Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże z kaczką. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże z kaczką. Pokaż wszystkie posty

Podróże z kaczką: Wyprawa 2015 – Paweł Schulta na bieżąco i regularnie

Świętego Ireneusza, Biskupa i Męczennika, A.D. 2015




Nasz Autor rozpoczął na blogu
chronologiczną i sukcesywną relację
z tegorocznej wyprawy
szlakiem katedr.

Serdecznie zapraszamy do lektury!

Podróże z kaczką: Paweł Schulta NA GORĄCO z Francji

III Niedziela po Zesłaniu Ducha Świętego, A.D. 2015



Przepraszam wszystkich Czytelników WiWo i bywalców tego podróżnego wątku za milczenie. Miast obiecanej, acz obwarowanej pewnym zastrzeżeniem relacji na żywo, jest milczenie, i jedyna to dla mnie pociecha, że ten element mojego wysiłku również jest na żywo.
Kontynuuję jazdę, na każdym kroku doświadczając opieki Opatrzności. Zdarzeniom, w których uczestniczę, każdy zapewne nadałby swoją interpretację. Ja jednak mam swój własny sposób czytania drogi i klucz, według którego rozumiem to, co mnie na niej spotyka.

Wracając do obietnicy relacji on-line: jej porzucenie wynika nie ze złej woli, ale głównie ze zmęczenia, które po dotarciu do obozowiska każe skupić się na zupełnie innych kwestiach niż redakcja tekstu czy wybór choćby jednego z całej tony zdjęć. Do tego dochodzi również fakt, że (sic!) nie każdym postoju mam wolny dostęp do sieci. Nie każdy bowiem mój postój to camping, a również nie każdy camping ma wifi).

Nie chcę, by Wasz kontakt z moją trasą był chaotyczny, okazjonalny, miał zakłóconą chronologię (po powrocie zachodziłaby konieczność łatania „dziur” w narracji). Stąd też obiecuję tuż po powrocie pochylić się nad każdym etapem jazdy i opisać go w oparciu o notatki poczynione w czasie wyprawy.

Znajduję się w tej chwili w umownej połowie całej trasy. Jest to (kto już odgadł bez zaglądania dalej, ma bonus) Mont St-Michel. Skała, na której z niemałym trudem wzniesiono opactwo i kościół pod wezwaniem św. Michała Archanioła i na której wierzchołek dochodzi się, nawet krokiem niespiesznym, również z niemałym trudem.

Po (popołudniowej) burzy i całonocnym deszczu (mój namiot był dobrze „przycumowany", więc obudziłem się rano cały i na suchym lądzie) wyruszam w kierunku Laval i Angers, nie wiedząc, czy wszystko odbędzie się zgodnie z planem i w kształcie ustalonym w domu.

Wiem to jednak, że każdy włos na naszych głowach jest policzony.
I ta myśl bardzo mnie raduje i nią się z Wami rozstaję.
Pozdrawiam wszystkich Czytelników towarzyszących mi mimo wszystko...

Tekst i zdjęcia:
Paweł Schulta

Paweł Schulta we Francji – RELACJA NA GORĄCO

 Święto Trójcy Przenajświętszej, A.D. 2015

Tegoroczna współtowarzyszka podróży jeszcze na ojczystej ziemi (właściwie: na ojczystym biurku)

Nasz Autor na żywo relacjonuje przebieg tegorocznej wyprawy na blogu

Zapraszamy do lektury!

Podróży z kaczką część piąta: Katedra w Kolonii i kamień przydrożny, czyli o różnicach stylistycznych

Środa po IV Niedzieli Wielkiego Postu, A.D. 2015


Zjedźmy na chwilę z katedralnej, czyli francuskiej ścieżki. A właściwie nie tyle zjedźmy, co rzućmy na nią okiem przez szczelinę w drzwiach kuchennych (tak, każda wyprawa ma jakąś „kuchnię”, gdzie przygotowuje się danie główne, przechowuje przyprawy, które zwykłej podróżnej materii nadają smak odświętny, a szczegóły przepisu na wyprawowe menu pozostają sekretem kucharza).


Oto Kolonia: miasto, katedra i dworzec w jednym. Dla mnie stacja końcowa po całonocnym przebywaniu w brzuchu międzynarodowej sławy – muzycznym, ale tylko z nazwy, pociągu „Jan Kiepura”.
(Ciekawe, swoją drogą, gdzie jeszcze środki komunikacji nazywa się imionami bohaterów, zjawisk pogodowych czy zawodów, niekiedy trudnych do wypowiedzenia dla obcokrajowca, jak „Prząśniczka”?)

Stąd jeszcze tylko krótka przeprawa do Aachen (osobiście wolę starą łacińską nazwę – Akwizgran), gdzie przesiadam się na rower, z którym, jeśli zajdzie taka potrzeba, wejdę do pociągu jeszcze nie raz, ale już na innych zasadach i w znacznie przyjemniejszych okolicznościach.
No tak, zapomniałem o tym, że, by znaleźć się na katedralnej ścieżce, muszę pokonać jeszcze krótki, dwustupięćdziesięciokilometrowy odcinek prowadzący przez opary mgieł nad „karolińskimi” drogami i bezdrożami (Belgia). W stosunku do całego czekającego nas dystansu to ledwie „rozbiegówka”.


Ale wracajmy do Kolonii. Pociąg wyruszający przedwieczorną godziną z Warszawy o świcie dnia następnego wjeżdża (już coraz mniej punktualnie) na dworzec Köln Hbf. Wzniesiona na lewym brzegu Renu świątynia, której sylwetkę przy dobrej pogodzie dostrzegamy już z daleka, od ponad stu lat jest wizytówką miasta (budowę ukończono dopiero w roku 1884). Ponieważ fundamenty założono już w wieku XIII (rok 1248), jest kolońska budowla w swych początkach także rówieśniczką wielu francuskich katedr i choćby dlatego należy o jej istnieniu wspomnieć.
Piszę zaledwie „wspomnieć”, ponieważ różnice stylistyczne pomiędzy nią a francuskimi pierwowzorami są na tyle znaczące, że o katedrze kolońskiej mówi się raczej jako o cennym przykładzie recepcji francuskiego gotyku niż o czystej stylowo budowli.

Ja przekładam tę opinię na „swój język” i mówię o kolońskiej katedrze jako adoptowanym bracie francuskich sióstr.
Jak to zwykle bywa, gdy staramy się, by nasz subiektywny sąd nie stał się głosem wyroczni – wrodzona nam delikatność powoduje, że przekaz z początku wyrazisty i niekiedy ostry po kolejnej próbie opisu zjawiska łagodnieje, by po chwili rozmyć się w wielości opinii, niekiedy nawet przeciwnych oryginalnej, krytycznej myśli autora.

Ale do rzeczy. „W papierach” niby wszystko się zgadza. Jest więc plan łacińskiego krzyża; są nawy (pięć), które wiodą ku zorientowanemu prezbiterium; jest transept i chór, a na jego obejściu wieniec kaplic; są pnące się wzwyż kolumny i filary; są też i wiązania krzyżowo-żebrowe. I choć cały gotycki idiom obecny jest także na zewnątrz (przypory, pinakle, maswerki, dwie wieże od zachodu), to jednak całość wyraźnie odbiega od francuskiej szkoły budowania.


Na pierwszy rzut oka, i to niezależnie od pogody, daje się zauważyć wyraźny brak światła. I to zarówno wewnątrz, jak i „na zewnątrz”. Tak, kolońska katedra przez swoją monumentalność wydaje się jakby spowita półmrokiem, jak pogrążona we śnie, odrealniona. Jest, ale bycie owo to bardziej istnienie wypełniającego jej wnętrze tłumu zwiedzających niż wyraz „ducha” budowli.


Wprawdzie garstkę modlących się można spotkać w oddzielonej od „kierunku zwiedzania” kaplicy Najświętszego Sakramentu, ale w niczym nie zmienia to faktu, że w pierwszym kontakcie katedra narzuca się nam jako obiekt muzealny, religijny zabytek.


Patrząc na bryłę budowli nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jej kolejne elementy zostały jakby nadbudowane na siebie. Szeroki obrys fundamentu sprawia, że strzelistość wież, sterczyn, pinakli rozpływa się, świątynia jakby „przysiada”, naturalny dla francuskich katedr pęd kamienia wzwyż zostaje tu powstrzymany już w swoim założeniu, a na plan pierwszy wysuwają się cechy ziemskie świątyni. Tak, ta budowla to bardziej twierdza niż świątynia. To bardziej germański wojownik niż francuski „defensor fidei”.


Niekiedy myślę, że kolońska katedra nie istnieje naprawdę, że to, co widzę, jest czymś zupełnie innym albo, o zgrozo, że cała budowla jest tylko tłem dla rozgrywającego się na zewnątrz jarmarku, towarzyskich spotkań, sprośnych lub tylko głupkowatych performansów, czy na koniec – kolekcji lokalnych żebraków, z których wielu, niezadowolonych obrotem spraw, złorzeczy światu także w wyraźnie rozpoznawalnym języku Hansa z Czarnolasu.


Niemały wpływ na takie postrzeganie katedry ma prawdopodobnie fatalne usytuowanie w jej pobliżu wspomnianego dworca. Całość oglądana z pewnego oddalenia przypomina kamieniste koryto rzeki. Uczepiona leżących na dnie kamieni roślinność faluje wprawdzie zgodnie z kierunkiem nurtu, ale donikąd nie zmierza...
Wielu przybywających zatrzymuje się na schodach łączących tarasy dworca i katedry i tam pozostaje. A później równie nieoczekiwanie przepada, jakby rozbiegła się we wszystkich możliwych kierunkach.


Katedra kolońska była pierwszą wielką z imienia świątynią budowaną z kamienia, której progi przekraczałem w pełni świadom istnienia różnic stylistycznych właściwych kolejnym epokom. W mieście takim jak Kolonia wszystkie one zdają się posiadać swoją pełną reprezentację. Dotyczy to zwłaszcza kościołów romańskich.

Jeśli jednak chcesz poznać i poczuć dotyk gotyku, musisz zadać sobie więcej trudu.
Musisz wyprawić się dalej, przez lasy, niekiedy polną drogą. Na jej końcu oczekują Cię Notre Dame de Chartres, Reims, Amiens, Paris...
I będę niezmiernie rad, jeśli na tej drodze zechcesz mi towarzyszyć.

Katedra w Kolonii – der Kölner Dom, czyli gramatyczny „on”. Wciąż stoi, niewzruszony moim zdaniem na swój temat, a ja pozdrawiam w nim „starszego brata” francuskich „Notre Dame”.
Schodzę więc każdego roku z roweru, wyglądam na chwilę z holu dworca i ze smutkiem zauważam czerniejącą łuskę kamienia. Wygląda na to, że w wyścigu, jaki każdemu z nas funduje współczesny świat, na każdym kroku świadcząc „usługi erozji wszystkiego”, kamień nie jest jedynym przegranym.



Tekst i zdjęcia:
Paweł Schulta

Podróży z kaczką część czwarta: Cisza katedry

Piątek Suchych Dni Wielkiego Postu, A.D. 2015


Kiedy panuje, a nie tylko jest, niesie sobą przekaz bardziej wymowny niż słowa. Cisza nie jest „dziurą” w subtelnej materii przekazu, prostym brakiem słów czy muzyki. Zwykle bywa ciszą „czegoś”. Deprywacja sensoryczna jest tylko eksperymentem fizycznym i nie występuje w naturze. Nawet sen nie jest ciszą absolutną.



Jest więc cisza wiejskiego pejzażu. Jest cisza przed burzą i cisza ziarna rzuconego w ziemię. Jest cisza nocnej straży, która z wysokości murów czuwa nad bezpieczeństwem miasta i cisza dwojga par oczu, które spoglądają w siebie w miłosnym zachwycie. I wtedy mówimy o ciszy miłości.
Jest „cisza kobiety, która nasłuchuje dzieciątka ukrytego w jej łonie […] i cisza mężczyzny, który oparł głowę na ręku i duma” (Antoine de Saint-Exupéry, Twierdza).
Jest też cisza samych myśli, „odpoczynku pszczół, kiedy miód już zebrany i trzeba go tylko ukryć głęboko, jak skarb. Aby dojrzewał. […] Cisza słów, słyszanych w głębi duszy, gdyż dobrze, kiedy odnajdujesz Boga, który jest ciszą wieczności”.
Jest na koniec i „cisza Boga, która jest jak sen pasterza, bo nie ma snu bardziej łaskawego, choć jakaś groźba zdaje się wisieć nad jagniętami; kiedy nie ma już ni pasterza ni stada, bo któż zdołałby odróżnić jedno od drugiego pod ciemnym niebem, gdy wszystko jest snem”... [tamże]


We wnętrzu świątyni, zwłaszcza gdy jest to gotycka katedra, ginie cały zgiełk miasta. W jej murach każdy odgłos tętniącego na zewnątrz życia brzmi inaczej, przyjaźniej, przestaje drażnić nasze zmysły, wydaje się być na właściwym poziomie i miejscu.


Cisza katedry to jednak przede wszystkim cisza prezbiterium, w którym króluje nasz Pan z wysokości ołtarzowego krzyża lub – podobnie jak zwornik sklepienia – spina ramionami otwartą przestrzeń między arkadami obejścia. Niekiedy króluje nad wejściem do chóru u stopni oddzielających przestrzeń dla świeckich od przeznaczonej stanowi duchownemu; bywa, że znajduje się na ścianie zamykającej nawę, symbolizując w ten sposób kres ludzkiej wędrówki.





I w końcu, spowita delikatnym światłem i otoczona najwyższym szacunkiem i czcią – cisza nad ciszami – cisza tabernakulum…


Ciszo ołtarzy Amiens, Soissons, Laon, Reims…!
Ciszo tabernakulum w Senlis, Beauvais, Noyon…!
Ciszo pytań, na które nie znamy odpowiedzi.
Ciszo, początku i warunku wszelkiej przemiany.
Ciszo nadchodzących dni...

Tekst i zdjęcia:
Paweł Schulta

Podróże z kaczką: KONKURS „czwartego króla”

We wspomnienie Najświętszej Maryi Panny w sobotę po święcie Objawienia Pańskiego, A.D. 2015




W ramach przygotowań do kolejnej wyprawy natknęliśmy się na taki oto tekst:

„Zamieszkałem w pobliżu katedry na Wyspie św. Ludwika. Po kilku dniach, korzystając z ulgowych biletów niedzielnych pojechałem do Chartres. Tutaj mój los amatora gotyku został przypieczętowany. Korzystałem odtąd z każdej okazji, aby zrealizować szaleńczy plan zwiedzenia wszystkich katedr. Plan nie został oczywiście w pełni wykonany, ale zwiedziłem te najważniejsze. Po tych wyprawach wracałem do Paryża jak z gór i zagłębiałem się w książki w bibliotece na wzgórzu św. Genowefy. Z początku poszukiwałem naiwnie formuły wyjaśniającej cały gotyk. To, co jest w nim zarazem konstrukcją, symboliką i metafizyką. Ale ostrożni uczeni nie dawali jednoznacznej odpowiedzi.”

Pytanie, jakie kieruję do zaszczycających nas swoją uwagą P.T. Czytelników tej rubryki brzmi następująco: Kto jest autorem tych słów, gdzie się ukazały i w jakim stopniu zapowiedziany przez autora plan został zrealizowany? Należy wymienić przynajmniej 5 odwiedzonych przez niego miejsc.

Nagrodę za udzielenie poprawnej odpowiedzi stanowić będzie 5 odbitek fotograficznych z ostatniej wyprawy autora niniejszego quizu. W uznaniu dla wyjątkowo błyskotliwej odpowiedzi nazwisko zwycięzcy zostanie podane do publicznej wiadomości i przejdzie do historii lub też na jego wyraźne życzenie zostanie przechowane w redakcyjnym archiwum z klauzulą najwyższej tajności.

Warunkiem uczestnictwa w konkursie, nazwanym tu z uwagi na trwającą oktawę Epifanii konkursem „czwartego króla”, jest rezygnacja z tzw. drogi na skróty, czyli pozyskania odpowiedzi techniką copy-paste tekstu źródłowego do przeglądarki.

Uznajemy rozwiązania przesłane na nasz redakcyjny adres mailowy. Nagrodę otrzyma autor poprawnej odpowiedzi, którego mail trafi do redakcyjnej skrzynki jako pierwszy.

Zamknięcie konkursu nastąpi o godzinie 00:00 w II Niedzielę po Objawieniu Pańskim, zaś ogłoszenie rozwiązania i wyników – niedługo potem.

Z życzeniami owocnych poszukiwań
Paweł Schulta

Podróży z kaczką część trzecia: Porta caeli

W Środę Suchych Dni Zimowych, A.D. 2014


Zanim przekroczymy granicę oddzielającą świat zewnętrzny od katedralnej nawy, a zapewniamy, że ten moment jest już bliski, udajmy się jeszcze na chwilę do Chartres, miasta położonego około 70 kilometrów na południowy zachód od Paryża.
To właśnie tu, w samym centrum miasta, wznosi się widoczna już z dość znacznej odległości katedra Notre Dame, pierwsza tego imienia na długiej liście kościołów poświęconych Najświętszej Maryi Pannie.
Podstawą maryjnego kultu w Chartres była relikwia zwana „sancta camisia” – suknia, którą miała na sobie Najświętsza Panna w momencie narodzin Zbawiciela.
Kult ten promieniował z Chartres na całą Francję i jeszcze dalej, poza granice królestwa.

Swoją obecną postać otrzymała świątynia po przebudowie starej romańskiej bazyliki, którą strawił pożar, oszczędzając jednak przechowywaną w podziemnej krypcie relikwię. Fakt ten został uznany za cud i natchnął społeczność miasta do budowy jeszcze piękniejszej świątyni, bardziej niż poprzednia godnej czci Tej, która obrała sobie Chartres za siedzibę.

Prace nad odbudową trwały około trzydziestu lat i zostały doprowadzone do końca tak dzięki wyjątkowej determinacji katedralnej kapituły, jak ofiarności mieszkańców miasta, „którzy dobrze rozumieli znaczenie cudownie ocalałego z pożaru skarbu i jego rolę w życiu miasta. Szczególna struktura średniowiecznego życia pozwala przypuszczać, że społeczność Chartres rzeczywiście nie przetrwałaby zagłady relikwii maryjnej; odbudowa kościoła godnego świętej szaty była więc zadaniem tak samo nieodzownym, jak dla pszczelego roju odbudowa swojego ula.” (Otto von Simson, Katedra gotycka) [tłum. popr. przez redakcję]

To tu, w Chartres, niemal dziewięć wieków temu, we wnętrzach szkół katedralnych (były one zaczątkiem przyszłych uniwersytetów) w jedną, choć do dziś wciąż pełną zagadek i domysłów, całość splotły się najwybitniejsze postaci oraz idee chrześcijańskiego antyku i średniowiecza, by ówczesnym architektom dostarczyć narzędzi w postaci praktycznych reguł budowania.

„Ikonografia południowego portalu […] jest wyrazem idei reprezentowanych przez szkołę w Chartres. W tympanonie pojawia się tronująca Maryja z Dzieciątkiem; otaczają ją – w archiwoltach – personifikacje sztuk wyzwolonych, którym towarzyszą słynni starożytni mistrzowie poszczególnych dyscyplin. Jest to pierwsza realizacja tego tematu w rzeźbie architektonicznej. […] Szczęśliwa myśl przyporządkowania tego tematu wyobrażeniu Maryi, ukazanej jako Sedes Sapientiae, ujawnia poniekąd ostateczny cel studiów uprawianych w szkole katedralnej.” (Otto von Simson, Katedra gotycka)
Szkoła w Chartres pragnęła podkreślić teologiczne znaczenie czterech dyscyplin matematycznych, wyobrażając je w alegorycznej postaci w portalu Wcielenia. Przedstawicielom tej szkoły geometria jawiła się jako podstawowa zasada wszelkiego ładu; ona też tylko mogła przekazać zmysłom wizję rzeczywistości absolutnej, której poświęcona jest fasada w Chartres, odzwierciedlająca w sposób jeszcze doskonalszy niż fasada w St-Denis mistyczny charakter świątyni jako „domu Boga i bramy Niebios”. Ukazanego w środkowym tympanonie Chrystusa na Majestacie otaczają chóry aniołów i świętych zespolone harmonią hierarchii niebieskiej. Przy pomocy formuły „miary, liczby i wagi” Teodoryk z Chartres usiłował wyrazić zasadę rządzącą dziełem Stworzenia.


  




Szartryjskie portale, ten królewski, zamykający fasadę od zachodu oraz oba, zamykające skrzydła transeptu, choć stylistycznie różne (ich powstanie dzieli niemal pół wieku) dowodzą wyjątkowego geniuszu artystycznego Mistrza z Chartres. Jego imię nie przetrwało w żadnym z zachowanych dokumentów. Nikt jednak nie poddaje pod wątpliwość jego ścisłych związków z St-Denis i z wcześniejszym od niego projektem opata Sugera. Świadczy o tym choćby sposób ukazania chórów anielskich w archiwoltach portalu południowego, ponad Sądem Ostatecznym. Jest on całkowicie zgodny z hierarchią, jaką opisuje Pseudo-Areopagita.
Będąc w Chartres, warto poświęcić każdą ilość czasu, by „adorować” ów misterny i bogaty w detale, pełen historycznych odniesień i wybiegający ku eschatologicznemu spełnieniu świat „porta caeli”.


Katedra gotycka. Trudno się o niej mówi, trudniej pisze, a najtrudniej chyba fotografuje. Po pokonaniu tego ostatniego ze stopni pozostanie nam przyłożyć palec do ust, by w niemym zachwycie kontynuować podróż przez świat postaci wciąż pełnych życia, naturalnego wdzięku, dostojeństwa, a zarazem prostej radości płynącej z doświadczenia wiary.

Tekst i zdjęcia:
Paweł Schulta

Podróży z kaczką część druga: Ante portas

W święto Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny, A.D. 2014


Po dwóch tygodniach unoszenia się nad wybranymi zagadnieniami architektury, kluczenia pośród teorii objaśniających kontrowersje, swobodnego lotu przerywanego nurkowaniem w przepastną dokumentację podróży kaczki i autora, ponownie lądujemy na gościnnym gruncie bloga, tuż przed wejściem do katedry.
W kilku słowach wypada tu objaśnić, czym owo wejście jest, czym różnią się te drzwi od innych, znanych nam konstrukcji, że tak długo zwlekamy z przekroczeniem progu, że wciąż pozostajemy na zewnątrz?

Czym drzwi katedry nie są? Przede wszystkim dla współczesnych sobie przestają być już tylko trudną do sforsowania przez najeźdźców (a czasy to były bardzo niespokojne) przeszkodą. Drzwi katedry francuskiej w niczym też nie przypominają nam tych, które dziś napotykamy w licznych kościołach Szlaku Królewskiego, idąc Krakowskim Przedmieściem aż do katedry św. Jana czy jeszcze dalej.
Czym więc są?
Tak naprawdę tytułowe „portas katedry gotyckiej zaczynają się znacznie wcześniej: ante – czyli przed progiem i ponad nim.
To właśnie ościeża portalu, które są czymś więcej niż jedynie elementem dekoracyjnym, wyznaczają właściwy początek drogi ku nawie. I moment, w którym dokonasz wyboru – wejść czy jeszcze nie – decyduje o wyjątkowości tej chwili i zapada na długo w pamięć.
To właśnie przydarzyło mi się w St-Denis.


I tam rozpoczyna się też każde prawdziwe spotkanie z gotykiem katedralnym Francji.
St-Denis – miejsce, w którym ze czcią przechowywano relikwie, św. Dionizego, Apostoła Francji, przez długi czas mylnie utożsamianego z uczniem św. Pawła oraz innym Dionizym, nazwanym dla odróżnienia Pseudo-Dionizym  dziś jest jedną z wielu dzielnic wielomilionowej aglomeracji Paryża.
To właśnie tam w związku z budową nowego chóru i fasady powiększanej świątyni romańskiej podjętą przez opata Sugera rozpoczęły się oficjalne dzieje gotyku. Nie sposób pominąć milczeniem dość istotnego faktu, że poszczególne elementy tworzące tzw. gotycki idiom (łuk ostry, sklepienie krzyżowo-żebrowe, dwuwieżowa fasada, przypory na zewnątrz muru) występowały już w leżących na północ od domeny królewskiej Burgundii i Normandii.
Dopiero jednak Suger, postać wybitna nie tylko na tle swojej epoki i niezwykle znacząca także w życiu politycznym królestwa, zaczyna wykorzystywać techniczne zdobycze epoki i łącząc je z metafizyką światła wspomnianego wyżej Dionizego oraz biblijną ideą Miasta Świętego – Nowego Jeruzalem – daje sztuce budowania teologiczne umocowanie i inspiracje na kilka kolejnych wieków.


Otto von Simson w książce Katedra gotycka tak pisze o pomyśle opata: „drzwi katedry miały być pojmowane jako «próg»; przekraczając go opuszcza się sferę życia doczesnego i wstępuje w świat wieczności. Cały program ikonograficzny jej dekoracji podporządkowany jest tej właśnie idei. W narożach tympanonu przedstawiającego Sąd Ostateczny widnieją dwie małe figurki kobiece. Są to niejako przewodniczki Panien Mądrych i Głupich, przedstawionych poniżej w ościeżach portalu. Po lewicy Chrystusa Panna Głupia dotarłszy z lampą do bramy Raju zastaje ją zamkniętą. Rozpaczliwym, proszącym gestem uchwyciła kołatkę: lecz błaga nadaremnie, brama nie otworzy się. Po drugiej stronie, po prawicy Chrystusa, przewodniczka Panien Mądrych pojawia się w strzeżonej blankami budowli, obrazującej niewątpliwie Miasto Niebieskie, do którego została wpuszczona. Ten ikonograficzny pomysł Sugera miał się okazać doniosły w skutkach z punktu widzenia ikonografii i symboliki gotyckiej rzeźby katedralnej. Przypowieść o Pannach Mądrych i Głupich pojawiła się już wcześniej (w Poitou), przedstawiona tam jednak została w archiwoltach, a nie w ościeżach portalu.” [tłum. popr. przez redakcję]
Suger włączył figury Panien w obramienie otworu drzwiowego, odnosząc ów temat do sceny Sądu Ostatecznego w tympanonie. Związał w ten sposób eschatologiczną przypowieść z symboliką Bramy Niebios, któremu to tematowi podporządkowana zostaje cała fasada. Motyw bramy jako symbolu pojawia się w jeszcze innym miejscu. Ten, kto wkraczał do świątyni Sugera – mistycznego obrazu nieba – zostawał wezwany do pozostawienia za sobą świata doznań zmysłowych, a raczej – do pojmowania odtąd każdego przedmiotu jako znikomego odbicia wiecznej rzeczywistości.

Motyw „progu” uprzytamnia również napis, jaki Suger umieścił na (pierwotnie) złoconych drzwiach:

„Kimkolwiek jesteś, jeżeli pragniesz głosić chwałę tych drzwi,
Nie patrz na złoto ni koszta, lecz na mistrzostwo roboty.
Jasne jest dzieło szlachetne, a dzieło szlachetnie lśniące
Ludzkie umysły oświeca, by poprzez światło prawdziwe
Do prawdziwego szły światła, gdzie Chrystus prawdziwe wrota.
A jak to w tym świecie możliwe, brama wskazuje złota:
gnuśny umysł do prawdy przez materialne rzeczy się wznosi,
a widząc to światło, wpierw pogrążony, dźwiga się w górę.”

Tekst i zdjęcia:
Paweł Schulta

Podróży z kaczką część pierwsza: Ex-Cathedra

W środę po XXI Niedzieli po Zesłaniu Ducha Świętego, A.D. 2014 


Tak, zgadłeś. To będzie rzecz o tym, że stoję wyżej. Wyżej od Ciebie, który teraz czytasz te słowa. Ale żebyś nie poczuł się ani pomniejszony, ani, kiedy już wyjaśnię istotę dzielącej nas różnicy – nazbyt spokojnie, dodam, że i ja, pisząc te słowa, czuję się jakby trochę mniejszy: jak książka wciśnięta na najniższą z półek regału; tam, gdzie trzyma się zwykle komiksy lub prasę.
Uczucie podobne do tego, które towarzyszy człowiekowi, gdy chodzi, a chciałby latać, chciałby iść, a musi stać. Irytacja będąca rezultatem uświadomionej niemożności. Bezradność.
Tak, bo cały ten wewnętrzny dialog pomiędzy mną a Tobą jest (i pozostanie zapewne) zaledwie próbą odmalowania pewnego stanu ducha.

I cały dramat, że możemy się minąć, zasadza się na tym, że próbuję opowiedzieć Ci o czymś, co dane jest człowiekowi wyłącznie w doświadczeniu. Więc wyobraź sobie jeźdźca, oglądającego krajobraz z wysokości siodła. Pokonując tę samą drogę na piechotę, pozbawiony będziesz pewnej dynamiki, jaką niesie ze sobą oglądany widok, ekspresji, z jaką otaczające Cię przedmioty oddziałują na Ciebie.
Na przeżycia, które przywiodły mnie w okolice tego przyjaznego bloga, składa się jeszcze jeden element, najważniejszy i zapewne dlatego najtrudniejszy w opisie.
Słowo pisane nie posiada bowiem tego waloru, co język żywy, gdy mowa wzbogacona jest gestami, twarz – mimiką, słowem, ekspresją bliską grze aktorskiej.
Pozwól zatem, że przywołam na pomoc kogoś, kto w sposób prawie genialny i wzbogacony historyczną wiedzą opowiedział o tym wszystkim prosto i prawdziwie, tak, że piękniej już się chyba nie da.
Georges Duby, bo o nim tu mowa, pisze w Czasach katedr:
„Przychylność monarchii i kleru nadała sztuce Francji piętno pogody. Powoli nauczyła ją uśmiechu, obdarzyła ją wyrazem radości. Że zaś sama osoba króla zespala w sobie ściśle sacrum i profanum i dokonuje cudownego połączenia tego, co doczesne z tym, co ponadczasowe, radość ta nie jest jedynie ziemska.
Sztuka katedr pełnię swą osiąga w głoszeniu chwały Boga Wcielonego i wyrażaniu spokojnego zespolenia Stwórcy z tym, co stworzył. W ten sposób przenosi się [ona] w sferę przeżyć ponadzmysłowych i rzeczywiście sakralizuje radość życia, jakiej doznawali rycerze galopujący wśród kwiecistych łąk i żniwnych pól i tratujący je beztrosko.”



Nie pamiętam chwili, kiedy zeskoczyłem z wirtualnego siodła literackich uniesień. Wiem tylko, że od momentu, gdy już jako „duży chłopiec” wsiadłem na rower, zacząłem rozglądać się za możliwością realizacji pomysłu, który wcześniej, z wielu powodów, jawił mi się jako leżący poza granicami moich możliwości.
I gdy tylko nadarzyła się sposobność, gdy wszystkie elementy planu „ułożyły się i weszły” na swoje miejsce, pomknąłem przed siebie za nic mając napotykane po drodze przeszkody. I tak od kilku lat co roku wyprawiam się w kolejną podróż, powodowany wciąż tym samym pragnieniem: ujrzeć na własne oczy francuską katedrę, ten dom Boga na ziemi, przedsionek niebieskiego Jeruzalem.
By doświadczyć...

To właśnie katedrę gotycką chcielibyśmy ukazać tu w całej jej krasie. W jej (prawie) niepoliczonej liczbie odsłon.
Po co?
Choćby po to, by odwzajemnić to pierwsze spojrzenie, które rzuciła ona w moją stronę, sprawiając, że za Księciem poetów mogę powiedzieć: „uwiodła mnie na zawsze i bez wybaczenia”.
Katedra. Gotycka, francuska, królewska.

Tekst i zdjęcia:
Paweł Schulta