Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mickiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mickiewicz. Pokaż wszystkie posty

Teren prywatny - wstęp zabroniony


Do prywatnego właściciela można mieć ewentualnie pretensję o nieuczciwy sposób nabycia terenu (jeśli nastąpił on z naruszeniem sprawiedliwości), ale własność - rzecz święta - wolno mu uczynić ze swoim, co chce: również zabronić wstępu.

Inna sprawa, że z łezką w oku wspomina się to, co Mickiewicz pisał na kartach Pana Tadeusza o swobodzie przechodzenia przez pole sąsiada - oczywiście, pod rozumiejącym się samo przez się warunkiem nie zniszczenia niczego i powstrzymania się od wysypania na owo pole kilogramów gruzu lub złomu - co dziś jednak się zdarza...

Skarga zapomnianego wygnańca

„...nikt nie woła”. Dlaczego? Bo wszyscy zapomnieli.

Adam Mickiewicz
STEPY AKERMAŃSKIE

Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi,
Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,
Omijam koralowe ostrowy burzanu.

Już mrok zapada, nigdzie drogi ni kurhanu;
Patrzę w niebo, gwiazd szukam, przewodniczek łodzi;
Tam z dala błyszczy obłok – tam jutrzenka wschodzi;
To błyszczy Dniestr, to weszła lampa Akermanu.

Stójmy! – jak cicho! – słyszę ciągnące żurawie,
Których by nie dościgły źrenice sokoła;
Słyszę, kędy się motyl kołysa na trawie,

Kędy wąż śliską piersią dotyka się zioła.
W takiej ciszy – tak ucho natężam ciekawie,
Że słyszałbym głos z Litwy. – Jedźmy, nikt nie woła.


Ocean, koralowe wyspy („ostrowy”), gwiazdy pokazujące drogę żeglarzowi; cisza, na pół baśniowy motyl kołyszący się na źdźble trawy, dyskretnie upersonifikowany (ma „pierś”) wąż – ta nastrojowa poetyckość z pogranicza egzotyki i fantastyki jakby zwalnia ze ścisłych analitycznych dociekań. A jednak właśnie w tym przypadku szkiełko i oko okażą się bardzo przydatne.

Wobec głębokiej ciszy panującej na stepie nie dziwi nas, że podmiot słyszy „ciągnące żurawie”. Ale naprawdę niezwykła okazuje się dopiero wiadomość, że tych słyszanych przezeń żurawi nie zobaczyłyby „źrenice sokoła”. Sokół spogląda na świat, jak wiadomo, najbystrzejszym („sokolim”) okiem; żadne ze zwierząt ani żaden z ludzi nie dysponuje wzrokiem o takim jak on zasięgu. Tym bardziej słuchem!

Jeśli tak, oznacza to, że Mickiewiczowi nie chodzi o poetycki ozdobnik. Poeta nie chce powiedzieć tylko: „wsłuchuję się w dźwięki przyrody” ani nawet tylko: „słyszę odległe dźwięki”, ale wręcz: „słyszę rzeczy, których zwyczajne ucho usłyszeć nie może”, „jestem obdarzony słuchem nadzmysłowym”!

Do czego mu to potrzebne? Do zaznaczenia, że jeśli nie słyszy „głosu z Litwy”, to bynajmniej nie z powodu tysiąckilometrowej odległości. Powodem – zresztą wprost wskazanym – jest fakt, że „nikt nie woła”!

Wiersz mógłby się przecież kończyć inaczej:

         Jedźmy, nic nie słyszę.

Ale tu chodzi właśnie o to, że nikt nie woła! W dwa lata po opuszczeniu ojczyzny przez wygnańca przyjaciele, bliscy o nim zapomnieli – nie wołają.

To jest wiersz o tęsknocie do ojczyzny, owszem. Ale przede wszystkim – wiersz o poczuciu opuszczenia, o tęsknocie do tych, którzy nie tęsknią.


Stanisław Falkowski

POLSKI PROMETEUSZ?


            Mówi się zwykle o Konradzie, że to polski Prometeusz. Ale to nieścisła analogia. Mityczny tytan ofiarował ludziom ogień skradziony kapryśnym bogom Olimpu – Konrad buntuje się przeciw chrześcijańskiemu Bogu, który „jest Miłością” (1 J 4, 8). Woła przy tym: „Kłamca, kto ciebie nazywał miłością" (II, 190). Nazywa więc kłamcą – świętego Jana! Konrad wątpi: czy może być miłością Bóg, który pozwala na takie cierpienia niewinnych ludzi? Lecz nie ma racji.
            Owszem, Bóg – wszechmocny! – mógłby uniemożliwić ludziom czynienie zła. Skoro Konrad widzi, że Bóg tego nie robi, w zamiarze zastąpienia Stwórcy woła: „Daj mi rząd dusz!" (II, 170), „Ja chcę duszami władać, jak Ty nimi władasz" (II, 187). „Jak Ty nimi władasz" – to znaczy właściwie: „jak”? Jak chce władać duszami Konrad? Otóż tak, jak sobie wyobraża, że włada Bóg: pociągając za odpowiednie „sznurki”, zapewne zwłaszcza wtedy, gdyby ktoś chciał popełnić zbyt wielkie zło. „Chcę czuciem rządzić, które jest we mnie; / Rządzić wszystkimi zawsze i tajemnie” (II, 156-157). Lecz gdyby Bóg tak „władał”, owszem, złych czynów na świecie by nie było, ale ludzie byliby kimś innym niż są: nie byliby wolni. Tymczasem Stwórca daje nam wolność, byśmy mogli posłusznie wybrać dobro. Bóg nie pozwala czynić zła; nie pozwala carowi, senatorowi Nowosilcowowi i zgrai jego zauszników wtrącać niewinnych ofiar do więzień, torturować, mordować i szydzić z mordowanych. Nie pozwala – ale jednak dopuszcza taką możliwość, że wybiorą drogę zbrodni wbrew Niemu. Zbrodniarze też są ludźmi, a więc też są wolni. Mogą wybrać dobro. Ale mogą wybrać zło. Bóg ich nie powstrzymuje, bo dla uczynienia człowieka podobnym do Siebie udzielił im daru wolnej woli.
            Konrad powiada, że jest „pierwszy z ludzi i z aniołów tłumu”, sądzi więc, iż jest „wart”, aby Bóg „władzą dzielił się [z nim] na poły” (II, 297, 299). Chce zaś sprawować tę władzę, władzę nad ludzkimi duszami, w sposób absolutny. „Co ja zechcę, niech wnet zgadną, / Spełnią, tym się uszczęśliwią, / A jeżeli się sprzeciwią, / Niechaj cierpią i przepadną” (II, 158–161). Oto osobliwy ideał uszczęśliwienia ludzi: przez podporządkowanie ich woli współczującego, genialnego poety. „Poddani” Konrada mają zgadywać jego pragnienia, on sam zaś chce rządzić już nie ich uczynkami, lecz myślami i uczuciami. Konrad pragnie „podłączyć” ludzi niczym współczesne komputery do sterującej nimi „jednostki centralnej”, którą byłby on sam; chce się stać faktycznym tyranem, carem ludzkich dusz!
            Czy można się dziwić, że Bóg milczy (jeśli milczy; Bóg przecież mówi nie tylko słowami)? Bóg nie jest obojętny na cierpienia Polaków. Ani na cierpienia samego Konrada, wołającego: „Nazywam się Milijon – bo za milijony / Kocham i cierpię katusze” (II, 260–261)? Ale co miałby powiedzieć temu szaleńcowi, któremu się wydaje, że urządziłby świat (według swojego kaprysu!) lepiej niż On sam? Konrad w Improwizacji nie rozumie, że chce zwyciężyć największego prześladowcę wolności – cara – przez odebranie mu wolności, a przy okazji przez odebranie wolności wszystkim ludziom! Za szczęście ludzi wyzwolonych od dalszych tortur chce zapłacić ich wolnością.
Z postacią pysznego Konrada „rymuje się” w Dziadach na zasadzie kontrastu postać Księdza Piotra. On nie woła do Boga, że zna Go „lepiej niźli [Jego] archanioły”, więc jest „wart, żeby [Bóg] władzą [z nim] dzielił się na poły”. Przeciwnie – w pokornej modlitwie oświadcza, że jest w ogóle niczym.
Mickiewiczowi musiało szczególnie zależeć na podkreśleniu pokory Księdza Piotra – rękopis nie pozostawia wątpliwości, że sławny czterowers otwierający Widzenie („Panie, czymże ja jestem przed Twoim obliczem...”) został wstawiony na początek sceny po napisaniu reszty.

Stanisław Falkowski


ARKA. PO CO I JAK „PAN TADEUSZ” UCZY BYCIA SOBĄ? (V)

V. ARKA. PO CO MICKIEWICZ NAPISAŁ PANA TADEUSZA

Pan Tadeusz jest romantyczną historią o skruszonym zabójcy i nawróconym mścicielu; opowieścią o dwóch zwaśnionych rodach; opowieścią (może nawet powieścią, jak twierdził Boy) realistyczną, w której znajduje się miejsce i dla interesów majątkowych Sędziego, i małżeńskich Telimeny, i dla malowniczego obrazu łapówkarstwa w armii rosyjskiej (targi Płuta z Sędzią o wysokość łapówki za ewentualne puszczenie w niepamięć zajazdu i uwolnienie więźniów); romansem humorystycznym o miłosnych perypetiach młodzika, który zerwał więzy (Tadeusza), zagrożonej staropanieństwem bywalczyni petersburskich salonów (Telimeny) i żyjącego na granicy rzeczywistości i fikcji marzyciela (Hrabiego); eposem o czynach francuskiego herosa, w którego ręce Polacy złożyli swoje nadzieje, i jego polskich rycerzy; eposem heroikomicznym o bitwie w Soplicowie; baśnią i gawędą o wszystkich wiekach wspólnych dziejów Polski i Litwy i o dwudziestu pokoleniach ludzi wielkich i bliskich: królów, poetów, rycerzy, bohaterów ojczystych dziejów, lokalnych legend i osobistych wspomnień; apoteozą dawnej Polski, jej pożegnaniem w historii i powitaniem w poezji; snem o powrocie do ojczyzny utraconej; magicznym zaklęciem zapewniającym ten powrót; traktatem o skrzydlatej potędze sztuki, zdolnej przenosić dusze do upragnionych miejsc; medytacją nad ojczystym krajobrazem, który jest wnętrzem rodzinnego domu i zarazem bramą otwartą na kosmos; traktatem o wyższości Soplicowa nad Paryżem; lamentem nad śmiercią Polski i nad bezpowrotną utratą dzieciństwa; rozmyślaniem o czasie i pieśnią tęsknoty – do dzieciństwa i do raju; a przede wszystkim: księgą wtajemniczeń i ocalenia, w której spisano, z czego składa się Polska; pomnikiem Polski, tarczą przeciw zapomnieniu i wzorem dla przyszłej Polski zmartwychwstałej i żywej; przestrogą przed rozpaczą i nauką miłości ukochanych osób i miejsc, i samego siebie – stanowiącej warunek nadziei.

Po co Mickiewicz napisał Pana Tadeusza? (Takie pytanie – bardzo dobre pytanie – usłyszałem kiedyś na lekcji polskiego).

Mickiewicz napisał Pana Tadeusza, żeby w tworzywie trwalszym niż spiż uwiecznić Polskę, powiedzieć, jak wygląda – i jak powinna wyglądać – Polakom, którzy będą żyli za dwadzieścia lat, za sto i za pięćset. Nie wiedział, czy narodowa niewola potrwa jeszcze przez kilka pokoleń, czy może przez kilka stuleci. Swoją pamięcią objął w ramiona wszystkie przeszłe, troską – wszystkie przyszłe pokolenia narodu. Pana Tadeusza obliczył na tysiąclecia. Przygotował Polakom obronę, tarczę przeciw zapomnieniu, kim są i kim mają być, rozniecił zapał do bycia Polakami. Sam starał się nie zapomnieć o niczym. Pięć zmysłów postawił w stan pogotowia, by tak konkretnie, jak tylko można, wyśpiewać blask wieczornego słońca (I), musze szmery i ptaszęcą wrzawę wieczoru (VIII), koncert dwóch żabich chórów (VIII), zapachy i smaki bigosu (IV), wędlin i kawy, wilgotne dotknięcie mgły (VI).

Napisał też Pana Tadeusza, żeby z uśmiechem i wśród łez wypowiedzieć i zwyciężyć (na ile można i wolno to czynić na ziemi) wielką tęsknotę, którą przeżywamy wszyscy – wszyscy ludzie, nie tylko Polacy i nie tylko w niewesołych czasach rozbiorów. Tęsknotę o różnych obliczach. Do świata, w którym panuje niezmącony ład – zrozumiały, akceptowany i odwieczny, broniony prawami natury, powagą starszych i tradycją wieków. Takim światem jest Soplicowo; do takiego świata potrafią nas przenieść „ikarowe” skrzydła poezji. Niemożliwą do ukojenia tęsknotę do pogodnego dzieciństwa i do świata ogrodu skąpanego w słonecznych blaskach, do trwania tego, co w życiu każdego z nas musi przemijać. I tęsknotę do świata, w którym nic nie przemija, do raju – niemożliwą do ukojenia w ziemskich granicach naszego życia.

I wreszcie napisał Pana Tadeusza, żeby nas nauczyć kochać świat. Cały polski świat, z brzozą i jej małżonkiem grabem, z borowikiem, który jest „grzybów pułkownikiem”, ze skrzypiącym żurawiem u studni (I), z pamięcią o Jagielle i Gedyminie, Zygmuncie Auguście, który polował w litewskich lasach, Janie III zwyciężającym pogan pod Wiedniem nie bez pomocy zastępu dobrzyńskich Maćków i Bartków, i Kościuszce przysięgającym na krakowskim Rynku. I w ogóle cały stworzony świat, z ziemią, wodą, słońcem i powietrzem, ze strugą połyskującą w księżycowym blasku jak zaklęte złoto, mgłą, deszczem i wiatrami.

Żebyśmy ten świat kochali, Mickiewicz nadał mu cechy idealne, krajobraz przybrał w odświętne szaty, postaciom przydał dostojeństwa, ich życiu i czynom szlachetności (Maciek i pan Pociej, Ksiądz Robak pokutujący, Gerwazy nawrócony). A jednak nie krył niedoskonałości tego wyidealizowanego świata; nie przyrody – natura, w każdym razie polska, jest poza zasięgiem krytyki – lecz ludzi. Gerwazy jest mściwy, Asesor kłótliwy, Sędzia małoduszny (nie pogodzi się z Hrabią mimo próśb Robaka; dopiero starcie z Moskalami zmieni jego postawę), Telimena to kokietka, Hrabia – marzyciel oderwany od rzeczywistości. Mamy ich kochać mimo to! Gdyby wszyscy byli idealni, kochać ich nie byłoby żadną sztuką. Mickiewicz nadaje idealne rysy nieidealnemu światu i odsłania zarysy ideału spod zasłony powszedniości – żeby nas uczyć kochać świat, innych ludzi i samych siebie i podziwiać wszystkie dary istnienia, zwłaszcza w ich szczególnej polskiej odmianie. Ze zgrozą mówi (w [Epilogu]) o „potępieńczych swarach” wśród polskich emigrantów. Bo choćby wśród nas, Polaków, istniały powody do sporów i żalów, i do wstydu, pierwszeństwo przysługuje radości: Mickiewicz chce, żebyśmy chcieli być sobą, właśnie Polakami – nie dlatego że bycie kimkolwiek innym jest gorsze, tylko dlatego że jest niemożliwe, tak jak dla Francuza niemożliwe jest bycie kim innym niż Francuzem czy dla Irlandczyka kim innym niż Irlandczykiem. Żeby być kim innym, trzeba by całe swoje życie przeżyć drugi raz, modlić się innymi wierszami (Maciek Dobrzyński modli się, jak wiemy, Pieśnią poranną Karpińskiego), chodzić innymi miedzami, polować w chłopięcych latach na inne ptaki, słuchać szmeru innych strumieni i gawęd o innych bohaterach – a to właśnie jest niemożliwe. Polaków, choćby zasmuconych niewolą i własnymi winami, oraz wszystkich ludzi, coraz częściej niepewnych, kim chcą i kim powinni być, z kim i z czym są związani, Pan Tadeusz uczy dostrzegać tysiąc węzłów łączących nas z ludźmi, językiem, krajobrazem, dziejami własnego kraju i wspaniałością natury – i cieszyć się nimi wszystkimi. Wezwanie jest jasne: należy być sobą.

Stanisław Falkowski

Arka jest przejrzaną i poprawioną wersją tekstu opublikowanego w książce Rządcy dusz, Warszawa 2005.

ARKA. PO CO I JAK „PAN TADEUSZ” UCZY BYCIA SOBĄ? (IV)

IV. POBOŻNOŚĆ. INWOKACJA. CUDOWNY POWRÓT


SOPLICOWSKA POBOŻNOŚĆ

Pan Tadeusz wiąże nas z ziemią; zwłaszcza z polską ziemią. Ta ziemia zaś wiąże się z niebem, choć inaczej niż w Dziadach. W Panu Tadeuszu nikt nie przeżywa mistycznych wizji jak Ewa lub Ksiądz Piotr, nie dyskutuje z Bogiem jak Konrad. Modlitwy bohaterów poematu to akty pobożności powszedniej: błogosławieństwo posiłku (I, 305), „ranne pacierze” Robaka (II, 69–70) i Maćka (VI, 567–568) i wieczorne Protazego i Gerwazego (V, 883–894). Uśpiwszy Sędziego wywodem na temat praw Sopliców do zamku, Protazy „dobył [...] z kieszeni” (I, 869) trybunalską wokandę, by wzruszać się wspomnieniami dawnych procesów; wreszcie „Marząc i kończąc pacierz wieczorny, pomału, / Usnął ostatni w Litwie Woźny trybunału” (I, 890–891). Po kłótni w zamku z kolei i wojennej naradzie z Hrabią „usnął ostatni klucznik Horeszkowa” (V, 905) – dwaj starzy słudzy dwóch zwaśnionych rodów usypiają „do rymu”. Wcześniej jednak Gerwazy „Zaczął wedle zwyczaju wieczorne pacierze” (V, 883) „I ażeby tym pewniej straszne sny rozegnać, / Odmawiał litaniją o czyscowych duszach” (V, 893–894) – modlą się zatem także „do rymu”.

Do tego tonu – pobożności powszedniej – stosuje się narrator. W Inwokacji wzywa imienia Matki Boskiej w uroczysty sposób, ale już w jego pielgrzymim westchnieniu:

            Kiedyż nam Pan Bóg wrócić z wędrówki pozwoli
            I znowu dom zamieszkać na ojczystej roli [...]
                                                                       II, 21–22

obok modlitewnej czci dźwięczy nieodświętny ton zwyczajowych odwołań do Bożego imienia („dzięki Bogu”, „Bóg strzegł”, „niech Bóg prowadzi”...).

Staropolską pobożnością Soplicowo oddycha na co dzień i trudno o niej choćby na chwilę zapomnieć. Tabaka, którą Robak częstuje szlachtę, mimochodem wywołuje wspomnienia z pielgrzymki:

            „Z Częstochowy? – rzekł Wilbik. – Byłem tam w spowiedzi,
            Kiedym na odpust chodził lat temu trzydzieście; [...]”
                                                                                  IV, 310–311

Niekiedy owa pobożność przybiera nawet odcień... „użytkowy”. Kiedy gości sędziowskiego dworu odrywa od obiadu elektryzująca wieść o pojawieniu się niedźwiedzia, gospodarz troszczy się o niebiański patronat dla planowanych łowów:

                                    [...] „Do księdza plebana
            Dać znać – dodał pan Sędzia – żeby jutro z rana
Mszę miał w kaplicy leśnej; krócióchna oferta
            Za myśliwych, msza zwykła świętego Huberta”.
                                                           III, 760–763

W myśliwsko-liturgicznym zarządzeniu Sędziego pobrzmiewa sarmacki ton poufałej zażyłości z niebem. Ale soplicowska pobożność nie jest martwą rutyną. Nie przypadkiem Podkomorzy ogłasza rehabilitację Jacka, „gdy w kościele było po mszy i kazaniu” (XI, 215), bo najważniejsze sprawy staropolskiego świata pieczętuje bliskość ołtarza. Nie przypadkiem też poranek pośmiertnej chwały Jacka przypada na „dzień Najświętszej Panny / Kwietnej” (XI, 153–154).

Ta nieistniejąca uroczystość to świadoma synteza polskich świąt i nabożeństw maryjnych. Poeta, strażnik skrzyni ze wszystkimi skarbami polskości, nie może pominąć „różnobarwnego” wieśniaczego tłumu klęczącego wokół przyozdobionej wiankami kaplicy. Wie, że Polska „nie zginęła”, dopóki „Klęczący różnobarwny tłum okrywa pole” (XI, 205) przed jakąś wiejską kaplicą, „świątynią maleńką”, która „nie obejmie [...] / Całego zgromadzenia” (XI, 196–197).

            Klęczący różnobarwny tłum okrywa pole,
            A na głos dzwonka, niby na wiatru powianie,
            Chylą się wszystkie głowy jak kłosy na łanie.
                                                           XI, 205–207

Ten charakterystyczny obraz trwa przez wieki: tłum klęczący przed progami zbyt ciasnej kaplicy czy kościółka można zobaczyć i dziś. W tym tłumie przed wiejską kaplicą Mickiewicz dostrzegł kwintesencję pobożności, w której obyczajowa rutyna nie tłumi szczerego poczucia sacrum przenikającego ludzkie życie i cały widzialny świat.


DWIE (!) INWOKACJE

On sam klęka do modlitwy na samym początku poematu. Pan Tadeusz zaczyna się modlitwą. Jest to modlitwa sieroty i proroka. Ściślej: zaczyna się, jak na epos przystało, pewną apostrofą. Jednak inną niż znane z epickiej tradycji. Co więcej: po chwili ustępującą miejsca drugiej apostrofie. Ta druga będzie modlitewna.

Homer wzywał muzę (Iliada: „Gniew, bogini, opiewaj Achilla...”). Tak właśnie zaczyna się epopeję – nieśpieszną, uroczystą, wierszowaną opowieść o czynach bohaterów. Mickiewicz w miejsce muzy wstawia imię ojczyzny:

                        Litwo! Ojczyzno moja!

Myśl o niej wystarczy za źródło natchnienia wygnańcowi choremu z tęsknoty (choremu – bo Litwa jest przecież „jak zdrowie”, zdrowie z fraszki Kochanowskiego, doceniane dopiero w chorobie!).

Wygnaniec ów to nie zabłąkany tułacz. A nawet nie tylko pielgrzym usiłujący powrócić do ojczyzny – świętego celu swej pielgrzymki. On głosem proroka („widzę”!) przepowiada cudowny powrót polskich emigrantów do kraju, na „łono” ojczyzny matki. Mają ów powrót zawdzięczać „Pannie Świętej”, „co jasnej [broni] Częstochowy” i „w Ostrej [świeci] Bramie”.

To do Niej, do Matki Boskiej, poeta kieruje słowa... drugiej inwokacji! Litwa ma być natchnieniem, a Najświętszą Pannę, patronkę powrotu, artysta prosi nie o samo natchnienie, lecz o przeniesienie duszy do jego źródła.

Według dawnego przesądu w czasie snu dusza ludzka może przebywać w różnych miejscach odległych od ciała. Inwokacja w prośbie „Tymczasem przenoś moją dusze utęsknioną...” zapowiada, że cały poemat będzie wizją podobną do snu, w którym taka wędrówka duszy jest możliwa.

Czy jednak Mickiewicz ma nadzieję na powrót w sensie fizycznym? Wątpliwe. Cud spełnia się jednak w inny sposób: dwanaście ksiąg poematu czyni Litwę-ojczyznę, z jej lasami i obłokami, łąkami i pagórkami, a nawet żabami i bigosem, tak żywo obecną, że w [Epilogu] (na pierwszy rzut oka pełnym tylko gorzkiej melancholii) poeta uzna, iż „zrobił skrzydła”, na których „do swoich wrócił”!


IKAR, KTÓRY POWRÓCIŁ

Pan Tadeusz oddycha uroczystą epicką miarą trzynastozgłoskowca (ze średniówką, czyli stałym przedziałem między wyrazami, po siódmej sylabie). Odstępstwa od tej reguły znajdujemy w księdze X i w [Epilogu]. Duże połacie „spowiedzi” Jacka w księdze X wypełnia wiersz nieregularny – głos umierającego rwie się ze wzruszenia i wysiłku. W [Epilogu] z kolei Mickiewicz wybrał jedenastozgłoskowiec – jakby dla zaznaczenia dystansu do trzynastozgłoskowej „historii szlacheckiej” opowiedzianej „w dwunastu księgach”. Odstępstwo od odstępstwa: w wersie 38. [Epilogu] mamy dziewięciozgłoskowiec, natomiast wersy 100–104 – i te nas teraz zajmą – zaskakują powrotem rytmu, do którego ucho czytelnika zdążyło przywyknąć wcześniej:

      100  I przyjaciele wtenczas pomogli rozmowie             13        (7+6)
            I do piosnki rzucali mnie słowo za słowem –            13        (7+6)
            Jak bajeczne żurawie nad dzikim ostrowem,            13        (7+6)
            Nad zaklętym pałacem przelatując wiosną               13        (7+6)
            I słysząc zaklętego chłopca skargę głośną,               13        (7+6)
      105  Każdy ptak chłopcu jedno pióro zrucił,
            On zrobił skrzydła i do swoich wrócił...


Są to wersy następujące bezpośrednio po omówionym już przez nas zestawieniu Paryża z Soplicowem. Od niewesołej wizji Zachodu jako krainy międzyludzkiej obcości poeta przechodzi do obrazu przyjacielskich gawęd o utraconym raju, owocujących cudem, który... przepowiedział w Inwokacji („Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono” [I, 13])! Przyjaciele dorzucali „do piosnki” słowa, jak żurawie zrzucały „zaklętemu chłopcu” pióra. To sam Mickiewicz jest owym zaklętym chłopcem. Na imię mu... Ikar! W [Epilogu] imię to nie pada. Któż to jednak może być inny: chłopiec, który zrobił sobie skrzydła i na tych skrzydłach uleciał w wyspy-więzienia do ojczyzny?

W starogreckim micie inżynierska przemyślność Dedala przegrała z lekkomyślnym natchnieniem Ikara. Ale Ikar-poeta na skrzydłach natchnienia podsycanego przez przyjaciół powrócił do ojczyzny – w myśli, w marzeniu, w wielkim śnie, którym jest cały poemat!

Ten tryumf przyjaźni i sztuki-własnej sztuki – Mickiewicz podkreśla chwilowym powrotem do rytmu znanego z „dwunastu ksiąg wierszem”; na chwilę, w której mówi o baśniowym powrocie Ikara do ojczyzny, zawiesza prawa narratora [Epilogu] – krytyka beztroskich tonów poematu i żałobnika szlochającego nad grobem „Matki Polski”, a przywraca je znanemu z dwunastu ksiąg narratorowi-gawędziarzowi, opowiadaczowi baśni, tęskniącemu wygnańcowi. Za sprawą sztuki cud powrotu do raju się spełnił! – więc wzruszony głos narratora musi zadrżeć tym samym rytmem co w dziesięciu tysiącach wersów składających się na opis tego raju.

Inwokacja sugeruje, że poemat będzie cudownym snem; ostatni dwuwiersz XII księgi („I ja tam z gośćmi byłem...”) nasuwa myśl, że może jest tylko baśnią – piękną jak baśń i, niestety, jak baśń nierzeczywistą. [Epilog] obwieszcza, że na skrzydłach snu, na skrzydłach związanych natchnieniem z własnych wspomnień i z czułych wspomnień braci można niezawodnie powrócić do ukochanych miejsc i osób. Gdyby te miejsca i te osoby nawet przestały istnieć fizycznie, utrwalone przez artystę przestały być snem, baśnią, złudzeniem; stały się niezniszczalne.

Stanisław Falkowski

ARKA. PO CO I JAK „PAN TADEUSZ” UCZY BYCIA SOBĄ? (III)

III. KRAJ, CZYLI DOM

KRÓLESTWO CENNYCH RZECZY

Nie każdy przechowywany w Soplicowie przedmiot jest relikwią – lecz wiele z nich bywa traktowanych niemal jak drogocenne relikwie. Soplicowskie królestwo przedmiotów nie składa się jednak z rupieci ani muzealnych eksponatów: Ktoś na nie patrzy, nosi je przy sobie, trzyma w ręku, ktoś o nich opowiada. „Myśliwców herbowne klejnoty wyryte” w zamkowej sieni głoszą chwałę rodu Horeszków i ich gości (I, 297); pas słucki i kontusz są znakami polskości i szlachectwa (Rejentowi „frak duszy połowę odebrał” – XII, 407; por. I, 850–856; I, 339); strój Gerwazego („Zawsze nosił Horeszków liberyją dawną” [II, 163]) to godło wiernej służby; róg i laska Wojskiego („łowczego” i „marszałka dworu” – IV, 660–703, XII, 2–7) lub klucze Gerwazego (II, 175–176; V, 592) – oznaki urzędowej powagi; „złote obroże” i „smycz tkany jedwabny” (dar księcia Dominika dla Asesora) – to nieco humorystyczne dowody myśliwskich i towarzyskich przewag właściciela (II, 817–819).

Nawet groteskowo „zdemilitaryzowane” zabytki siedemnastowiecznych wojen („kula żelazna działowa” leżąca „Pod bramą” Maćkowego domostwa „Od czasów szwedzkich”, buńczuk spod Wiednia służący „bezbożnej” kucharce do otrzepywania żaren – VI, 449–451, 477, 479) stanowią dziejowe pamiątki.

Tabakiera Podkomorzego z portretem „króla Stanisława” (I, 759) to kieszonkowy pomnik niedawnych czasów wolności; tabakierka Robaka z miniaturą Napoleona – pretekst do agitacyjnego wywodu o cudownych zwycięstwach „wielkiego człowieka” „w kapocie” (IV, 397) („Co pułk spadnie, to Cesarz zażyje tabaki” [IV, 420]). Dotyk bohatera zamienił ją w narodową „relikwię”:

            Czy uwierzycie państwo, że z tej tabakiery
            Pan jenerał Dąbrowski zażył razy cztery?
                                                           IV, 359–360

Kiedy z kolei bohaterowie zstąpią w progi soplicowskiego dworu, opuszczą je obdarowani księgą kryjącą tajemnice polskich uczt (XII, 219–222) i mieczem pamiętającym może Grunwald (XII, 332–349), por. VII, 265a–265b – dwa wersy poświęcone grunwaldzkiemu rodowodowi Scyzoryka, dopisane przez Mickiewicza odręcznie na drukowanym egzemplarzu poematu). Wręczając Dąbrowskiemu i Kniaziewiczowi Kucharza doskonałego i Scyzoryk, Wojski i Gerwazy, dwaj strażnicy tradycji, dzielą się z nimi chlebem własnych dusz.

Mieszkańcy Soplicowa czczą herosów narodowego panteonu, ale i herosi wywożą z centrum polszczyzny skarby. Kto szuka Polski, znajdzie ją w namiotach wielkich wodzów, ale i pod skromnym dachem szlacheckiego domostwa.


DOMOWNICY (DRZEWA)

Kto szuka Polski, znajdzie ją pod dachem szlacheckiego domostwa – i pod ogromnym dachem nieba. W Dziadach przestrzeń Mickiewiczowskiej Polski to była przede wszystkim święta przestrzeń domu (sc. IV – Dom wiejski pode Lwowem) i uświęcona cierpieniem młodych męczenników przestrzeń więziennych cel. Przestrzeń Pana Tadeusza rozciąga się z dala od więzień, a dom, owszem, ma cztery „pobielane ściany, / Tym bielsze, że odbite od ciemnej zieleni / Topoli, co go bronią od wiatrów jesieni” (I, 26–28), jednak jeszcze ważniejszy jest w poemacie dom bez dachu, którego niewidzialne ściany mieszczą w sobie cały przepych otaczającej człowieka natury i otwierają się aż na przestwór kosmosu.

Topole – bronią soplicowskiego dworu „od wiatrów jesieni” (I, 28). Nie: „chronią”, ale właśnie „bronią” – niczym żywi strażnicy. „Ciche grusze” – siedzą na miedzy (I, 22). Czeremchy, jarzębiny „ze świeżym pasterskim rumieńcem”, leszczyna – i „dziatwa leśna”: głóg, kaliny, „ożyna”, maliny (III, 550–555) – wszystkie te

            Drzewa i krzewy liśćmi wzięły się za ręce
            Jak do tańca stojące panny i młodzieńce
            Wkoło pary małżonków. Stoi pośród grona
            Para, nad całą leśną gromadą wzniesiona
            Wysmukłością kibici i barwy powabem:
            Brzoza biała, kochanka, z małżonkiem swym grabem.
                                                                       III, 556–561

„Poczciwa brzezina” przypomina wieśniaczkę, która opłakując syna lub męża,

                        [...] ręce załamie, roztoczy
            Po ramionach do ziemi strumienie warkoczy!
                                                           III, 596–597

Przed burzą przydrożne „wierzby i topole”

                        [...] jako płaczki przy grobowym dole,
            Biły czołem, długiemi kręciły ramiony,
            Rozpuszczając na wiatry warkocz posrebrzony –
                                                                       X, 18–20

„osina drżąca wstrząsa liście siwe” (X, 23); jak siwe włosy – dodajmy. Drzewa więc mają warkocze, rumieńce, tańczą, załamują ręce, biją czołem, mogą być stare jak ludzie („Rowienniki litewskich wielkich kniaziów, drzewa / Białowieży, Świtezi, Ponar, Kuszelewa!” [IV, 1–2]). Krótko mówiąc, są osobami. Nie powinno to dziwić, jak zresztą żadna z Mickiewiczowskich personifikacji. Opisywana w poemacie ojczyzna to dom – a rodzinny dom wypełnia przecież gromada bliskich osób.


DOMOWNICY (CHMURA I SŁOŃCE)

Hrabia utrzymuje, że nie żaden kraj północny, lecz „Włochy były, są, będą ojczyzną malarzów” (III, 615), bo „do obrazu trzeba” „nieba, / Nieba włoskiego!” (III, 613–614). Tadeusz odpowiada żarliwą i zarazem rzeczową obroną nieba polskiego.

                U nas dość głowę podnieść: ileż to widoków!
                Ileż scen i obrazów z samej gry obłoków!
                                                                              III, 634–635

– woła „z zapałem” (III, 630), po czym oprowadza Hrabiego po polskich chmurach, zachwycająco różnych. Jedna jest „jak żółw leniwa” (III, 637), druga „jak balon szybko z wiatrem leci” (III, 640), inne „Przelatują jak tabun rumaków po stepie” (III, 649), by następnie przemienić się w majestatyczny żaglowiec (III, 652–653). „Prostak” Tadeusz wtajemnicza w romantyczne zagadki niebios wykształconego miłośnika „romansowych” widoków (II, 129–130). Sam o malarzach i obłokach nie czyta, ale gołym okiem widzi, jakie są ciekawe.

Polskie chmury bywają też groźne:

            Przed burzą bywa chwila cicha i ponura,
            Kiedy nad głowy ludzi przeleciawszy chmura
            Stanie i grożąc twarzą, dech wiatrów zatrzyma,
            Milczy, obiega ziemię błyskawic oczyma,
            Znacząc te miejsca, gdzie wnet ciśnie grom po gromie.
                                                                       VIII, 1–5

Ta chmura przypomina jednocześnie zagniewane bóstwo (patrzy na ziemię „błyskawic oczyma”) i rzetelnego rzemieślnika (zaznacza miejsca uderzeń piorunów jak stolarz miejsca, gdzie na przykład wbije gwoździe).

Bywają jeszcze inne chmury. Sławny obłok-klejnot z finału XII księgi, „Po brzegach pozłacany, w głębi purpurowy” (XII, 851), nie przypomina ani rozpędzonego rumaka, ani groźnego oblicza Jowisza, lecz jest „na kształt rąbkowych firanek” (XII, 849). Nieprzypadkowe porównanie. Skrzętna gospodyni o zachodzie słońca zapala w domu światła – wcześniej jednak zasuwa firanki, żeby nie wpuszczać lgnących do blasku owadów. Słońce, nim uśnie, robi dokładnie to samo:

            Słońce spuściło głowę, obłok zasunęło
            I raz ciepłym powietrzem westchnąwszy – usnęło.
                                                                       XII, 854–855

Mickiewicz kończy poemat przypomnieniem, że widok na ojczysty pejzaż jest widokiem na wnętrze rodzinnego domu.


POWIETRZE, WODA, MGŁA

Utracony kraj to dom pełen bliskich. We wspomnieniach zaś jawi się poecie niczym utracona bliska osoba.

Jak ukazują nam się w myśli twarze utraconych bliskich? Rozświetlone uśmiechem? Zagniewane? Obmywane łzami? Mickiewicz pragnie pamiętać każdy blask i każdy cień na ukochanym obliczu. Dlatego w soplicowskim kalendarzu pogody znajdziemy jej wszelkie dające się pomyśleć letnie odmiany. Dwa ciche, pogodne wieczory otwierają i zamykają poemat. W księdze IX jeńcy Płuta „dzwonią zębami” na deszczu (IX, 97). W X po „chwili ciszy” niedźwiedzie ryki wichrów zwiastują nocną ulewę i burzę (X, 11, 72–88), a potem wschodzące słońce ozdabia głowę umierającego Jacka glorią „brylantowych” promieni (X, 898–901).

Mgła w księdze VI ma znaczenie fabularne: kryje przed Soplicami i przed Moskalami nadzwyczajny ruch w okolicy – przygotowania do zajazdu. Buduje też nastrój. Sentymentalno-melancholijny na początku, gdy „świt bez rumieńca” „wykrada się” „nieznacznie” z „wilgotnego” mroku, „wiodąc dzień bez światła w oku”; mgła wisi wtedy „nad ziemią, jak strzecha ze słomy / Nad ubogą Litwina chatką” (VI, 1–2, 4–5), a „tęskna” „piosnka” żniwiarek „w mgłę bez echa wsiąka” (VI, 25–27). Potem romantyczno-tajemniczy – gdy staje się malowniczym tłem dla postaci powożącego „kałamaszką” Robaka; w pędzie „kaptur mnicha bury / Wznosi się nad tumany jako sęp nad chmury” (VI, 295–296) (w księdze II mgła przemieniała ruiny zamku w wiszący nad ziemią pałac z baśni). Wreszcie mgła wiąże się z nastrojem pełnym pogody – pod koniec księgi, gdy Maciej Dobrzyński, „Nucąc piosenkę «Kiedy ranne wstają zorze»”, obserwuje, jak „słonko z góry tysiącem promieni” wątku „przetyka, posrebrza, wyzłaca, rumieni” osnowę z mgły opadającej ku ziemi, jakby tkało słucki pas (VI, 568, 573–575). Ten opis wiąże w jedno dobrzyńską powszedniość z barwami baśniowych klejnotów i splendorem narodowego stroju.

„Mglisty obłok”, „Co się wiecznie ze trzęskich oparzelisk wznosi” (IV, 507–508), oddziela świat dostępny oku wędrowca lub myśliwca od legendarnego matecznika, „królestwa zwierząt i roślin” (IV, 511); ten rodzaj mgły wyznacza więc granicę zjawisk dostępnych zmysłom i nadzmysłowych. Nawet gdy jej nie przekraczamy, mgła (a także ciemność) zaciera kontury i kieruje naszą uwagę ku wrażeniom innym niż wzrokowe. Mickiewiczowi nie wystarcza, żebyśmy jego krajobrazy  widzieli. Chce, żebyśmy się poczuli nimi ogarnięci i przeniknięci. Opisuje ruch mas i warstw ziemi (rwanej w kawały przez wichry), wody, nawet powietrza (X, 47–72). Władzą dotyku obdarza wiatr, który: „rozwinął dłonie / I mgłę muskał, wygładzał, rozścielał na błonie” (VI, 571–572). Miesza i jednoczy wrażenia dźwiękowe i dotykowe, nadając mgle konsystencję przedmiotu, w który „wsiąka” dźwięk „jednostajnej” piosenki żniwiarek (VI, 26). Niezawodnie odróżnia niesione gwałtownymi szkwałami pojedyncze „krople dżdżyste, / Wielkie, jasne, okrągłe, jak grady ziarniste” (X, 53–54) od „gęstych” kropel ulewy, które z kolei

                        [...] zlały się razem; to jak proste stróny
            Długim warkoczem wiążą niebiosa do ziemi,
            To jak z wiader buchają warstwami całemi.
                                                                       X, 75–77

Pan Tadeusz wiąże nas z ziemią; zwłaszcza z polską ziemią. Zwłaszcza, ale nie tylko: wiąże człowieka z całym olśniewającym światem dźwięków, zapachów, smaków, ze światem, który nas nieustannie, raz porywczo, raz czule dotyka, muska nam twarz powiewem wiatru, oślepia blaskiem błyskawicy, trwoży wyciem wichrów, porywa energią wszystkich żywiołów.

Czytelniku Pana Tadeusza! Czy słyszałeś, jak „już deszcz wciąż pluszczy” (X, 72) – prawdziwy deszcz, nie szklany deszcz w telewizji? Czy czułeś zapach mokrych skib ziemi? Wilgotne dotknięcie mgły? Ile razy?

Czy już umiesz czytać?


Stanisław Falkowski

ARKA. PO CO I JAK „PAN TADEUSZ” UCZY BYCIA SOBĄ? (II)

II. ŻARTY. ŻYCIE JAKO UROCZYSTOŚĆ. SOPLICOWO I PARYŻ


ŻARTY I ŻABY

Poufałe formy językowe wiążą w wielką rodzinę bohaterów poematu i niezliczonych Polaków z różnych wieków, żyjących w myślach tych bohaterów. Z czytelnikami zaś poematu wiąże bohaterów nieraz – oprócz bliskości, szacunku, życzliwości – klimat uśmiechu, czasem wręcz rozbawienia. Groteskowa arytmetyka z IX księgi (dwadzieścia trzy rany pana Pocieja – dwadzieścia trzy zrazy na śniadanie – dwadzieścia trzy moskiewskie trupy) prowadzi, jak już wiemy, do poważnych wniosków. Jest jednak również żartem. I cały poemat, pełen powagi, często smutku, jest zarazem pełen żartów. Mickiewicz igra z oczekiwaniami czytelnika. Petersburska anegdota Telimeny na chwilę wprawia nas w osłupienie:

            [...] gdym szła do ogrodu pewnego poranka,
            Chart u nóg mych zadławił mojego kochanka
                                                           II, 617–618

Granica wersu opóźnia wyjaśnienie:

            Bonończyka!
                        II, 619

Oddychamy z ulgą: chodzi o „rozkoszną psinę” (II, 619).

Nie mniej makabrycznym efektem poeta przeraża czytelnika w patetycznym „argumencie” (streszczeniu) otwierającym księgę VIII:

„[...] Zajazd – Ostatnia woźnieńska protestacja – Hrabia zdobywa Soplicowo – Szturm i rzeź [...]”

Dopiero wersy 767–789 uspokajają, że chodzi o rzeź... bydła i drobiu, zwłaszcza kur ginących z mściwej ręki Saka, nieszczęśliwego zalotnika Zosi.

Księga XI kończy się „nie do rymu”:

                                   [...] a Rejenta dama
            Jeszcze u gotowalni, choć śpieszy się sama
            I choć jej pomagają służebne kobiety,
            Nie mogła w żaden sposób skończyć toalety:
            Ledwie będzie gotowa na godzinę czwartą.
                                   XI, 677–681 (ostatnie wersy księgi)

Na rym musimy zaczekać... do początku księgi XII:

            Na koniec z trzaskiem sali drzwi na wściąż otwarto.
            Wchodzi Pan Wojski w czapce i z głowa zadartą,
                                                                       XII, 1–2

Czekamy (na rym), bo goście w soplicowskim dworze też czekają (na Telimenę)!

Inny rodzaj żartów: gra słów. Hrabia projektuje zajazd w stylu feudalnym:

            „Dżokejów – dodał Hrabia – uzbroić we dworze,
            Z włości wezwać wasalów!”
                                                           V, 854–855

Zgorszony Gerwazy oponuje przeciw pierwszej części wojowniczych rozkazów: „Lokajów? Broń Boże! [...]” (V, 855) Drugą – pochwala: „Wąsalów co innego, zdadzą się wąsale” (V, 859); pochwala... przez pomyłkę: pierwszy raz usłyszał słowo „wasal”!

Sędziego średniowieczno-feudalne upodobania sąsiada też wystawiły na słownikową próbę. Hrabia

            Przyjechawszy z wojażu upodobał mury,
            Tłumacząc, że gotyckiej są architektury;
            Choć Sędzia z dokumentów przekonywał o tem,
            Że architekt był majstrem z Wilna, nie zaś Gotem.
                                                                       I, 280–283

W księdze VIII poeta żartuje ze swoich bohaterów jak w klasycznym poemacie heroikomicznym: uczestnicy zajazdu, „Do domu nie wpuszczeni” (VIII, 705), zdobywają... kuchnię. Mało tego:
  
            Marszem i całodziennym znużeni sejmikiem,
            „Jeść! jeść!” – po trzykroć zgodnym wezwali okrzykiem,
            Odpowiedziano: „Pić! pić!” Między szlachty zgrają
            Stają dwa chory: ci pić, ci jeść wołają;
                                                                       VIII, 711–714

Dowcip polega na użyciu słowa: „chory”; w tej samej księdze dwukrotnie już czytaliśmy o dwóch chórach... żab (VIII, 38–50) 579–583)! Mickiewicz zapewne chce, żeby nam przed oczami mignął obraz kontuszowego tłumu, dziwnie upodobnionego do żab! – i żeby nam zadźwięczała w uchu „symfonia” głosów rycerzy, przedrzeźniająca „harmonij[ę] cudną orkiestry podwodnej” – czyli obu żabich chórów (VIII, 579) (nie na odwrót!).

Dowcip być może ma drugie dno. Najstarszy znany poemat heroikomiczny świata to grecka Batrachomyomachia (Wojna żab z myszami). (Puśćmy na chwilę wodze interpretacyjnej fantazji. Jeśli w zajeździe uczestniczą żaby, to rola myszy przypada pokonanym obrońcom Soplicowa. A myszy – wiadomo: według polskiej tradycji zjadły złego władcę Popiela. Soplicowskie „myszy” w IX księdze „zjedzą” sługi złego władcy cara, z majorem Płutem na czele).

„Trzecie dno” dowcipu: „harmonija cudna” „orkiestry podwodnej” (VIII, 579) opóźniła nawet atak na Soplicowo, bo zachwycony nią Hrabia „Wstrzymał konia i o swej zapomniał wyprawie” (VIII, 582). Wątpliwe, aby dwa chóry spragnionych i głodnych podkomendnych wywołały we wrażliwej duszy wodza zajazdu równe wzruszenia estetyczne...

I to jeszcze nie wszystko. Nie po raz pierwszy wyprawa Hrabiego kojarzy się z żabami. W Treści księgi III czytamy: „Wyprawa Hrabi na sad”. Tam właśnie miłośnik malowniczych widoków i przygód „przyczołgał się blisko” „ogrodniczki” Zosi, „Skacząc jak żaba” (III, 21).

Nawiasem mówiąc: w czasie uczty w księdze I Tadeusz puste miejsce oczekiwanej sąsiadki

                                    [...] napełnił myślami.
            Po tem miejscu biegało domysłów tysiące,
            Jako po deszczu żabki po samotnej łące;
                                                           I, 327–329

Żabki stanowczo cieszą się sympatią poety.

Poeta żartuje z postaci. A także z własnych pomysłów – dając popis ich dowcipnych przetworzeń. Tadeusza i Hrabiego („Ostatniego z Horeszków, chociaż po kądzieli”) Robak ocalił niechybnym strzałem do niedźwiedzia między ich głowami (IV, 645–657, 768–789). Z kolei nóż Wojskiego „świsnął / Między głowy” Płuta i Rykowa i uderzył „w dno gitary” (IX, 311–313); i te dwie głowy ocalały (Majora nie na długo). Nie bez szwanku natomiast wyszły z opresji dwie jeszcze inne głowy, gdy nieostrożnie znalazły się na łowieckim terenie Wojskiego:

                        Tadeusz z Telimeną, pomiędzy izbami
            Stojąc we drzwiach na progu, rozmawiali sami;
            [...]
            Wtem pomiędzy ich usta mignęła znienacka
            Naprzód mucha, a za nią tuż Wojskiego placka.
                                                           II, 551–552, 697–698

Od uderzenia w uszaki (dwie części framugi) „obojgu sine zostały się znaki” (II, 726).

Żarty z własnych bohaterów i przedrzeźnianie samego siebie to część Mickiewiczowskiej strategii pisarskiej. Łatwiej nam lubić ludzi, z których i z którymi możemy pożartować. Poeta chce, żebyśmy nie tylko znali świat, o którym opowiada – my jego Litwę mamy również lubić. A tego, kto opowiada, traktować jak dobrego kompana, który może liczyć na to, że niezawodnie zrozumiemy jego półuśmiechy i mrugnięcia okiem.

Wielką tajemnicą Pana Tadeusza jest to, że powaga przenika się w nim z żartem, uśmiechem lub śmiesznością w sposób niemożliwy do rozdzielenia. Sędzia, gdy podaje Tadeuszowi „poważnie rękę do pocałowania” (I, 229), ma w sobie coś królewskiego i ojcowskiego; lecz wzbudza rozbawienia naiwnym przekonaniem, że budowniczy gotyckiego zamku musi koniecznie być Gotem (I, 283). Majestat Podkomorzego ustępuje śmieszności, gdy Gerwazy krzyczy: „Podkomorzeńku!” (V, 619), a sam powiatowy dostojnik nie może się dowołać oręża („Tomasz, karabelę!” [V, 686]; będzie na tę karabelę czekał przez trzy księgi). Patriarchalne dostojeństwo Maćka nad Maćkami zyskuje osobliwy kontrapunkt w scenie karmienia królików. Powaga bohaterów Pana Tadeusza nie onieśmiela, a śmieszność nie budzi niechęci; czujemy się wśród nich jak w dobrze znajomym domu, dokąd z radością przybywamy w gościnę; życie domu toczy się codziennym rytmem, który nas zaraz wciąga, a my sami jesteśmy mile oczekiwanymi gośćmi.


POWSZEDNIOŚĆ, CZYLI ŚWIĘTO

W każdej chwili opowiadania i w każdym miejscu, w którym znajdą się bohaterowie poematu, mamy się czuć jak u siebie. Wrażenie swojskości Mickiewicz osiąga między innymi w ten sposób, że poszczególne miejsca – domy, wnętrza – oraz grupy osób pokazuje w migawkach z powszedniego życia. Tadeusz zjawia się w Soplicowie i po chwili spędzonej na samotnym rozglądaniu się po dawno niewidzianym domostwie tonie w uściskach Wojskiego (I, 160–161), który wychodzi mu na spotkanie; nim to nastąpi, już niewidzialne ręce sług wzięły w opiekę konie przybysza – godnego opieki i zainteresowania, nie dlatego że jest krewnym pana domu, lecz że jest gościem. Kto przybywa w progi nadniemeńskich domów, może niezawodnie liczyć na powitanie pełne żywej serdeczności; musi się czuć tak, jakby tu był zawsze oczekiwany. Początkowa cisza w księdze I tylko łudzi pozorem bezludności. Dwór jest pełen bliskich osób, a chwilowo pusty, właśnie dlatego że pełen – wszyscy obecni bowiem wyprawili się na poobiednią przechadzkę do lasu, a po powrocie znów napełnią domostwo swojskim gwarem. Ten dom pojawia się przed nami „w pół ruchu”; przed chwilą nas jeszcze nie było, lecz w nim toczyło się życie. „Właśnie z lasu wracało towarzystwo całe” (I, 210); wyraz „właśnie” służy za sygnał, że oto spełnia się czynność przewidziana w urozmaiconym planie dnia: małe polowanie przed śniadaniem, śniadanie (zapoznamy się z nim dokładniej w księdze II, 479–520), leśna przechadzka, wyprawa na grzyby, życzliwa rozmowa przy wieczerzy („Śmiałbym upraszać młodzieży, / Ażeby po staremu bawić u wieczerzy, / Nie milczeć i żuć: czy my ojce kapucyni?” (V, 445–447), gospodarska krzątanina w kuchni (Wojski!).

Także Dobrzyn zastajemy „w pół ruchu”. Narrator objaśnia nam wygląd i obyczaje zaścianka oraz przedstawia patriarchę Dobrzyńskich Maćka, zwanego Kurkiem na kościele (VI, 422), a następnie pokazuje Maćka w działaniu; w pierwszym zdaniu mówiącym o jego czynnościach znajdujemy znowu „właśnie”!

            Właśnie staruszek chodził po samotnym dworze,
            Nucąc piosenkę: „Kiedy ranne wstają zorze” [...]
                                                           VI, 567–568

Trafiliśmy więc „właśnie” na moment, gdy Maciek kończy modlitwy, za chwilę przejdzie do następnego punktu swojego gospodarskiego harmonogramu: będzie karmił króliki. Uczta nie uczta, rada nie rada (zaraz do Maćka przybędą posłowie z prośbą o pilny udział w radzie), Maciej robi to, co powinien, czego się spodziewamy. Jest częścią świata odwiecznie uporządkowanego.

W soplicowskim i w dobrzyńskim domu trwa dzień powszedni i jednocześnie trwa święto, bo tu, gdzie całe życie jest przeniknięte rytualnym rytmem, po prostu cały czas jest święto.


PARYŻ I SOPLICOWO

Inaczej – w wielkim mieście. W nim brak ciszy, stałego rytmu, ładu międzyludzkich więzi.

[...] w tym mieście, jak w karczmie zajezdnej, ciężko znaleźć kąt spokojny i co dzień jakiś hałas myśli rozrywa. Jak podróżnemu na morzu śni się ląd, tak mnie ustawicznie dom ze strzechą w lesie, ale niewiele nam nadziei, żebym go kiedy na jawie obaczył. Przeznaczenie kuje mnie zawsze do bruków, których nienawidzę. Ile razy Pani pójdziesz na przechadzkę w las albo między zboże, proszę wspomnieć o mnie.

Tak pisał Mickiewicz do Julii Rzewuskiej (list z lata 1835) o Paryżu. Stolica Francji to w oczach poety wcielenie zła przepełniającego miejski świat. Największe zło jednak nie polega na hałasie – choć [Epilog] zaczyna się od hałasów paryskiego piekła: wielkomiejskiego „stuku” i emigranckich „potępieńczych swarów”, kończy się – marzeniem o polskiej Arkadii, w której by „wieśniaczki, kręcąc kołowrotki”,

                        [...] wzięły na koniec do ręki
            Te księgi, proste jako ich piosenki!
                                   [Epilog], 115–116

Mickiewicz zamyka poemat zestawieniem wielkiego i obcego świata, dokąd historia rzuciła polskich wygnańców, z „krajem lat dziecinnych”, jedyną „W całej przeszłości i w całej przyszłości” krainą, „W której jest trochę szczęścia dla Polaka” ([Epilog], 65–68). Litewska wieś to dla wygnańca kraina szczęśliwa, nie tylko dlatego że w niej właśnie był dzieckiem i był u siebie. Soplicowskie zacisze i z innego powodu jest lepsze niż Paryż.

            Bo któż tam mieszkał? – Matka, bracia, krewni!
            Sąsiedzi dobrzy. Kogo z nich ubyło,
            Jakże tam o nim często się mówiło,
            Ile pamiątek, jaka żałość długa
            Tam, gdzie do pana przywiązańszy sługa
            Niż w innych krajach małżonka do męża;
            Gdzie żołnierz dłużej żałuje oręża
Niż tu syn ojca; po psie płaczą szczerze
            I dłużej niż tu lud po bohaterze.
                                               [Epilog], 91–99

Soplicowo przewyższa „stolicę świata” ładem i ciszą, lecz i czymś jeszcze ważniejszym: łzy nie są tam konwencjonalnym gestem, a ludzi łączą rzeczywiste, szczerze przeżywane i szczerze manifestowane więzi. „Tu” – na Zachodzie – zapomina się szybko nawet o bohaterze (autograf poematu świadczy o tym, że pierwotnie nawet miał być wymieniony konkretny bohater: „po wiernych psów zgonie / Większy płacz niż tu po Napoleonie”; zmiana miała zapewne osłabić akcenty pronapoleońskie i zarazem podkreślić ogólny charakter zjawiska). „Tam” – na Litwie – czułe wspomnienia otaczają nie tylko zmarłych bliskich, ale nawet... psa! Tu – brak ich nawet dla ludzi uważanych za największych.

Pan Tadeusz nie tylko utrwala odchodzącą w przeszłość kulturę litewskiego dworu i zaścianka, lecz również stawia naprzeciw siebie dwa światy: litewską wieś i europejską metropolię, „kraj szczęśliwy, ubogi i ciasny” ([Epilog], 80) porównuje z pełnym zgiełku i chłodnej obojętności „wielkim” światem Zachodu, świat więzi serdecznych, sięgających aż poza grób, za światem związków zdawkowych i powierzchownych.

Autora Pana Tadeusza przejmuje nie tylko pytanie, czy polscy wygnańcy powrócą do ojczyzny, lecz również inne: w którym z tych dwóch światów będziemy żyli?

Pochwała świata soplicowskiego, a krytyka paryskiego znajduje w poemacie również mniej jawny wyraz. Wyruszającego do wojska Tadeusza Zosia obdarowuje relikwiami „świętego Józefa / Oblubieńca, patrona zaręczonej młodzi” (X, 326–327) oraz obrazkiem ze świętą Genowefą. Może to nie przypadek, że poeta udzielił schronienia w sercu Zosi i pod dachem soplicowskiego domu patronce Francuzów i Paryża, znieważonej we własnej zepsutej ojczyźnie? Jej relikwiarz spalono w stolicy Francji w czasie rewolucji (1793). W Soplicowie zaś świętości się czci, a nie depce. „Może nasz naród jest powołany opowiadać ludom ewangelią narodowości, moralności i religii” – pisał Mickiewicz w liście do Lelewela (23 marca 1832). A jeśli tak, to nieznaczny na pozór szczegół ze sceny pożegnania rycerzy wolno zapewne powiązać z jednym z najgłówniejszych tematów dzieła – tematem cywilizacji, która czci świętości lub własne świętości profanuje.

Stanisław Falkowski