Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psy. Pokaż wszystkie posty

To nie jest wojna z psami!


To wojna z ludźmi,
którzy trzymają psy w blokach i wielorodzinnych domach w mieście.

To wojna z ludźmi, 
którzy zakładają, że osoba odwiedzająca dom, w którym zaprowadzono zwierzę, nie marzy o niczym innym, jak tylko o tym, by obwąchiwało ono gościa, obdrapywało, ocierało się o niego - słowem "zaprzyjaźniało się" - bez pytania gościa o to, czy sobie tego życzy.

To wojna z ludźmi, którzy zapałali do zwierząt tak chorą i wypaczoną "miłością", że stali się chorobliwie samolubni - przestali zwracać uwagę na to, że ujadający pies przeszkadza staruszce, dziecku w mieszkaniu obok, nierzadko straszy ich; nie liczą się z tym, że ktoś inny niż oni sami może się ich zwierzęcia bać, nie ufać mu. Są niekiedy gotowi wybaczyć zwierzęciu więcej niż własnemu dziecku.

To wojna z hordami kretynów, którzy włóczą się po mieście wespół ze swymi czworonogami albo puszczają je samopas i narażają przechodniów na niechciany kontakt ze zwierzyną, której są posiadaczami.
 
Czujesz, że ten tekst uderza w Ciebie?
Uderz w stół...

Jeźlim źle rzekł, daj świadectwo o złem;
a jeźliż dobrze, czemu to, com napisał, krytykujesz?

Hołota wiejska, hołota miejska

Poszukiwani w związku z tym, że
wchodzą z CHORYM psem do parku
i puszczają go tam, gdzie bawią się dzieci


LIST OD NASZEGO CZYTELNIKA, P. PAWŁA BOROWSKIEGO

Droga Redakcjo!

Zeszłej niedzieli byłem w parku. Moją uwagę zwróciła pani, która chodziła z psem po terenie, gdzie bawią się dzieci. Z odległości widziałem, że doszło do wymiany zdań z którymś z rodziców. Potem właścicielka oddaliła się z psem.

Następnego dnia spotkałem w tym samym parku mężczyznę, który wziął udział w sprzeczce. Przywitałem się, powiedziałem, że widziałem, że coś zaszło i zapytałem, czy mógłby powiedzieć, o co poszło. Pan Robert z chęcią i pasją opowiedział. Było tak...

OPOWIEŚĆ PANA ROBERTA

Byłem w parku z żoną i dzieckiem. Jest tam duży plac zabaw dla dzieci. Obowiązuje całkowity zakaz wprowadzana psów do parku. Wtem patrzę – babsko z psem! Łazi sobie jakby nigdy nic po trawniku. No to pytam ją, czy nie widziała zakazu. Babsko zaczyna pyskować i mówi, że PIES NIKOMU KRZYWDY NIE ZROBI, BO JEST CHORY, a poza tym co się czepiam, BO jak ona z nim tu chodzi NIKT NIGDY NIE REAGUJE. Potem dodaje, że jak chcę, to mogę sobie zadzwonić na policję. Tego wszystkiego słuchają moja żona i dziecko. W końcu babsko sobie idzie (z psem).

Wracamy z żoną i dzieckiem, jesteśmy już przy wyjściu z parku. Babsko idzie w towarzystwie gościa, który przez cały czas wymiany zdań siedział na ławce obok i nie reagował. I w towarzystwie psa – a jakże! Żona i dziecko w bezpiecznej odległości; podbiegam do babska i jej kompanów. Robię zdjęcia. Baba się wścieka. Rzuca się na mnie, wyzywa. Oddalam się pośpiesznie.

Pan Robert udostępnił mi zdjęcia z zajścia. Załączam do ew. wykorzystania przez Redakcję.

Zrobiło mi się bardzo głupio, że tylko przyglądałem się sytuacji i nie wspomogłem Pana Roberta. Nikt inny też tego nie zrobił. Następnym razem postaram się zareagować.

Pozdrawiam
Paweł Borowski


FOTOGRAFIE P. ROBERTA:







Komentarz WiWo:

Zapoznaliśmy się z historią opisującą, jak przypuszczamy, współczesną hołotę – w najgorszym tego słowa znaczeniu – wiejską, która, przeprowadziwszy się do miasta, przedzierzgnęła się w hołotę miejską.

List p. Pawła i relacja p. Roberta prowadzą nas do następujących obserwacji:

Narażający bezpieczeństwo dzieci oraz nasze chamscy właściciele psów czują się bezkarni (→ uwaga o wzywaniu policji). Charakterystyczne, że p. Robert z naprawdę agresywną reakcją (próbą bezpośredniej agresji fizycznej oraz agresją słowną) spotkał się dopiero w chwili, gdy zaczął robić zdjęcia. Czyli ten argument przemawia nawet do takich tępaków pozbawionych wyobraźni osobników, którzy gotowi są puszczać między malutkie niejednokrotnie dzieci psa (na domiar CHOREGO).

Brak reakcji ze strony p. Roberta oraz kogokolwiek innego może stanowić smutną ilustrację wygłoszonej przez jednego z bohaterów W samo południe tezy, że "ludziom w głębi serca jest wszystko jedno. Po prostu im nie zależy". Ale przecież ICH bawiącym się w parku dzieciom pies (w szczególności zaś CHORY pies) również zagraża. Chyba że faktycznie IM to nie przeszkadza...

Ciekawa wydaje się w opisie wydarzenia pasywno-humorystyczna postawa człowieka w czerwonym polo. Właściwie nie angażuje się on w spór, a nawet traktuje całą sytuację z lekkim przymrużeniem oka – świadczy o tym np. fakt, że macha do aparatu (podczas gdy jego towarzyszka z wykrzywioną grymasem twarzą najwyraźniej szykuje się do ataku na fotografa).

Nie jesteśmy sami

Dlaczego tak często krępujemy się powiedzieć, że nie odpowiada nam terror licznych właścicieli psów? Odczuwamy pewien dyskomfort nawet wtedy, gdy podczas wizyty u krewnych czy znajomych już od progu podbiega do nas ich zwierz i szuka z nami bezpośredniego kontaktu fizycznego. Co to – już bliskim wstydzę się zwrócić uwagę? No, ale skoro nie reaguję na terror ze strony obcych...

Ile jest osób, które dokładnie tak samo jak my uważają, że mają prawo do wolności od psiego terroru – ale głośno tego nie powiedzą? Niech nas (w końcu) usłyszą!

Jak z bydlakiem z bydlakiem

Ujadactwo i hauhanie. Bieganie bez smyczy i warczenie na mijanych ludzi. Straszenie przechodniów. Narażanie ich na niechciany kontakt. I beztroskie komentarze właścicieli: "On nie gryzie!".

Do popełnienia niniejszego wpisu skłania mnie obserwacja kolejnej utarczki z udziałem dwunogiego właściciela czworonoga, który to (dwunóg) uchodzi (przynajmniej we własnych oczach) za przedstawiciela gatunku homo sapiens.

Parkowe ławki. Na jednej matka z dzieckiem. Na drugiej - młoda dziewczyna. Podbiega do niej latający bez smyczy i kagańca zwierz mający w kłębie jakieś pół metra. Dziewczyna odruchowo zasłania się, pies kręci się wokół niej. Wreszcie odbiega. (Właściciel nie reaguje).

Ciąg dalszy historii: na trzeciej ławce siedzi kolejny typ z psem. Również bez żadnych środków kontroli nad zwierzęciem. Ono zaś biegnie w kierunku wspomianego półmetrowca. Dołącza do nich jeszcze jedna bestia, nad którą jej właściciel też nie panuje. Rozpętuje się szczekanina. Jazgot zbliża się w stronę ławki z matką z dzieckiem.

Motywowany zasadą prewencji [lepiej zapobiegać (pogryzieniu, narażeniu na pogryzienie, zdenerwowaniu matki i dziecka etc.) niż leczyć] mężczyzna kieruje się w stronę właścicieli zwierzyny i stwierdza krótko: "Weźcie te psy na smycz!".

Jeden z idiotów (z przeproszeniem prawdziwych idiotów) odzywa się:

"On nie gryzie!"

Cóż odpowiedzieć półmózgowi na takie dictum?

"Ale ja gryzę!"

I ugryźć.

_____

Nawet gdyby chodziło o zupełnie małego psa, nawet gdyby chodziło o siedzącego na ławce dwumetrowego kafara, zasada pozostaje niezmienna. Mam prawo nie życzyć sobie jakiegokolwiek kontaktu z posiadanym przez innego człowieka zwierzęciem i psim obowiązkiem właściciela jest uszanować to moje prawo. Wara zwierzętom ode mnie i od moich bliskich! Chcesz, durniu jeden z drugim, żeby twój sierściuch lizał po twarzy twoje półroczne dziecko, "bawił się" z nim, znaczył włosiem pokoje, obdrapywał drzwi... W domu se na to pozwól! I zadbaj o to, aby trzymany przez ciebie kundel nie przeszkadzał sąsiadom skamleniem, szczekaniem, warczeniem tudzież innymi właściwymi sobie odgłosami.

Tak, powyższe słowa są w pewnej mierze dyktowane emocjami - ale tylko w sferze leksykalnej. Czy zdołamy zarzucić coś ich zasadności?

Wszystkie zwierzęta obrażone określeniami "sierściuchy" i "kundle" serdecznie przepraszamy i wymierzamy owe określenia (dla efektu wzmocnione w dwójnasób: "bezmózgie sierściuchy" i "parszywe kundle") w ich właścicieli.

_____

Jeszcze co do meritum: ponieważ uzasadnione jest bronienie się przed atakiem, a w przypadku bezrozumnego zwierzęcia i jeszcze bardziej bezrozumnego jego właściciela również atak prewencyjny na stwarzających niebezpieczeństwo, za całkowicie uzasadnione i pożądane uznaję stosowanie wobec takich bydlaków agresji werbalnej i fizycznej. Jeśli do durnia nie przemawiają argumenty słowne, trzeba mu je wbić do głowy (czytaj: pustej łepetyny) łopatą, gazem albo innym, jeszcze skuteczniejszym narzędziem.

Franz Maurer musi umrzeć

We wspomnienie Chrztu Pana Naszego Jezusa Chrystusa, A.D. 2015

Ilustracja: Sztukmistrz według pomysłu Autora tekstu

Filmowa postać Franza Maurera to pewien symbol. Początek lat dziewięćdziesiątych, czasy tak zwanej transformacji ustrojowej, to czasy, które miały niepowtarzalną szansę, aby dać nowemu pokoleniu wzór do naśladowania. A co dały? Idolem dla nowego pokolenia został bandyta. Nawet nie tyle bandyta, co esbek. Człowiek-ruina w każdym calu. Franz Maurer to wręcz synonim nihilizmu. W imię jakich zasad podejmuje swoje działania? Ja po ponad dwudziestu latach wciąż nie wiem. A przecież doskonale pamiętam – każdy z moich rówieśników chciał być Franzem, a nie frajerem – Nowym. Nowy to kuriozum, które pojawia się w dobrze działającym systemie „spoko gości”. Nie tylko on zresztą. Także przedstawiciele Chrześcijańskiej Unii Jedności. Śmieszni, żałośni, ale przede wszystkim szkodliwi. Przeszkadzający w dobrej zabawie grupie sympatycznych, „swojskich” chłopaków. Bandzior, esbek, symbol największego upadku człowieka, staje się w filmie Pasikowskiego kimś godnym naśladowania, kimś, kto prawidłowo odczytał sens życia (być może polegający na bezsensie). Ci, którzy w skrajnie trudnych warunkach próbują przeciwstawić się złu, to z kolei frajerzy, naiwniacy, mydłki, których działanie może sprowadzić tylko nieszczęście i tragedię.

Szkoda, że mojemu pokoleniu dano taki wzór „cnót”.

Film Psy to antywestern. To gloryfikacja bandyty i pokazanie go jako wzoru dla młodzieży. To demonstracja zwycięstwa Franka Millera nad Willem Kane’em. U Pasikowskiego usiłujący walczyć ze złem może i idą samotnie do pojedynku (jak grany przez Gary’ego Coopera szeryf), ale przegrywają go w upokarzający sposób. Zostają wyśmiani i wyszydzeni.

Nie warto ich naśladować. Warto nie wierzyć w nic, warto być „zwykłym bandytą”.

Dlatego film Psy mnie razi i uważam go wręcz za szkodliwy. Uczynił bowiem krzywdę mojemu pokoleniu. Ono bowiem jak mało które powinno zrozumieć, że to „sentymentalna panna S” jest godna naśladowania. To jej ideały są czymś, czemu warto się poświęcić. Nasza sympatia winna być z przyłapanym na nieudolnym dokumentowaniu palenia teczek przez bandytów z resortu, pobitym i wyśmianym Nowym. W filmie stało się inaczej. Nowy został zdeprawowany. Wytłumaczono mu, że lepiej się przyłączyć.

Psy to także anty-Trylogia. Sienkiewicz krzepił serca pokazując, że warto być przyzwoitym, nawet w obliczu klęsk. Pasikowski odbiera nadzieję. Pokazuje, że nie warto. Lepiej dać się wtłoczyć w system, niż naiwnie z nim walczyć.


Jerzy Juhanowicz

Psy, koty i inne istoty

W święto św. Franciszka Ksawerego, Wyznawcy, A.D. 2014


I always like a dog so long as he isnt spelled backward.
~ G.K. Chesterton, The Oracle of the Dog


Fotoreportaż i dynamiczna dyskusja redakcyjna

 
 Wszystkie cztery ogłoszenia wisiały tego samego dnia na tej samej tablicy




– Na co pies w mieście? Pies się męczy. Pies się męczy w mieszkaniu. Pies nie ma się gdzie wybiegać. Czy pomyślałeś o tym, szanowny właścicielu, któremu rzekomo leży na sercu dobro twojego pupila?
– Zdechł pies!
– Na miejsce!
– Gdzie jest miejsce zwierzęcia? Na wsi. W budzie. W oborze. Na polu.
– Za to w mieście organizuje się teraz takie hece, że ludzie ślub biorą i na zaproszeniach winszują sobie, aby zamiast kwiatów składać datki na schronisko dla bezdomnych koni!
– Bezdomnych? Chyba bezstajennych?
– Inni chcieli karmę dla zwierząt! Powariowali!
– W Warszawie na Marszałkowskiej widziałem świnię! [Część interlokutorów kręci z niedowierzaniem głowami] Nie, nie... Regularny prosiak. Parzystokopytny, różowy, z ryjem. Jakiś chłopak go prowadził. Na smyczy!!
– Też widziałem! Ale ten na ulicy był mały. A do metra wsiadł raz koleś z knurem. Normalnie sto kilo żywej wagi.
– To znaczy knur (a nie koleś) ważył sto kilo? – upewniła się Łusia.
– Tak – potwierdzono.
– Przemywanie oczu, czesanie, siatka bezpieczeństwa, umowa adopcyjna... Czy ktoś tu czasem nie zwariował? W Polsce wciąż morduje się dzieci nienarodzone. Czy w ich obronę włączamy się przynajmniej z takim samym zaangażowaniem co w zapewnienie bezpieczeństwa i komfortu zwierzętom?


W epilogu Pana Tadeusza czytamy o tym, że w Polsce „po psie płaczą szczerze / I dłużej niż tu [w Paryżu] lud po bohaterze”. Mickiewicz nie potrzebuje wspominać, że Polak smuci się po śmierci CZŁOWIEKA bardziej niż po śmierci zwierzęcia – jest to dla niego oczywiste. A dla nas?


„Tutaj pies napije się wody”. A przy okazji obwącha klientów, otrze się o nich tymi częściami ciała, które wytarzał w nie wiadomo (lub gorzej: wiadomo) czym, poślini się na posadzkę, poociera się o rośliny, wesoło warknie... – tego już nie piszą.


– Gdyby na ulicy podszedł do nas człowiek i zaczął ocierać się o nasze nogawki, chwytać za nie zębami albo obśliniać nasze odzienie, mielibyśmy pełne prawo potraktować to jako agresję i bronić się przed takim zachowaniem. Gdy robi tak zwierzę (zazwyczaj przy bierności właściciela), kładziemy uszy po sobie.
– Czytałem kiedyś artykuł, którego autor opisał, jak postępuje w wypadku agresywnego zachowania zwierzęcia: najpierw w mordę dostaje pies, zaś jego właściciel – jeśli się stawia – w następnej kolejności.
– Problem pojawia się, gdy psa prowadzi kobieta...
– Nierzadko to pies prowadzi kobietę. Patrząc na to, zadajemy sobie pytanie: czy ludzie faktycznie bywają tak nieodpowiedzialni, żeby wychodzić na ulicę ze zwierzęciem, nad którym nie panują?
[Miało być retoryczne, ale malkontent stawia kropkę nad „i”:]
– Tak, bywają.


„Jedna dziewczynka i dwóch chłopców”...


...skoro zwierzęta zaczynamy traktować jak ludzi,
nie dziwi, że ludzi zaczynamy traktować jak zwierzęta.

_____
Fotografię z dzieckiem na smyczy zrobił Jerzy Juhanowicz; pozostałe zdjęcia: Paweł Antoniewicz.