Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chesterton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chesterton. Pokaż wszystkie posty

Gilbert Keith Chesterton "Maska Midasa"

-----------------------------
Wirtualne Wydawnictwo WiWo szuka realnego (papierowego) wydawcy niniejszego tekstu, który byłby gotów wynagrodzić godziwą zapłatą osoby, które przyczyniły się do jego powstania. Zainteresowanych prosimy o kontakt mailowy na adres
 wirtualnewydawnictwowiwo[malpa]gmail.com
-----------------------------


Przed małym sklepem stał mężczyzna – stał tak sztywno jak drewniany Highlander1 przed utrzymanym w starym stylu składem tytoniu. Trudno było uwierzyć, że ktokolwiek poza właścicielem mógłby stać przed sklepem tak niewzruszenie; lecz sklepikarza i jego sklep charakteryzowało niepodobieństwo bez mała groteskowe. Sklep był bowiem jedną z tych pełnych gratów jaskiń, które dzieci i ludzie bardzo mądrzy badają z roziskrzonymi oczami niczym baśniową krainę, ale które wiele osób charakteryzujących się gustem bardziej uładzonym, by nie rzec: banalnym, niezdolnych jest odróżnić od śmietnika. Krótko mówiąc, w swoich lepszych momentach sklep ów mienił się składem osobliwości, lecz dużo częściej ludzie określali go mianem składu odpadków – zwłaszcza trzeźwo myśląca i krzątająca się w handlowym zgiełku ludność przemysłowego miasta portowego, gdzie sklep – na jednej z podlejszych ulic – się znajdował. Przed tymi, którzy w takich rzeczach gustują, nie trzeba rozwijać opowieści o mieszczących się w sklepie skarbach, mimo że istnieniu najcenniejszych spośród nich trudno byłoby przypisać jakikolwiek cel. Maleńkie modele fregat zamknięte w kulach ze szkła, kleju albo jakiejś dziwacznej orientalnej żywicy; kryształowe kule, wewnątrz których burze śnieżne spadają na przyjmujące to z kamienną obojętnością figurki ludzi; olbrzymie jaja, które mogły zostać zniesione przez prehistoryczne ptaki; niezgrabne tykwy, które mogły napęcznieć raczej od trucizny niż od wina; dziwaczny oręż, dziwaczne instrumenty muzyczne i reszta dziwactw; wszystko tonące w coraz głębszym kurzu i nieporządku. Stojący przed takim sklepem stróż z powodzeniem mógłby być jakimś zniedołężniałym Żydem, mającym w sobie coś z godności i długiej szaty Araba, albo jakimś tropikalnej urody Cyganem o cerze barwy mosiądzu, obwieszonym złotymi i mosiężnymi kółkami. Lecz stojący na warcie stanowił taką niezwykłość, że aż budził zdumienie. Był chudym, energicznym młodzieńcem odzianym w schludne ubranie skrojone na modłę amerykańską; miał pociągłą twarz o dość surowych rysach – tak często spotykaną u Amerykanów irlandzkiego pochodzenia. Jedno oko zasłaniał mu przekrzywiony kowbojski kapelusz, z kącika jego ust zaś wystawało pod ostrym kątem śmierdzące pittsburskie cygaro. Gdyby w tylnej kieszeni spodni trzymał pistolet, nikogo, kto mu się przypatrywał, nie zdziwiłoby to zanadto. Umieszczone nad wejściem do sklepu niewyraźne litery układały się w napis: „Denis Hara”.
Tak się złożyło, że ci, co się przypatrywali, byli ludźmi o pewnym znaczeniu – może nawet znaczyli coś dla niego. Lecz nikt nie odgadłby tego, patrząc na jego kamienną twarz i wymizerowaną sylwetkę. Spośród tych, co się przypatrywali, najbardziej rzucał się w oczy pułkownik Grimes, naczelnik policji w hrabstwie. Tyczkowaty mężczyzna z długimi nogami i podłużną twarzą; darzony zaufaniem przez tych, którzy dobrze go znali, lecz niezbyt lubiany wśród przedstawicieli własnej klasy społecznej – zdradzał bowiem wyraźne oznaki, że interesuje go bycie raczej policjantem niż dżentelmenem z prowincji. Krótko mówiąc, naczelnik popełnił subtelny grzech przedkładania naczelnictwa nad hrabskość. To dziwactwo wzmagało jego wrodzoną milkliwość; był, nawet jak na uzdolnionego detektywa, niezwykle małomówny i skryty w kwestii swoich planów i tego, co udało mu się wykryć. Jego dwaj towarzysze, którzy dobrze go znali, byli tym bardziej zaskoczeni, gdy zatrzymał się przed człowiekiem z cygarem i przemówił głosem donośnym i wyraźnym, bardzo rzadko słyszanym z jego ust publicznie:
– Zwykła uczciwość wymaga, abym poinformował pana, panie Hara, że moi ludzie otrzymali informację, która daje podstawy do uzyskania przeze mnie nakazu przeszukania pańskiego lokalu. Może się okazać – taką żywię nadzieję –że nie będzie to konieczne, ale muszę pana ostrzec, że prowadzimy stałą obserwację pańskiego lokalu; sprawdzamy, czy nikt nie szykuje się do odlotu z tego miejsca.
– Wszyscy chcecie się dobrać do jednego z moich zatopionych w żywicy stateczków? – dociekał ze spokojem pan Hara. – Cóż, pułkowniku, nie chciałbym ograniczać w jakikolwiek sposób waszej pełnej swobód i prześwietnej brytyjskiej konstytucji, ale mam spore wątpliwości, czy wolno się wam tak po prostu włamać do mojego małego szarego domku2.
– Przekona się pan, że nie rzucam słów na wiatr – odparł pułkownik – prawdę mówiąc, udaję się prosto do dwóch spośród sędziów, których podpisy są potrzebne, aby uzyskać nakaz przeszukania.
Twarze dwóch mężczyzn stojących za plecami naczelnika policji przybrały, każda we właściwy sobie ledwo dostrzegalny sposób, wyraz lekkiego zdumienia. Inspektor Beltane, ciemnowłosy mężczyzna słusznej postury, w swej pracy rzetelny, nawet jeśli cokolwiek powolny, wyglądał na nieco oszołomionego, gdy jego przełożony gwałtownie się odwrócił. Trzeci mężczyzna był krępy i rozrosły, miał czarny kapelusz duchownego i okrągłą czarną figurę duchownego, jak również okrągłą twarz, na której aż do tej chwili malowała się senność; lecz między jego przymrużonymi powiekami dostrzec było można ostrzejszy błysk; on także wpatrywał się w naczelnika policji – nie tylko w osłupieniu wszakże, ale raczej jak gdyby nagle przyszła mu do głowy jakaś nowa koncepcja.
– Posłuchajcie, panowie – powiedział pułkownik Grimes – z pewnością będziecie chcieli zjeść lunch; szkoda byłoby tak ciągać was ze sobą po godzinie trzeciej. Tak się składa, że pierwszy człowiek, z którym chcę się spotkać, przebywa w banku, który właśnie mijamy; zaraz obok znajduje się całkiem przyzwoita restauracja. Gdy tylko usadzę was przy jakiejś paszy, udam się pędem do kolejnego człowieka, który przebywa zaledwie ulicę dalej. I bankier, i ów drugi sędzia pokoju, do których chcę udać się w tej części miasta, szczęściem mieszkają blisko siebie. Bankier zrobi to, czego chcę, od ręki; wejdziemy więc do niego od razu i na początek załatwmy tę sprawę.
Szereg drzwi zdobnych szkłem i złoceniami prowadził ich poprzez labirynt korytarzy w Banku Casterville and County, naczelnik zaś szedł prosto do świętego świętych, z którym zdawał się dość obznajomiony. Znalazł tam sir Archera Andersona, słynnego publicystę na tematy finansowe i organizatora, a nadto kierownika tego i wielu innych wielce szacownych przedsiębiorstw bankowych; poważnego i pełnego gracji starszego dżentelmena o siwych kręconych włosach i siwej szpiczastej brodzie, przyciętej na modłę dość staroświecką; ale poza tym odzianego w ubrania stonowane, lecz zgodne z obowiązującą modą. Rzut oka na sir Andersona skłaniałby ku myśli, że – podobnie jak naczelnikowi – sprawy hrabstwa nie są mu całkiem obce; zdawał się jednak dzielić coś z przekonania naczelnika o przedkładaniu pracy nad zabawę. Przesunął na stronę potężną bryłę dokumentów i wygłosił słowo powitania, wskazując krzesło i sugerując gotowość do robienia interesów bankowych w dowolnej chwili.
– Obawiam się, że nie chodzi o interesy bankowe – powiedział Grimes – ale, tak czy siak, interes, jaki mam, nie przeszkodzi panu w robieniu interesów dłużej niż przez minutę czy dwie. Jest pan sędzią pokoju, prawda? Otóż prawo wymaga ode mnie, abym dysponował podpisami dwóch sędziów pokoju, by uzyskać nakaz przeszukania lokalu, który – jak mam podstawy przypuszczać – jest bardzo podejrzany.
– Doprawdy? – rzekł uprzejmie sir Archer. – O jakiego rodzaju podejrzenie chodzi?
– Cóż – odpowiedział Grimes – to dość osobliwa sprawa i, powinienem dodać, całkiem nowa w tych stronach. Rzecz jasna, mamy, można tak powiedzieć, swoją własną małą populację przestępców oraz – jest to coś zupełnie szczególnego i dużo bardziej naturalnego – obserwujemy tę zwyczajną skłonność wyrzutków do trzymania się razem, nawet trochę poza prawem. Wydaje mi się jednak, że ten człowiek, Hara, który z pewnością jest Amerykaninem, jest również amerykańskim gangsterem. I to nie byle jakim – ma do dyspozycji machinę przestępczą, która działa na skalę w tym kraju praktycznie nieznaną. Po pierwsze, nie wiem, czy zna pan najnowsze doniesienia dotyczące tej okolicy?
– Z dużym prawdopodobieństwem nie – odparł bankier z cokolwiek oziębłym uśmiechem. – Nie jestem zbyt oświecony w kwestii doniesień policyjnych; przybyłem tu całkiem niedawno, aby przyjrzeć się sprawom tej filii. Wcześniej byłem w Londynie.
– Wczoraj uciekł skazaniec – powiedział poważnie pułkownik. – Wie pan, że na bagnach, milę czy dwie od miasta, znajduje się duża kolonia karna. Doprawdy spora liczba ludzi odsiaduje tam wyroki – ale jest ich tam o jednego mniej niż przedwczoraj.
– Nie jest to z pewnością nic niesłychanego – odparł sir Archer. – Więźniowie niekiedy uciekają z więzienia, prawda?
– Zgadza się – przyznał naczelnik policji. – Być może nie byłoby to tak nadzwyczajne samo w sobie. To, co jest nadzwyczajne, to fakt, że człowiek ten nie tylko uciekł, ale zniknął. Więźniowie uciekają z więzienia, ale prawie zawsze trafiają tam z powrotem albo przynajmniej mamy jakieś pojęcie o tym, w jaki sposób udało im się zbiec. Ten człowiek nagle i po prostu wyparował, jak zjawa albo jakiś duszek, kilkaset metrów od bram więzienia. Otóż ze względu na moje sceptyczne nastawienie i wątpliwości co do tego, czy naprawdę jest on zjawą lub duszkiem, muszę polegać na jedynym możliwym wyjaśnieniu naturalnym. A jest ono takie, że uciekinier został w trybie natychmiastowym uwieziony samochodem, stanowiącym niemal z pewnością część całej floty automobili, nie mówiąc już o szpiegach i spiskowcach realizujących cały plan. Otóż uważam za pewne, że jego przyjaciele i sąsiedzi, jakkolwiek mocno mogą się z nim solidaryzować, nie byliby w stanie zorganizować czegoś takiego. Uciekinier jest dosyć ubogim człowiekiem, oskarżanym o kłusownictwo; wszyscy jego przyjaciele to biedacy, a większość z nich prawdopodobnie także kłusuje; nie ma też wątpliwości, że zabił gajowego. Uczciwie będzie przyznać, że niektórzy sądzili, iż należy to nazwać raczej nieumyślnym zabójstwem niż morderstwem – faktycznie, musieli złagodzić wyrok do długoletniego więzienia; od tego zaś czasu, przypuszczalnie po ponownym, rzetelniejszym rozpatrzeniu sprawy, skrócili karę do stosunkowo niedługiej. Ktoś jednak skrócił ją teraz dużo bardziej. I to w taki sposób, który oznacza pieniądze i paliwo i praktyczne doświadczenie w przeprowadzaniu takich akcji; z pewnością nie zdołałby zrobić tego samodzielnie, a żaden z towarzyszy jego doli też nie zdołałby tego zrobić. Otóż nie będę zawracał panu głowy szczegółami tego, co udało nam się wykryć, ale jestem całkiem pewien, że centrala tej organizacji mieści się w tym malutkim sklepie z rupieciami za rogiem; nasza jedyna szansa to natychmiast zdobyć nakaz przeszukania. Rozumie pan, sir Archerze, że nie zobowiązuje to pana do niczego więcej ponad udział we wstępnym przeszukaniu; jeśli człowiek w sklepie jest niewinny, możemy zupełnie swobodnie to zeznać; lecz mam pewność, że należy to wstępne przeszukanie przeprowadzić, a do tego muszę mieć podpisy dwóch sędziów pokoju. To dlatego zabieram panu czas, przekazując doniesienia policyjne, świadom, jak jest on cenny w dziedzinie doniesień finansowych. Jeśli sądzi pan, że może taki dokument podpisać, mam go przy sobie; nie będzie już żadnego usprawiedliwienia dla dalszego zakłócania pańskich zadań w dziedzinie finansów.
Położył przed sir Archerem Andersonem kartkę; ten, przeczytawszy ją błyskawicznie, ale ze znamionującym nawyknienie do odpowiedzialności marsem na czole, wziął do ręki pióro i podpisał dokument.
Naczelnik policji podniósł się z prędkimi, lecz ciepłymi wyrazami zobowiązania, i ruszył w stronę drzwi, rzucając tylko w przelocie uwagę, tak jak można powiedzieć coś o pogodzie:
– Nie sądzę, aby firma ciesząca się takim statusem jak pańska podlegała wpływom gospodarczego zastoju albo obecnych trudności. Ale donoszą mi, że dzisiejsze czasy są niepewne, czasem nawet dla najmocniej stojących na nogach spośród mniejszych korporacji.
Sir Archer Anderson podniósł się szybko sztywnym ruchem; jego twarz zdradzała pewne oburzenie na to, iż choć przez chwilę skojarzono go z małymi korporacjami.
– Jeśli wiadomo panu cokolwiek o Banku Casterville and County – powiedział nie bez odrobiny pasji – zdaje pan sobie sprawę, że istnieje minimalne prawdopodobieństwo, aby cokolwiek lub ktokolwiek miało nań jakikolwiek wpływ.
Pułkownik Grimes wyprowadził swoich przyjaciół z banku i, z pewną dozą łagodnego despotyzmu, zdeponował ich w restauracji obok; podczas gdy sam popędził dalej, by ukończyć swoją misję, spadając błyskawicznie na drugiego spośród miejscowych sędziów pokoju, niejakiego Wicksa, który niekiedy służył mu pomocą w kwestii niuansów prawnych. Inspektora Beltane’a i księdza Browna zostawił siedzących naprzeciw siebie w restauracji w dość uroczysty sposób, aby czekali na jego powrót.
– Czy mylę się – spytał ksiądz Brown z przyjaznym uśmiechem – podejrzewając, że coś wprawia pana w lekkie zakłopotanie?
– Nie powiedziałbym „zakłopotanie” – odrzekł inspektor. – Cała ta sprawa z bankierem była dość prosta; ale gdy zna się człowieka bardzo dobrze, zawsze pojawia się dziwne odczucie, gdy zachowuje się on tak, jakby nie do końca był sobą. Otóż pułkownik jest najbardziej dyskretnym i skrytym pracownikiem, jakiego kiedykolwiek spotkałem w policji. Często nie mówi najbliższym sobie kolegom z pracy, jakie myśli krążą mu po głowie w danym momencie. Dlaczego stał na publicznej ulicy i najgłośniej, jak potrafił, przemawiał do publicznego wroga – oznajmiając mu, że zamierza zrobić nalot na jego sklep? Inni ludzie, nie mówiąc już o nas samych, też zaczęli się zbierać i słuchać. Dlaczegóż, u diabła, pułkownik miałby informować tego zapomnianego przez Boga i ludzi bandziora, że zamierza zrobić nalot na jego lokal? Czemu po prostu nie zrobił tego nalotu?
– Odpowiedź brzmi następująco – rzekł ksiądz Brown – nie zamierzał robić nalotu na jego sklep.
– Dlaczego zatem krzykiem oznajmił całemu miastu, że nosi się z taką myślą?
– Cóż – powiedział ksiądz Brown – sądzę, że po to, aby całe miasto mówiło o jego odwiedzinach u gangstera i nie zauważyło wizyty u bankiera. Jedynymi słowami, jakie naprawdę chciał wypowiedzieć, było tych kilka ostatnich, które skierował do bankiera, czekając na jego reakcję. Jeśli pojawiłyby się jakiekolwiek pogłoski na temat banku, całe miasto huczałoby o tym, że poszedł prosto do banku. Musiał mieć dobry, standardowy powód, aby się tam udać; i nie mógł wymyślić lepszego, niż zwrócić się do dwóch standardowych sędziów pokoju o podpis na standardowym dokumencie. Całkiem nieźle pomyślane.
Inspektor Beltane z rozdziawionymi ustami wpatrywał się w księdza przez stół.
– Cóż, u licha, ma ksiądz na myśli? – zażądał wreszcie odpowiedzi.
– To – odpowiedział ksiądz – że pułkownik Grimes najpewniej nie bujał zbytnio w obłokach, mówiąc o kłusowniku jako o duszku. A może powinniśmy powiedzieć: „o duchu”?
– Nie może ksiądz myśleć – powiedział z niedowierzaniem inspektor – że Grimes wziął zamordowanego gajowego i zbiegłego skazańca z sufitu? Przecież sam wcześniej mi o nich mówił – jako o zwyczajnej sprawie dla policji.
– Nie posuwałbym się aż tak daleko – powiedział ksiądz Brown obojętnym tonem. – Może istnieć jakaś lokalna historia, ale nie ma ona nic wspólnego z historią, której tropem podąża teraz Grimes. Choć wolałbym, żeby miała.
– Dlaczego wolałby ksiądz, żeby miała? – spytał Beltane.
Ksiądz Brown spojrzał mu prosto w twarz szarymi oczami, w których widać było niemożliwe do pomylenia z niczym innym powagę i szczerość.
– Bo straciłem grunt pod nogami – odpowiedział. – A dobrze wiem, kiedy go tracę; wiem również, że to całkiem normalne, że tracę go teraz, skoro dowiedziałem się, że polujemy na nieuczciwego finansistę zamiast na zwyczajnego mordercę – człowieka. Widzi pan, nie wiem dokładnie, jak to się stało, że zacząłem zajmować się tego rodzaju dochodzeniami, lecz niemal całe moje doświadczenie dotyczyło zwyczajnych morderców – ludzi. Otóż morderstwo ma prawie zawsze wymiar ludzki i osobisty – współczesnej kradzieży pozwolono zaś stać się całkiem bezosobową. Dokonuje się ona w sposób więcej niż skryty – jest anonimowa: niemalże jawnie anonimowa. Nawet gdy umierasz, możesz ujrzeć w przelocie twarz człowieka, który ugodził cię ostrzem. Ale niezależnie od tego, jak długo żyjesz, możesz nigdy nie ujrzeć nawet w przelocie nazwiska człowieka, który cię obrabował. Pierwsza sprawa, którą się zająłem, była drobną prywatną sprawą dotyczącą odciętej głowy człowieka, do którego korpusu przytwierdzono inną. Chciałbym na powrót uczestniczyć w takich cichych domowych idyllach jak ta. Wtedy nie traciłem gruntu pod nogami.
– Faktycznie, bardzo idylliczny przypadek – powiedział inspektor.
– Tak czy inaczej bardzo indywidualny przypadek – odparł ksiądz. – Nieprzypominający całego tego nieodpowiedzialnego biurokratyzmu w świecie finansów. Ci biurokraci nie mogą odcinać głów tak jak odcinają gorącą wodę – decyzją zarządu albo komitetu – ale mogą w ten sposób odciąć czyjąś należność albo dywidendę. Poza tym: choć jednemu człowiekowi można przytwierdzić dwie różne głowy, wszyscy wiemy, że jeden człowiek tak naprawdę nie ma dwóch głów. Pojedyncza firma natomiast może mieć dwie głowy – albo dwie twarze, albo pół setki twarzy. To ja już wolę, żeby zaprowadził mnie pan z powrotem do mojego krwiożerczego kłusownika i zamordowanego gajowego. Zrozumiałbym wszystko, co ich dotyczy; za wyjątkiem tego, że prawdopodobnie nigdy nie istnieli.
– Eee, to wszystko bzdury – wykrzyknął inspektor, usiłując zmienić panujący nastrój. – Mówię księdzu, że Grimes naprawdę wspominał o sprawie wcześniej. Coś mi się zdaje, że kłusownik i tak miał być niebawem wypuszczony na wolność, choć zabił swoją ofiarę w dość brutalny sposób: uderzając raz po raz kolbą swojej strzelby. Ale odkrył na swoim własnym terenie gajowego parającego się niemożliwym raczej do obronienia zajęciem: tym razem to gajowy kłusował. Nie cieszył się w okolicy dobrą reputacją; z pewnością doszło do tego, co zwie się prowokacją. Sytuacja z rodzaju tych, którymi rządzi niepisane prawo.
– To właśnie mam na myśli – powiedział ksiądz Brown. – Współczesne morderstwo wciąż bardzo często ma jakiś odległy i wypaczony związek z niepisanym prawem. Lecz współczesne złodziejstwo przybiera postać zaśmiecania świata papierem i pergaminem pokrytymi wyłącznie pisanym bezprawiem.
– Cóż, ni w jotę tego nie pojmuję – powiedział inspektor. – Mamy kłusownika, który jest więźniem albo zbiegłym więźniem; mamy, albo mieliśmy, gajowego; mamy też, na co wskazują wszelkie dostępne śmiertelnikowi pozory, gangstera. Zrozumienie, co ksiądz ma na myśli, rozpoczynając całą tę bezładną gadaninę o banku obok, to za wiele jak na moją głowę.
– Mnie też to martwi – powiedział ksiądz Brown głosem stonowanym i pełnym pokory. – Nie potrafię ułożyć sobie w głowie, o co chodzi z tym bankiem obok.
W tej właśnie chwili drzwi restauracji zakołysały się i otworzyły z rozmachem: kołyszącym się tryumfalnie krokiem powrócił pułkownik – wiódł za sobą małą energiczną postać o siwych włosach i twarzy pooranej uśmiechami. Był to drugi z sędziów pokoju, którego podpis był tak nieodzowny dla ważności wymaganego dokumentu.
– Pan Wicks – powiedział pułkownik prezentując swego towarzysza – jest najwybitniejszym współcześnie ekspertem w dziedzinie oszustw finansowych. To czysty łut szczęścia, że zdarzyło się, iż pełni w tej dzielnicy funkcję sędziego pokoju.
Inspektor Wicks głęboko zaczerpnął powietrza, a następnie wydusił z siebie:
– Nie chce pan przez to powiedzieć, że ksiądz Brown miał rację.
– Wiem, że tak się już zdarzało – odparł pułkownik Grimes oględnie.
– Jeśli ksiądz Brown twierdził, że sir Archer Anderson to oszust na ogromną skalę, z całą pewnością miał rację – powiedział pan Wicks. – Nie potrzeba, bym przedstawiał tu wszystkie prowadzące do tej konkluzji dowody; w istocie mądrzej będzie ujawnić przebieg tylko wstępnych etapów dochodzenia w tej sprawie – nawet policji; oraz oszustowi. Musimy bacznie go obserwować i dopilnować, by nie wykorzystał żadnego z naszych błędów. Sądzę, że najlepiej będzie zajść do niego i przeprowadzić z nim rozmowę bez porównania bardziej szczerą niż ta, którą, jak się zdaje, pan z nim prowadził; rozmowę, w której kłusownik i sklep z tandetą nie będą może grali aż tak poczesnych ról. Myślę, że mogę ujawnić mu wystarczająco dużo z tego, co wiemy, by pobudzić go do reakcji – nie ryzykując oskarżenia o zniesławienie lub konieczności płacenia odszkodowania. A zawsze istnieje szansa na to, że coś mu się wymsknie – dokładnie wtedy, gdy będzie usiłował to ukryć. Wie pan, słyszeliśmy bardzo niepokojące pogłoski o tym interesie i chcielibyśmy to i owo wyjaśnić na miejscu. To jest obecnie nasze oficjalne stanowisko. – Porwał się z miejsca, jakby powodowany zwykłą czujnością albo charakterystycznym dla młodości zniecierpliwieniem.
Druga rozmowa z sir Archerem Andersonem bez wątpienia przebiegła w bardzo odmiennej niż poprzednia atmosferze, szczególnie jeśli chodzi o moment pożegnania. Weszli do niego bez nieodwołalnego postanowienia, by rzucić wielkiemu bankierowi wyzwanie, lecz wkrótce skonstatowali, że to on jest tym, który już powziął zamiar rzucenia im wyzwania. Jego białe wąsy podwinęły się na kształt srebrnych szabel; jego biała szpiczasta broda wysunęła się naprzód niczym stalowe ostrze. Zanim którykolwiek z gości zdołał powiedzieć coś nad kilka zdań, wstał i uderzył w stół.
– Po raz pierwszy wyrażono się o Banku Casterville and County w taki sposób; i zapewniam was, że dzieje się to po raz ostatni. Gdyby moja własna reputacja nie stała już nazbyt wysoko dla tak groteskowych kalumni, renoma samej instytucji wystarczyłaby, żeby uznać je za absurdalne. Opuśćcie to miejsce, panowie, idźcie stąd i zabawiajcie się demaskowaniem Sądu Kanclerskiego3 albo wymyślaniem sprośnych historyjek o arcybiskupie Canterbury.
– To wszystko świetnie – powiedział Wicks, przekrzywiwszy głowę jak zawzięty i zadziorny buldog – ale mam tu, sir Archerze, parę faktów, które wcześniej czy później będzie pan musiał wyjaśnić.
– Delikatnie mówiąc – rzekł pułkownik łagodniejszym tonem – jest naprawdę dużo spraw, o których chcielibyśmy dowiedzieć się trochę więcej.
Głos księdza Browna zabrzmiał osobliwie chłodno i odlegle, jakby dobiegał z innego pomieszczenia albo z zewnątrz – z ulicy – albo w każdym razie z dużej odległości:
– Nie sądzi pan, pułkowniku, że teraz wiemy już wszystko, co potrzebujemy wiedzieć?
– Nie – odparł pułkownik krótko – jestem policjantem. Mogę sporo rozmyślać i sądzić, że mam rację. Ale nie wiem tego.
– Och – powiedział ksiądz Brown, na chwilę otwierając szeroko oczy. – Nie mam na myśli tego, co panu się zdaje, że wie.
– Cóż, przypuszczam, że to to samo, co księdzu się zdaje, że wie – odpowiedział Grimes dość gburowato.
– Szalenie mi przykro – powiedział ksiądz Brown skruszonym głosem – ale to, co wiem, to coś całkiem innego.
Atmosfera wątpliwości i nieporozumienia, która zapanowała wśród oddalających się z banku osób – najwyraźniej pozostawiwszy hardego finansistę ostatecznym zwycięzcą na placu boju – skłoniła je ku podążeniu raz jeszcze do restauracji – celem spożycia wczesnego podwieczorku, zapalenia papieroska i podjęcia jakiejś próby ogólnego wyjaśnienia sytuacji.
– Zawsze wiedziałem, że jest ksiądz osobą irytującą – zwrócił się do kapłana policjant – ale zazwyczaj miałem choć mgliste pojęcie o tym, co ksiądz ma na myśli. W tej chwili odnoszę wrażenie, że ksiądz zwariował.
– Dziwne, że pan tak twierdzi – powiedział ksiądz Brown – usiłowałem bowiem odnajdywać moje własne niedoskonałości na wielu różnych polach i jedyną rzeczą, którą, jak sądzę, naprawdę o sobie wiem, jest to, że nie jestem wariatem. Oczywiście, płacę tego cenę – jestem nudziarzem. Lecz wedle mojej wiedzy nigdy nie straciłem kontaktu z rzeczywistością i wydaje mi się osobliwe, że ludzie tak błyskotliwi jak pan, są w stanie stracić go tak szybko.
– Co ma ksiądz na myśli, mówiąc „rzeczywistość”? – po pełnej napięcia chwili ciszy zażądał odpowiedzi Grimes.
– Mam na myśli zdrowy rozsądek! – rzekł ksiądz Brown, wybuchając, co zdarzało mu się tak rzadko, że zabrzmiało jakby wystrzał. – Mówiłem już, że straciłem grunt pod nogami w kwestii wszystkich tych finansowych zawiłości i całej tej deprawacji. Lecz, u licha, istnieje sposób na stwierdzenie pewnych prawidłowości poprzez badanie istot ludzkich. Nie wiem nic o finansach, ale znam finansistów. Ogólnie rzecz biorąc, znam nieuczciwych finansistów. Ale: z pewnością wie pan o nich dużo więcej ode mnie. A mimo to łyka pan tak niewiarygodną historyjkę jak to.
– Historyjkę niewiarygodną jak co? – spytał, wytrzeszczając oczy, pułkownik.
Ksiądz Brown raptownie pochylił się nad stołem, wbijając w Wicksa przeszywający wzrok z rzadko okazywanym przez siebie napięciem.
– Panie Wicks, powinien pan mieć o tym większe pojęcie. Ja jestem tylko ubogim duchownym i, oczywiście, nie mam o tym wielkiego pojęcia. Ostatecznie nasi przyjaciele z policji nieczęsto spotykają bankierów; poza sytuacjami, gdy zwykły kasjer poderżnie takiemu gardło. Ale pan bez wątpienia nieustannie przeprowadza rozmowy z bankierami; szczególnie z bankrutującymi bankierami. Czy nie znajdował się pan w takiej właśnie sytuacji ze dwadzieścia razy? Czyż nie okazywał pan raz po raz odwagi, rzucając pierwsze podejrzenia na osoby cieszące się dużym zaufaniem – tak jak uczynił pan dzisiejszego popołudnia? Czyż nie rozmawiał pan z dwudziestoma albo trzydziestoma finansistami, którzy właśnie bankrutowali, zaledwie miesiąc czy dwa przed ostatecznym ogłoszeniem upadłości?
– Cóż, to prawda – powiedział pan Wicks ostrożnie – zdaje się, że tak było.
– A zatem – spytał ksiądz Brown – czy choć jeden z tych pozostałych kiedykolwiek mówił w ten sposób?
Mała postać prawnika drgnęła najlżej jak to możliwe – niemal niezauważalnie – tak że nie można było stwierdzić nic ponad to, iż siedzi odrobinkę bardziej wyprostowany niż wcześniej.
– Czy w całym pańskim życiu – spytał ksiądz z pełnym mocy naciskiem – napotkał pan człowieka zajmującego się machlojkami finansowymi, który zaczyna się mądrzyć przy pierwszym cieniu podejrzenia i mówi policji, by nie ważyła się wtrącać w tajniki działania jego świętego banku? To jakby prosić się, by naczelnik policji zrobił nalot na jego bank i aresztował go na miejscu! No, ale to pan się na tych rzeczach zna – nie ja. Postawiłbym jednak naprawdę dużo na to, że każdziutki podejrzany finansista, jakiego kiedykolwiek pan znał, uczyniłby coś dokładnie przeciwnego. Reakcją na pańskie początkowe zapytania byłby nie gniew, ale rozbawienie; jeśliby w ogóle doszło do tego, że je pan zada, skończyłoby się na pozbawionej wyrazu i wyczerpującej odpowiedzi na każde z dziewięciuset dziewięćdziesięciu dziewięciu z nich. Wyjaśnienia! Oni pławią się w wyjaśnieniach! Czy panu się zdaje, że krętackiemu finansiście nigdy wcześniej nie zadawano żadnych pytań?
– Ależ, u licha, zbytnio ksiądz generalizuje – powiedział Grimes. – Wydaje się ksiądz całkiem urzeczony swoją wizją oszusta doskonałego. Ale ostatecznie nawet oszuści nie są doskonali. Nie dowodzi niczego wielkiego, że jeden zbankrutowany bankier ugiął się i stracił nad sobą panowanie.
– Ksiądz Brown ma rację – rzekł Wicks, włączając się nagle do rozmowy po krótkiej przerwie przeznaczonej na trawienie. – To zupełna prawda, że cała ta buńczuczność i krzykliwy opór nie mogłyby stanowić absolutnie pierwszej linii obrony oszustwa. Ale czymże innym mogłyby one być? Bankierzy cieszący się dobrą opinią, tak samo jak bankierzy o złej reputacji, nie rozpościerają sztandarów, nie dmą w trąbkę i nie wyciągają znienacka miecza.
– Poza tym – dodał Grimes – po cóż w ogóle miałby się mądrzyć? Dlaczego kazał nam wszystkim wynosić się banku, jeśli nie ma nic do ukrycia?
– Cóż – powiedział ksiądz Brown bardzo powoli – nigdy nie twierdziłem, że nie ma on nic do ukrycia.
Spotkanie urwało się w atmosferze milczącego, wzbudzającego kołowacenie bezładu, wśród którego nieustępliwy Beltane chwycił księdza za ramię i trzymał przez chwilę w uścisku.
– Czy ma ksiądz na myśli – spytał ostro – że bankier nie jest podejrzanym?
– Nie – powiedział ksiądz Brown – mam na myśli to, że podejrzany nie jest bankierem.
Wychodząc rzędem z restauracji ruchem cokolwiek niepewnym, jakby szli po omacku, zatrzymali się z nagła, gdy usłyszeli huk i dobiegł ich harmider z zewnątrz. Odgłosy wywoływały z początku wrażenie, jakby ludzie wybijali szyby na długości całej ulicy, lecz chwila otrząśnięcia się umożliwiła im zlokalizowanie źródła dźwięków. Były nim złocone szklane odrzwia i okna owego okazałego budynku, do którego wstąpili już o poranku; święty obszar Banku Casterville and County, którym wstrząsnął od wewnątrz huk niczym eksplozja dynamitu; w istocie zaś jego źródłem okazało się tylko bezpośrednie i energiczne niszczycielskie działanie człowieka. Naczelnik policji oraz inspektor wpadli przez roztrzaskane szklane drzwi do ciemnego wnętrza i wrócili stamtąd z wyrazem bezmiernego zdumienia na twarzach – zdumienie to spowodowało, że na ich twarzach widoczne były jeszcze większa beznamiętność i pewność siebie.
– Teraz nie ma już co do tego wątpliwości – powiedział inspektor – człowieka, którego postawiliśmy na straży, obalił kosturem na ziemię, a w pierwszego, który wszedł, by sprawdzić, co jest grane, cisnął kasetą na pieniądze – tak, by trafić go w klatkę piersiową. Musi być z niego dzika bestia.
Wśród całej tej groteskowej konfuzji pan Wicks, prawnik, zwrócił się z przepraszającym i pełnym wyrazu uznania gestem do księdza Browna i powiedział:
– Otóż, drogi księże, całkowicie mnie ksiądz przekonał. To bezsprzecznie całkiem nowa odmiana czmychającego bankiera.
– Cóż, musi pan natychmiast wysłać naszych ludzi, aby go powstrzymali – powiedział naczelnik do inspektora – inaczej rozbije całe miasto.
– Tak – powiedział ksiądz Brown – to doprawdy krewki człowiek – porywczość to pokusa, której nie może się oprzeć. Pomyślcie o tym, jak bez zastanowienia użył przeciw gajowemu swojej strzelby jako maczugi – uderzając nią raz po raz – lecz nie mając na tyle przytomności, aby wystrzelić. Oczywiście, to jest ten rodzaj człowieka, któremu źle wychodzi większość rzeczy – nawet morderstwa. Zazwyczaj jednak udaje mu się uciec z więzienia.
Towarzysze księdza wgapili się w niego oczami, które zdawały się coraz to bardziej okrągleć ze zdumienia, lecz wpatrywanie się w jego okrągłe i najzwyczajniejsze w świecie oblicze nie przyniosło im żadnego oświecenia – nim nie odwrócił się i nie ruszył powolnym krokiem ulicą.
*

– A zatem – powiedział ksiądz Brown w restauracji, uśmiechając się promiennie do swoich towarzyszy znad kufla bardzo lekkiego lagera i wyglądając całkiem jak pan Pickwick w klubie dla dżentelmenów na prowincji – a zatem ostatecznie raz jeszcze wracamy do naszego starego, ukochanego, ludowego podania o kłusowniku i gajowym. W jakże niewypowiedziany sposób podnosi mnie na duchu zajmowanie się przestępstwami popełnianymi koło przytulnego kominka – zamiast całej tej konfundującej i pozbawionej wyrazu mgławicy świata finansów – mgławicy naprawdę pełnej upiorów i cieni. Wszyscy, oczywiście, znacie tę starą, starą historyjkę. Słyszeliście ją w dzieciństwie z ust swoich matek; jakże jest ważne, przyjaciele, by zapisywać te stare opowiastki w naszej pamięci dokładnie tak, jak je nam opowiedziano. Tę historyjkę z prowincji opowiadano wystarczająco często: człowiek trafia do więzienia za zabójstwo w afekcie; za kratami przejawia podobną wcześniejszej gwałtowność, powala na ziemię strażnika i ucieka na spowite mgłą wrzosowisko. Ma łut szczęścia: spotyka bowiem dobrze odzianego i dobrze prezentującego się dżentelmena – i zmusza go do zamiany ubrań.
– Tak, często słyszałem tę historię – powiedział Grimes, marszcząc brwi. – Mówi ksiądz, że to istotne, aby ją pamiętać?
– Doprawdy istotne – powiedział ksiądz Brown – bo stanowi ona bardzo dokładny i trafny opis tego, co się nie wydarzyło.
– A co się wydarzyło? – zażądał odpowiedzi inspektor.
– Coś wprost przeciwnego – rzekł ksiądz Brown. – Dokonano małej, lecz udatnej poprawki. To nie skazaniec wyruszył na poszukiwanie dobrze odzianego dżentelmena, aby mógł przebrać się w jego strój. To dżentelmen wybrał się na wrzosowisko w poszukiwaniu skazańca, aby mógł rozkoszować się noszeniem na sobie ubrań skazańca. Wiedział, że na wrzosowisku przebywa na wolności skazaniec i żarliwie pożądał jego odzienia. Prawdopodobnie miał też świadomość, że istnieje dobrze zorganizowany plan zabrania skazańca z wrzosowiska i błyskawicznego przetransportowania go w inne miejsce. Nie jest do końca pewne, jaką rolę odegrali w tej sprawie Denis Hara i jego banda albo czy mieli pojęcie jedynie o pierwszej z tych intryg, czy o drugiej. Sądzę jednak, że to prawdopodobne, iż pracowali dla przyjaciół kłusownika i wyłącznie w jego interesie – cieszył się on bowiem wśród biedniejszej ludności bardzo silną i powszechną sympatią. Zdaje mi się raczej, że nasz znajomy, dobrze odziany dżentelmen, uskutecznił scenkę własnego przeobrażenia z użyciem swoich wrodzonych talentów. Był doprawdy bardzo dobrze odzianym dżentelmenem, ubranym w – jak to mówią krawcy – niezwykle modne galantne materiały; miał też piękne siwe włosy oraz wąsy i tak dalej; zawdzięczał je raczej fryzjerowi niż krawcowi. To nader kompletne przebranie okazało się w jego życiu wielokrotnie użyteczne; musicie też pamiętać, że w tym konkretnym mieście i banku gościł jak na razie przez bardzo krótki okres. Zauważywszy w oddali i zakrzyknąwszy w kierunku skazańca, którego odzienia pożądał, potwierdził posiadane przez siebie informacje o tym, że to człowiek niemal identyczny jak on; reszta polegała po prostu na okryciu go peruką, kapeluszem, prześwietnymi szatami i dorobieniu mu baków – tak, aby uderzony przezeń w głowę strażnik więzienny właściwie nie mógł go rozpoznać. Następnie nasz błyskotliwy finansista włożył na siebie ubrania skazańca i poczuł, po raz pierwszy od miesięcy, a może od lat, że udało mu się uciec i jest wolny.
Nie miał bowiem za sobą żadnej bandy ubogich sympatyków, którzy przyszliby mu z pomocą lub ukryli go, gdyby znali prawdę. Nie miał żadnego stojącego po jego stronie stronnictwa złożonego z przyzwoitszych prawników i wysokich urzędników, sugerującego, że wycierpiał już wystarczająco dużo i że wkrótce możliwe będzie uwolnienie go. Nie miał przyjaciół nawet w półświatku, ponieważ od zawsze stanowił ozdobny element świata wyższych sfer – świata naszych pogromców i władców, którym tak łatwo pozwalamy się zdominować. Był jednym ze współczesnych magików; miał genialny talent do finansów, jego kradzieże zaś dotykały tysięcy osób ubogich. Gdy faktycznie przekroczył granicę (we współczesnym prawie to bardzo cienka granica), gdy świat się o nim dowiedział, cały świat obrócił się przeciw niemu. Zdaje mi się, że podświadomie wyglądał więzienia jak domu. Nie wiemy dokładnie, jakie żywił plany; nawet gdyby władze więzienia go schwytały i zadały sobie trud udowodnienia na podstawie odcisków palców i tak dalej, że nie jest on zbiegłym skazańcem, trudno stwierdzić, co innego mogliby mu przy okazji udowodnić. Uważam jednak za bardziej prawdopodobne, że wiedział on, iż organizacja Hary przyjdzie mu z pomocą i umożliwi wyjazd z kraju bez chwili zwłoki. Być może miał konszachty z Harą; pewnie żaden z nich nie mówił drugiemu całej prawdy – w Ameryce takie kompromisy między przedstawicielem wielkiego biznesu i aferzystą zdarzają się powszechnie; bo tak naprawdę obaj działają w tej samej branży.
Zdaje mi się również, że nie było większego kłopotu z przekonaniem skazańca. Projekt z miejsca wydałby mu się bardzo obiecujący – może sądził, iż to część intrygi Hary. Tak czy inaczej skazaniec pozbył się ubrań świadczących o tym, że został skazany, i w pierwszorzędnym odzieniu wkroczył na pierwszorzędne stanowisko, na którym mógłby zyskać społeczną akceptację a przynajmniej w spokoju rozważać swoje następne posunięcie. Lecz, o nieba, cóż za ironia! Cóż za pułapka! Cóż za figiel przewrotnego losu! Człowiek zbiegły z więzienia niemal pod koniec wyroku odsiadywanego za zapomniane, na poły przebaczone przestępstwo z zachwytem stroi się niczym dandys w ubiór największego przestępcy na ziemi, aby jutro polowano nań bez wytchnienia po całym okręgu ziemi. Sir Archer Anderson swego czasu omotał naprawdę wiele osób; nigdy nie omamił jednak nikogo w tak tragicznej sytuacji jak ów człowiek, którego życzliwie odział na wrzosowisku w swoje najlepsze ubrania.
– No cóż – powiedział Grimes wesoło – teraz, gdy ksiądz dał nam już podpowiedź, najpewniej możemy to bezspornie udowodnić, bo tak czy owak od skazańca pobrane zostały odciski palców.
Ksiądz Brown skłonił głowę niejasnym gestem jakby respektu i czci:
– Rzecz jasna – powiedział – od sir Archera Andersona nigdy nie pobrano odcisków palców. Mój drogi panie! Człowiek takiej pozycji.
– Prawda jest taka – powiedział Wicks – że nikt za wiele o nim nie wie – nie mamy jego odcisków palców, ani niczego innego. Gdy zacząłem badać ścieżki, którymi chodzi, musiałem zacząć od pustej mapy, która dopiero później przemieniła się w labirynt. Tak się składa, że wiem coś o takich labiryntach; ale ten był bardziej labiryntowy niż inne.
– Dla mnie to jeden wielki labirynt – rzekł ksiądz z westchnieniem. – Powiedziałem, że straciłem grunt pod nogami w całej tej finansowej sprawie. Jedynym, co do czego miałem zupełną pewność, było to, jakiego rodzaju człowiek siedzi naprzeciw mnie. I byłem przekonany, że jest o wiele za porywczy i nerwowy, by był oszustem.

[1936]

Tłum. Łukasz Makowski
Proj. okładki Sztukmistrz
1 Czyli żołnierz brytyjskiego regimentu piechoty liniowej.
2 Być może aluzja do powstałej w 1911 roku sentymentalnej piosenki żołnierskiej Mały szary domek na zachodzie.
3 Zajmującego się rozstrzyganiem spraw nieobjętych istniejącym wcześniej orzecznictwem.


-----------------------------
Wirtualne Wydawnictwo WiWo szuka realnego (papierowego) wydawcy niniejszego tekstu, który byłby gotów wynagrodzić godziwą zapłatą osoby, które przyczyniły się do jego powstania. Zainteresowanych prosimy o kontakt mailowy na adres
 wirtualnewydawnictwowiwo[malpa]gmail.com
-----------------------------


Sugerowano, że napis na fotografii tytułowej szpeci zdjęcie.
Proponujemy więc obrazek również bez napisu. 

Gilbert Keith Chesterton „Wioskowy wampir”

-----------------------------
Wirtualne Wydawnictwo WiWo szuka realnego (papierowego) wydawcy niniejszego tekstu, który byłby gotów wynagrodzić godziwą zapłatą osoby, które przyczyniły się do jego powstania. Zainteresowanych prosimy o kontakt mailowy na adres
 wirtualnewydawnictwowiwo[malpa]gmail.com
-----------------------------





Pewnego razu zakrętem biegnącej wśród wzgórz ścieżki, gdzie dwie topole wzbijały się w niebo niczym piramidy, czyniąc maluteńką wioskę zwaną Potter’s Pond (na którą składała się niewyróżniająca się niczym gromadka domów) jeszcze mniejszą, szedł człowiek w jaskrawym odzieniu o bardzo dziwnym kroju: miał na sobie krzykliwie karmazynowy płaszcz, a biały kapelusz przekrzywił na czarne boskie loki, kończące się czymś na kształt zawijasa bokobrodu w stylu lorda Byrona.
Zagadka tego, dlaczego nosił ubrania tak fantastycznie pradawne w sposób sugerujący, że są modne – przybierając pozę eleganta, a nawet zarozumialca – była zaledwie jedną z rozlicznych zagadek, których ostateczne rozwiązanie nastąpiło wraz z rozwiązaniem zagadki losu wspomnianego człowieka. Chodzi nam o to, że gdy minął topole, zdał się rozpłynąć w powietrzu – jakby wtapiając w rozlewające się bladawe światło poranku albo jakby został zdmuchnięty porannym wietrzykiem.
Zaledwie tydzień później jego ciało znaleziono ćwierć mili od wspomnianego miejsca, roztrzaskane na stromiznach tarasowego ogrodu skalnego, który prowadził do ponurego i zamkniętego na głucho domostwa zwanego Folwarkiem. Sekundy przed jego zniknięciem podsłyszano, jak najwyraźniej kłóci się z kilkoma miejscowymi – w szczególności słyszano, jak określa ich miejscowość obraźliwym mianem „nędznej wiochy niegodnej oglądania Hamleta”. Przypuszczano, że te słowa wywołały motywowaną lokalnym patriotyzmem wyjątkowo zaciekłą reakcję, której ostatecznie padł ofiarą. Tak przynajmniej zeznał miejscowy lekarz: ofierze zadano miażdżący cios w czaszkę, który mógł spowodować śmierć, a prawdopodobnie zadano go czymś w rodzaju kija lub pałki. To pasowało całkiem nieźle do koncepcji, że napaści dokonali stosunkowo nieokrzesani tubylcy. Nikt jednak nie znalazł sposobu na wytropienie choćby jednego konkretnego tubylca, a dochodzenie zamknęło się stwierdzeniem, że morderstwo popełnili nieznani sprawcy.
Rok czy dwa później pewne osobliwe okoliczności doprowadziły do tego, że sprawą zajęto się na powrót. Stało się to wskutek serii zdarzeń, które zaprowadziły do Potter’s Pond niejakiego doktora Mulborougha, zwanego przez bliskich Morwą w ramach celnej aluzji do jego kojarzącego się ze wspomnianym owocem posępnego i pękatego fioletowego oblicza. Przybył tam pociągiem wraz z przyjacielem, którego często prosił o radę w sprawach podobnego rodzaju. Mimo że wygląd zewnętrzny doktora sprawiał wrażenie, iż jest on dość ociężały i niezgrabny, miał bystre oko i w istocie był człowiekiem o nieprzeciętnym wyczuciu, które – jak sądził – okazywał, decydując się na zasięganie rady u niepokaźnego księdza nazwiskiem Brown. Poznał go dawno temu, gdy zajmował się sprawą pewnego otrucia. Ów niepokaźny ksiądz siedział teraz naprzeciw niego z miną cierpliwego dziecka chłonącego pouczenia. Doktor zaś wyjaśniał obszernie prawdziwe powody ich podróży.
– Nie mogę zgodzić się z dżentelmenem w karmazynowym płaszczu, że Potter’s Pond to tylko nędzna wiocha niegodna oglądania Hamleta. Jest ona jednak bez wątpienia przysiółkiem bardzo ustronnym i zacisznym – tak że wydaje się być czymś całkowicie dziwacznym: jakby wioseczką sprzed stu lat. Stare panny są tam rzeczywiście starymi pannami – do diaska, można sobie niemal wyobrazić, jak zwyczajem starych panien przędą na kołowrotku. Damy nie są po prostu damami. Są dżentelmenami w spódnicach. Aptekarka nie jest u nich po prostu aptekarką, lecz aromatariuszką (słowo to należy wymawiać: „romatariuszką”). Ledwie co uznają istnienie zwykłego lekarza, takiego jak ja – by mógł służyć pomocą wspomnianej aromatariuszce. Mnie uważa się jednak za dość młodzieńczą innowację, ponieważ liczę sobie dopiero siedemdziesiąt pięć lat, a mieszkam w hrabstwie od dwudziestu ośmiu. Tutejszy radca prawny wygląda jakby znał je od dwudziestu ośmiu tysięcy lat. Jest wreszcie stary admirał, jak wyjęty z powieści Dickensa: z domem pełnym kordelasów, mątew i wyposażony w teleskop.
– Zdaje się – powiedział ksiądz Brown – że pewną liczbę admirałów zawsze wyrzuca na brzeg. Lecz nigdy nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego osiadają tak daleko od niego.
– Każdemu pogrzebanemu za życia miejscu na zapomnianej prowincji, które nie dysponuje jednym z tych stworzeń, z pewnością czegoś brakuje – rzekł doktor. – Jest też, oczywiście, pastor określonego rodzaju: sympatyzujący z torysami i „Kościołem wysokim” – w przykurzonym piaskami czasu stylu arcybiskupa Lauda* i przypominający starą kobietę bardziej niż tutejsze stare kobiety. To siwowłosy staruszek-intelektualista, bardziej podatny na wstrząs niż wspomniane stare panny. Zaiste, owe dżentelmenki, choć purytanki jeśli chodzi o zasady, są niekiedy całkiem bezpośrednie w mowie – tacy byli prawdziwi purytanie. Raz czy dwa zdarzyło mi się usłyszeć z ust sędziwej panny Carstairs-Carew sformułowania tak pełne życia jakby rodem z Biblii. Drogi stary pastor Biblię czyta wytrwale, lecz czasem odnoszę wrażenie, jakby w trakcie lektury zamykał oczy. Cóż, wie ksiądz, że nie jestem specjalnie nowoczesny. Nie bawią mnie wszystkie te przyjemnostki i ryzykowne przejażdżki samochodem w wykonaniu bohemiarzy...
– Bohemiarzy też one nie bawią – rzekł ksiądz Brown. – Na tym polega prawdziwa tragedia.
– Ale naturalnie mam większą wiedzę o świecie niż ludzie w tej prehistorycznej wiosce – ciągnął doktor. – I doszedłem już do takiego stanu, że prawie z radością przywitałem Wielki Skandal.
– Niech pan nie mówi, że bohemiarze ostatecznie zlokalizowali Potter’s Pond – zauważył z uśmiechem ksiądz.
– Och, nawet nasz skandal ma znany z dawien dawna melodramatyczny charakter. Nie muszę chyba mówić, że syn pastora daje wszelkie przesłanki, że będzie sprawiał nam kłopoty? Byłoby prawie nienormalne, gdyby syn pastora był zupełnie normalny. Jest on, o ile mi się zdaje, w bardzo łagodnym – niemal anemicznym – stopniu nienormalny. Widziano co prawda, jak pije ale przed Niebieskim Lwem, ale zdaje się, że jest poetą, co w tych okolicach praktycznie równa się kłusownictwu.
– Z pewnością – rzekł ksiądz Brown – nawet w Potter’s Pond nie może to być Wielki Skandal.
– Nie – odparł z powagą lekarz. – Wielki Skandal zaczął się tak: w położonym na samym skraju Zagajnika domostwie zwanym Folwarkiem mieszka dama. Samotna Dama. Nazywa siebie panią Maltravers (tak to ujmujemy), lecz przybyła tu zaledwie rok czy dwa lata temu i nikt nic o niej nie wie. „Nie mam pojęcia, dlaczego ona chce tam mieszkać – powiedziała panna Carstairs-Carew – nie odwiedzamy jej”.
– Może właśnie z tego powodu chce tam mieszkać – rzekł ksiądz Brown.
– Cóż, to że żyje w odosobnieniu, uznaje się za podejrzane. Ludzi irytuje to, że ładnie wygląda, a nawet że ma coś, co zwie się dobrym gustem. Wszystkich młodych mężczyzn ostrzega się przed nią jako przed uwodzicielką.
– Ludzie pozbawieni miłości pozbawiają się zazwyczaj zdolności logicznego myślenia – spostrzegł ksiądz Brown. – To dość absurdalne narzekać, że kobieta owa trzyma się na uboczu, a następnie oskarżać ją o uwodzenie całej męskiej populacji.
– To prawda – rzekł doktor. – A jednak w istocie jest ona dość intrygującą osobą. Widziałem ją i uznaję za intrygującą. To jedna z tych kobiet o śniadej cerze – wysoka, elegancka i piękna w swojej brzydocie, jeśli wie ksiądz, co mam na myśli. Jest dość błyskotliwa i choć stosunkowo młoda, odnoszę wrażenie, że bez wątpienia ma to, co nazywają – cóż: doświadczeniem. Tym, co starsze panie nazywają przeszłością.
– Wszystkie te starsze panie, które dopiero co się urodziły? – zauważył ksiądz Brown. – Mogę chyba założyć, iż powszechne jest mniemanie, że uwiodła syna pastora.
– Tak, i dla biednego starego pastora jest to, zdaje się, naprawdę okropny kłopot. Według powszechnego mniemania ona jest wdową.
Przez twarz księdza Browna przemknął skurcz rzadko widywanej u niego irytacji. – Według powszechnego mniemania ona jest wdową – tak jak według powszechnego mniemania syn pastora jest synem pastora, radca prawny – radcą prawnym, a pan – lekarzem. Dlaczegóż, u licha, nie miałaby być wdową? Czy mają choćby cień dowodu, który uzasadniałby, że kobieta ta nie jest tym, za kogo się podaje?
Doktor Mulborough gwałtownie rozpostarł szerokie ramiona i usiadł – wyprostowany i pewny siebie.
– Oczywiście, ma ksiądz znów rację – powiedział. – Ale do skandalu jeszcze nie doszliśmy. Skandalem jest to, że ona faktycznie jest wdową.
– Och! – rzekł ksiądz Brown. Wyraz jego twarzy zmienił się; słabym i miękkim głosem dodał coś, co mogło brzmieć niemal jak: „Mój Boże!”.
– Po pierwsze – powiedział lekarz – dowiedziano się o pani Maltravers jednego: jest ona aktorką.
– Tak sądziłem – odrzekł ksiądz Brown. – Nieważne, dlaczego. Do głowy przyszło mi jeszcze coś na jej temat – coś, co zdaje się być jeszcze mniej istotne.
– Cóż, w chwili odkrycia wspomnianej okoliczności skandalem był już sam fakt, że jest aktorką. Drogi stary pastor jest, rzecz jasna, załamany myślą, że jego przyprószoną siwizną osobę miałaby zaprowadzić do grobu aktorka i awanturnica. Stare panny chóralnie podnoszą wrzask. Admirał przyznaje, że jeździ czasem do teatru w mieście, lecz sprzeciwia się takim zjawiskom „w pośrodku nas”, jak to nazywa. Ja nie mam, rzecz jasna, żadnych szczególnych obiekcji tego typu. Aktorka ta jest niewątpliwie damą, nawet jeśli trochę w stylu Czarnej Damy z sonetów Szekspira. Wspomniany młody człowiek bardzo się w niej zakochał. Wiem, że jestem sentymentalnym starym głupcem, ponieważ w głębi serca czuję sympatię do sprowadzonego na manowce młodzieńca, który chyłkiem skrada się wokół otoczonego fosą Folwarku. Zaczynałem już popadać w całkiem sielankowy nastrój na myśl o tej idylli, gdy nagle z jasnego nieba spadł grom. Mnie, jedynej na całym świecie osobie, która czuje jakąkolwiek sympatię do tych ludzi, wysyła się niczym wygnańca, bym stał się zwiastunem zagłady.
– Tak – rzekł ksiądz Brown. – A dlaczego to pana wysłano?
Doktor odpowiedział z czymś na kształt jęku:
– Pani Maltravers jest nie tylko wdową; jest wdową po panu Maltraversie.
– Brzmi to w pańskich ustach jak wstrząsające odkrycie – przyznał ksiądz poważnie.
– A pan Maltravers – ciągnął jego przyjaciel medyk – to człowiek, którego według wszelkiego prawdopodobieństwa zamordowano w tej właśnie wiosce rok czy dwa lata temu. Powszechne jest mniemanie, że grzmotnął go w głowę któryś wioskowy prostak.
– Pamiętam, że mówił mi pan o tym – rzekł ksiądz Brown. – Lekarz – wioskowy czy jakiś inny – stwierdził, że ofiara zginęła prawdopodobnie od ciosów zadanych w głowę pałką.
Doktor Mulborough zamilkł na chwilę, marszcząc z zażenowaniem brwi, a następnie rzekł szorstko:
– Swoi nie powinni gryźć się ze swoimi, a lekarze podgryzać kolegów po fachu, nawet jeśli ci są szaleńcami. Nie ośmieliłbym się snuć żadnych refleksji na temat mojego szacownego poprzednika w Potter’s Pond, gdybym tylko zdołał tego uniknąć, lecz wiem, że u księdza tajemnica jest bezpieczna. A między nami mówiąc, mój szacowny poprzednik w Potter’s Pond był skończonym durniem – całkowicie niekompetentnym zapijaczonym szarlatanem. Poproszono mnie – pierwszy zrobił to naczelnik policji hrabstwa (byłem bowiem mieszkańcem hrabstwa od dłuższego czasu, choć dopiero niedawno wprowadziłem się do wioski, o której mówimy) – abym przypatrzył się całej sprawie: zeznaniom, raportom z dochodzenia i tak dalej. I co do jednej kwestii nie ma po prostu żadnych wątpliwości: Maltravers mógł zostać uderzony w głowę; był wędrownym aktorem przechodzącym przez wioskę, a Potter’s Pond uważa zapewne, iż to zupełnie naturalne, że takich ludzi powinno uderzać się w głowę. Lecz ktokolwiek go w nią uderzył, nie zabił go. To po prostu niemożliwe, aby cios taki jak opisany miał poważniejsze skutki niż doprowadzenie go do utraty przytomności na parę godzin. Lecz ostatnio zdołałem przypadkiem dokopać się do kilku innych faktów istotnych dla tej sprawy; wynik moich odkryć jest dość ponury.
Usiadł i zachmurzony patrzył na przesuwający się za oknem widok, a potem jeszcze bardziej oschle niż poprzednio powiedział:
– Przybywam tu, by prosić księdza o pomoc, ponieważ będzie miała miejsce ekshumacja. Istnieje silne podejrzenie, że doszło do otrucia.
– A oto jesteśmy na stacji – rzekł ksiądz Brown wesoło. – Przypuszczam, że pańska koncepcja zakłada, iż otrucie tego biedaka w naturalny sposób zalicza się do obowiązków domowych jego żony.
– No cóż, zdaje się, że nie było tu nigdy nikogo, z kim łączyłyby go jakieś szczególne więzy – odrzekł Mulborough, gdy wysiadali z pociągu. – W każdym razie kręci się tu jeden dziwaczny stary znajomek ofiary, zniedołężniały aktor. Policja i tutejszy radca prawny zdają się jednak przekonani, iż to jakiś niezrównoważony ciekawski; ma obsesję na punkcie zatargu z jakimś aktorem, który był jego wrogiem – ale z pewnością nie był nim Maltravers. Przypadek tułacza, moim zdaniem, i bez wątpienia nie ma on żadnego związku z zagadnieniem trucizny.
Ksiądz Brown wysłuchał historii. Wiedział jednak, że nigdy nie pozna jej naprawdę, dopóki nie pozna jej bohaterów. Spędził kolejne dwa lub trzy dni, krążąc po okolicy, by korzystając z takiego czy innego uprzejmego pretekstu odwiedzić głównych aktorów dramatu. Jego pierwsza rozmowa – przeprowadził ją z tajemniczą wdową – była krótka, lecz intensywna. Dowiedział się przy jej okazji o dwóch przynajmniej faktach: po pierwsze o tym, że pani Maltravers mówiła w sposób, który wiktoriańska wioska nazwałaby cynicznym; po drugie zaś, że podobnie jak niemało aktorek, należała do tej samej wspólnoty religijnej co on.
Ksiądz Brown nie cechował się takim brakiem inteligencji (ani tak niekonwencjonalnym sposobem myślenia), aby z samych tych faktów wnosić, że jest niewinna domniemanego przestępstwa. Miał pełną świadomość, że jego wiekowa wspólnota religijna może pochwalić się kilkoma wybitnymi trucicielami. Nie miał jednak żadnych trudności z powiązaniem przestępstwa, do którego doszło w takich właśnie okolicznościach, z pewnego typu intelektualną swobodą, którą ci purytanie nazwaliby rozprężeniem, a która owej parafijce rodem z dawnej Anglii zdałaby się niemal kosmopolityczna. Tak czy inaczej miał pewność, że aktorka może odgrywać w sprawie czy to dobrą, czy złą, ale bardzo ważną rolę. Jej brązowe oczy lśniły odwagą gotową w potrzebie popchnąć ją do boju, zaś jej zagadkowe, raczej duże, wyszczerzone w uśmiechu usta sugerowały, że jakiekolwiek były intencje, z jakimi zaczepiła poetyckiego syna pastora, miały one swoje korzenie naprawdę głęboko.
Sam poetycki syn pastora, pytany na ławce przed Niebieskim Lwem o sprawę wpośród zataczającego coraz szersze kręgi wioskowego skandalu, sprawiał wrażenie jakby wyłącznie nadąsanego. Hurrel Horner, syn wielebnego Samuela Hornera, był dobrze zbudowanym młodym mężczyzną, nosił bladoszary garnitur, a w jego bladozielonym krawacie wyczuwało się nutkę czegoś pretensjonalnego; poza tym zwracał uwagę głównie burzą ciemnorudych włosów i nieschodzącym z twarzy grymasem niezadowolenia. Ksiądz Brown posiadał jednak umiejętność skłaniania ludzi do rozbudowanych wyjaśnień na temat tego, dlaczego uparcie milczą. Młody człowiek zaczął bez zahamowań złorzeczyć na niosące się po wiosce sensacyjne plotki. Dodał nawet trochę własnych. Z zajadłością wspomniał o domniemanych niegdysiejszych amorach między purytańską panną Carstairs-Carew a panem Carverem, radcą prawnym. Posunął się do oskarżenia prawnika o natarczywą próbę zawiązania znajomości z panią Maltravers. Gdy jednak przyszło mu powiedzieć coś o własnym ojcu, wydobył z siebie – czy to z powodu cierpkiego poczucia przyzwoitości albo pobożności, czy też dlatego, że straszny gniew uniemożliwiał mu wykrztuszenie z siebie czegoś więcej – zaledwie parę słów.
– Cóż, prawda wygląda tak: ojciec potępia ją dzień i noc jako umalowaną awanturnicę – kogoś jak barmankę ze złoconymi włosami. Mówię mu, że nią nie jest. Sam ją ksiądz spotkał i wie, że to prawda. Ale on odmawia nawet spotkania się z nią. Odmawia choćby spojrzenia na nią na ulicy albo przez okno. Aktorka uczyniłaby nieczystym jego dom, a nawet jego świętą osobę. Jeśli nazywa się go purytaninem, mówi, że z dumą nosi to miano.
– Pański ojciec – rzekł ksiądz Brown – ma prawo, aby szanowano jego poglądy, jakiekolwiek by były; nie są to poglądy, które sam do końca pojmuję. Ale zgadzam się, że nie ma prawa wydawać autorytatywnych opinii na temat damy, której nigdy w życiu nie widział i której zobaczenia (by sprawdzić, czy ma rację) odmawia i teraz. To nielogiczne.
– To punkt, którego twardo się trzyma – odparł młodzieniec. – Ani jednego spotkania, choć na chwilę. Grzmi też, rzecz jasna, przeciw innym moim teatralnym gustom.
Ksiądz Brown prędko podążył śladem nowo otwartego tematu i dowiedział się wielu rzeczy, których chciał się dowiedzieć. Domniemana poezja, stanowiąca taką plamę na charakterze młodzieńca, była poezją niemal wyłącznie dramatyczną. Pisał tragedie językiem, który dobrzy znawcy podziwiali. Nie był typowym głupcem, którego pochłonął bakcyl sceny; w istocie w ogóle nie był żadnym głupcem. Miał pewne naprawdę oryginalne pomysły dotyczące grania Szekspira. Łatwo było zrozumieć, że oszołomiło go i rozradowało napotkanie na Folwarku olśniewającej damy. Pełne zrozumienia współczucie księdza ułagodziło buntownika z Potter’s Pond do tego stopnia, że przy rozstaniu nawet się uśmiechnął.
To ów uśmiech raptownie uzmysłowił księdzu Brownowi, że młody człowiek jest naprawdę nieszczęśliwy. Dopóki jego twarz wykrzywiał grymas, mogło to wyglądać jedynie na dąsy, lecz gdy się uśmiechnął, w jakiś bardziej rzeczywisty sposób zdradził swój smutek.
Pewna sprawa związana z rozmową, którą odbyli, nie dawała księdzu spokoju. Intuicja kazała mu myśleć, że rosłego młodzieńca coś trawiło od wewnątrz – jakaś zgryzota większa nawet niż tuzinkowa historia tuzinkowych rodziców, którzy stanowią przeszkodę na drodze prawdziwej miłości. Trawiło tym bardziej, że nie istniały żadne inne powody do robienia chłopakowi przeszkód. Odniósł on już całkiem spory sukces w dziedzinach poezji i dramatu. O jego książkach można by powiedzieć, że cieszą się popularnością. Nie pił ani nie trwonił swego zasłużenie zdobytego bogactwa. Jego cieszące się złą sławą hulanki w Niebieskim Lwie ograniczały się do szklanki jasnego ale. Zdawał się też raczej ostrożny w kwestiach finansowych. Ksiądz Brown pomyślał o innej możliwej komplikacji związanej z olbrzymim bogactwem i niewielkimi wydatkami Hurrela – i spochmurniał.
To, co mówiła panna Carstairs-Carew, którą ksiądz odwiedził w następnej kolejności, miało odmalować syna pastora w najczarniejszych barwach. Ponieważ jednak poświęciła ona swoją przemowę na wytykanie Hurrelowi wszystkich jego wyjątkowych wad, co do których ksiądz Brown miał absolutną pewność, że się nimi nie cechował, przypisał te oskarżenia zwykłemu połączeniu purytanizmu z plotkarstwem. Choć dama była wyniosła, to jednocześnie całkiem uprzejma. Nim gość zdołał uciec przed kazaniem na temat ogólnego upadku moralności i obyczajów, zaproponowała mu – na sposób właściwy wszystkim najstarszym spośród starych ciotek – kieliszek porto i kawałek ciasta z kminkiem.
Kolejne miejsce, do którego zawitał, stanowiło zupełne przeciwieństwo powyższego. Zniknął bowiem w ciemnej i brudnej alejce – panna Carstairs-Carew odmówiłaby podążenia nią nawet myślą; następnie zaś w ciasnej kamienicy, tym bardziej rozkrzyczanej, że ze strychu dobiegał donośny, wysoki głos, który coś deklamował. Gdy wychodził z kamienicy, na jego twarzy malowało się oszołomienie, a jakiś podniecony człowiek o niebieskim podbródku i w czarnym (a właściwie zielonobutelkowym, bo wypłowiał) surducie ścigał go aż na chodnik. Człowiek ów krzyczał awanturniczo:
– On nie zniknął! Maltravers wcale nie zniknął! Pojawił się: pojawił się jako martwy, ja zaś jako żywy. Ale gdzie jest cała reszta towarzystwa? Gdzie jest ten człowiek – ten potwór – który z premedytacją ukradł moje kwestie, spaprał moje najlepsze sceny i zrujnował moją karierę? Byłem najlepszym Tubalem, jaki kiedykolwiek pojawił się na deskach teatru. On grał Shylocka – nie musiał zbytnio się wysilać, aby odtworzyć tę rolę! I tak największa okazja w całej mojej karierze przeszła mi koło nosa. Mógłbym pokazać księdzu wycinki prasowe na temat moich interpretacji Fortinbrasa...
– Jestem całkowicie pewien, że były pochwalne i bardzo zasłużone – wykrztusił z siebie niepokaźny ksiądz. – Ale wydawało mi się, że teatralna trupa opuściła wioskę przed śmiercią Maltraversa. Ale to w porządku. To całkiem w porządku. – I znów puścił się śpiesznie ulicą.
– On miał grać Poloniusza – ciągnął się za nim głos niezmordowanego mówcy. Ksiądz Brown raptownie zamarł.
– Och – powiedział bardzo wolno – miał grać Poloniusza.
– Ten drań Hankin! – wrzasnął aktor. – Niech ksiądz go ściga. Niech ściga go ksiądz aż po krańce ziemi! Opuścił wioskę, rzecz jasna – tego możemy być pewni. Niech ksiądz go ściga – niech go znajdzie; i niech przekleństwo... – Lecz ksiądz znów puścił się ulicą.
Po tej melodramatycznej scenie nastąpiły dwie znacznie bardziej prozaiczne i prawdopodobnie dużo bardziej rzeczowe rozmowy. Ksiądz najpierw udał się do banku, gdzie przez dziesięć minut rozmawiał na osobności z dyrektorem, następnie zaś złożył bardzo stosowną wizytę sędziwemu i przemiłemu pastorowi. Tutaj ponownie wszystko zdawało się takie, jak mu opisywano: niezmienione i pozornie niezmienne – jeden czy dwa szczegóły świadczące o pobożności rodem z bardziej ascetycznych tradycji: niepozorny krucyfiks na ścianie, duża Biblia na pulpicie oraz to, od czego leciwy dżentelmen zaczął – biadania z powodu coraz powszechniejszego lekceważenia niedzieli – wszystko to jednak okraszone było pretensjonalną dystynkcją, niepozbawioną drobnych uprzejmości oraz nieco wyblakłych przejawów luksusu.
Pastor podał też gościowi kieliszek porto, lecz zamiast ciasta z kminkiem towarzyszył mu odwieczny brytyjski herbatnik. Ksiądz ponownie odniósł dziwaczne wrażenie, jakby wszystko to było aż zbyt doskonałe, a sam znalazł się w rzeczywistości sprzed stu lat. Tylko w jednej sprawie uprzejmy sędziwy pastor odmawiał wkroczenia na drogę jeszcze większej uprzejmości – łagodnie, lecz stanowczo utrzymywał, że sumienie nie pozwala mu spotkać się z artystą scenicznym. Mimo to ksiądz Brown, wypiwszy porto, odstawił kieliszek ze słowami uznania i podziękowania i udał się na umówione uprzednio miejsce spotkania ze swym przyjacielem-lekarzem na rogu ulicy. Stamtąd mieli pójść razem do kancelarii pana Carvera, radcy prawnego.
– Przypuszczam, że krążenie po naszej wiosce musiało być monotonne – zaczął doktor – i że wydała się księdzu niesłychanie nudna.
Odpowiedź księdza Browna była ostra i niemal piskliwa:
– Niech pan nie nazywa swojej wioski nudną. Zapewniam pana, że ta wioska jest doprawdy bardzo niezwykła.
– Zdawało mi się, że zajmowałem się jedynym niezwykłym zdarzeniem, do jakiego kiedykolwiek tu doszło – zauważył doktor Mulborough. – A i ono przytrafiło się komuś z zewnątrz. Mogę księdzu powiedzieć, że zeszłej nocy udało się bez rozgłosu dokonać ekshumacji, a dziś rano przeprowadziłem sekcję zwłok. Prostymi słowy: wykopaliśmy ciało, które jest po prostu nafaszerowane trucizną.
– Ciało nafaszerowane trucizną – powtórzył ksiądz Brown dość nieobecnym głosem. – Niech mi pan wierzy: pańska wioska mieści w sobie coś znacznie bardziej niezwykłego niż to.
Nagle zapadła cisza, po której na ganku domu prawnika dokonało się równie nagłe pociągnięcie za sznurek staroświeckiego dzwonka; wkrótce zaprowadzono gości przed oblicze owego parającego się dziedziną prawa dżentelmena; ten z kolei przedstawił ich dżentelmenowi siwowłosemu i o żółtej twarzy, na której widniała szrama – wyglądało na to, że to Admirał.
W tej właśnie chwili panująca w wiosce atmosfera przeniknęła niemal w podświadomość niepokaźnego księdza; był jednak przekonany, że prawnik, którego właśnie odwiedzał, jest tym rodzajem prawnika, który doradzałby osobom takim jak panna Carstairs-Carew. Mimo że pochodził z zamierzchłych czasów, zdawał się być czymś więcej niż skamielina. Może brało się to z jednorodności otoczenia; tak czy inaczej ksiądz ponownie odniósł dziwne wrażenie, jakby to raczej on sam cofnął się w czasie do początków wieku dziewiętnastego niż radca prawny ostał się aż do początków dwudziestego. Kołnierzyk i fular prawnika umówiły się, aby wyglądać niemal jak halsztuk, gdy składał w nie swój długi podbródek – mogły jednak stanowić wzór czystości, jak również czystej elegancji. Nadto coś w osobie prawnika przywodziło na myśl bardzo zasuszonego starego dandysa. Krótko mówiąc, był tym, kogo nazywa się dobrze zakonserwowanym, nawet jeśli po części dlatego, że skamieniał ze starości.
Prawnik oraz Admirał, a nawet doktor, okazali pewne zdziwienie, dowiedziawszy się, że ksiądz Brown skłania się raczej ku bronieniu syna pastora przed powszechnym utyskiwaniem, które było na rękę pastorowi.
– Nasz młody przyjaciel wydał mi się raczej dość sympatyczny – rzekł ksiądz. – Jest dobrym mówcą i, jak mi się zdaje, dobrym poetą, zaś pani Maltravers, która przynajmniej tę kwestię traktuje poważnie, mówi, że jest całkiem dobrym aktorem.
– Istotnie – rzekł prawnik. – Z wyjątkiem pani Maltravers całe Potter’s Pond skłonne jest raczej zadawać pytanie o to, czy jest on dobrym synem.
– Jest dobrym synem – rzekł ksiądz Brown. – I to właśnie jest niezwykłe.
– Niech to wszystko szlag – rzekł Admirał. – Czy chodzi księdzu o to, że on naprawdę bardzo lubi swojego ojca?
Ksiądz wahał się z daniem odpowiedzi. Po chwili rzekł:
– Tego nie byłbym całkowicie pewien. To druga niezwykła rzecz.
– Cóż, u diabła, ma ksiądz na myśli? – z marynarskim przekleństwem na ustach zażądał odpowiedzi marynarz.
– Mam na myśli to – odparł ksiądz Brown – że syn wciąż mówi o ojcu w twardy, bezlitosny sposób, lecz zdaje się, że mimo to spełnił względem niego więcej niż nakazywałby mu obowiązek. Przeprowadziłem rozmowę z dyrektorem banku i podczas naszego poufnego, a prowadzonego z upoważnienia policji dochodzenia w sprawie poważnego przestępstwa, wyjawił mi fakty. Stary pastor przeszedł na emeryturę i wycofał się z pracy w parafii; tak naprawdę to nigdy nie była jego parafia. Ci spośród członków miejscowej społeczności – dość spoganiałej – którzy w ogóle uczęszczają do zboru, udają się do Dutton-Abbot, do którego mają mniej niż milę. Staruszek nie ma żadnych własnych środków do życia, lecz jego syn zarabia dobre pieniądze i staruszek ma dobrą opiekę. Poczęstował mnie porto ze stanowczo pierwszorzędnego rocznika. Widziałem całe rzędy zakurzonych butelek z tym trunkiem. Gdy wychodziłem, siadał właśnie do całkiem wyszukanego małego lunchu w starym stylu. Musi to robić za pieniądze młodego człowieka.
– Prawdziwie wzorowy syn – rzekł Carver z lekkim szyderstwem.
Ksiądz Brown, marszcząc brwi, skinął głową, jakby obracając w myśli jakąś własnego autorstwa zagadkę, a potem powiedział:
– Wzorowy syn. Albo raczej wzorcowy – niczym maszyna. Wzorowy na sposób dość mechaniczny.
W tej samej chwili kancelista przyniósł adresowany do prawnika nieofrankowany list. Prawnik, rzuciwszy nań jedno krótkie spojrzenie, niecierpliwym ruchem rozerwał kopertę przez środek. Gdy upadła na ziemię, ksiądz ujrzał pająkowate, dziwaczne, gęsto upakowane odręcznym pismem litery oraz podpis: „Phoenix Fitzgerald”. Ksiądz wyraził pewne przypuszczenie, które prawnik w krótkich słowach potwierdził.
– To ten melodramatyczny aktor, który nie przestaje nas prześladować – rzekł. – Prowadzi nieustanną wojnę z jakimś swoim zmarłym dawno temu kolegą po fachu – nie może to mieć żadnego związku ze sprawą. Wszyscy odmawiamy spotykania się z nim – wyjątkiem jest doktor, który się z nim widział; a doktor twierdzi, że jest on szalony.
– Tak – powiedział ksiądz Brown, zaciskając w zamyśleniu usta. – Ośmielam się powiedzieć, że faktycznie jest on szalony. Lecz, oczywiście, nie ma żadnych wątpliwości co do tego, że mówi prawdę.
– Prawdę?! – krzyknął Carver ostro. – Prawdę w jakiej sprawie?
– W sprawie swojego związku z tą starą trupą teatralną – odrzekł ksiądz Brown. – Wie pan, co jako pierwsze zabiło mi klina w tej historii? Koncepcja, wedle której Maltravers został zamordowany przez wieśniaków, ponieważ obraził ich wioskę. To niesamowite, do czego koronerzy są zdolni przekonać siedzących w ławie przysięgłych. Dziennikarze, rzecz jasna, też są nieopisanie łatwowierni. Nie mogą wiedzieć wiele o angielskich prowincjuszach. Sam jestem angielskim prowincjuszem. A przynajmniej razem z innymi burakami dorastałem w Essex. Czy jest pan sobie w stanie wyobrazić angielskiego pracownika rolnego idealizującego i personifikującego swoją wioskę jak obywatel starożytnego greckiego miasta-państwa – albo wyciągającego miecz w obronie jej świętego sztandaru jak człowiek w małej średniowiecznej republice, jaką było każde włoskie miasto? Czy słyszy pan, żeby jakiś rozochocony staruszek mówił: „Tylko krew może zmazać choćby plamkę na honorze Potter’s Pond”? Na świętego Jerzego i smoka, chciałbym, żeby tak było! Ale, prawdę mówiąc, mam bardziej praktyczny argument na słuszność odmiennej koncepcji.
Zamilkł na chwilę, jakby zbierając myśli, a potem ciągnął:
– Mylnie zrozumiano znaczenie tych nielicznych ostatnich słów, które usłyszano z ust biednego Maltraversa. Nie mówił on wieśniakom, że ich przysiółek to niegodna oglądania Hamleta wiocha. Mówił do aktora. Mieli wystawić sztukę, w której Fitzgerald miał grać Fortinbrasa, nieznany Hankin – Poloniusza, Maltravers zaś bez wątpienia – duńskiego księcia. Być może ktoś inny także chciał dostać tę rolę albo wygłosił na jej temat swój pogląd, a Maltravers powiedział gniewnie: „Byłby z ciebie nędzny, niegodny oglądania Hamlet; odstawiłbyś wiochę” – to wszystko.
Doktor Mulborough wytrzeszczył oczy. Zdawał się przetrawiać sugerowaną wersję wydarzeń powoli, lecz bez trudności. W końcu – zanim inni zdołali cokolwiek powiedzieć – rzekł:
– Co ksiądz proponuje zrobić teraz?
Ksiądz Brown podniósł się dość gwałtownie, lecz mówił całkiem grzecznie:
– Proponuję, jeśli ci panowie nam wybaczą, aby pan, doktorze, natychmiast udał się razem ze mną do Hornerów. Wiem, że właśnie teraz zastaniemy tam zarówno pastora, jak i jego syna. A zamierzam, doktorze, zrobić, co następuje: sądzę, że nikt w wiosce nie wie jeszcze o przeprowadzonej przez pana sekcji zwłok i o jej wyniku. Chciałbym, aby po prostu poinformował pan jednocześnie pastora i jego syna o dotyczącym sprawy niepodważalnym fakcie – o tym, że Maltravers zmarł w wyniku otrucia, nie zaś wskutek zadanego ciosu.
Doktor Mulborough miał powód, by na nowo przemyśleć zasadność niedowiarstwa, które okazał, gdy powiedziano mu, że wioska jest niezwykła. Scena, która nastąpiła po tym, jak wcielił w życie plan księdza, należała z pewnością do tego rodzaju scen, o których mówi się, że trudno uwierzyć własnym oczom.
Wielebny Samuel Horner stał w swojej czarnej sutannie, która nieodmiennie podkreślała siwiznę jego czcigodnej głowy; jego ręka spoczęła na moment na pulpicie, przy którym często stawał, by studiować Pismo Święte – teraz zrobił to najpewniej tylko odruchowo, lecz nadało mu to większej powagi. Naprzeciw zaś jego buntowniczy syn siedział rozwalony w fotelu, paląc taniego papierosa z wyjątkowo pochmurnym spojrzeniem – żywy obraz młodzieńczej bezbożności.
Leciwy człowiek uprzejmym skinieniem wskazał księdzu Brownowi miejsce, które ten zajął i siedział bez słowa, wpatrując się dobrotliwie w sufit. Coś natomiast sprawiło, że Mulborough poczuł, iż może zrobić większe wrażenie przekazując swoje istotne informacje stojąc.
– Sądzę – powiedział doktor – że powinienem poinformować pastora, jako w pewnym sensie duchowego ojca tutejszej społeczności, że pewna straszliwa tragedia, która się tu wydarzyła, nabrała niedawno całkiem nowego znaczenia: być może jeszcze straszliwszego. Przypomina pastor sobie przykrą sprawę śmierci Maltraversa; orzeczono, iż zginął od ciosu zadanego kijem, który najpewniej trzymał w ręku jakiś wróg-prowincjusz.
Pastor wykonał gest drżącą ręką.
– Niech Bóg broni – rzekł – bym powiedział cokolwiek, co mogłoby wyglądać na pomniejszanie odpowiedzialności za morderczą przemoc w jakimkolwiek przypadku. Lecz gdy aktor sprowadza swoją niegodziwość do tej niewinnej wioski, to jakby igrał z gniewem Bożym.
– Być może – powiedział lekarz poważnie. – Ale tak czy inaczej to nie kara Boża go dosięgła. Zlecono mi właśnie przeprowadzenie sekcji zwłok zmarłego i mogę pastora zapewnić, że – po pierwsze – cios zadany mu w głowę nie mógł spowodować zgonu, a – po drugie: że ciało denata było pełne trucizny i to bez wątpienia ona spowodowała śmierć.
Młody Hurrel Horner cisnął swoim papierosem i porwał się na nogi z lekkością i chyżością kota. Skok, który wykonał, zakończył się lądowaniem w odległości zaledwie kroku od biurka.
– Czy jest pan tego pewien? – wysapał, z trudem łapiąc powietrze. – Czy jest pan całkowicie pewien, że ów cios nie mógł spowodować śmierci?
– Całkowicie – odparł doktor.
– Cóż – rzekł Hurrel – niemal chciałbym, aby ten mógł ją spowodować.
W mgnieniu oka, nim ktokolwiek zdołał choćby kiwnąć palcem, zadał pastorowi miażdżący cios w twarz, rozciągając go pod drzwiami niczym pozbawioną kontroli nad swoim ciałem czarną lalkę.
– Co pan robi?! – krzyknął Mulborough, wstrząśnięty po koniuszki palców porażającą siłą ciosu i samym jego odgłosem. – Księże Brown, co ten szaleniec wyrabia?!
Lecz ksiądz Brown wciąż siedział nieruchomo, wpatrując się z niezmąconym spokojem w sufit.
– Czekałem, aż to zrobi – rzekł ksiądz bez emocji. – Dosyć mnie dziwi, że nie zrobił tego już wcześniej.
– Dobry Boże! – zakrzyknął doktor. – Wiem, że zdawało nam się, iż wyrządzono mu w pewnym sensie krzywdę, ale uderzyć własnego ojca – uderzyć pastora i w dodatku cywila-pacyfistę...
– Nie uderzył ani swojego ojca, ani pastora – powiedział ksiądz Brown. – Uderzył szubrawca i szantażystę; aktora w przebraniu pastora, który od lat żył jego kosztem jak pijawka. Teraz, gdy wie, że przedmiot szantażu zniknął, bez zahamowania uderza i nie mogę powiedzieć, że zbytnio go za to winię. Ponadto zaś mam bardzo silne podejrzenie, że szantażysta jest również trucicielem. Sądzę, doktorze Mulborough, że powinien pan zadzwonić po policję.
Gdy wychodzili z pomieszczenia, żaden z dwóch pozostałych uczestników sceny nie próbował ich zatrzymać – ani ten zamroczony i oszołomiony ciosem, ani drugi – wciąż sapiący i dyszący, zaślepiony uczuciami ulgi i wściekłości. Lecz gdy ich mijali, ksiądz Brown na chwilę zwrócił twarz w stronę młodzieńca, a ten stał się jednym z bardzo nielicznych ludzi, którzy zobaczyli nieprzejednaną twarz księdza.
– W tym miał rację – rzekł ksiądz Brown. – Gdy aktor sprowadza swoją niegodziwość do tej niewinnej wioski, to jakby igrał z gniewem Bożym.

* * *

– No cóż – powiedział ksiądz Brown, usadowiwszy się ponownie z doktorem w wagonie kolejowym stojącym na stacji w Potter’s Pond. – Zgodnie z pańskimi słowami to historia osobliwa, lecz nie sądzę, by pozostawała jeszcze historią tajemniczą. W każdym razie zdaje mi się, że wydarzenia przebiegły mniej więcej następująco: Maltravers przybył tu z częścią swojej teatralnej trupy; niektórzy jej członkowie udali się prosto do Dutton-Abbot, gdzie wystawiali jakiś melodramat na temat początków dziewiętnastego wieku. Tak się złożyło, że sam Maltravers kręcił się po okolicy odziany w sceniczne przebranie – bardzo charakterystyczny strój dandysa z tamtych czasów. Innym bohaterem był staroświecki pastor, którego ciemny ubiór mniej rzucał się w oczy i mógł uchodzić po prostu za staromodny. W tę rolę wcielał się człowiek, który zazwyczaj grywał leciwych mężczyzn; Maltravers odgrywał Shylocka, a później miał grać Poloniusza.
Trzecią postacią dramatu był nasz skłonny do dramatyzowania poeta, który również grał dramatyczne role i spierał się z Maltraversem na temat tego, jak należy przestawiać Hamleta, ale również – nawet mocniej – o sprawy osobiste. Sądzę, że to prawdopodobne, iż już wtedy był zakochany w pani Maltravers; nie uważam, aby w ich relacji było coś złego i mam nadzieję, że teraz wszystko się między nimi ułoży. Istnieją jednak przesłanki ku przypuszczeniu, że poeta żywił do Maltraversa urazę z powodu jego niezdolności do funkcjonowania w małżeństwie – Maltravers był bowiem tyranem i lubił wszczynać awantury. W czasie jednej z takich kłótni zaczęli okładać się kijami. Poeta zadał Maltraversowi bardzo mocny cios w głowę, a w świetle ustaleń śledztwa miał wszelkie powody, by przypuszczać, że go zabił.
Świadoma zakulisowych okoliczności (lub nawet obecna na miejscu zdarzenia) była trzecia osoba: człowiek grający starego pastora. Zaczął on szantażować domniemanego mordercę, zmuszając do pokrywania kosztów utrzymywania go w luksusie jako emerytowanego. Dla takiego człowieka w takim miejscu decyzja o takiej maskaradzie nie nastręczała najmniejszych trudności – po prostu nadal nosił swoje sceniczne przebranie, odgrywając pastora emerytowanego. Lecz miał swój własny powód, dla którego obrał rolę pastora emerytowanego od bardzo dawna. Prawdziwa historia śmierci Maltraversa przedstawia się bowiem następująco: po otrzymaniu ciosu przekoziołkował on i wpadł w głębokie podszycie z paproci; stopniowo doszedł do siebie, usiłował pójść w stronę domu, ale ostatecznie zmogła go niemoc – jednak nie wskutek ciosu, ale dlatego, że godzinę wcześniej dobrotliwy pastor podał mu truciznę – prawdopodobnie w kieliszku porto. Zacząłem odnosić takie właśnie wrażenie, wypiwszy u pastora jego porto. Kiedy już je wypiłem, zacząłem odczuwać lekki niepokój. Policja pracuje teraz nad tą teorią, ale nie wiem, czy będzie w stanie udowodnić, że tak wyglądała ta część historii. Będzie musiała znaleźć dokładny motyw – a oczywiste jest, że w tej gromadzie aktorów aż huczało od sporów, a Maltraversa szczerze nie znoszono.
– Policji może uda się mu coś udowodnić, skoro mają to istotne podejrzenie – rzekł doktor Mulborough. – To, czego nie rozumiem, to skąd wziął się u księdza choć cień podejrzenia. Dlaczegóż, u licha, ktoś miałby podejrzewać owego odzianego w czarne duchowne szaty dżentelmena bez najmniejszej skazy?
Ksiądz Brown lekko się uśmiechnął i odparł:
– Przypuszczam, że w pewnym sensie była to kwestia wiedzy specjalistycznej: zagadnienie niemal zawodowe, lecz w szczególnym znaczeniu. Wie pan o tym, że nasi polemiści często narzekają, że w zakresie wiedzy o naszym wyznaniu panuje wielka ignorancja. Sprawa ta przedstawia się jeszcze osobliwiej. To prawda – i to całkiem naturalne – że o Kościele rzymskim Anglia wie niewiele. Ale Anglia równie niewiele wie o Kościele anglikańskim. Nie wie o nim nawet tyle, ile wiem o nim ja. Byłby pan zdumiony, w jak niewielkim stopniu przeciętny członek społeczeństwa orientuje się w wewnętrznych anglikańskich sporach. Wielu nie wie tak naprawdę, co oznacza termin „stronnik Kościoła wysokiego” albo „Kościoła niskiego” – nawet w konkretnych punktach dotyczących praktyki postępowania, nie mówiąc już o stojących za nimi dwóch teoriach historycznych i filozoficznych. Ta ignorancja widoczna jest w dowolnej gazecie, w każdej obliczonej tylko pod publikę powieści czy sztuce teatralnej.
Otóż pierwszym, co mnie uderzyło, było to, w jak niewiarygodnym stopniu ów czcigodny pastor wszystko pomieszał. Żaden anglikański pastor nie mógłby mylić się bardziej w sprawie żadnego anglikańskiego problemu. Miał być starym toryskim przedstawicielem Kościoła wysokiego, a następnie chlubił się swoim purytanizmem. Człowiek, którego próbował odgrywać, osobiście mógłby prowadzić stosunkowo purytański tryb życia, lecz nigdy nie nazwałby go purytańskim. Publicznie deklarował swoją odrazę do teatru – nie wiedział, że przedstawicielom Kościoła wysokiego nie jest on zazwyczaj szczególnie wstrętny; choć przedstawicielom Kościoła niskiego – tak. Mówił o Dniu Pańskim jak purytanin – a jednocześnie miał w pokoju krucyfiks. Najwyraźniej nie miał pojęcia o tym, jaki powinien być pobożny pastor – poza tym, że powinien zachowywać się bardzo poważnie i czcigodnie; i krzywo patrzeć na światowe przyjemności.
Przez cały ten czas krążyła w mojej głowie podświadoma myśl – coś w mojej pamięci, czego nie mogłem uchwycić – a potem nagle pojąłem: to jest pastor estradowy. Przypominał do złudzenia mówiącego ogólnikami czcigodnego starego głupca – takie w największym przybliżeniu pojęcie miałby popularny dramaturg albo wędrowny aktor o czymś tak osobliwym jak osoba duchowna.
– Nie wspominając już – powiedział pogodnie Mulborough – o lekarzu starej daty, który niekoniecznie wkłada wystarczająco dużo wysiłku w nabycie wiadomości na temat zachowań osoby duchownej.
– Prawdę mówiąc – kontynuował ksiądz Brown – powód do podejrzeń był bardziej trywialny i oczywisty. Dotyczył Czarnej Damy z Folwarku, która miała być wioskowym wampirem.
Bardzo wcześnie ukształtowało się we mnie wrażenie, iż ta rzekomo czarna plama jest raczej jasnym punktem wioski. Traktowano ją jako tajemniczą; ale tak naprawdę nie było w niej nic tajemniczego. Przybyła tu stosunkowo niedawno, całkiem jawnie, pod własnym nazwiskiem, by pomóc w prowadzeniu nowego dochodzenia dotyczącego jej własnego męża. Nie obchodził się z nią zbyt dobrze, ale ona była kobietą z zasadami, które skłaniały ją ku myśli, że coś mu się należy z tytułu przyjętego przez nią nazwiska i zwykłej sprawiedliwości. Z tej samej przyczyny zdecydowała się zamieszkać w domu, przed którym znaleziono ciało jej męża. Inną niebudzącą wątpliwości i jawną sprawą – poza sprawą wioskowego wampira – był wioskowy wszetecznik – rozpustny syn pastora. On także nie czynił tajemnicy ze swojej profesji ani ze swych dawniejszych związków ze światem aktorskim. To dlatego jego nie podejrzewałem, a pastora – tak. Ale domyślił się pan już prawdziwego i najistotniejszego powodu, dla którego podejrzewałem pastora.
– Tak, sądzę, że już rozumiem – rzekł doktor – to dlatego podnosi ksiądz kwestię nazwiska aktorki.
– Tak, mam na myśli jego fanatyczne nieprzejednanie w sprawie nieoglądania aktorki na oczy – spostrzegł ksiądz. – Ale tak naprawdę nie sprzeciwiał się temu, aby ją zobaczyć. Sprzeciwiał się temu, aby ona zobaczyła jego.
– Tak, rozumiem – zgodził się doktor.
– Gdyby ujrzała wielce czcigodnego Samuela Hornera, momentalnie rozpoznałaby wielce niegodnego aktora – Hankina – udającego w przebraniu pastora i ukrywającego pod tym przebraniem całkiem nikczemny charakter. Cóż, sądzę, że to wszystko, jeśli chodzi o tę prostą wiejską idyllę. Ale przyzna pan, że dotrzymałem słowa: pokazałem panu w wiosce coś znacznie bardziej upiornego niż trup – nawet nafaszerowany trucizną. Czarny strój pastora nafaszerowany czarnym charakterem szantażysty jest co najmniej wart uwagi – mój żywy człowiek jest znacznie bardziej śmiercionośny niż pański martwy.
– To prawda – rzekł doktor, sadowiąc się wygodnie na poduszkach w przedziale. – Gdybym miał wybierać spośród nich towarzysza milutkiej podróży koleją, wolałbym trupa.

[1936]

_____
PRZYPIS: *William Laud (1573–1645) – anglikański arcybiskup Canterbury i prymas całej Anglii; doradca króla Karola I. Zwolennik surowych represji wobec purytanów.


Tłum. Łukasz Makowski

Fot. & proj. okładki: Sztukmistrz






-----------------------------
Wirtualne Wydawnictwo WiWo szuka realnego (papierowego) wydawcy niniejszego tekstu, który byłby gotów wynagrodzić godziwą zapłatą osoby, które przyczyniły się do jego powstania. Zainteresowanych prosimy o kontakt mailowy na adres
 wirtualnewydawnictwowiwo[malpa]gmail.com
-----------------------------