„Przez ciemne zwierciadło” – garść obserwacji

Świętego Jana Bosko, Wyznawcy, A.D. 2015

What does a scanner (darkly) see?
(Concept art: Sztukmistrz)

Film Richarda Linklatera Przez ciemne zwierciadło, nakręcony na podstawie powieści Philipa K. Dicka, opowiada o tym, jak postrzegamy świat; pyta o to, co istnieje rzeczywiście, a co jest tylko wytworem wyobraźni. Opisuje świat ludzi uzależnionych od narkotyków i tych, którzy próbują z nimi walczyć. Jest historią miłości i zdrady. Mówi o spiskach i paranoi. Przedstawia społeczeństwo, które szpieguje się na każdym niemal kroku. Jak każde wielkie dzieło, zawiera dużo elementów komediowych.

Tytuł filmu to aluzja do fragmentu Hymnu o Miłości: „Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; / wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz: / Teraz poznaję po części, / wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany” (1 Kor 13, 12).


Kiedy Bob Arctor, uzależniony od Substancji D Agent Fred, wraca z posterunku policji w Orange County do domu, w którym za jego wiedzą zainstalowano urządzenia szpiegujące, pyta: „Co widzi skaner? Coś w głowie? W sercu? Skanuje moje ciało? Nasze ciała? Jasno czy jak przez ciemne zwierciadło?”. I sam odpowiada: „Mam nadzieję, że widzi jasno, bo sam nie umiem już spojrzeć w głąb siebie. Widzę ciemność. Mam nadzieję, że [skanery] radzą sobie lepiej, dla dobra wszystkich. Bo jeśli widzą jak przez ciemne zwierciadło, w taki sposób, w jaki ja widzę, to jestem przeklęty. Przeklęty na wieki. Umrzemy znając zaledwie mały fragment rzeczywistości i na dodatek źle go pojmując”. Nasz bohater odbija echem słowa Dicka: „Żyjemy w społeczeństwie, w którym media, rządy, wielkie korporacje, grupy religijne i polityczne tworzą kłamliwe wizje rzeczywistości. W moim pisarstwie pytam o to, co jest prawdziwe, ponieważ nieustannie jesteśmy bombardowani wizjami pseudorzeczywistości fabrykowanymi przez wysokiej klasy specjalistów używających bardzo wyrafinowanych mechanizmów elektronicznych.” (Cytat za: George Walkley, No Paycheck, „Ink”, III 2004, s. 39-42.)


Zastosowana przez Linklatera technika rotoskopowa, która w reżyserowanym przez niego Życiu świadomym mogła denerwować i przeszkadzać w oglądaniu (zbyt rozedrgany obraz), tutaj została uspokojona; dodaje filmowi dickowskiej atmosfery, sygnalizuje, że nie do końca wiadomo, co jest realne, a co nie. Pozwala też na ciekawe wykorzystanie komiksowych dymków, w których pojawiają się myśli bohaterów i włączenie do filmu przyspieszonej sekwencji – niczym przewijanej kasety wideo.


Paweł Marczewski tak opisał zastosowanie techniki rotoskopowej w Ciemnym zwierciadle: „[...] animacja pasuje do tej historii jak ulał. Bob Arctor jest agentem tropiącym handlarzy narkotyków, który nie do końca zdaje sobie sprawę, że sam uzależnił się od zaburzającej świadomość substancji D. Wykonując obowiązki służbowe Bob nosi osobliwy strój maskujący, jednak nie tylko on jeden skrywa swoje prawdziwe oblicze. Mało tego – Arctor tak naprawdę nie wie, jakie jest owo prawdziwe oblicze i czy w ogóle istnieje. Nieustannie towarzyszy mu niepewność co do własnej tożsamości, a otaczający go przyjaciele, sami pogubieni i dręczeni rozmaitymi obsesjami, nie są zbytnio pomocni. Animacja rotoskopowa sprawdziła się tutaj znakomicie. Dodatkowo podkreśla ona umowność ekranowej rzeczywistości sprawiając, że wątpliwości bohaterów co do jej prawdziwego kształtu udzielają się również widzowi”.

Paweł Marczewski twierdzi, że „[f]ilm Linklatera, podobnie jak książki Dicka, uwodzi absurdalnym humorem, ale w gruncie rzeczy jest rozpaczliwym wołaniem o pomoc”. Czy rzeczywiście?


Czy Przez ciemne zwierciadło to film smutny? Czy jest tu rozpacz?

Na pierwszy rzut oka: tak.

Ludzie sobie nie ufają. Potrzebę doznań duchowych zaspokajają narkotyki. Wszechobecna paranoja powoduje, że wszystkie rozwiązania wydają się jednakowo beznadziejne.

Ale nawet kiedy Bob opowiada z nienawiścią o swoim wyimaginowanym życiu z żoną i dwiema córeczkami w „normalnym”, „przeciętnym” świecie (przypominającym idylliczne scenki z gry komputerowej Max Payne), nawiedzonym przez demoniczną kosiarkę i mały niebieski kwiat, dostrzega w „mrocznym świecie” „rzeczy zaskakujące”, a czasem „drobne cudowne rzeczy”.

Bill Muller, autor recenzji w „The Arizona Republic” zauważył: „Sytuacja Freda/Arctora może wydawać się beznadziejna, ale opowieść Dicka taka nie jest. W miarę zbliżania się do końca następują niespodziewane zwroty akcji i autor pozostawia nam małą iskierkę nadziei”. (Internetowe szczeliny pamięci zjadły stronę z recenzją).

Richard Linklater stwierdził w wywiadzie, że – aby pozostać wiernym intencjom Dicka – postanowił, że film będzie jednocześnie „komedią pełną gębą” i „tragedią pełną gębą” – „będą się przenikały”.

Widzimy zatem samozwańczego naukowca-złotą rączkę Barrisa, instalującego w domu Arctora zaawansowany technicznie system alarmowo-szpiegujący i uzyskującego kokainę z produktów codziennego użytku. Słyszymy dyskusję o tym, ile biegów ma osiemnastobiegowy rower. Towarzyszymy Charlesowi Freckowi w jego nieudanej próbie samobójczej.


Wszystkie filmy na podstawie twórczości Dicka, które zrealizowano przed Ciemnym zwierciadłem, koncentrowały się na pościgach i strzelaninie. Nawet w uznawanym z tajemniczych powodów za arcydzieło Łowcy androidów widzimy głównie Harrisona Forda biegającego za replikantami oraz nachalny product placement. (W wywiadzie z Linklaterem Mike Russell nazywa Zwierciadło „pierwszą adaptacją całej powieści Dicka. W Łowcy androidów wykorzystano – ile? – jakieś 10 stron oryginału”). Pamięć absolutna z drewnianym, choć zabawnym Arnoldem Schwarzeneggerem była po prostu nudna. Raport mniejszości to sprawnie zrealizowany film sensacyjny, który z literackim pierwowzorem nie ma prawie nic wspólnego. Reżyser, Steven Spielberg, zupełnie pozmieniał przebieg akcji, a filmowy finał w stylu „i żyli długo i szczęśliwie” to po prostu kpina z Dicka.

Wierne trzymanie się dobrze napisanego tekstu podczas tworzenia scenariusza i realizacji filmu zwykle gwarantuje dobre efekty. Linklater jest powieści Dicka wierny.


Reżyser ukazał opisywany przez pisarza problem niemożliwej do wygrania metodami politycznymi „wojny z narkotykami”, która skutkuje nieprzerwanym poszerzaniem zakresu inwigilacji ludzi.

„Żyjemy w science-fiction” – mówi Linklater i podkreśla, że po 11 września 2001 spojrzał na Zwierciadło „w zupełnie nowy sposób” – „Sposób, w jaki działa władza, inwigilacja, regulacje rządowe – wszystkie te elementy czynią powieść Dicka istotniejszą i bardziej aktualną niż kiedykolwiek. To, co przed 11 września uznawano za paranoję, jest naszą rzeczywistością”.


Armia Stanów Zjednoczonych wraz z sojusznikami „są aktywnie zaangażowane” w krajach, z których pochodzi roślina potrzebna do produkcji Substancji D. Usiłujące grać rolę żandarma światowego USA nie tylko atakują wybrane przez siebie cele poza granicami swojego kraju; zachęcają też Amerykanów, aby aktywnie włączyli się do budowy społeczeństwa, w którym każdy jest podejrzany i podejrzliwy.

„[Twórczość Dicka t]o nie jest sci-fi z czasów, gdy byliśmy dziećmi. Nie jesteśmy na Jowiszu. [Dick] to rodzaj mroczniejczego science-fiction. I mamy to, co przewidywał – rząd i korporacje, które starają się ciebie warunkować. Odizolować ciebie od innych i od ciebie samego” – mówi Linklater.

Korporacja New Path produkuje Substancję D, a jednocześnie kieruje „ośrodkami rehabilitacji” dla uzależnionych od narkotyku – kontrakt zawarty przez firmę z rządem gwarantuje, że ośrodki New Path nie będą w żaden sposób monitorowane.

 

„Ile bierzesz?” – pytają lekarka, Barris i Fred.
„Niewiele” – odpowiada Fred.
„Bardzo trudno powiedzieć. Ale niewiele” – odpowiada Freck.
„Niezbyt wiele. I nie kłuję się. Nigdy się nie kłułam i nigdy nie będę” – odpowiada Donna.

Tak tłumaczą swój nałóg narkomani. A jak tłumaczy swoją pracę tajny agent?


„Dali mi zwariowaną robotę. Ale gdyby tego nie robił, robiłby to ktoś inny. I mógłby coś popsuć” – mówi Arctor, który jednak niezupełnie zdaje sobie sprawę z tego, co robi. Audrey i Mike wiedzą o tym doskonale.

„To taka wysoka cena.”
„Tak. Ale nie ma innej możliwości, żeby się tam dostać. Ja nie mogłem – a pomyśl, ile razy próbowałem. To miejsce jest absolutnie odizolowane. Wpuszczają tylko takich jak Bruce. Nieszkodliwych. Musisz być nieszkodliwy, inaczej nie podejmą ryzyka.”
„Tak, ale poświęciliśmy kogoś... żywą istotę, bez jej wiedzy. Gdyby rozumiał, gdyby sam się zgłosił... ale nic o tym nie wie i nigdy nie wiedział. Nie zgłosił się do tego.”
„Jasne, że się zgłosił. To było jego praca.”
„Uzależnienie się nie było jego pracą. To nasza sprawka.”
[...]
„Wierzę, że zadaniem Boga jest zmieniać zło w dobro i jeśli tutaj działa, właśnie to robi... chociaż nasze oczy tego nie dostrzegają. Cały proces jest ukryty pod powierzchnią naszej rzeczywistości. Ujrzy światło dzienne później.”

Czy taka interpretacja może usprawiedliwić świadomy wybór tak zwanego „mniejszego zła” w imię celu, który uświęca środki?


Przez ciemne zwierciadło skłania do zastanowienia nad moralnością pracy szpiega. I nie chodzi tylko o paranoję, w którą wpada śledzący sam siebie Arctor.


Ani wyłącznie o szerzenie podejrzliwości wśród najbliższych, zdawałoby się, ludzi.

 

I nie tylko o zachęcanie do wzajemnego donoszenia na siebie („To musiała być zemsta. Tacy już są narkomani – donoszą na siebie za każdym razem, jak się na siebie wkurzą.”).


Ani o absurdalność i śmieszność, którą obserwujemy, gdy Jim Barris dwukrotnie donosi Arctorowi i Donnie w rolach Freda i Hanka na Arctora i Donnę. Może bardziej o to, że Fred nie zdaje sobie sprawy, że jest tylko pionkiem w grze prowadzonej przez Audrey i Mike’a, a tak naprawdę przez kogoś stojącego wyżej – chociaż kto może zaręczyć, że to wszystko nie jest tylko częścią albo przykrywką jeszcze innej operacji? Jak ujął to bohater książki Rafała Ziemkiewicza Pieprzony los kataryniarza, Robert: „Te wszystkie wasze wtajemniczenia, ponad którymi może istnieją jakieś inne wtajemniczenia, wzajemne śledzenie każdego przez każdego, to śmierdzi, po prostu. Ja wolę mieć prostą sytuację”. (Rafał A. Ziemkiewicz, Pieprzony los kataryniarza, Warszawa 1999, s. 244)


W filmie pojawia się przyjaciel reżysera, amerykański dziennikarz Alex Jones, który w świecie rzeczywistym za pośrednictwem radia, telewizji oraz internetu ostrzega ludzi przed konsekwencjami społeczeństwa szpiegowanego i podglądanego przez 24 godziny na dobę; społeczeństwa, w którym nie ma miejsca na prywatność.

Krzyczącego przez megafon Jonesa, który w podobnej roli pojawił się w Życiu świadomym, widzimy na ekranie przez nieco ponad pół minuty. Udaje mu się wykrzyczeć protest przeciw „wojnie z narkotykami”: „Im bardziej rozszerza się ta wojna, tym więcej swobód tracimy; tym więcej Substancji D jest na naszych ulicach”. Chwilę później nadjeżdża czarna, nieoznakowana furgonetka; wyskakuje z niej grupa odzianych na czarno policjantów; obezwładniają Jonesa paralizatorem, pakują do samochodu i odjeżdżają.


Wzory na kryjącym tożsamość tajniaka kombinezonie zwanym scramble suit wyświetlają się, dzieląc się mniej więcej w połowie – niczym dwie półkule mózgu, które tracą ze sobą łączność.


Lekarze badający Freda i dostrzegający u pacjenta postępujące rozdwojenie jaźni odpowiadają na jego pytania, jak na ironię, chórem – niczym zaprogramowane maszyny.

Agent nazywa owcą kształt, który w kluczu testowym figuruje jako pies. „Jest wiele błędnych odpowiedzi, ale tylko jedna prawdziwa”. Fred pyta, czy ewentualnie leczenie odbędzie się w New Path? „Niewątpliwie” – wyrywa się jednocześnie z ust dwojga lekarzy.

„Dwie półkule mojego mózgu... rywalizują?” – próbuje się dowiedzieć Arctor. „Tak” – odpowiadają razem doktorzy.


W całym realno-paranoicznym świecie Philipa K. Dicka znajdujemy – mimo wszystko – nadzieję i wiarę w wolną wolę człowieka. Jak mówił sam pisarz w odniesieniu do nałogu: „Nadużywanie narkotyków to nie choroba, to decyzja; tak jak decyzja o wejściu na ulicę pod jadący samochód. Nie nazwiemy tego chorobą, tylko błędną oceną sytuacji”.

Łukasz Kowalski

_____
A Scanner Darkly (Przez ciemne zwierciadło), reż. Richard Linklater, 2006

_____
Tekst jest wzbogaconą wersją artykułu, który ukazał się wcześniej w piśmie „Laissez Faire” (nr 7, marzec 2007) oraz jako wpis na blogu Luke7777777.

Bliźniaki: Na rusztowaniu w PRL i w Conseil de l’Europe

Świętej Martyny, Dziewicy i Męczennicy, A.D. 2015


Z jednej strony: obraz Aleksandra Stefanowskiego Na rusztowaniu. Rok 1952.

Z drugiej: ilustracja z wydanej przez Radę Europy broszurki pt. Mężczyźni i kobiety: w stronę prawdziwej równości. Rok 1995.

Oprócz analogicznej kompozycji (obupłciowi robotnicy wpatrzeni w świetlaną przyszłość komunizmu i demokracji) zauważamy intrygujące podobieństwa kolorystyczne.

Sztukmistrz

TO TY, czyli YT OT

Świętego Franciszka Salezego, Biskupa, Wyznawcy i Doktora Kościoła, A.D. 2015

Rys. Sztukmistrz

Antoni Słonimski
YT OT

Pamięta nasze młode ręce
Stolika marmurowy blat,
Gdym dłoń na Twojej dłoni kładł
W tej staroświeckiej cukierence.

Złocony napis. Okno niskie.
R było w słowie TORTY brak.
YT OT czytaliśmy wspak.
O rzewne yt ot, sercu bliskie.

Popatrz w młodości cień ginący,
Czyż nie wydaje Ci się stąd,
Jak odwróconych liter rząd,
Bez sensu, śmieszny, wzruszający?

Wśród żarcików na temat najwłaściwszego miejsca, w którym Beniowski mógłby się spotykać z ukochaną Anielą, narrator poematu Słowackiego stwierdza kategorycznie i zarazem poufale: ...lecz pozwól, asindziej, że się nie mogli spotykać gdzie indziej [niż pod jaworem]. Znamy się z tymi motywami dobrze – powiada Słowacki. – Bohaterowie sentymentalni muszą się spotykać pod umówionym jaworem – jak w sielance Karpińskiego Laura i Filon. Księżyc, bór, noc, jawor – oto stosowna sceneria. Romantyzm doda do niej grozę przepaści albo dzikich wrzosowisk (Wichrowe wzgórza) w wersji serio lub półżartobliwej (Do M***), a przynajmniej smutek jesiennego wieczoru (Kordian i Laura). W każdym razie ma być natura, podobna do dzikiej lub wręcz dzika, arkadyjska lub groźna, owiewająca człowieka tchnieniem tkliwości, potęgi lub niepokoju.


A teraz wyobraźmy sobie, że Gustaw z Marylą albo Kordian z Laurą spotykają się... w kawiarni. Niemożliwe, prawda? Tymczasem u Słonimskiego właśnie „staroświecka cukierenka” staje się miejscem ich spotkań, spotkań zakochanych. Nie widują się tam w okolicznościach dramatycznych. Spotykają się tam nieraz. Przekomarzają się, żartują (odczytując w odwróconej kolejności zdefektowany rząd liter z szyldu na szybie; pierwsze odwrócenie: TORTY zmieniają się w YTROT, drugie: YTROT zmienia się w YT OT, trzecie: YT OT w TO TY). Są na randce. Czy ośmielilibyśmy się nazwać spotkanie bohaterów romantycznego dramatu... randką?! „Byli tam, kędy śnieżnych gór błyszczą korony...” – to z kolei początek wiersza Słowackiego. Czy moglibyśmy sobie wyobrazić jego bohaterów popijających kawę i pogryzających ciasteczka?

Stanisław Falkowski

Islam niekompatybilny z anarchią

Świętego Piotra Nolasko, Wyznawcy, A.D. 2015

Czy tego chcemy?

Anarchia nie jest do zbawienia koniecznie potrzebna. Jest sprawiedliwa i jako podstawa ładu społecznego wynika bezpośrednio z przykazań Bożych, w szczególności piątego i siódmego.

Anarchię definiuję jako sposób życia ludzi, którzy za normę postępowania przyjmują aksjomat nieagresji, czyli zakaz inicjowania przemocy fizycznej lub grożenia taką przemocą, jak również zakaz oszustwa na szkodę osoby lub jej własności.

Niektórzy zwolennicy anarchii, tacy jak Hans-Hermann Hoppe, sugerują, że w ramach społeczeństwa wolnościowego mogłyby istnieć obok siebie grupy np. katolików, muzułmanów, żydów i tak dalej.

Niestety, islam z samej swej istoty dąży ku niesprawiedliwej dominacji, opartej na inicjowaniu przemocy fizycznej bądź groźbie jej użycia, czyli u swych podstaw sprzeciwia się zasadzie nieagresji. Z tego wynika tendencja do tworzenia organizmu państwowego, którego funkcjonariusze usiłują wymuszać na “swoich” “poddanych” posłuszeństwo zasadom fałszywej religii i używać niesprawiedliwych środków celem zdominowania innych społeczności.

Do powstania i rozwoju społeczeństwa ludzi wolnych potrzeba przede wszystkim, aby katolicy przejęli się swoją wiarą i traktowali ją z intelektualną powagą, zaś innowiercy nawrócili się. Mimo najszczerszych chęci profesora Hoppego, marzenie o anarchicznej społeczności islamskiej należy z bólem i przykrością określić mianem marzenia ściętej głowy.


Tekst: Zdrowy Wariat
Zdjęcie: Paweł Schulta

Wilk płacze

Świętego Jana Chryzostoma, Biskupa, Wyznawcy i Doktora Kościoła, A.D. 2015


W Przedwiośniu Stefana Żeromskiego czytamy o tym, jak pani Barykowa patrzy na śpiącego Czarusia:
Co mu się też śni co tam przepływa pod czarującą płaszczyzną spadzistego czoła? Co też to widać w tych oczach głucho zamkniętych, pod cienistymi powiekami? Jakiś namiętny krzyk dobywa się z pulsującego gardła! Jakieś gwałtowne, dzikie, srogie widowisko jawi się przed nim, bo prosty nos naciąga się jak cięciwa łuku, nozdrza drgają, a wargi niezrównanych ust odsłoniły grozę i groźbę prześlicznych białych zębów! Jaki to wilk!

A potem:
Leniec!

Cezary przypatrywał się pałacykowi spod zwisłych powiek. Wchłaniał oczyma po raz ostatni kształt dużego okna na górze, barwę ogrodu. Okno na górze było zasłonięte firankami. To znak, że pani nie ma.

Nie dał rady: grube, samotne łzy, z całej siły trzymane pod powiekami, spłynęłpo jego policzkach. Hipolit Wielosławski udawał, że ich nie widzi. Coś gadał do Jędrka. O coś się złościł. Krzyczał swe: trzymaj naręcznego, trzymaj go! Tylko mocną żołnierską ręką objął wpół Cezarego i pod pozorem obawy, żeby kolega nie spadł z wąskiego siedzenia, przycisnął go z całej siły do piersi.

Pomysł i tekst: Adept
Ilustracja: Sztukmistrz

Akcje – redakcje – reakcje: Jerzy Juhanowicz o anarchii i monarchach (w odpowiedzi Zdrowemu Wariatowi i Stanisławowi Falkowskiemu)

Świętego Polikarpa, Biskupa i Męczennika, A.D. 2015


W odniesieniu do tekstów: Dalszy ciąg czytanki oraz Medytacje miejskiego filozofa: Dwugłos

Odpowiedź Zdrowemu Wariatowi:
Jak pisał klasyk:
Kochaj i rób co chcesz....

Odpowiedź Stanisławowi Falkowskiemu:
To prawda, wśród królów byli ludzie, którzy czynili źle.

Tekst i zdjęcie: Jerzy Juhanowicz

Ślepe kalkulacje

W święto św. Tymoteusza, Biskupa i Męczennika, A.D. 2015

Śladem naszych publikacji: Zdrowie i niebezpieczeństwo publiczne

Portretując grupę niewidomych Bruegel nie miał chyba na myśli biskupów – jednak liczni współcześni hierarchowie stroju duchownego się wyrzekli i łatwo można ich z bohaterami niderlandzkiego malarza pomylić

Jako argument za tym, aby hierarchowie Kościoła oraz podlegli im księża nie podejmowali „zbyt często” tematu zabijania dzieci nienarodzonych, usłyszałem: Jeżeli będziemy w kółko mówić o aborcji, możemy uzyskać efekt odwrotny od zamierzonego. A w związku z tym – tego już mój rozmówca expressis verbis nie powiedział – zrozumiałe, że biskupi tykają zagadnienia wojny z nienarodzonym dzieckiem dosyć nieregularnie i niemrawo.

Wcześniej w toku rozmowy zgodziliśmy się, że dzięki niestrudzonemu powtarzaniu, iż człowiek nienarodzony to też człowiek, udało się doprowadzić do zmiany myślenia wielu osób. Niektórzy zwolennicy zabijania bardzo małych dzieci wyrzekli się swoich morderczych twierdzeń i uznali prawo każdego człowieka do życia. U innych nastąpiła modyfikacja poglądów – ze stanowiska „to nie jest człowiek, więc można to mordować” przeszli na „to jest człowiek, ale można go mordować”.

Zmiana „świadomości społecznej” na lepsze to niewątpliwy sukces.

Czy wolno nam zatem spocząć na laurach, tolerując sytuację, w której na mocy tzw. kompromisu aborcyjnego morduje się rocznie kilkaset osób (według oficjalnych danych) – tłumacząc się stwierdzeniem, że przecież nie zabija się, na przykład, kilkuset tysięcy?

Czy w imię kalkulacji, której wyników nie możemy być pewni (bo może niestrudzone powracanie do tematu niesprawiedliwego mordowania bardzo małych dzieci doprowadzi, wbrew obawom mego interlokutora, do dalszego ograniczenia lub całkowitego zaniechania tego procederu?), wolno nam zrezygnować z głoszenia prawdy, której pewni jesteśmy?

Czy wolno milczeć, gdy każdego dnia w „majestacie” „prawa” giną ludzie?

Czy biskupi stroniący od regularnego przypominania o niegodziwości aborcji nie zaczęli bardziej liczyć się z ludźmi niż z Bogiem?

Czy „roztropność” już stała się synonimem tchórzostwa?

Kacper Tomasz Lidzki

Bliźniaki: Ekspresjonizm

Święto św. Rajmunda z Pennafort, Wyznawcy, A.D. 2015

El Greco, Widok Toledo

Jacopo Tintoretto, Przeniesienie ciała św. Marka

Medytacje miejskiego filozofa: Dwugłos

W święto świętych Wincentego i Anastazego, Męczenników, A.D. 2015

Rys. Sztukmistrz

Inspirowane wczorajszym wpisem Jerzego Juhanowicza

A co ma robić 21 stycznia (oraz w inne dni) człowiek, któremu zarówno opcja rewolucyjna, jak i monarchistyczna są – z teologicznego, moralnego oraz (w związku z powyższymi) ideowego punktu widzenia – obce?

Zdrowy Wariat


Hipoteza robocza: robić swoje.

F.L.Z.F

222 lata temu rzucono wyzwanie Bogu

W święto św. Agnieszki, Dziewicy i Męczennicy, A.D. 2015


21 stycznia 1793 roku rewolucjoniści zamordowali w majestacie swojego „prawa” króla Francji, Ludwika XVI. Ludzkość zaś przekonała się, że ręce zbrodniarzy, którzy dopuścili się tego świętokradztwa, nie uschły. Serca otworzyły się więc na bezmiar pychy. Nastał czas mroków Rewolucji.

Prośmy Króla królów, aby policzył narodowi polskiemu, że nigdy w swej historii nie podniósł on ręki na Bożego pomazańca.

Tekst i zdjęcie: Jerzy Juhanowicz


Dalszy ciąg czytanki

W święto świętych Fabiana, Papieża, i Sebastiana, Męczenników,
A.D. 2015

Rys. Sztukmistrz

Pamiętnik, kontusz, wąsy, szabla – i wydra ze szkolnych czytanek. To wiemy o  Pasku wszyscy. Pamiętniki, wydrukowane po raz pierwszy ponad sto lat po śmierci autora, w 1836 roku, mogą budzić i koić te same tęsknoty do Polski rycersko-heroicznej, co książki Sienkiewicza, powstałe pół wieku po tej dacie, i do Polski sielsko-domowej, co Pan Tadeusz, wydany zaledwie dwa lata wcześniej niż one. W soplicowsko-rajskich dekoracjach powszechnej harmonii między stworzeniami autor siebie samego obsadza w roli mistrza półbaśniowych ceremonii:

W tym zaś osobliwą miałem komplacencyją [upodobanie], żem zawsze dzikich zwierzów tak ćwiczył, że to i łaskawe było, i ze psy przestawało, i równo ze psy swego dzikiego brata goniło. [...] Potkał li mię też kto nieznajomy na polowanie jadącego, obaczył, a tu idzie kilkoro chartów pięknych, wyżłów kilka, a tu liszka między nimi, kuna, jaźwiec, wydra; zając też ze dzwonkami za koniem podskakuje, jastrząb u myśliwca na ręce, kruk nade psy lata, czasem też padnie na charcie i tak się powozi; to się ów tylko żegnał: „Dla Boga! czarnoksiężnik to: zwierz wszelaki między psy chodzi. [...]


Właśnie z tego zwierzyńca pochodziła sławna wydra imieniem Robak, ofiarowana usilnie się o to przymawiającemu królowi Janowi III. Król długo się darem nie nacieszył.

Napisałem tedy informacyjej arkusz, jako z nią mają postępować; i to też napisałem, żeby jej nigdy nie wiązać za obrączkę, ale podle obrączki za szyję dlatego, że u wydry grubsza jest szyja, niżeli głowa, to choćby najciaśniejsza obrączka, to się zaraz przez głowę zdejmie. Tak się stało. Uwiązali ją za obrączkę: wydra zdarła z siebie obrączkę i z dzwonkami, wyszła. Łaziło to po wschodach przez noc, że wyszło jakoś i na dwór, jako to w tęskności. Nauczyło się u mnie chodzić, gdzie chciało, bobrować sobie po stawach, po rzekach, póko się jej podobało, według swojej natury, i przyjść według zwyczaju do domu. Ścieżkami tam gdzieś, wyszedłszy, błąkało się, nie wiedząc, gdzie się obrócić. Skoro rano, potkał ją dragon; nie wiedząc, co to, czy chowane, czy dzikie, uderzył berdyszem, zabił. Wstaną—wydry nie masz; [w]ołają, szukają, kweres srogi. Rozesłano po mieście i z prośbą, i z groźbą, kto by się ważył, znalazszy, nie oddać. Aż idzie Żyd podróżny pińczowski, a dragon za nim już to po zapłatę za skórkę. „Co to masz, Żydzie?” spyta go śwajcar. A Żyd w kieszeni trzyma rękę. Za[j]rzy mu pod suknią: aż skórka słomą napchana. Wzięto zaraz i Żyda, i dragona i przyprowadzono przed króla. Spojrzy król na skórkę, zatka oczy jedną ręką, drugą ręką się porwie za czuprynę, pocznie wołać: „Zabij, kto cnotliwy! Zabij, kto w Boga wierzy!” Wrzucono obudwu do wieży; conclusum, żeby dragona rozstrzelać; dysponować mu się kazano. Przyszliż jednak do króla księża spowiednicy, biskupi; perswadowali, prosili, że nie zasłużył śmierci, ignorancyją zgrzeszył. Ledwoć effecerunt, że nie kazano rozstrzelać, ale na praszczęta przez Gałeckiego regiment. Stanął tedy regiment dwiema szeregami według zwyczaju; dekret taki, żeby piętnaście razy biegał, odpoczywając nihilominus na skrzydłach. Przebieżał dwa razy—ludzi w regimencie półtora tysiąca, kożdy po razu zatnie — trzeci raz padł w pół szeregu; nad prawo sieczono i leżącego. Tak ci wzięto go w prześcieradło, aleć zaś powiedano, że się nie mógł wysmarować. I tak one srogie pociechy obróciły się w wielki smutek, bo król przez cały dzień i nie jadł, i nie gadał z nikim; wszystek dwór jakby powarzony. Takci i mię zbawili tak kochanego zwierzęcia, i sami się nie nacieszyli, jeszcze sobie turbacyjej przyczynili.


Pamiętnikarz nie docieka, czy ukarany żołnierz, który się nie mógł „wysmarować” [wyleczyć], w ogóle wyżył. Własny smutek i zepsuty humor króla wyraźnie obchodzą go bardziej niż los biednego dragona. I nas to będzie mniej dziwić, jeżeli sobie przypomnimy, jak prawie ćwierć wieku wcześniej (1658) Pasek troszczył się o pewnego jeńca: 

A wtem prowadzi tłustego oficera młody wyrostek. Ja mówię: „Daj sam, zetnę go”; on prosi: „Niech go pierwej rozbierę, bo suknie na nim piękne, pokrwawią się”. Rozbiera go tedy, aż przyszedł Adamowski, krajczego koronnego towarzysz Leszczyńskiego, i mówi: „Panie bracie, gruby ma kark na W[aszmo]ści młodą rękę, zetnę  ja go”. Targujemy się tedy, kto go ma ścinać, a tymczasem wpadli tam do sklepu [piwnicy], w którym były prochy w beczkach [...].


Niespodziewany wybuch owych prochów kładzie kres uprzejmemu sporowi, kto ma popełnić wojenne morderstwo. Niepokój o stan zdobycznej szaty Pasek rozumie doskonale; doskonale też później rozumie uczucia zakochanego w wydrze króla, przejętego jej nagłą śmiercią i smutkiem własnej duszy; nawiasem mówiąc – także wielkiego pisarza, czułego autora Listów do Marysieńki. Natomiast w sprawie zamierzonego mordu na szwedzkim jeńcu i w sprawie zakatowanego dragona sumienie sarmackiego rycerza milczy równie doskonale.

Sumienie króla-sarmaty – tak samo.

Wydarzeń w Wilanowie Pasek osobiście nie widział. Jeżeli jednak mówi prawdę, to trudno tę prawdę pominąć, kiedy się myśli o wielkim pogromcy Turków spod Wiednia, już wkrótce wysławianym piórami poetów i apoteozowanym przez malarzy.

Owszem, trzeba unikać myślenia ahistorycznego. W XVII wieku niewątpliwie inaczej ważono życie wielmożnych i prostaczków. W niewiele lat od czasów Chmielnickiego i potopu, tak dobrze nam znanych jako czytelnikom Sienkiewicza, inne też były miary jawnych okrucieństw znośnych dla ludzkiego oka. A przecież gniewny król wydający „wyrok” na biednego dragona nie wątpił, że jest on człowiekiem. Czy wódz, który za trzy lata pod Wiedniem ocali chrześcijański świat, na pewno był sam chrześcijaninem?

Stanisław Falkowski

_____
Alternatywna ilustracja: Na wypadek, gdyby miało okazać się, że Pasek jednak zmyślał, redakcja proponuje zamiast rysunku Sztukmistrza uniwersalny pod względem wymowy obraz Juana Valdesa Leala:



Prawo jazdy

Poniedziałek po II Niedzieli po Objawieniu Pańskim, A.D. 2015

Fot. MDK

Tym wpisem wpisujemy się w kolejny rozdział pisanej przez życie powieści pod tytułem Wolność i odpowiedzialność lub niewola i nieodpowiedzialność.
Postulat brzmi jasno: twórzmy społeczeństwo, w którym panuje szeroki zakres swobody – ale od swawoli wara! Możesz bardzo wiele, ale za przekroczenie granic ponosisz pełną odpowiedzialność.

Dziś bierzemy na tapetę zagadnienie prowadzenia samochodu. Samochód to narzędzie – jak każde inne. Można go użyć w dobrych lub złych celach.
Albo postawimy na swobodę korzystania z pojazdów i rzeczywistą odpowiedzialność za posługiwanie się nimi – albo postawimy użytkownikom nieuczciwe bariery na starcie, ale później pozwolimy ich nieodpowiedzialnym czynom za kółkiem uchodzić niemal bezkarnie.

Dziś oficjalny modus operandi polega na tym, że do prowadzenia pojazdów trzeba zdać przed funkcjonariuszem państwowym egzamin – a potem hulaj dusza! Masz papier i robisz, co chcesz!
Normalnie jest tak, że prowadzenia uczy cię ojciec albo inny człowiek mający kompetencje do poinstruowania cię i uznania, że jesteś już gotów, aby jeździć na własną odpowiedzialność. Właśnie: odpowiedzialność. Nie wymagamy od ciebie papierów, ale umiejętności i ponoszenia konsekwencji własnych czynów. Jeśli prowadząc, staniesz się sprawcą wypadku, ponosisz pełną odpowiedzialność. To znaczy na przykład, że morderstwo dokonane za pomocą samochodu traktujemy tak samo jak morderstwo za pomocą noża.

Po rozważeniu racji moralnych przechodzimy do praktyki (wtórnej i niedecydującej w świetle praw moralnych – niemniej istotnej, bo jesteśmy realistami).
Przyglądamy się teraźniejszej sytuacji na polskich drogach i zauważamy efekty stosowania taktyki Niewola i nieodpowiedzialność: olbrzymią liczbę sztucznie i niesprawiedliwie stworzonych miejsc pracy, gnębienie i obdzieranie egzaminowanych kandydatów, cały okołoWORDowy biznes – całe to instrumentarium oszustwa i kradzieży. Obserwujemy też jak funkcjonariusze państwowi w osobach sędziów karzą drogowych przestępców: na przykład za morderstwo sześciu osób sprawca tragedii dostaje dwanaście i pół roku więzienia.

Co to by było, gdyby postawić na wolność i odpowiedzialność? Czy możemy coś takiego zaryzykować? Ale – zamiast zastanawiać się w nieskończoność – zapytajmy wprost: czy jesteśmy ślepi na to, co jest?

Wspomnianemu wyżej kierowcy funkcjonariusze państwowi odebrali prawo jazdy – a on i tak wsiadł za kółko! Potwierdza to obserwację, że posiadanie lub nieposiadanie papieru nie ma większego znaczenia dla ludzkich zachowań; liczą się za to odpowiedzialność za czyn i surowość kary. Gdyby kierowca-zabójca płacił za swój czyn głową albo został zobowiązany do płacenia rodzinom ofiar rekompensaty, cała sprawa wyglądałaby inaczej!

Ilu jeszcze zamordowanych na drogach trzeba, abyśmy to dostrzegli?
Czy nie jest czasem tak, że nie możemy już znieść naszej choroby, ale i lekarstwa odrzucamy?


Paweł Antoniewicz