Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żeromski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żeromski. Pokaż wszystkie posty

Czaruś i Karusia. Rymy imion i sytuacji w „Przedwiośniu” Żeromskiego

Świętego Marka, Ewangelisty, A.D. 2015

Fot. MDK

W radosny wieczór powrotu ocalałych młodych bohaterów z wojny ksiądz Nastek przed toastami dowiaduje się, jak ma na imię przyjaciel Hipolita („Właśnie chciałem zapytać, bo to bez tego nieporęcznie” [140]). Zaraz to imię wypowiada, a po nim drugie – jak niedokładne echo:

– No to panie Czaruś – nasze! Ładne imię, prawda, Karusia? Podoba ci się? (140)

Czaruś – Karusia... Przyjacielskie porozumienie („sztama”), pocałunki, wielkie, wzgardzone uczucie – to wszystko wkrótce zwiąże Karusię z Czarusiem mocniej niż gra brzmień, w której czai się jakby niespokojna wróżba.  
           
– [...] Bądź zdrów, Czaruś... (255) 

– to będą ostatnie słowa umierającej Karoliny. Po nich ksiądz, który pierwszy złączył ich imiona, połączy ręce obojga: okręcając je stułą „nie znoszącym przeczenia” „gestem”, w gruncie rzeczy karykaturującym obrzęd zaślubin.

W chwilę później Cezary:

Patrzał na śniadą, prawie czarną twarz Karoliny. Śniło mu się, że już dawno taką samą twarz widział, gdy wywoził trupy z Baku. Tak samo do niego jedna wołała, choć już jej słów słychać nie było. (256)

Sumienie młodego Baryki nie świeci wzorem wrażliwości. Nie minie wiele czasu, a sam powie hardo (do księdza spotkanego na grobie Karoliny; znów ten sam trójkąt osób):

– Moje sumienie nic mi nie wyrzuca. (276)

Lecz w chwili, gdy patrzy na zamordowaną Karolinę, przynajmniej niewyraźnie czuje, że coś ją łączy z zamordowaną Ormianką z Baku, której zwłoki wiózł do grobu i której okrutna śmierć skłoniła go do rozmyślań o potwornościach ludzkich czynów. I że jego coś upodabnia do oprawców zabitej!

Żeromski mnoży symetrie i antysymetrie.

Po drodze do Nawłoci Cezarego wita widok Leńca – Hipolit wskazuje mu „biczyskiem” „ładny pałacyk” pani Laury (136). I ten sam widok – zdobytej i utraconej stolicy rozkoszy, skąd go wygnano – nie batem wprawdzie, lecz szpicrutą – pożegna bohatera na odjezdnym z Nawłoci i wyciśnie mu z oczu łzy (294). 

Te „rymy sytuacji” coś ważnego znaczą. „Nie zrozumiałeś wcześniejszej przestrogi. Nie jesteś niewinny” – mówi Cezaremu wspomnienie zabitej Ormianki. I jeszcze: „Niejedna jest zbrodnia na świecie, gdzie depce się najpiękniejsze kwiaty”.  

A pierwsze i ostatnie spotkanie z Karusią – i pierwszy i ostatni widok Leńca? Mówią mu: Za rozkoszami ziemskimi wlecze się cień. Radość obraca się w łzy. Ty wprawiasz koło w ruch”.                   

Stanisław Falkowski


_____
Liczby w nawiasach oznaczają numery stron w wydaniu: Stefan Żeromski, Przedwiośnie, Warszawa 1974 (Dzieła w oprac. St. Pigonia, t. 19).

Łzy podleśnego Guńkiewicza (Kto i po co płacze w „Echach leśnych” Stefana Żeromskiego?)

Sobota Wielkanocna, A.D. 2015

Fot. Adept

Echa leśne Żeromskiego, najlepsza nowela w polskiej literaturze,  zawiera syntezę problematyki narodowej ofiary.

Nieszczęśliwy Jan Rozłucki, dezerter z pułku stryja, dla spełnienia powstańczej powinności łamiący żołnierską przysięgę i z wyroku sądu polowego ginący  od salwy wczorajszych podkomendnych z fotografią synka w rękach, to przecież Wallenrod, Kordian, Ordon i Sowiński w jednej osobie – i jeszcze ojciec Janka Bohatyrowicza z powieści Orzeszkowej, z którym ostatnie pożegnanie tak niezatartym piętnem odcisnęło się w pamięci siedmioletniego wówczas synka.

Tragedia zdrady i patos heroicznej śmierci mieszają się tu z samotnością bojownika, o którym „wyrok wydał wróg potężny”, i z żalem ojca, pozostawiającego po sobie, i to w rękach wrogów, bezbronnego sierotę. Powstańcza decyzja młodego Jana Rozłuckiego spotyka się po latach z szyderczą repliką w drwiącym komentarzu stryja-odstępcy: „znaleziono kartę na stole z zawiadomieniem [...],«że wierny obowiązkowi dla swej ojczyzny» - i tym podobne brednie”1. Tym pogardliwym frazesem, który mógłby służyć za streszczenie argumentacji stronników „rozsądku” wszystkich pokoleń, generał Rozłucki zagłusza wyrzuty wytrwałego sumienia; strategia jego „autoterapii” w tym względzie zasługiwałaby może na osobną analizę.

Postacie i losy stryja i bratanka oczywiście skupiają na sobie uwagę czytelnika. A jednak Żeromski nie przypadkiem nadał narracji kształt dwustopniowy, a generałowi występującemu w roli narratora przydał grono słuchaczy w najwyższym stopniu reprezentatywnych i szczegółowo scharakteryzowanych. Warto się nimi zainteresować, podobnie jak całą sytuacją narracyjną związaną z opowiadaniem generała.

Wybór miejsca łatwo zrozumieć; zostaje on zresztą w tekście wprost wyjaśniony:

Echa ciosów [słyszalne na leśnej polanie, gdzie wokół ogniska zgromadzili się słuchacze Rozłuckiego] mknęły od góry do góry, od kniei do kniei, w dal czarną, w noc, we mgłę. Odbite, wypędzone, dalekie głosy drżały kędyś za światem i zza świata wołały. [...] Wszystek las łamał się i rozpadał, huczał wszystkimi drzewami świadectwo niezapomniane i żywym głosem z ciemności wzywał... [86-87]

Atmosfera nocnego biwaku stwarza idealny impuls do historyczno-osobistych wspomnień, a leśna świątynia nastraja do zadumy nad losem narodowego męczennika i do cichych rachunków sumienia. Słuchacze generała stają oko w oko z historycznym faktem i z prawdą o sobie samych, a my obcujemy z narodzinami i utrwalaniem się legendy. Tymczasem jednak pozostawmy na boku ten kapitalny problem, by skupić się na zachowaniach słuchaczy.

Dobre pojęcie o roli tych zachowań w konstrukcji noweli zyskalibyśmy czytając wyłącznie wyjęte z tekstu opisy póz, gestów i poruszeń osób zgromadzonych wokół ogniska. Oto początkowy ład audytorium ulega stopniowej destrukcji (wyróżnienia moje – SF):

Pan Generał Rozłucki siedział uroczyście na stołku składanym. [...] Po drugiej stronie ogniska, na pniaku z wzorową starannością zasłanym pledem, w gumowym płaszczu do samej ziemi, niby w ruchomym namiocie, kurczył się i wykrzywiał wzmiankowany wyżej geometra Knopf. Obok niego w rosochatych gałęziach wykrota przyniesionego przez strzelca niewygodnie tkwił podleśny Guńkiewicz piastując z pieczołowitością szklaneczkę araku z dodanymi dla pozoru dwiema łyżeczkami herbaty. [83]

Wzajemną hierarchię osób w obrębie tej statycznie upozowanej sceny podkreśla sposób traktowania obecnych przez generała:

Pisarza i wójta przy tej improwizowanej wieczerzy prawie nie dostrzegał [...]. Guńkiewicza zaszczycał od czasu do czasu słowem generalskim, z Knopfem – rozmawiał. [86]

Cały ten układ w zakończeniu noweli został zburzony. Po wysłuchaniu opisu egzekucji Jana nie kto inny, tylko niedostrzegany pisarz gminny indaguje generała: „...gdzie na przykład jest teraz ten mały syneczek, ów wtedy sześcioletni Piotruś?”. Knopf tymczasem jakby zapomniał o obecności dygnitarza, który przecież poprzednio z nim jednym rozmawiał, „zdjął czapkę i coś tam suchymi wargami do siebie szeptał”. Guńkiewicz zaś „grzebał patykiem w popiele ogniska, jakby pragnął pozakopywać sowite, pijackie łzy kapiące z jego oczu” [96].

Opowieść generała podziałała na zgromadzonych niczym gwałtowny podmuch, który by każdego rzucił w inną stronę. Początkowo dodawali do niej własne uwagi, pozwalające się zorientować, że każdy z nich miał swój udział w wydarzeniach powstania, teraz: „Zapanowała cisza” (przerwie ją dopiero pytanie pisarza). W tej ciszy każdy ze słuchaczy staje sam na sam wobec własnych wspomnień i wobec losu bohaterskiego „Rymwida”. I przynajmniej jeden na myśl o tym losie – płacze.

Nauczyciele nieraz polecają uczniom, by dopisali lub dopowiedzieli hipotetyczny dalszy ciąg losów postaci literackiej – lub w inny sposób doraźnie przekształcili dzieło pisarza.  W wypadku Ech leśnych podobne zadanie szczególnie dobrze odpowiadałoby strukturze tekstu. Zapytajmy na przykład, co by wynikło z zastąpienia znanej nam dobrze grupy słuchaczy generała przez inne osoby. Przypuszczenie, że mógłby on swój monolog skierować na przykład do grupy dam zgromadzonych w dworskim salonie, nie wydaje się bezsensowne: sytuacja przypominałaby wówczas tę, którą znamy z Grottgerowskich Żałobnych wieści.

 Artur Grottger, Polonia 1863. Żałobne wieści

Któraś z panien mogłaby efektownie zemdleć, w momencie opisu egzekucji rozległby się czyjś szloch... Rozwiązanie zupełnie logiczne. Ale Żeromski wybrał jeszcze logiczniejsze. Płacz wrażliwej panny byłby czymś zwyczajnym. Dopiero łzy twardego, mężczyzny-prostaka tworzą miarę wstrząsu doznanego przez słuchaczy. Opowieść generała poruszyła do głębi pijaka Guńkiewicza, żarłoka Olszakowskiego, dwuznacznego wójta Gałę...

Zapisała się też trwale w pamięci małoletniego wówczas narratora – skoro po latach pragnie i umie ją powtórzyć.

Bojownicy narodowej sprawy mogą ginąć – zdaje się mówić Żeromski – ale nie świadomość narodowego losu. Jej depozytariuszami są, chcą czy nie chcą, świadomie lub nie, wszyscy Polacy – szlachetnie urodzeni i prostacy, starzy i małoletni, bohaterowie i zdrajcy. W odkryciu tego znaczenia noweli pomagają pytania o gesty rąk, grymasy ust, jadłospis nocnej uczty i listę jej uczestników.

Stanisław Falkowski

1 S. Żeromski, Dzieła. Nowele. Powieści. Dramaty, oprac. tekstu S. Pigoń, t. 4, Warszawa 1973, s. 90. Dalsze cytaty według tego wydania (w nawiasie kwadratowym – numery stron).

Tekst jest zmienioną wersją szkicu z książki „Szlagiery” – inaczej (Warszawa 1991).

____

Serdecznie przypominamy
i zapraszamy na spotkanie pod tytułem
DLACZEGO KRÓLIK ŻRE KAPUSTĘ?
poświęcone twórczości Artura Grottgera.
Zajęcia poprowadzi nasz Autor Stanisław Falkowski,
a rozpoczną się one
w sobotę 18 kwietnia A.D. 2015 o godzinie 13
w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie.

Będziemy wdzięczni za poinformowanie nas drogą mailową
wirtualnewydawnictwowiwo@gmail.com
o zamiarze przybycia.

„...pieniędzy worek uczciwy...”

Poniedziałek Wielkiego Tygodnia, A.D. 2015

Pecunia quae olet (rys. Sztukmistrz)

Nowela Żeromskiego Siłaczka kończy się dwoma akapitami na pierwszy rzut oka odległymi od tematu:

Śmierć panny Stanisławy wywarła wpływ niejaki na usposobienie doktora Pawła. Przez pewien czas czytywał w wolnych chwilach Boską komedię Dantego, w winta nawet nie grywał, gospodynię dwudziestoczteroletnią odprawił. Stopniowo jednak uspokoił się.

Obecnie ma się znakomicie: utył, pieniędzy worek uczciwy nazbijał. Ożywił się nawet; dzięki jego usilnej agitacji wszyscy prawie optymaci obrzydłowscy, z wyjątkiem krzykliwych, prawda, ale też nielicznych konserwatystów, zaczęli palić papierosy w gilzach niesklejanych, zaszczytnie znanych pod godłem „nieszkodliwych piersiom”. Nareszcie!...

„Uspokoił się”! „Uspokoooił się”! – tak mogłaby brzmieć ta ironiczna pochwała: parodia zachwytu wypowiadanego przez małomiasteczkowego „mędrca”, który z obrzydłówkowskiej perspektywy gardzi idealnymi wzlotami ducha; ceni zaś namacalne dowody życiowej zaradności. Żeromski „przedrzeźnia” taki zachwyt – po to, żeby uprzytomnić czytelnikowi, że Obarecki nie zasłużył sobie na inną miarę podziwu niż dostępna duchowym miernotom.

Duch doktora Pawła upadł bowiem od dawna, a wzlatuje tylko ożywiony zapałem nietrwałym i nieprawdziwym. Prawdziwe jest co innego: pieniądze w jego „worku”. Prowincjonalny znawca życia (konsekwentna stylizacja roli narratora) i o nich wyraża się tonem podziwu, zabarwionego złośliwością. Obarecki „utył” - widocznie dobrze mu się powodzi. I „pieniędzy worek uczciwy nazbijał”.

Czemu bohater zawdzięcza swe finansowe sukcesy? Następne zdanie objaśnia: „dzięki jego usilnej agitacji” lokalna elita zaczęła „palić papierosy w gilzach niesklejanych”. Rzekomo „nieszkodliwe piersiom” – kłamstwo, szczególnie oczywiste w ustach lekarza. I właśnie o to kłamstwo chodzi! Doktor niewątpliwie wsparł swym autorytetem jakiegoś miejscowego sprzedawcę papierosów. Trudno wątpić, że „uczciwy” ('pokaźny') „worek” jego pieniędzy napełniły w znacznej mierze procenty od udziału w „akcji promocyjnej”. Ileż goryczy kryje w sobie dwuznaczność przymiotnika „uczciwy”!

Czy inteligent ma obowiązek służyć potrzebującym ofiarnie jak Siłaczka – to znaczy aż do ofiary życia? Tego Żeromski nie wie. Co innego jednak wie na pewno: że nie ma prawa oszukiwać – ani siebie pozorami duchowych cierpień, ani tym bardziej innych, z których szkody będzie czerpał zyski. Tylko tyle i aż tyle mówi czytelnikowi niepozorne zdanie o „nieszkodliwych” papierosach.

Stanisław Falkowski

Powrósła nie do przestąpienia

Czwartek po Niedzieli Męki Pańskiej, A.D. 2015


JĘZYK SIEDLECKI

Seweryn Baryka chce przeobrażać świat przez budowanie, a nie przez niszczenie. Gdy Cezary orientuje się, że ojciec głosi te same ideały, których broniła zmarła matka, niecierpliwie uogólnia:

– Już mi to i mama po siedlecku klarowała. Nic, starzy, nie rozumiecie. (91)

Z pewnością zasługuje na uwagę drugie zdanie tej kwestii. „Nic, starzy, nie rozumiecie” to jakby zapowiedź niezliczonych dwudziestowiecznych manifestacji buntu, do którego już w początkach wieku dziewiętnastego podjudzali młodych mistrzowie i wychowankowie sentymentalno-romantycznej szkoły samowoli.

Zdanie pierwsze wydaje się nie mniej ciekawe. „Po siedlecku” brzmi trochę jak: „po swojemu”, a trochę jak: „po niemiecku”, „po francusku” czy „po polsku”. „Klarować coś komuś po jakiemuś” znaczy albo ‘na swój sposób’ (od którego mówiący przynajmniej w pewnym stopniu się dystansuje), albo ‘w pewnym określonym języku’ (ale nie tym, w którym właśnie rozmawiamy). Cezary, zapewne nie całkiem świadomie, łączy oba znaczenia, by z pobłażliwą drwiną zdystansować się od prawd głoszonych przez matkę: mówiła do niego w szczególnym języku, swoim własnym, właściwie wręcz obcym.

Obcym! Czy Cezary rozumie, że młodzieńcze targanie wędzideł może być zrywaniem więzi? Czy rozumie wartość tych więzi – z własną matką i z własnym ojcem?


POSTRONEK

Nie rozumie – ale czuje wartość, a już na pewno siłę owych więzi. „Młody entuzjasta” „Podziwiał i uwielbiał niezrównane zjawisko przewrotu”, ale:

gdy [...] wracał do dziury pod schodami [służącej ojcu za schronienie w oczekiwaniu na pociąg do Polski], czuł, że nie da rady. Ten ojciec, przychodzień mało znany, to nie było jestestwo bierne i czujące jedynie, jak matka. To był przeciwnik czynny. To był rycerz. Z jego ran, których na ciele miał pełno, sączyła się nie tylko krew, lecz jakoweś światło uderzające w oczy. On nie tylko wierzył w coś innego, lecz śmiał inaczej świat kształtować. (101)

Cezary:

wciąż przezwyciężał w swym duchu tego starego człowieka, wyzbywał się jego władzy moralnej nad sobą, wyrastał z niego i oddzielał się bujnością swej siły od zmurszałości tego pnia. Nękały go więzy, wciąż jeszcze, jak w dzieciństwie, krępujące jego wolę.

Jednak:

Musiał po tysiąc razy ulegać, ponieważ był synem — a stary ojciec może rozkazywać, zakazywać, wreszcie pospolicie kaprysić z tej prostej racji, iż jest ojcem i ma niepisaną władzę zakazywania spraw i uczuć najsłuszniejszych. Cezary nie czynił nic takiego, co by było moralnym ojcobójstwem, lecz szarpał się w więzach. (103)

Cezary „nieraz” „w głębi siebie” żałuje, że spotkanie z ojcem zawróciło go z drogi młodego entuzjasty rewolucji i osobistej samowoli.

Byłby skończył roboty grabarskie, rzucił łopatę i stanął między ludźmi tworzącymi. Teraz szedł na postronku swojej dla ojca miłości w stronę Polski, której ani znał, ani pragnął. (104)

A zatem „szarpał się w więzach” i „szedł na postronku”. Był niewolnikiem. Ale niewolnikiem miłości – nie tylko dziecięcego przyzwyczajenia do posłuchu.


POWRÓSŁA NIE DO PRZESTĄPIENIA

„Musiał po tysiąc razy ulegać” ojcu. Jak się okazuje, wcześniej, przed jego powrotem, lecz już po śmierci matki, „poniewczasie!”, „był [...] uległy” również lekceważonej matce (51). „Wsuwał się pod jej rękę, jak wtedy, gdy był maleńki i bezsilny” (51). Gdy zaś zrywane przez siebie kwiaty „oddawał [jej] nie istniejącej dłoni” (50–51),

śnił, iż ręce wiecznie skłonne do objęć przyciskają je do uśmiechniętych ust, czuł na sobie powrósła nie do przestąpienia, z tą samą siłą obejmujące. (50–51)

Słowa wchodzą tu w zaskakujące połączenia. Przede wszystkim spodziewalibyśmy się powróseł „nie do zerwania”, „nie do potargania”, „nie do rozerwania”. Natomiast „przestąpić” można zakaz, prawo, przykazanie. Kto się  tego dopuszcza,  jest przestępcą. „Nie do...” z kolei („nie do zerwania”, „nie do obejścia”, „nie do przestąpienia”) to połączenie oznaczające: ‘niemożliwe do (zerwania, obejścia, przestąpienia)’, ‘nie dające się (zerwać, obejść, przestąpić)’. Cezarego zatem obejmują jakieś „powrósła” tak mocne, że się ich zerwać nie da, i tak święte jak przykazania.

Nie kajdany czy łańcuchy, nawet nie powrozy, ale właśnie: „powrósła”. Wyraz ten oznacza sznury, skręcane najczęściej ze słomy, służące do wiązania zboża w snopki. Trudno przypuścić, by taki znawca życia wiejskiego jak Żeromski użył go przypadkowo. Wolno sądzić, że bez owych „powróseł” Cezary „rozsypałby się”, jak niezwiązane w snop kłosy. To osobliwe skojarzenie mniej dziwi w zestawieniu ze zdaniami, które pojawią się kilkanaście stron później. Oto po przeżyciu ludobójczych pogromów w Baku Cezary „Szukał swej duszy” i „Zbierał jej rozszarpane szczątki” (66). Mocne i święte powrósła krępujące bohatera ocalają go. Dosłownie: sprawiają, że pozostaje całością.

Ponieważ Cezary „oddawał” zrywane kwiaty „nie istniejącej dłoni” matki, „przyciskają[ce] je do [...] ust” „ręce wiecznie skłonne do objęć” muszą być rękami matki (chociaż to odczytanie nie wyczerpuje znaczeń osobliwego połączenia: „ręce wiecznie skłonne do objęć”). Ręce są „skłonne do objęć”, powrósła zaś także obejmują Cezarego. Ta przejrzysta gra słów sprawia, że dwa obrazy prześwitują nawzajem przez siebie; obejmujących Cezarego powróseł i obejmujących go matczynych rąk. Cezarego więc o-calają święte i mocne „powrósła” splecione z matczynych rąk.

Obejmują go one „z tą samą siłą”. Z budowy zdania można wnioskować, że „ta sama” siła to siła, z jaką „ręce wiecznie skłonne do objęć” „przyciskają [...] do [...] ust” kwiaty – zatem siła działająca bardzo delikatnie. Wchodzi tu jednak w grę i drugie znaczenie: skoro ręce, o których mowa, są „skłonne do objęć” „wiecznie”, nawet śmierć nie rozluźnia ich uścisku. Ręce-powrósła z półsennego marzenia Cezarego obejmują go z tą samą siłą, co za życia matki. Cezary więc, choć tego nie rozumie, czuje, że więź z matką, która go ocala, trwa ponad granicą śmierci. Ta więź jest delikatna jak przyciśnięcie kwiatów do ust, a święta i mocna jak niewzruszone prawo.

Stanisław Falkowski

_____
Numery stron według wydania: Stefan Żeromski, Przedwiośnie, Warszawa 1974 (Dzieła w oprac. S. Pigonia, t. 19).
_____
Tekst stanowi nieznacznie zmienioną wersję rozdziału z książki Siły większe niż chaos (Tajemnice „Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego), Warszawa 2002.


Wilk płacze

Świętego Jana Chryzostoma, Biskupa, Wyznawcy i Doktora Kościoła, A.D. 2015


W Przedwiośniu Stefana Żeromskiego czytamy o tym, jak pani Barykowa patrzy na śpiącego Czarusia:
Co mu się też śni co tam przepływa pod czarującą płaszczyzną spadzistego czoła? Co też to widać w tych oczach głucho zamkniętych, pod cienistymi powiekami? Jakiś namiętny krzyk dobywa się z pulsującego gardła! Jakieś gwałtowne, dzikie, srogie widowisko jawi się przed nim, bo prosty nos naciąga się jak cięciwa łuku, nozdrza drgają, a wargi niezrównanych ust odsłoniły grozę i groźbę prześlicznych białych zębów! Jaki to wilk!

A potem:
Leniec!

Cezary przypatrywał się pałacykowi spod zwisłych powiek. Wchłaniał oczyma po raz ostatni kształt dużego okna na górze, barwę ogrodu. Okno na górze było zasłonięte firankami. To znak, że pani nie ma.

Nie dał rady: grube, samotne łzy, z całej siły trzymane pod powiekami, spłynęłpo jego policzkach. Hipolit Wielosławski udawał, że ich nie widzi. Coś gadał do Jędrka. O coś się złościł. Krzyczał swe: trzymaj naręcznego, trzymaj go! Tylko mocną żołnierską ręką objął wpół Cezarego i pod pozorem obawy, żeby kolega nie spadł z wąskiego siedzenia, przycisnął go z całej siły do piersi.

Pomysł i tekst: Adept
Ilustracja: Sztukmistrz

Prastary Maciejunio

W święto św. Piotra Chryzologa, Biskupa, Wyznawcy i Doktora Kościoła, A.D. 2014


Rys. Sztukmistrz

Pamięci Władysławy Bulczyńskiej

Gdy Cezary Baryka i Hipolit Wielosławski, młodzi bohaterowie Przedwiośnia, wracają z wojny i przybywają do rodzinnej Nawłoci Hipolita, po pierwszych powitaniach:

     Gdy zajęto miejsca przy stole, a przybył jeszcze rządca, pan Turzycki, oraz dwie ciocie podstarzałe, jedna wdowa – Aniela – druga stara panna – Wiktoria – gwar się stał nie byle jaki. Stary służący Maciejunio ledwie mógł nadążyć z odkorkowywaniem. Nawet mu źle szło z tymi korkami. Musiał mu sam panicz, „Jaśnie-Hipcio”, pomagać, co doprowadziło za dużą szafą kredensową do tajemniczego zrujnowania hierarchii – po prostu do uścisków serdecznych Jaśnie-Hipcia z prastarym Maciejuniem. (143)

Epitetu prastary pisarz użył w niezwykły sposób. Zwyczajnie towarzyszy on bowiem nazwom przedmiotów, budowli, drzew (prastary dąb), zwyczajów. Użycie go wobec osoby prowadzi do groteskowej depersonifikacji postaci. Ale depersonifikacja w tym przypadku bynajmniej nie oznacza degradacji. Prastary (nie zaś po prostu: „stary”) Maciejunio ma przypominać wrośnięte solidnie w ziemię drzewo i wrośnięty solidnie w dusze mieszkańców jakiegoś kraju czy okolicy zwyczaj; ma się kojarzyć z czymś, co w swojej istocie pozostaje niezależne od jednostkowej ludzkiej woli i nie podlega zmianom. Maciejunio więc stanowi część (miejscowego) świata pełnego harmonii i równowagi.
Prastary to ponadto przymiotnik obdarzony określonym zabarwieniem emocjonalnym: dźwięczy w nim nuta swojskiej zażyłości i zarazem otaczanego czcią dostojeństwa. Nic dziwnego, że następnego ranka w odpowiedzi na wielką, bardzo wielką pochwałę pewnego słoika, który [Maciejunio] nieznacznie wskazywał:

Cezary przysiągł mu oczyma, iż odwiąże opakowanie słoika i skosztuje, a nawet sięgnie dokumentnie do wnętrza. (159)

Przysiągł – niczym wodzowi lub duchowemu przewodnikowi! Przymiotnikiem „prastary” Żeromski jakby poklepuje tego przewodnika, wprowadzającego w nawłocki świat, po ramieniu, ale też bierze go w ramiona i całuje w spracowaną dłoń. Z wielkiego świata, który drży w posadach, wstrząsanego konwulsjami rewolucji, dwóch wojen, mordów i grabieży, Cezary, Kandyd XX wieku, przybywa do starego, bezpiecznego domu. W progach tego domu wita go stary sługa, stanowiący część jego fundamentów, jego feudalnej hierarchii i jego odwiecznego ciepła.             

Stanisław Falkowski

_____
Numery stron według wydania: Stefan Żeromski, Przedwiośnie, Warszawa 1974 (Dzieła w oprac. S. Pigonia, t. 19).
_____
Tekst stanowi nieznacznie zmienioną wersję rozdziału z książki Siły większe niż chaos (Tajemnice „Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego), Warszawa 2002.

Edwarda Abramowskiego

W święto św. Elżbiety Węgierskiej, Wdowy, A.D. 2014


W Przedwiośniu Stefana Żeromskiego pan Gajowiec przestawia Cezaremu postać i poglądy Edwarda Abramowskiego:

„Abramowski nauczał, że należy bojkotować państwo nawet tam, gdzie ono pracuje pozytywnie, a więc bojkotować szkoły, inspektorat fabryczny, filantropię państwową, pracę kulturalną i gospodarską — rugować i podcinać korzenie państwa, rozrywać łącznik między potrzebami ludzi a instytucjami rządowymi. Na miejsce zbojkotowanych instytucji państwowych, a raczej współcześnie z ich bojkotem miałyby rozwijać się instytucje swobodne: zamiast sądów państwowych — sądy polubowne, zamiast policji — stowarzyszenia obrony, zamiast szkół państwowych — szkoły wolne lub nauczanie prywatne — i tak dalej.”

Paradoksalne, że decyzję o nadaniu ulicy imienia Edwarda Abramowskiego podejmuje rada gminy – instytucja państwowa, którą patron zalecał bojkotować i zastępować dobrowolnymi.

Tekst i fotografia: Paweł Antoniewicz