie wypowiedzieć i opłakać poniesione rany. Nie godzę się na to, by bezczelnie manipulowano faktami i przedstawiano jako niesprawiedliwie pokrzywdzonego policjanta, który po godzinach pracy jako funkcjonariusz państwowy dorabiał sobie jako ochroniarz morderców w białych fartuchach; i żeby wymachiwano mi przed twarzą twarzą jego "biednej" żony, która doskonale wiedziała, czym jej ukochany mężulek się zajmuje – i korzystała ze środków, jakie zyskiwał z tytułu chronienia morderców małych dzieci.

Oddajmy zatem głos samemu Erykowi Rudolphowi, głównemu poniekąd bohaterowi wspominanych wydarzeń. Niech przemówi SWOIM GŁOSEM.

Jestem mu to po prostu winien.

Łukasz Makowski

DoPisanie: Piekło i nienawiść

Śladem naszych publikacji:

Wspomniana w powyższym wpisie gra komputerowa – oprócz tego, że  antykościelna i antyśredniowieczna – jest też otwarcie antypolska.

A więc z punktu widzenia gracza (zaliczającego się przynajmniej do jednej spośród grup: katolicy, Polacy, uczciwi historycy) sprawa przedstawia się tak: twórcy plują mi w twarz, a ja na to, że to mżawka pada → i jeszcze z wolnej woli (kupując grę) płacę za to, żeby mnie tak opluwali!

Co więcej: taki obraz Polski, jaki przedstawiają nam (poniekąd za autorem serii powieścideł) autorzy gry, idzie dalej w świat! I mamy się z tego cieszyć!

Inny, dużo subtelniejszy przykład manipulacji i naiwności: atak na producenta wody mineralnej ze względu na to, że członek zarządu firmy to bigot, łotr i w ogóle, bo angażuje SWOJE PRYWATNE PIENIĄDZE W RAMACH SWOJEJ PRYWATNEJ FUNDACJI (nie zaś firmy produkującej wodę) w działalność antyaborcyjną. Na to firma wydaje oświadczenie, że jest "neutralna światopoglądowo", nie angażuje się w spory światopoglądowo-polityczne, a w "prywatne" poglądy członków swojego zarządu i pracowników nie wnika. Toż to w istocie manifest obojętności i deklaracja, że możesz sobie być zoofilem, muzułmaninem albo satanistą – a my jako firma nic do ciebie nie mamy. I na takie dictum tzw. "świadomi katolicy" reagują podnieceniem i deklaracjami: "Od dziś kupuję tylko tę wodę". Ludzie! Logika wymagałaby, aby ewentualnie wesprzeć PRYWATNĄ FUNDACJĘ PRYWATNEGO CZŁONKA ZARZĄDU, który stara się walczyć z aborcją – a nie wspierać firmę, która deklaruje, że jest jej właściwie wszystko jedno.
A ja oczekiwałbym powstania takiej firmy, która jawnie deklarowałaby swoją katolickość i polskość, oficjalnie wspierała finansowo dobre inicjatywy, a ponadto dyskryminowała innowierców i wrogów polskości. I dopiero takie przedsiębiorstwo powinno móc liczyć na nasze wsparcie finansowe – z autentycznego przekonania.

Wracając na chwilę do zagadnienia parszywej gry: Program minimum, jaki staramy się nakreślić, wygląda tak: nie wspierać w żaden sposób (szczególnie finansowy) tych, którzy nas obrażają. Program w wersji rozszerzonej brzmi: zrobić taką grę, która sławi Polskę, a przede wszystkim to, co pozwoliło jej na wielkość – Wiarę katolicką.

* W * W * W *

A Ty, Drogi Czytelniku, wiesz przecież, o której grze piszę? Wiesz, o którą wodę chodzi?

Oczywiście! I to jest miarą Twojego zanurzenia w ten świat. 

Bo my jesteśmy tak naprawdę hipokrytami, jeśli posługujemy się tym samym kodem (anty)kulturowym, jaki on nam proponuje. Niby katolicy, a cytujemy (czasem faktycznie zdarzy się, że celne i śmieszne) sceny z filmów, które jako całość mają wydźwięk zdecydowanie antykatolicki. Rozmawiamy tymi scenami, myślimy nimi. One są w nas stale obecne. To po nie sięgamy, aby komentować to, co nas spotyka.

(Doprawdy, rację miał Bruce Marshall, wkładając w usta jednego ze swoich bohaterów myśl, że dopiero wtedy będziemy mogli powiedzieć o zmianie na lepsze, gdy pasażerowie tramwaju zaczną ze sobą prowadzić rozmowy o Najświętszym Sakramencie, pięknie Kościoła lub przymiotach Bożych – w miejsce uprawiania pustej gadaniny opartej o najnowsze doniesienia prasowe, telewizyjne czy internetowe).

Niby katolicy głęboko zatroskani o własne rodziny, a znajdujemy czas a to na bezowocną i do znudzenia od-twórczą gierkę komputerową, a to na ("świetnie zagrany") pełen niesprawiedliwej przemocy, pornografii i od-twórczy serial (no bo to fascynujące, że w piątym odcinku ten zabił tamtego tak zupełnie z zaskoczenia; ciekawe, kogo załatwi w szóstym?), a to na "wiadomości", obliczone na uformowanie nas na potulnych i całkowicie pasywnych przeżuwaczy informacyjnego kitu.

Ale jak tu powstrzymać się od robienia choćby aluzji do tych w całości wrogich Wierze dzieł? Przecież ja od tylu lat napełniam sobie nimi głowę...

Swoją drogą: pokażcie mi film, który w pozytywnym świetle przedstawia księdza albo normalne katolickie małżeństwo. Nie ma takich? To po co angażujemy się w oglądanie tego, co nas obraża i usiłuje ośmieszyć? Oczywiście, najlepiej byłoby prawdziwy film o świętych małżonkach czy księdzu samemu wyprodukować... I może to stanowiłoby zaczątek autentycznie dobrej zmiany...

Fotografia, której nie było

Sałata lodowa sui generis

Przypomniało nam się zdjęcie, którego przed laty nie zrobiliśmy w jednej z podwarszawskich miejscowości:
Przystanek autobusowy.
Nazwa przystanku: URZĄD MIEJSKI.
Powyżej napis: STREFA PODMIEJSKA.