Paweł Schulta we Francji – RELACJA NA GORĄCO

 Święto Trójcy Przenajświętszej, A.D. 2015

Tegoroczna współtowarzyszka podróży jeszcze na ojczystej ziemi (właściwie: na ojczystym biurku)

Nasz Autor na żywo relacjonuje przebieg tegorocznej wyprawy na blogu

Zapraszamy do lektury!

Mądrości ludowe i głupoty ludowe

Sobota Suchych Dni po Zesłaniu Ducha Świętego, A.D. 2015

Na złodzieju czapka gore (rys. TG)

Wszyscy politycy to złodzieje

„Wszyscy politycy to złodzieje” – to akurat prawda. W najściślejszym sensie. Powiedzenie to krąży, powtarzane przez tysiące osób. Czy jesteśmy jednak konsekwentni? Czy działamy w oparciu o stwierdzony fakt, czy też – wezwani przez telewizornię, internetownię, czy co tam jeszcze – idziemy potulnie jak barany, aby wyrazić swoje poparcie dla jednego ze wspomnianych osobników; a następnie baraniejemy, gdy okazuje się, że nasz kandydat okazuje się złodziejem, tak jak wszyscy inni politycy?

Dobrymi chęciami Niebo jest wybrukowane

Tak, wiem, zwykle mówi się inaczej. Lecz – jak przypuszcza nasz redakcyjny kolega Paweł Schulta – korzenie fałszywego przeświadczenia, że „dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane” tkwią w protestantyzmie. Jeśli wolna wola, intencje i czyny człowieka nie wpływają w żaden sposób na to, gdzie trafi po śmierci – bo w heretyckim ujęciu zostało to już z góry ustalone niezmienną decyzją – nie liczą się również dobre zamiary.

Warto zastanawiać się nad każdym spośród popularnych powiedzeń z osobna – aby nie okazało się, że bezwiednie powtarzamy jakąś głupotę albo lekceważymy stwierdzenie, w którym tkwi głęboka prawda.

„Nie jestem przesądny”

Znam człowieka, który celowo podaje innym rękę przez próg, aby sprawdzić w ten sposób, czy są przesądni. Czy jednak zwyczaj witania się z gościem już w progach to kwestia uprzedzenia, mocno zakorzenionego irracjonalnego przekonania? Akurat w tym przypadku można przypuszczać, że chodzi również o pewien znak – najpierw zapraszam kogoś do środka, dając sygnał, że dom jest dlań otwarty, i potrząsam mu prawicę, gdy już wejdzie.
Niewitanie się przez próg można zatem odczytać niekoniecznie jako zabobon, ale zwykłą grzeczność.

Warto więc podchodzić do zwyczajów ze zdrowym rozsądkiem. Podpowiada on, aby jako niedorzeczne odrzucić na przykład przeświadczenie o tym, że – jeśli zapomnimy czegoś zabrać z domu – nie należy po to wracać albo, jeśli jednak wrócimy, usiąść przynajmniej na chwilę przed ponownym wyjściem (przesąd mówi, że inaczej zdarzy się coś złego).
Mądrze podchodził do tych spraw bohater detektywistycznych opowiadań Chestertona, ksiądz Brown. Zapytany przez przyjaciela, czy nie obawiał się, że klątwa tajemniczej księgi (osoba, która ją otworzyła, znikała) dotknie i jego, odpowiedział przecząco, uzasadniając: „Widzisz, nie jestem przesądny”. 

KTL

PIĘKNY JĘZYK POLSKI: Czas za i rozładunku

Piątek Suchych Dni po Zesłaniu Ducha Świętego, A.D. 2015




Napis przywodzi na myśl reklamę pewnej gry komputerowej, w której można ścigać się samochodami po mieście i po zmroku.

Zdjęcie i komentarz: Godfryd Komeda

Z niektórymi NIE WARTO ROZMAWIAĆ

Czwartek wśród Oktawy po Zesłaniu Ducha Świętego, A.D. 2015


W dyskusjach uprawianych przez licznych dziennikarzy oraz ich gości wcale nie pojawia się kategoria prawdy. Uczestnicy debaty, a właściwie pyskówki, zamiast wspólnie dążyć do jej poznania, zarzucają siebie nawzajem oraz widzów, czytelników, słuchaczy – opiniami. Każdy wykrzykuje swoje, po czym wszyscy rozchodzą się do domów. Bez dojścia do prawdy, nawet bez próby jej poszukiwania – bez sensu.

Każdą właściwie dysputę publiczną należałoby rozpoczynać od postawienia każdemu z współrozmówców pytania: Czy uznaje Pan/Pani istnienie obiektywnej prawdy?
Jeśli odpowiedź brzmi „nie”, wychodzimy ze studia, odmawiając dalszego tracenia czasu.

Biorąc udział w publicznej dyskusji z człowiekiem, który istnienia prawdy nie uznaje, uwiarygadniamy jego postawę. Tolerowanie takich dysput skutkuje wprowadzaniem w błąd ich odbiorców.

Z niektórymi nie warto rozmawiać.


Txt Kacper Tomasz Lidzki
Rys. Sztukmistrz

Antykatolicki koncern medialny przedstawia: Święty Jan Nepomucen

Środa Suchych Dni po Zesłaniu Ducha Świętego, A.D. 2015


W ramach działu: Święty z sąsiedztwa

Tuż obok figury patrona dobrej spowiedzi pysznią się nad wejściem do siedziby korporacji wielkie litery – jej nazwa. A święty Jan ze spokojem wpatruje się w Ukrzyżowanego.

Koncern przyszedł, koncern przeminie...

Sancte Ioanne, ora po nobis!

Tekst: Kacper Tomasz Lidzki
Zdjęcie: Praktykant

Nieograniczoność władzy

Poniedziałek wśród Oktawy Zesłania Ducha Świętego, A.D. 2015




Każdy totalitaryzm bazuje na ludzkim oportunizmie. Tych, którzy są rządzeni, względem tych, którzy rządzą. To prawda, że jesteśmy otoczeni porządkami wołającymi o pomstę do nieba. Jednak największą zgrozę budzi fakt, że generalnie nie robi to na ludziach wrażenia. Oni myślą, że tak być musi. Oni myślą, że musi być demokratyczna i liberalna republika. Oni myślą, że musi być kłamstwo reklamy, mediów, polityków, właścicieli sklepów, pracodawców. Musi być relatywizm. Musi być wszechogarniająca kontrola. Musi być przymus szkolny. Musi być deprawacja nieletnich. Myślą, że musi być zabijanie przy wsparciu urzędów i publicznych pieniędzy. Musi być zysk finansowy jako rozstrzygający argument oceny każdej nieuczciwości. Oni myślą, że tak być po prostu musi. Niewolnik doskonały to taki, który nie wie, że jest niewolnikiem, lub taki, który wie, ale mu z tym dobrze.

Rewolucja, burząc naturalny porządek społeczny, zniosła tym samym naturalne ograniczenia władzy ludzkiej. Władza ta stała się totalitarna, bo nie ma już takiej sfery ludzkiego życia, której suwerenem nie byłby władca. Zatem władca posiadł władzę absolutną przynależną tylko Bogu. Z takimi władcami mamy do czynienia w rewolucyjnym porządku. Totalitaryzm ten jednak nie ostałby się długo, gdyby nie ów ludzki oportunizm: „Wszak musi tak być”.

Mylą się ci, którzy twierdzą: „Wszelka władza jest zła”. Wszelka władza pochodzi od Boga. Nie może być zatem zła. Tak jak złe nie jest nasze ciało dane nam przez Boga. Musimy jedynie korzystać z tych darów w zgodzie z wolą Bożą. Rewolucja jest przejawem nie tylko pychy, ale i pożądliwości człowieka, które to przywary pchnęły go do tego, aby władzy użyć ku złemu – nie aby zarządzać światem danym nam przez Boga, ale by go użytkować dla własnej pożądliwości, mając za nic Boże przykazania. To ta pożądliwość pcha ludzi do tego, by godzić się na totalitaryzm życia codziennego. W przeciwnym razie ludzie musieliby uznać ograniczenie władzy i, co za tym idzie, samego siebie. Skoro bowiem człowiek napotyka granice, to używane przez niego narzędzie również te granice napotkać musi.

Do tej granicy dochodzi Piłat – „Mam władzę cię uwolnić i mam skazać cię na śmierć”. „Nie miałbyś żadnej władzy, gdyby nie dano ci jej z góry”. Pan Jezus wskazuje na ograniczenie ludzkiej, ziemskiej władzy. Przełamanie tego ograniczenia natychmiast wprowadza nas w świat totalitaryzmu. Gdy nic nas bowiem nie ogranicza, czyż nie jesteśmy jak bogowie?

Najkrótszą definicją faszyzmu jest zdanie samego jego twórcy: „Wszystko w państwie, nic poza państwem”. Gdyby tę faszystowską zasadę zastosować do rodziny, czyż nie mielibyśmy piekła między małżonkami? Czyż rodzina taka nie byłaby totalitaryzmem kierowanym przez najsilniejszego? Byłaby. A ponieważ normalne państwo jest samoorganizacją międzyrodzinną o oddolnej genezie, ograniczenia władzy takiego państwa są oczywiste.

Jednakże człowiek zapragnął nie harmonii, lecz braku bariery. Zapragnął tego ze względu na uwielbienie samego siebie. I zbudował potwora – totalitaryzm państwa rewolucyjnego.

A każdy totalitaryzm bazuje na ludzkim oportunizmie. Tych, którzy są rządzeni, względem tych, którzy rządzą.


Jerzy Juhanowicz

Powiedzenia: ZAGADKA

Wigilia Zesłania Ducha Świętego, A.D. 2015


Rys. TG

Przedstawione na ilustracji zwierzęta regularnie goszczą na naszych łamach. Pytanie do Was, Drodzy Czytelnicy: o jakie powiedzenie chodzi Autorowi?

Bouba Diop ze słuchawkami

Piątek po Niedzieli po Wniebowstąpieniu, A.D. 2015


Rozumiem, że można lubić profesjonalnych futbolistów. Rozumiem, że nie każdy i nie w każdych okolicznościach musi nosić ubrania z wizerunkiem Witolda Pileckiego albo innego polskiego bohatera. Mimo wszystko widok młodego człowieka, który w środkowoeuropejskim kraju kroczy cokolwiek niedbale chodnikiem głosząc wszem i wobec chwałę BOUBY DIOPA budzi mimowolny uśmiech.


Tekst: F.L.Z.F
Fotografia: Godfryd Komeda

U PROGU/DRZWI: Kościół otwarty – Kościół zamknięty. Pan czeka!

Świętego Bernardyna ze Sieny, A.D. 2015

Fot. O.R.P.

Zdjęcie i wpis bardzo, nie ukrywajmy, uniwersalne. Kwalifikowałyby się do istniejących już rubryk ŚLADEM NASZYCH PUBLIKACJI, AKCJE–REDAKCJE–REAKCJE oraz PIĘKNY JĘZYK POLSKI; mogłyby posłużyć również jako inauguracja działu U PROGU/DRZWI. I właśnie ku ostatniej z tych możliwości się skłaniamy.

Czy jesteśmy wierzbami?

Św. Piotra Celestyna, Papieża i Wyznawcy, A.D. 2015
W pięćdziesiątą rocznicę śmierci Marii Dąbrowskiej
(6 X 1889 – 19 V 1965)

Fot. Paweł Schulta

W ostatniej części Nocy i dni Agnieszka Niechcicówna w rozmowie z księdzem Komodzińskim odmawia Bogu osobowego charakteru i zgłasza pretensje o cierpienia w świecie.

– ...Społeczność nie jest wszystkim?... Zaraz, zaraz... I ja tak często myślę. A jednak może dla człowieka jest wszystkim... jedyną rzeczywistością? Bo inaczej czymże wytłumaczyć? Ja mówiłam, że istota bytu jest moralna? To nieprawda! – wykrzyknęła z rozpaczą. – Bóg to siła, która tworzy, tworzy z nieprawdopodobną płodnością. I niszczy. Ale czy ta siła jest dobra albo zła? Po prostu siła, nieosobista i nie mogąca tworzyć nieśmiertelnych dusz osobistych...

– Teraz to pani bluźnisz.

– Bluźnię? Więc niechże ksiądz mi wytłumaczy... W Kalińcu pod kościołem siedzi w pudełku z łachmanami taka postać, bo trudno to nazwać człowiekiem. Istota wielkości rocznego dziecka. Kretyn. Pokraka. Nie słyszy, nie widzi, nie mówi. Zamiast twarzy – jakieś takie okropne miejsca poznaczone zaczątkami oczu, nosa i ust. Kładzie mu się groszaki na rękę... taką jak dłoń embriona czy niemowlęcia. Pamiętam to od dziecka. Moja matka jeszcze go czy raczej „to” pamięta. Czym to jest w świetle nauki o nieśmiertelnej duszy? Jak oświecić ten stwór łaską boską, jak zbawić, jak potępić? – załkała prawie. – Jedynie tylko, jeśli przyjąć, że nieśmiertelne i wieczne jest społeczeństwo i dzieło jego cywilizacji i przenikająca je dusza zbiorowa, można jakoś pogodzić się z tym upośledzonym szczegółem całego, zdrowego organizmu. To straszne, ale jak nie żywić takich myśli?

Znów stanęli. Ksiądz chwycił Agnieszkę za ramię, a drugą ręką zatoczył krąg dokoła. W twarzy miał ognie, choć ze słońca został już tylko krwawy rąbek nad śniegami, a świat zaczynał błękitnieć.

– To idea społeczeństwa wydaje ci się dostateczną, żeby przyjąć takie nieszczęście, a idea myśli Bożej, nad wszystkim czuwającej, widzi ci się niedostateczną? Spójrz no, moja kochana pani, na te wierzby nad drogą. Twój własny ojciec ponacinał im czuby i patrz, jak nienaturalnie odrosły., jakie to cienkie mają rózgi. Czy to nie kaleki nieszczęsne wobec zwyczajnej, zdrowej wierzby? A psująże ci krajobraz? Wydają się pokraką upośledzoną? Może i byłyby pokraką dla takiej nie uszkodzonej wierzby, żeby ona miała tę niesforną świadomość, co ty... A twój ojciec nie ze złości to im uczynił, jeno dla wyższego celu, żeby nie zacieniały zboża, co tu aż do nich dochodzi. A wy patrzycie na te wierzby i nie kaleki w nich widzicie, a osobliwe piękno i pożyteczność, malujecie je i opiewacie w wierszach. Wieszże, czym jest i jak wygląda ów podkościelny kaleka w oczach tworzącej myśli Boga? I czym jesteśmy w Jego zamiarach, gdy nas tak ponacina i pokaleczy? O czym tu gadać? Zamilknąć by wypadało i uchylić głowy w pokorze.

I Agnieszka uchyliła głowę. Nie wiedziała, czy ksiądz ma rację, lecz w jego słowach była siła, która porywa i rozbraja. – Rzeczywiście – myślała – za dużo padło tu słów nad tym, nad czym przystałoby raczej pomilczeć w zamyśleniu.

(Maria Dąbrowska, Noce i dnie, cz. IV: Wiatr w oczy; tekst wg: Noce i dnie, Warszawa 1979, t. V, s. 216–217)

Można przypuszczać, że Maria Dąbrowska dobrze rozumiała młodą buntowniczkę Agnieszkę, która zresztą stanowi pod wielu względami jej literacki autoportret. Pisarka nie była i zapewne nie chciała być apologetką chrześcijaństwa. Była jednak artystką uczciwą – i dlatego w usta swojego bohatera włożyła przypowieść, której mógłby mu pozazdrościć każdy kaznodzieja.


Stanisław Falkowski

O Monte Cassino

Świętego Wenancjusza, Męczennika, A.D. 2015

Fot. Jan Wincenty F.

Chciałbym dzisiaj napisać o Monte Cassino. O tym jak polscy żołnierze-tułacze odnieśli jedno z  najwspanialszych zwycięstw II wojny światowej. Chciałbym przypomnieć ludzi, którym odebrano wszystko – bliskich, dom, ojczyznę. Zabrano w imię „uporządkowywania ładu europejskiego”. Skazano na dozgonną tułaczkę po obcych krajach.

Ale nie chcę przypominać historii, którą każdy zna. Chcę jedynie zwrócić uwagę na los ludzi, którzy pozbawieni tego, co było im najdroższe na tym łez padole, znajdują siłę, by walczyć. Walczyć dosłownie – z bronią w ręku. I walczyć w przenośni – z czarną rzeczywistością nieuchronnie wieszczącą, że nie ma sprawiedliwości, że ta historia nie będzie miała happy endu.  Znajdują oni tę siłę, pomimo gehenny jaką przeszli na „nieludzkiej ziemi”. Tworzący II Korpus Polski we Włoszech nie mieli dokąd wracać, gdy działa ucichły. Pozostali do końca życia tułaczami. Ich trud nie doczekał się nagrody w ziemskim porządku.

Pozostał tułaczem również ich dowódca – generał Anders. Gdy umarł, jego doczesne szczątki spoczęły obok żołnierzy, na cmentarzu pod Monte Cassino. Gdyby nie głębokie poczucie istnienia Prawdy i tego, że za tę Prawdę należy nawet oddać życie, tej historii by nie było. Wszyscy oni pomarliby na samym jej początku. Albo tak jak niektórzy inni wybraliby służbę kłamstwu. Zachowaliby dzięki temu życie i splendory w rodzinnym kraju. Tak wybrał dezerter Berling.

Ci jednak, o których piszę, wybrali inaczej, płacąc za to wszystkim tym, co mieli, tym, co uczciwy człowiek na tym materialnym łez padole mieć może. A przecież byli to zwykli ludzie, ze standardowymi w tamtych czasach życiorysami. Ich wybór nie był więc aktem niezwykłym, cechującym jakiś herosów, tytanów idealizmu. Był w ówczesnych realiach raczej standardem.

Co tak naprawdę stało się z ludźmi przez te ponad już 70 lat, że dzisiaj standardem jest wybór inny, że wybór Prawdy i walka za nią nie wydają się oczywistością; oczywistością, która czyni nieistotną cenę, jaką będzie trzeba za nią zapłacić?


Jerzy Juhanowicz

Kościół zamknięty

Św. Andrzeja Boboli, Męczennika, A.D. 2015

 Szkoda, że
z zakrytym brzuchem,
bez dużego dekoltu,
w dłuższym niż mini i szorty odzieniu,
które ma rękawy,
nie jest przezroczyste
i nie zbyt obcisłe,
też do środka się nie dostaniemy

Śladem naszych publikacji: śladem tekstu Kacpra Tomasza Lidzkiego Kościół otwarty


Warszawa, rok 2015, dzień pracy, godzina nieszporna

Z bliska widzimy, że chodzi o odpowiedni strój. Z daleka –


– wydaje się, że napis może odnosić się do niemożności odwiedzenia Pana Boga w ogóle. Bingo! Wasz reporter drzwi zastał zamknięte.

Z.G.

P.S. Zdjęcie z ogłoszeniem kwalifikowałoby się właściwie również do rubryki PIĘKNY JĘZYK POLSKI: nikt normalny nie chce nikomu zabraniać wstępu do Kościoła; najwyżej do kościoła.

Najstarszy zawód świata jest z natury kontrrewolucyjny

Św. Jana Chrzciciela de la Salle, Wyznawcy, A.D. 2015
(Wspomnienie św. Izydora Rolnika, Wyznawcy)

Człowiek i zwierzę na swoim miejscu

Rubryka ZZA ŚCIANKI


„Rolnik nie jest fatalistą, lecz wzorem pewnego sposobu myślenia,
w którym zachodzi równowaga między wiarą a rozumem.
Z jednej strony bowiem zna prawa przyrody
i wykonuje dobrze swoją pracę,
z drugiej zaś ufa Opatrzności, gdyż niektóre podstawowe sprawy
są nie w jego rękach, lecz w rękach Boga.”
~ Benedykt XVI, 12 XII 2010

Fakt, że człowiek wykonuje pracę rolnika, nie gwarantuje wiary katolickiej, mądrego prowadzenia rodziny i niezależności myślenia – ale temu sprzyja.

Rolnik potrzebuje liczyć się z pogodą, na którą nie ma wpływu. Angażuje w swoje zajęcia najbliższych. Dzień w dzień obcuje z naturą, licząc się z jej rytmem.

Dlatego najstarszy zawód świata – rolnik na swoim – jest z natury kontrrewolucyjny.


Fotografia i tekst: Maciej Kurkowski

Czy ZTM powinien być za darmo, czyli o myśleniu rewolucyjnym i kontrrewolucyjnym

Wigilia Wniebowstąpienia Pańskiego, A.D. 2015

Tramwaj (fot. MDK)

Czy ZTM powinien być za darmo? W ramach „logiki” etatyzmu: tak.
Wszystko, co współfinansuje się z podatków, powinno być dostępne bez dodatkowych opłat. Skoro już raz zapłaciłem – dlaczego miałbym płacić ponownie?
Etatyzm, państwowy system rewolucyjny – jako zły moralnie – jest również niewydolny ekonomicznie. Dlatego oprócz obciążeń nakładanych na zniewalanych stara się ich ograbić po raz kolejny.

Na przykład w cenie paliwa zawiera się podatek na budowę i modernizację dróg. Państwo, okradłszy klientów stacji już raz przy dystrybutorze – domaga się opłat ponownie: tym razem przy bramce wjazdowej na autostradę.

Jak reagujemy na tę niesprawiedliwość?

Myślenie skażone rewolucją i etatyzmem każe zgłosić postulat: dobrze, utrzymajmy złodziejski system podatkowy, ale niech finansowane z zagrabionych pieniędzy przedsięwzięcia będą nadal darmowe. Zatem – płacę podatki, z których dotuje się nierentowny ZTM – więc powinienem mieć prawo jeżdżenia środkami transportu państwowego (autobusami, tramwajami i metrem) za darmo. Utrzymujemy system i utrzymujemy się w „logice” systemu, ale „przynajmniej” coś „zyskujemy”.

Mentalność człowieka wolnego wskazuje inne rozwiązanie: trzeba domagać się zniesienia podatków, dążyć do zaniku państwa rewolucyjnego – i być gotowym, aby w sposób wolny i odpowiedzialny korzystać z posiadanych dóbr, decyzją wolnej woli kupując na przykład bilet miesięczny jednej z licznych prywatnych linii komunikacji miejskiej, wynajmując taksówkarza albo przeznaczając nieukradzione przez funkcjonariuszy państwowych środki na badania nad wynalezieniem środka transportu oferującego wygodę tak wielką, a koszty eksploatacji tak niskie, że obecnie nie jesteśmy w stanie ich sobie wyobrazić.


Łukasz Kowalski

Wszyscy bądźmy fudamentalistami – w Prawdzie

Świętych Filipa i Jakuba, Apostołów, A.D. 2015

Czy islamski półksiężyc wdarł się na wawelski dziedziniec gwałtem i przemocą?  Nie, zaprosili go w ramach wystawy Sztuka Wschodu sami obrotni rządcy tego miejsca
(Fot. Terminator)

Z islamem walczy się niejednokrotnie powołując na stanowisko antyfundamentalistyczne. Tymczasem w ścisłym znaczeniu fundamentalizm to ‘tradycjonalistyczny i ortodoksyjny stosunek do wyznawanej religii’, ‘radykalizm w wyznawaniu jakiejś idei’, czyli najzwyczajniejsza w świecie nieobłudna wierność pewnym zasadom i usilne staranie o to, by stosować je w praktyce. Kluczowe pytanie brzmi: czy zasady, którym jesteśmy wierni i które głosimy, są prawdziwe?

Ludzie i stowarzyszenia zwalczające fundamentalizm jako taki nie są w walce z fałszywą religią naszymi sprzymierzeńcami. Staną się nimi dopiero, gdy zrozumieją, że islam jest zły, ponieważ opiera się na kłamstwie; nie zaś dlatego, że niektórzy spośród jego wyznawców ściśle trzymają się reguł nakreślonych przez, pożal się Boże w Trójcy Jedyny, „proroka”.

Bądźmy radykalni: sięgnijmy do korzeni zła. Nie liczmy na to, że przed muzułmańską nawałą obronią nas fundamentaliści niewiary w nic, czyli fundamentalistyczni ateiści.
Bądźmy radykalni: sięgnijmy do korzeni dobra. Islam trzeba zwalczać nie z pozycji antyfundamentalistycznych – lecz fundamentalistycznie katolickich.


Kacper Tomasz Lidzki

Ewa Lipska „Egzamin”

Św. Grzegorza z Nazjanzu, Biskupa, Wyznawcy i Doktora Kościoła,
A.D. 2015

Król wizytuje plac budowy
(fragment obrazu Pietera Bruegela Starszego)

Egzamin konkursowy na króla 
wypadł doskonale. 

Zgłosiła się pewna ilość królów 
i jeden kandydat na króla. 

Królem wybrano pewnego króla 
który miał zostać królem. 

Otrzymał dodatkowe punkty za pochodzenie 
spartańskie wychowanie 
i za uśmiech 
ujmujący wszystkich za szyję. 

Z historii odpowiadał 
ze świetnym wyczuciem milczenia. 

Obowiązkowy język 
okazał się jego własnym. 

Gdy mówił o sprawach sztuki 
chwycił komisję za serce. 

Jednego z członków komisji 
chwycił odrobinę za mocno. 

Tak 
to na pewno był król. 

Przewodniczący komisji 
pobiegł po naród 
aby móc uroczyście 
wręczyć go królowi. 

Naród 
oprawiony był 

skórę.

„Żaba” i wojna światów

Świętego Stanisława, Biskupa i Męczennika, A.D. 2015

W cyklu autoedukacyjnym pt. Rysowanie poprzez kopiowanie:
Laura (rys. Sztukmistrz)

W toczącej się wojnie światów Małgorzata Musierowicz jest potęgą zbyt wielką, aby udawać, że nie istnieje albo nie zasługuje na lekturę. Czytelników próbuje się czasem zniechęcić subtelniejszym argumentem: że to pisarka książek „dla dziewcząt”, w gruncie rzeczy dzieci – autorka książek, z których się wyrasta.

Żaba dowodzi czegoś wręcz przeciwnego: że naprawdę do książek Małgorzaty Musierowicz się dorasta – i że można dorośleć pod ich wpływem. Oczywiście, brawurowa scena oświadczyn Wolfiego (Wolfganga) ma w sobie coś z atmosfery „Klubu siedmiu przygód” i coś z literackiej zabawy (wieczór, burza, rynna, szekspirowski balkon; Julia, to jest Laura, i Wolfi – Romeo, który przybył... na rowerze!). Groteska? – ale pełna powagi, skoro ów nowoczesny Romeo zaczyna od egzaminu uczuć i wartości („Co w człowieku cenisz najbardziej? [...] Mów bez zastanowienia”). Nie przybył zdobyć dziewczyny – chce najpierw poznać osobę.

Bohaterowie tej powieści odkrywają: siebie samych, innych ludzi i ważne prawdy o człowieku. Tytułową Żabę (Hildegardę Schoppe, najmłodszą z trójki rodzeństwa noszącego malownicze imiona dawnych muzyków) pożar panieńskiego pokoiku pełnego pamiątkowych skarbów w jednej chwili stawia przed pytaniem, co jest jej skarbem. Dla Róży-Pyzy, od pięciu lat, czyli od powieści Imieniny, zakochanej w najstarszym Schoppem, Fryderyku, a teraz opuszczonej przez tego młodego geniusza w chwili, gdy oczekuje narodzin jego dziecka, skarbem oczywistym i największym jest oczekiwana córeczka. Skarbem, nie zagrożeniem („Tu nie ma czego się bać. To tylko małe dziecko”) i niebywałą atrakcją („cieszymy się jak głupki”).

Ultrasonograficzny wizerunek nienarodzonej jeszcze Mili-juniorki nie przypadkiem nazywa się w powieści portretem. Portret to przecież obraz kogoś (a nie czegoś!), i to kogoś konkretnego i niepowtarzalnego, kogo się „zdąży [...] pokochać” i kogo się już kocha.

Kocha się bez lukrowanej słodyczy i bez żadnych warunków. „Dla mojego dziecka mogę robić wszystko. [...] Mogę zostać nawet babcią klozetową” – oświadcza Pyza pełnej trwogi pani Schoppe, teściowej in spe, i dodaje: „Krótko mówiąc, ja niczego się nie boję”. Siostrzany komentarz Laury: „Widzę cię w tym kitelku” ustala ton, równoważąc patetyczny przechył. Ten stylistyczny szczegół dowodzi, że w Żabie nie tylko wszystko jest wykonane z artystyczną starannością i wdziękiem, ale i obliczone z nadzwyczajną precyzją.

Róża „niczego się nie boi”. Lecz w Żabie – jak w dzisiejszym świecie – roi się od ludzi, których JAŹŃ jest pełna BOJAŹNI (149). Hildegarda „woli nie ryzykować” angażowania się w uczucia, Laura – podobnie; małżonkowie Schoppe boją się już niemal własnych inteligenckich cieni – i łagodzą swe lęki wieczornymi okładami z telewizyjnych wiadomości, stosowanymi już nawet nie po to, żeby dowiedzieć się, co tego dnia przeżyli (piękna obserwacja i piękne sformułowanie), tylko żeby zapomnieć, że cokolwiek przeżywają.

W powieściach Małgorzaty Musierowicz bohaterowie dojrzali są często oparciem dla młodych (i dlatego muszą być nieraz – jak patriarchowie Borejków, Ignacy i Mila, postaciami raczej statycznymi, niezmiennymi). Żaba wprowadza motyw młodych, którzy w potrzebie biorą w swoje ręce odpowiedzialność za sprawy fundamentalne i którzy uczą dorosłych odwagi, miłości i nadziei. Widzimy, jak im to branie odpowiedzialności dodaje sił.


Stanisław Falkowski
_____
Małgorzata Musierowicz, Żaba, Poznań 2006

Dynamika zdjęcia: Opel Kadett

Świętego Floriana, Męczennika, A.D. 2015

W serii NOVA et VETERA prezentujemy dziś:
VETERA – Opel Kadett B
(model produkowany w latach 19651973)

Z przodu liceum...

...z tyłu muzeum. A może na odwrót?

Auto sfotografował Praktykant.

Cóż, to jest prawda...

Środa po IV Niedzieli po Wielkanocy, A.D. 2015

Fajka? (Rys. Sztukmistrz)

Pouczające i smutne doświadczenie spotkało mnie w pewnym zakładzie fotograficznym.

Na ścianie wisiały tam zdjęcia znanych osób. Zamówiły one niegdyś w zakładzie swoje wizerunki, a ich odbitkę pozwoliły umieścić w widocznym miejscu. Fotografie pełnią zarówno funkcję pamiątki ważnego dla właścicieli wydarzenia („Taaaaaka persona u nas się pojawiła...”), jak swego rodzaju autoreklamy.

Wśród prezentowanych facjat moją uwagę zwróciła ta należąca do człowieka, który publicznie zawstydzał Polaków. Podawał się za naszego reprezentanta, a w oficjalnych okolicznościach pojawiał pijany.

Postanowiłem zaindagować jednego z pracowników zakładu:
– Czy nie wydaje się panu niewłaściwe, że na ścianie wisi zdjęcie człowieka, który nas publicznie zawstydza?
Pracownik zrazu nie pojął, o co chodzi. Wyjaśniłem więc, co mam na myśli, przypominając o alkoholowych przygodach wspomnianego polityka.
– Wie pan – brzmiała reakcja – to jest kwestia poglądów. [Sic!]

Odpowiedź pracownika zakładu w bolesny sposób uświadamia nam jedną z głównych chorób (kto wie, czy nie najgłówniejszą) toczącą współczesny świat. Schorzenie owo objawia się twierdzeniem, że „nie ma Prawdy, są tylko poglądy” i niedowierzaniem własnym zmysłom. Jest to podejście w najwyższym stopniu nieteologiczne, bezrozumne i nienaukowe.
Mój rozmówca został dotknięty dolegliwością do tego stopnia, że nie wahał się zaprzeczać oczywistym faktom. Czyż bowiem upojenie alkoholowe to pogląd, czy rzeczywistość?

Pracownik zakładu decyzję o umieszczeniu wspomnianej fizjonomii w widocznym miejscu usiłował uzasadniać również stwierdzeniem, iż „[...] jest osobą rozpoznawalną”.
– Nie da się ukryć – odparłem. – Ale rozpoznawalną z czego?
Pytanie okazało się retorycznym.

Dlaczego w ogóle zareagowałem, czemu zwróciłem pracownikowi uwagę na niestosowność wystroju miejsca? Otóż w tym świecie, którego książę już tak wiele osób zdołał zarazić totalnym relatywizmem, potrzeba budować świadomość, że istnieją ludzie, którym naprawdę nie jest wszystko jedno. Jeśli dogmatykowi względności wszystkiego nie przemawiają do rozumu argumenty, jeśli przeczy on temu, co widzi na własne oczy – może początkiem otrzeźwienia będzie obserwacja, że są tacy, którzy swoim zmysłom dowierzają. Temu służył wysłany pracownikowi sygnał.

Jeżeli nic innego do relatywistów nie przemówi, zawsze mamy jeszcze do dyspozycji sprawiedliwą, piękną i skuteczną broń w postaci bojkotu. Poznajmy siłę oddziaływania naszego (czasem bardziej realnego, czasem bardziej wirtualnego) pieniądza!
Warto, aby właściciel i pracownicy firmy, którą bojkotujemy, mieli świadomość, dlaczego tak robimy i pod jakimi warunkami wznowimy współpracę. Ja w każdym razie do momentu zdjęcia ze ściany podobizny osobnika, który mnie publicznie zawstydza, z usług wspomnianego zakładu fotograficznego korzystał nie będę.


Z.G.

Bliźniaki: Ławka pod stałą obserwacją kamer, czyli rok 1984

Św. Piusa V, Papieża i Wyznawcy, A.D. 2015


FOR YOUR PROTECTION = DLA TWOJEGO BEZPIECZEŃSTWA
CURFEW = GODZINA POLICYJNA
BENCHES ARE FOR B CITIZENS ONLY = ŁAWKI TYLKO DLA OBYWATELI KATEGORII B

"Cóż... przynajmniej nie musimy się już obawiać anarchii..."

Zdjęcie: Praktykant
Współpraca: Zdrowy Wariat

Rycerze spraw polskich i większych

Świętej Moniki, Wdowy, A.D. 2015

 To Polska właśnie (fot. E.S.)

Wiara katolicka i zdrowy indywidualizm – to były podstawy. Ewa Polak-Pałkiewicz przybliża sylwetki rycerzy tych wielkich spraw (nie tylko mężczyzn!), a przypominając losy poszczególnych osób i rodzin daje nam sposobność poznawania historii całego naszego kraju.

O uniwersalizmie prawd, którym wierności dochowało wybitnie liczne grono Polaków, szczególnie mocno świadczy szkic poświęcony Stefanii Weinhold, uciekającej z ogarnianej rewolucją Rosji. Towarzyszący jej i jej bliskim w drodze do Polski narzeczony – Rosjanin – ginie, próbując ich ratować. Szlachetność to coś innego niż solidarność narodowa czy plemienna...

Oficer carskiej armii zginął. Podobny los spotkał także polskich ziemian – w pewnym sensie przeszli oni już do historii. Dziś usiłuje się niekiedy przypominać kultywowane przez nich tradycje. Autorka w przedmowie przestrzega przed sprowadzaniem ich „do słynnej triady: balu, polowania i «kuchni szlacheckiej»”. Jako życiowe zadanie ziemian wskazuje „odpowiedzialność za los Polski”.

Cóż to jest Polska? Wyjaśnienia warto by zacząć od zdefiniowania i tym samym rozróżnienia pojęć „państwo”, „kraj”, „naród” i „społeczeństwo”, które nierzadko stosuje się jako synonimy. Gdy już tego dokonamy, w toku lektury szkiców wyłania się przed nami obraz Polski jako tysięcy autonomicznych ojczyzn, które z racji wyznawania tej samej ugruntowanej Tradycją wiary i kultywowania tych samych tradycji składają się na Ojczyznę.

Ta Polska reaguje na pewne zjawiska podobnie. Gdy Józef Garczyński, chłop na schwał, uchylił się od walki w wojnie z bolszewikami (jego metodę skopiował w Przedwiośniu Barwicki), „[w]ywołało to ogólne oburzenie i pan Józef był wydalony ze Związku Ziemian i skazany na bojkot towarzyski” (s. 16).
Metodę społecznego ostracyzmu stosowano również w innych sytuacjach: w XIX i XX wieku istniały „szlacheckie domy, gdzie nie przyjmowano rozwodników” (s. 140).
Nieproszonymi gośćmi bywali nie tylko ludzie: Eustachy Sapieha senior, któremu obwoźny handlarz chciał sprzedać radio, tak zareagował na propozycję: „Czy naprawdę pan uważa [...] że ja będę słuchał tego pana, który tu gada, a którego wcale do mojego domu nie zapraszałem?” (s. 142). Słowa te pobrzmiewają niczym echem w licznych powieściach Bruce’a Marshalla, którego bohaterowie niejednokrotnie twierdzą, że – co jak co – ale to w piekle na pewno będą radioodbiorniki.

Jeśli nie radio, w czasach nowszych telewizornia, a w najnowszych Internet – to co? Ano wiara, przywiązanie do ziemi, budowanie Domu – dbałość o więzi w rodzinie, do której, można by rzec, de facto zaliczano również służbę. [Autorka przywołuje liczne przykłady stanowczego karania za jej nieuszanowanie – bicie pasem, szpicrutą, lanie „na goły tyłek” (s. 144–145)]. Opieka nad potrzebującymi [którym na przykład Anna i Stanisław Potoccy woleli dać wędkę niż rybę i pomagając ubogim, jednocześnie ich wychowywać (s. 164–165)]. „[G]łęboko zakorzeniony w mentalności i kulturze katolicyzm” (s. 31).

Skoro było tak dobrze i familiarnie – to dlaczego się skończyło? Co doprowadziło do upadku takiej Polski? Kto i gdzie popełnił błąd?
Ewa Polak-Pałkiewicz przytacza opinię Feliksa Konecznego, który twierdzi, że stało się to „nie z własnej winy”. Hilaire Belloc precyzuje: „Jedyną przyczyną upadku Polski jest upadek zupełny chrześcijańskich zasad w polityce europejskiej, zachłanność i grabież sąsiadów” (s. 244).

W pewnym filmie oglądaliśmy taką scenę: w rodowym pałacu przy stole siedzi wielopokoleniowa rodzina. Ogień w kominku, na ścianach portrety przodków, nad głowami głowy upolowanej zwierzyny. Właśnie podają obiad. Nagle zza kadru wyziera lufa dwururki. Pada strzał. Wszystko zostaje zmiecione – znika. To wojna światowa.

Zdarzało się nam pewnie wszystkim słyszeć o tym, że „przed wojną było lepiej”. Skoro tak – można postawić pytanie – to dlaczego do wojny doszło?
W wyniku wojny i jej następstw uległo zniszczeniu to, co budowały w Polsce pokolenia. Czy o powodzeniu wroga zdecydowała wyłącznie tępa siła, której nie potrafiliśmy się oprzeć (bo było nas za mało)? Czy rzeczywiście, jak twierdził Koneczny, byliśmy bez winy?
Czy autonomia tysięcy małych ojczyzn była nie do obrony?

Autorka opisuje jak Mieczysław Jałowiecki stosując ostrzejsze niż perswazja słowna środki poradził sobie z „wiejskim lewicowym agitatorem” (s. 16). Życiowa obserwacja ukazuje nam, że niektórymi nie da się prowadzić rozmowy – przemawiają do nich wyłącznie argumenty siłowe. Czy wrogów ziemiaństwa dałoby się powstrzymać, stosując ostrzejsze środki – prewencyjnie, tak aby nawet nie przyszło im do głowy, że mogą się na życie i majątek drugiego człowieka targnąć?

17 września 1939 roku „grupa nieznanych cywili” przyszła do Różana, aby zamordować Marię ze Zdziechowskich Sapieżynę wraz z rodziną, przed rozstrzelaniem uratował ich „stary sługa, kucharz Cydzik” (s. 154). Na kartach książki pojawia się więcej przykładów świadczących o tym, że w sytuacjach kryzysowych służba i państwo wzajemnie się wspierali.

Czy zawsze tak było?

Nasz redakcyjny kolega Jerzy Juhanowicz przypomina takie zdarzenie:
Historia była opisana chyba u Rodziewiczówny. Rzecz się działa na Kresach w roku 1920. Był gość srogi dla okolicznej ludności. Pańszczyzny już wtedy nie było, tym niemniej system zależności od dworu był we wsi wciąż spory (jak to dobrze!). Nie chodzi o to, że się znęcał. Ale trochę jak u Benedykta Korczyńskiego i Bohatyrowiczów. Nie szedł nikomu na rękę i co się należało egzekwował bez zmiłuj. Był też niedaleko inny obywatel ziemski (jak wtedy mówiono), któremu przyświecały liberalne i oświecone idee. Że ludzie są równi, że chłopi to też ludzie itd. Inwestował w wieś. Jak trzeba było dał za friko siana, ziarna, pomógł, gdy była jakaś klęska i np. dom się komuś spalił. Przyszedł rok 1920, nadciągały ruskie i bolszewicy, głoszący jaką to wolność wszystkim dadzą. Lud zaczął się nerwowo kręcić wokół dworów i co agresywniejsi przychodzili, żeby „wyrzezać panów”. „Dobrego” pana zarzezali bez mrugnięcia okiem. Przyszli do srogiego, a ten, widząc, co się dzieje, wyszedł przed dwór, spiorunował ich wzrokiem i to wystarczyło, żeby ciżbę zamurowało. Kazał wtedy zaprzęgać konie. Podstawiono konie. Załadował się do powozu (razem zresztą z rodziną) i nie niepokojony odjechał. Tłuszcza stała i się gapiła, rozstępując się, gdy państwo odjeżdżali. Oczywiście dwór zniszczyli, jak to hołota, ale ręki na pana nie podnieśli.
Taka historia.

Czy to zatem nie pobłażliwość przyczyniła się do upadku? Czy próba „uszlachcenia” możliwie największej liczby ludzi to nieziszczalne marzenie? Czy dla skutecznego oparcia się nawale wroga „zewnętrznego” trzeba najpierw systematycznej srogości wobec potencjalnych wrogów „wewnętrznych”?

Do srogości (zalatującej tresurą) uciekano się z pewnością w domowych stosunkach edukacyjnych. Niania i domowa nauczycielka Eustachego Sapiehy „[p]odczas lekcji [muzyki] siedziała obok z pałeczką, którą dawała nam po palcach, jeśli robiliśmy jakiś błąd. Ta sama pałeczka była w użyciu przy stole” (s. 75). Stare, dobre czasy?...

A nowy „wspaniały” świat? Świat, w którym „[m]iejsce dworu zajęła karczma” (s. 17). W którym tak wielu Polakom udało się narzucić mentalność kupczyków – tak jakbyśmy z wiary katolickiej nawrócili się na jakieś wyznanie handlowe. „«[Z]awsze gdy jakieś społeczeństwo porzuca stare dystynkcje, stare moce duchowe i doczesne, pozostaje jeden pan niezachwiany, najbardziej drobiazgowy i najtwardszy z panów, a jest nim pieniądz. [...] Wszyscy mu są posłuszni»” (s. 147).

Matura jest dziś tak samo udawana jak w zaborze rosyjskim, gdzie wymagała „[s]komplikowanej sztuki kamuflażu, skrywania prawdziwej umiejętności niezależnego, propolskiego myślenia oraz maskowania głębszej wiedzy”, a nauczycieli skłaniała ku temu, aby kształcili uczniów w umiejętności wyrażenia tego, co należało, i ukrycia tego, co było niepożądane (s. 83).

Maciej Dudek napisał niegdyś w tekście poświęconym pytaniu „Co to jest Polska?”, że „Polska to swoista kultura. To tęsknota za wolnością i dla wolności szacunek. To gotowość do obrony tej wolności za cenę życia. Polska to tradycja, tysiącletnia wierność chrześcijańskiej idei dobra. Polska to polski język i polski obyczaj. Polska to szlachetność i rycerskość”.
Swoista kultura. Bardzo różna od „kultury” tych rosyjskich uczniów elitarnego liceum w Petersburgu, którzy w dzień, gdy najstarsi koledzy opuszczali szkołę, urządzali pijaństwa i awantury. Chuligani ci rekrutowali się spośród „najlepszych rodzin” rosyjskiego ziemiaństwa i arystokracji. „Polacy nigdy w tych manifestacjach dzikości nie uczestniczyli” (s. 85).
Obecnie azjatycka pseudokultura tryumfy święci nie tylko wśród Rosjan, ale na połaciach tego, co niegdyś zwano „cywilizacją zachodnią”.

Jeszcze jeden akcent współczesny. Na spotkaniu promocyjnym książki Ewy Polak-Pałkiewicz (Redakcja raz jeszcze serdecznie dziękuje za zaproszenie!) jeden z uczestników przypomniał, że pewien polityk (usilnie kreowany przez pewne środowiska na patriotę) za czasów kadencji jako wysoki funkcjonariusz państwowy przeciwdziałał sprawie reprywatyzacji – a zatem sprzeciwiał się oddaniu właścicielom tego, co im zagrabiono; tym samym stawał w szeregu wrogów polskiego ziemiaństwa.

Działanie kontrrewolucyjne i konstruktywne, sprzyjające sprawie polskości, a przede wszystkim Sprawie Wiary Katolickiej, można prowadzić nawet w warunkach niewoli albo wygnania.
Przypomina o tym we wzruszający sposób historia nawrócenia Chopina. Jednający go z Bogiem na łożu śmierci ksiądz Aleksander Jełowicki wspomina, że kompozytor „nie wahał się powiedzieć «Bez ciebie, mój drogi, byłbym zdechł – jak świnia!» (s. 126).
Adam Jakacki z kolei wspomina, jak za czasów okupacji niemieckiej „[g]ospodarz zaścianka [Bagienki], Józef Gąsowski, i jego córki nauczyli [go] [...] zajęć tak użytecznych, jak młocka cepem o poranku («młóciliśmy słomę prostą na poszywanie dachów»), klepanie kosy, koszenie, naprawianie narzędzi i uprzęży, przebieranie ziemniaków i pasienie krów, «co, wbrew pozorom, okazało się czynnością daleką od bezmyślności, dawało możliwość wszechstronnego namysłu nad światem!»” (s. 327).
Namysł nad światem. Czy dziś, w świecie usiłującym zmusić nas do ciągłego pośpiechu, przychodzi nam do głowy, że można się nad czymś namyślać?

Namysł mógłby skłonić nas do postawienia garści pytań:
Czy naszą charakterystyczną cechę stanowi wciąż „indywidualizm – tak typowy dla dawnej polskiej szlachty i ziemian”? Indywidualizm – wynik „bogactwa typów myślenia”? Wynik przyjęcia „nieschematycznej, twórczej i rozumnej postawy wobec wyzwań historii” (s. 41)?
Czy podobnie jak Leon Krupecki, pierwowzór Stanisława Wokulskiego, troszczymy się o indywidualne podejście do nauczania każdego z naszych dzieci i mamy świadomość, że prywatna nauka warta jest pieniędzy (s. 64)?
Czy jesteśmy dumni z tego, kim byli nasi przodkowie i czy potrafimy publicznie dać temu wyraz – czy też pozostawiamy to zadanie wyłącznie cudzoziemcom, takim jak przywoływani wielokrotnie na kartach Rycerzy wielkiej sprawy Chesterton, Claudel czy Belloc (którzy, to prawda, w swej sympatii dla Polski, czy może nawet miłości do niej, również za granicą pozostawali raczej odosobnieni)?
Czy wciąż jesteśmy – w najlepszym, najpełniejszym i najpiękniejszym tego słowa znaczeniu – Polakami?

Paweł Antoniewicz

_____
Ewa Polak-Pałkiewicz, Rycerze wielkiej sprawy. Szkice ziemiańskie, Łomianki 2015