Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje boje z tradycją. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje boje z tradycją. Pokaż wszystkie posty

Idolologia

Czyli naszych bojów z Tradycją odsłona kolejna – tym razem bardziej osobista

Z pełnym wdzięczności uśmiechem przyjmujemy uwagi kierowane pod adresem publikowanych przez nas tekstów (np. https://wirtualnewydawnictwowiwo.wordpress.com/2017/10/24/kwestia-zaufania-a-matter-of-trust/)
przez współczesną odmianę Myśli Katolickiej oraz należącego (według wszelkich znaków na ziemi) do ścisłego trzonu redakcji MK pana Pelagiusza. Dają one rzeczywiście do myślenia, bywają przekonujące, a wyjaśnieniom Pana Pe dotyczącym kwestii małżeństwa bylibyśmy nawet skłonni przyznać słuszność.


Tematy bezpieczne nie bardzo

Czy jednak Pelagiusza Asturyjskiego oraz Myśl Katolicką kropkę org interesuje prawda, cała prawda i tylko prawda (tak im dopomóż Bóg)? Czy byliby gotowi omówić na swoich łamach zagadnienia takie jak:

1. Artykuł pt.

THE DUBIETY OF ORDINATION CONFERRED WITH ONE HAND

[O wątpliwej ważność święceń, których biskup [nie] udziela poprzez włożenie na diakona jednej tylko ręki – tekst obalający mit uczoności x. A. Cekady i stawiający pod znakiem zapytania tożsamość bpa (?) Daniela L. Dolana oraz wyświęconych (?) przez niego osób. To byłby doprawdy pyszny (choć raczej na słodko-kwaśno) "kawał", gdyby w istocie okazało się (choćby dopiero na Sądzie Ostatecznym), że czołowe autorytety {bo nie o samego Dolana tylko chodzi} pewnej określonej grupy sedewakantystów za duchownych tylko uchodziły...]. Powyższy artykuł domaga się pilnego tłumaczenia na język polski.

2. Opinii wspomnianych wyżej Dolana i Cekady oraz Donalda Sanborna dotyczących sądowego morderstwa Terri Schiavo. Jak mogę (w jakiejkolwiek sprawie?) ufać ludziom, którzy w jawny sposób głoszą fałsz w dziedzinie wchodzącej bez wątpienia w zakres wiary i moralności? Co więcej, kurczowo trzymają się swoich (no właśnie:) opinii. Nie są gotowi przyznać, że się pomylili lub nie zbadali sprawy odpowiednio dokładnie. Zamiast tego usiłują zachować pozory (własnej, bo nie papieskiej przecież – papież się w sprawie Terri Schiavo nie wypowiedział) nieomylności. Idą w zaparte. A potężniejsi z nich marzą o władzy nad galaktyką... I wciąż znajdują się ludzie, którzy im ufają...

3. Opinia bpa Pivarunasa oraz oficjalne stanowisko jego CMRI (zaprezentowane również w telewizji) w sprawie przeszczepu organów nieparzystych.

4. Hipokryzja tych, którzy formułują faryzejskie zasady (np. dotyczące stosownego ubioru), a następnie sami je łamią – i wcale się z tym nie kryją (na zdjęciu poniżej Daniel Dolan pozuje w towarzystwie uroczyście zakazanych niewiast w spodniach):


Wstydu nie mają?

5. Skandal w szkole pod auspicjami kaplicy św. Gertrudy. Została mu poświęcona znakomita strona pod adresem: http://sggscandal.com/. Znakomitość witryny polega na tym, że zawiera w większej części po prostu kopię korespondencji między uczestnikami dramatu (autentyczności rzeczonej korespondencji nikt nie podważa). Lektura przedstawionych na stronie materiałów dosyć szybko pozwala uczciwemu czytelnikowi wyrobić sobie zdanie na temat niektórych kreatur kreujących się na "gwiazdy sedewakantyzmu".

6. Cyrografy, które każe podpisywać SSPV, dotyczące nieuczęszczania do kaplic, w których posługują sedewakantyści uznani przez Bractwo św. Piusa V za wątpliwie/nieważnie wyświęconych/z innych powodów "niewskazanych", a raczej "zakazanych". Każda (niemal?) z sedewakantystycznych grup (podobnie zresztą jak SSPX) przypisuje sobie kompetencje odmawiania wiernym sakramentów na podstawie sformułowanych przez siebie opinii.

No właśnie: opinii. Dopóki w danej sprawie nie wypowie się Ojciec Święty lub kompetentna watykańska dykasteria (a takich dziś brak zupełnie), taką właśnie wagę mają nawet najuroczyściej formułowane przez każdego z/każdą z grup sedewakantystów "własne [no właśnie!] zasady".

Któż zatem – szczególnie spośród polskich sedewakantystów – podejmie się otwartego omówienia w/w zagadnień i zaprezentowania ich Drogim Odbiorcom?

Obawiamy się, że takimi "wariatami" jesteśmy być może tylko my...

Kwestia zaufania

W tych czasach powszechnego zamieszania warto z wielką roztropnością podchodzić do tego, komu się zaufa. Nie rzucać się ślepo w objęcia tego czy tamtego duchownego, mimo że każdy normalny katolik czuje głęboką potrzebę korzystania z posługi duszpasterza i życia sakramentalnego. Podobnie każdy normalny ksiądz czuje potrzebę zwierzchnictwa nad sobą, więc tak trudno pozostać kapłanem "niezależnym" – nawet sedewakantyście. Ale być może w dzisiejszych niełatwych czasach zaufać księdzu "niezależnemu" to najlepsze, najpraktyczniejsze i najbezpieczniejsze rozwiązanie. (Na zarzut "wybierania sobie", powtórzymy: w obecnej sytuacji, gdy brak papieża, kompetentnych władz kościelnych oraz sprawujących terytorialną władzę biskupów, każdy chcąc nie chcąc "sobie wybiera").

"Sedewakantyzmów" jest pewnie tyle, ilu sedewakantystów – których tu roboczo i najszerzej jak to możliwe definiujemy jako osoby przyjmujące stanowisko, że w chwili obecnej nie ma papieża. Trudność (specyficznie?) polska polega na tym, że spośród "starej wiary", tj. (jeśli wciąż żywych, to obecnie już leciwych) duchownych formowanych w seminariach "po staremu", "tradycyjnie" – wszyscy zdradzili. Niewielu z nich trwa aż dotąd (pozostali zaś zasnęli) – lecz do dziś nie znalazł się wpośród nich ANI JEDEN sprawiedliwy, który publicznie powiedziałby, że "nowy porządek" to błąd, odstępstwo od Wiary i że papam ~ niestety ~ non habemus.


Komu więc (spośród duchownych) ufać?

A może odwróćmy pytanie: komu nie ufać? Temu, kto kłamie i gra. Coś ważnego ukrywa albo przeinacza. Co innego przedstawia jako prawdę publicznie, a co innego – prywatnie.

Komu zaufać? Jako warunek minimum zaproponujemy: komuś, komu starcza odwagi, by głośno powiedzieć to, co autentycznie rozpoznaje jako prawdę – kto postępuje w zgodzie z własnym sumieniem.
Czy oznacza to, że w Polsce dziś przypada mi (przynajmniej na razie) los pozbawionego dostępu do sakramentów home alonera – "samotnika"?


RKSV

P.S. Serdecznie polecamy lekturę blogów The Lay Pulpit oraz Pistrina Liturgica, z którymi warto się zapoznać również ze względu na wysoką wartość językową. Prowadzący je opowiadają się za decydującym wpływem świeckich na życie danej wspólnoty wiernych oraz posługującego jej kapłana. Być może w czasach dzisiejszych najroztropniejsze rozwiązanie polega na tym, by wybudować przy/we własnym domu kaplicę i poprosić zaufanego księdza o sprawowanie tam posługi? Tym sposobem zarówno kapłan, jak i udzielający miejsca do celebry staliby się swoimi "współzakładnikami" (wiernym zależałoby na dostępie do kapłańskiej posługi, księdzu zaś na wsparciu ze strony wiernych), co mogłoby skutecznie zniechęcić do prób niesprawiedliwego wykorzystania "drugiej strony". Przy braku zaś oficjalnej hierarchii pokusa jest wielka...

Moje boje z tradycją: Nasi czy nie nasi?

Nie ma się co podniecać tym, że "nasi" zdobywają pozycje w systemie etatystycznym - zostają jego wysoko postawionymi funkcjonariuszami (np. sędziami). Dokładnie z chwilą objęcia stanowiska w systemie przestają być "naszymi".

Moje boje z tradycją: Po całości

Chodzi o ŚPIEWANIE PIEŚNI KOŚCIELNYCH W CAŁOŚCI.

Znamy z nich zwykle tylko kilka pierwszych zwrotek. Zazwyczaj nie zdążamy dośpiewać pieśni do końca, bo akcja liturgiczna musi postępować, a Msza to przecież nie recital.

Z drugiej strony: niedośpiewanie pieśni do końca to coś jakby coś jak ucinanie piosenki przed ostatnią zwrotką albo czytanie kryminału bez ostatnich rozdziałów.

Śpiewanie utworów kościelnych w całości szczególnie ważne wydaje się w przypadku naszych polskich kolęd; ich zasadnicza z teologicznego i kompozycyjnego punktu widzenia tematyka - tematyka Ciała i Krwi Pana Jezusa oraz Jego Ofiary krzyżowej - ujawnia się często w pełni dopiero w końcowych strofach utworów.

A może zastosować takie rozwiązanie, że na przykład pierwszą część pieśni wykonujemy po wersecie ofertorium, przerywamy, gdy celebrans ma zacząć prefację, a pieśń podejmujemy od przerwanej zwrotki na przykład po wersecie communio?

"Diakon musi zostać księdzem"

Nieprawda.

"Nie ma innej drogi". Jest. Polega na niewyświęcaniu go na kapłana.

Zbyt wielu diakonom pozwala się dziś poczuć zbyt pewnie. Podobno po otrzymaniu tych święceń wyższych wielu z nich przewraca się w głowach. Zyskują poczucie, że wszystko "przyklepane". Przestają chodzić na zajęcia. Lekceważą wszystkich i wszystko. Cóż z nich będą za księża?
Ale czemuż się dziwić, skoro z chwilą uzyskania diakonatu zyskują przeświadczenie, że zostaną konsekrowani właściwie z automatu, wiedząc dokładnie dzień i godzinę?

Słyszałem niegdyś o praktyce wypuszczania kleryków (a może subdiakonów albo już diakonów) "w świat" na rok przed przewidzianymi święceniami kapłańskimi. Po pięciu latach seminarium człowiek wracał na rok "na świat". Badano, czy wróci "do świata", czy już dla niego umarł. Może i obecnie należałoby tę praktykę stosować?

Lepiejci bowiem bez święceń kapłańskich wniść do żywota, niźli będąc dziadowskim wiecznym kapłanem być wrzucony do piekła ognistego...

Jazda (po Tomaszu)!

Z wielką dezynwolturą wielu krytykuje dziś koncepcje Akwinaty. Sądząc z liczby krytycznych uwag - zbierając je wszystkie do kupy - można by odnieść wrażenie, jakby źle o Panu Bogu i tajemnicach wiary napisał Tomasz, wszystko źle.

W ramach tzw. "rozwoju myśli" i "lepszego, pełniejszego rozumienia" katolickiej Prawdy pojawiła się ambicja, by wszystko (lub prawie wszystko) "zmienić", "ulepszyć", "zreformować".

Nie ma już żadnych autorytetów - idziemy ramię w ramię ze światem - kichamy na Ojców i Doktorów Kościoła. My wiemy wszystko najlepiej.

Tam na górze święty Tomasz musi się z tych domorosłych "myślicieli" mooocno uśmiewać. Ale może raczej się za nich modli...

Psychologia zmiany, psychologia zdrady

Jak to się stało, że ksiądz, który przygotowywał się do kapłaństwa w seminarium tradycyjnym, znienawidził, zapomniał lub obśmiewa to, co było JEGO? Przecież miał dzień w dzień do czynienia z nieskażoną modernizmem nauką katolicką. A może wcale nie była ona tak nieskalana? Pewien seminarzysta amerykański wspominał, że w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia zajęcia na jego kursie zaczęli prowadzić niewiadomego do końca pochodzenia przybysze z Europy, którzy przywozili ze sobą zza oceanu bruliony notowanych odręcznie "nowości" rodem z mózgów modnych owymi czasy myślicieli. Święty Tomasz poszedł w kąt; liczyły się nagryzdolone na świstkach papieru efekty myślowej bieżączki nowinkarzy. To były zmiany rewolucyjne.

Ale w Polsce "reforma" wyglądała, zdaje się, inaczej. Kardynał Wyszyński "tonował" zmiany, starał się o "płynne przejście" od "starego" do "nowego". Niektórzy twierdzą, że ta właśnie deewolucja przyniosła owoce bardziej śmiercionośne niż nagła i skokowa zmiana na tzw. Zachodzie. Tam przynajmniej sytuacja była jasna: dokonało się zasadnicze przekształcenie. U nas pozornie zmieniło się niewiele.

Tak czy inaczej, czy to w imię "świętego" posłuszeństwa, czy to w imię zamiłowania do nowiniarzy, znaczna większość kapłanów z miejsca albo krok po kroku porzuciła to, co było ich.

To zjawisko domagałoby się analizy psychologicznej (szczególnie cenna byłaby AUTOANALIZA). Jak to się stało? Jak to się dzieje, że tak wielu tak bardzo znienawidziło to, co było ich własnością, ich skarbem, Prawdą, do której mieli przylgnąć?

Czy istnieje jakaś praca naukowa podejmująca podjęty przez nas temat? Jeśli nie, może należałoby czym prędzej zasiąść do jej pisania? Z każdą chwilą ubywa w świecie doczesnym bezpośrednich uczestników interesujących nas zdarzeń...

Szczepić czy nie szczepić? (Perspektywa publicysty)

Crossover: MOJE BOJE Z TRADYCJĄ /i zdrowym rozsądkiem/

"Bo wy uważacie, że..." - zdarzało mi się często słyszeć - w odniesieniu do mnie i (niepotrzebne skreślić)
- mojej rodziny;
- grona przyjaciół, znajomych
czy też osób, z którymi wspólnie pracowałem.

Jesteś "tradycjonalistą", a zatem obowiązkowo rodzisz dzieci w domu, a potem ich nie szczepisz.

Przyjęło się uważać, że grupa ludzi spokrewnionych ze sobą lub skupionych wokół jakiejś idei (dogmatu) ma absolutnie identyczne poglądy na wszystko. Łączą nas rzekomo nie tylko te zasadnicze więzy (czy to krwi, czy to związane z zasadami, którymi wspólnie się kierujemy) - ale wszystko inne. Mamy te same bez wyjątku poglądy i jeśli na przykład ktoś z tak zwanego środowiska Tradycji (z drżeniem serca :) przyzna, że zaszczepił dzieci, okaże się dziwakiem, wyrzutkiem i w ogóle bestią.

Tak, dziś mowa będzie właśnie o szczepionkach.

Dla niektórych to ucieleśnienie zła. Za nic w świecie nie pozwolą zaszczepić swoich dzieci. Innych też będą namawiać do zaniechania szczepień. Czy mają do tych postaw moralne prawo i naukowe podstawy?

Na początku podkreślmy, że:

1. Niniejszy tekst nie rości sobie żadnych praw do bycia analizą naukową (jeśli się uda, w przyszłości i taką postaramy się na naszych łamach zamieścić).

2. Tzw. "państwowy przymus szczepień" (niemoralny z zasady) a szczepienia per se potraktujemy roboczo jak osobne tematy. Skoncentrujemy się na zastanowieniu, jakie szanse i zagrożenia może nieść za sobą szczepienie dzieci.
Jako realiści nie możemy twierdzić, że "państwowy przymus szczepień" i dzisiejsze szczepionki to sprawy zupełnie ze sobą niepowiązane - wpływ nieuczciwych z gruntu koneksji prywatnych firm i funkcjonariuszy państwowych może prowadzić do tego, że celowo produkuje się, rozprowadza i wmusza ludziom towar (w tym przypadku szczepionki) nieskuteczny, a nawet szkodliwy.
[To jest właśnie ból wolnościowca: stara się zastanawiać i działać na rzecz rzeczywistości (choć trochę bardziej) normalnej w rzeczywistości głęboko nienormalnej. I nie może przy tym mówić wyłącznie o sytuacji idealnej, abstrahując od realiów].

Nie można też uciec od tematu (nawet, przyjmijmy, mających dobre, pożądane działanie) szczepionek wytwarzanych w sposób niemoralny - na przykład z użyciem ciał ludzi zamordowanych w ramach tzw. aborcji). To jest dopiero dylemat naszego niedoskonałego świata: czy korzystać z potrzebnego, a jedynego dostępnego nam na razie produktu powstałego w taki sposób? A może zawsze istnieje alternatywa?

A może prawdą jest zarówno to, że liczni gracze z branży farmaceutycznej wykorzystują istniejący system patentów i innych ograniczeń wolności do nieuczciwego wyzuwania klientów z pieniędzy - jak i to, że (statystycznie rzecz biorąc) produkowane przez ten biznes szczepionki raczej pomagają niż szkodzą? Jeśli Stalin, Napoleon czy Pinochet - przy całym ogromie popełnionego przez siebie zła - twierdziłby, że Ziemia kręci się wokół słońca, to nie przeczylibyśmy mu dla samej przekory, prawda?

Uczciwość wymaga porównywania ideałów, a nie wypaczeń. Dla (tradycyjnego) przykładu: do przeprowadzenia zasadnej krytyki Novus Ordo Missae wystarczy  Krótka analiza krytyczna NOM kardynałów Ottavianiego i Bacciego, porównująca przebieg liturgii tak jak wygląda ona "w ideale", na papierze - bez brania pod uwagę nadużyć, których mogą dopuszczać się zarówno kapłani sprawujący Mszę tradycyjną, jak i NOM.
[Choć nie da się też ukryć, że "Z owoców ich poznacie je", a od czasów zmian firmowanych przez kard. Montiniego niewiara w świecie (również wśród księży) wzrosła chyba zdecydowanie bardziej niż w epoce jedności rzymskiego kultu liturgicznego].

Spróbujmy więc zastanowić się nad zagadnieniem szczepionek przy założeniu, że produkuje się je bez celowego wprowadzania do nich szkodliwych substancji.

W jakiej sytuacji mam prawo bronić dziecka nawet wbrew woli jego rodziców? Na przykład wtedy, gdy dziecko uległo wypadkowi i utraciło tyle krwi, że nieprzetoczenie jej niechybnie skończy się jego zgonem. W takim wypadku mamy prawo wystąpić przeciw sprzeciwiającym transfuzji rodzicom nawet z użyciem przemocy. Prawo, a nawet obowiązek ratowania dziecka w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia stoi wyżej niż prawo rodziców do podejmowania (w pewnym zakresie) decyzji w imieniu potomka.

Zdarza się (czy tak?), że dziecko nieszczepione przeżyje całe życie bez zapadania na chorobę, która bezpośrednio grozi mu śmiercią.

Stąd wniosek, że przymus szczepień jest niemoralny.

(Ważny jest też aspekt czasu: decyzje podejmowane w imieniu niemowląt dziś mają dalekosiężne skutki).

Czy dzieci nieszczepione na żadne poważne choroby nie zapadną? A może ich rodzice mają rację - nie szczepiąc dzieci - bo ewentualny uszczerbek na zdrowiu potomstwa (zakładamy, że związany bezpośrednio z zaszczepieniem się) to cena zbyt wysoka za (ewentualne) ochronienie go przed zapadnięciem na gruźlicę czy tężec?

No właśnie: kwestia ryzyka i prawdopodobieństwa.

Może więc rozsądnie będzie podjąć decyzje o szczepieniu dzieci lub nie w oparciu o kryterium potencjalnego niebezpieczeństwa jakie grozi im w przypadku a) zaszczepienia; b) niezaszczepienia.

Mawia się niekiedy, że istnieją kłamstwa, wierutne kłamstwa i statystyka.

Ale ~
Jeśli szczepiąc dziecko z większym prawdopodobieństwem ochronimy je przed ewentualnym zapadnięciem na ciężką chorobę niż narazimy jego zdrowie na ewentualny szwank wynikający z kontaktu z zawartością szczepionki - liczby są po naszej stronie. Szczepimy (przynajmniej na niektóre choroby).

Dodatkowy kłopot: osób, które w wyniku szczepienia na polio etc. nie zachorowały - nie widzimy (bo nie zachorowały); osoby, u których stwierdzono niepożądany odczyn poszczepienny - widzimy.

Skłonności antyszczepionkowe to w Polsce zjawisko stosunkowo nowe. Mamy zbyt krótką perspektywę czasową, by ocenić ich długofalowe skutki. Po prostu: dzieci programowo nieszczepione w większości są dziś najdalej nastolatkami.

Ponadto grupy i środowiska antyszczepionkowe są w Polsce stosunkowo nieliczne, więc nie doszło jeszcze do żadnej epidemii.

Ciekawe, że ideologia antyszczepionkowa znalazła tak podatny grunt w pewnej przynajmniej części środowisk katolickiej Tradycji, które poważnie angażują się w przygotowania do wojny - w wymiarze zupełnie ziemskim: zbrojenie się, ćwiczenia taktyczne i tak dalej. Czy nieszczepienie dzieci nie oznacza w tym kontekście zmniejszania szans na przetrwanie?

A może nieszczepienie dzieci to wyraz zaufania Panu Bogu aż do szaleństwa?

Ciekawe pytanie: Czy osoby (w szczególności lekarze) zaangażowane w walkę ze szczepionkami (i postulujące w zakresie szczepienia lub nieszczepienia dzieci wolność wyboru) okazują się równie wolnościowo nastawione w innych sprawach? Czy odpowiedzią na nękające ludzkość zagwozdki jest ich zdaniem dobrowolność czy raczej domagają się interwencji funkcjonariuszy państwowych - tylko skierowanej przeciw komuś innemu niż dotychczas?

Ciekawe jak lekarze i rodzice zachowaliby się w realiach wolnorynkowych...

Jan Lech Karski

Moje boje z tradycją: Wyznania

 Lśnij, potęgo Kościoła*
(Fot. MDK)

"Ten raz pójdę na Mszę tradycyjną, chociaż wolę <<nową mszę>>" - usłyszałem. Tak jakby nasze wolenie czy niewolenie miało istotny wpływ na to, co jest miłe Panu Bogu...

Powyższa wypowiedź świadczy o pewnym sukcesie nowej taktyki modernistów, którą można by w skrócie określić sformułowaniem: "dla każdego coś miłego". Ty, człowiecze, wolisz "po staremu" - prosimy bardzo, droga wolna. Masz swoje racje. A ty, człowiecze, wolisz "po nowemu" - i ty masz swoje racje.

Przypomina to nieco sytuację z anegdoty o rabinie, do którego przyszli kolejno mąż i żona. Każde z małżonków narzekało na drugą stronę związku. Rabin powiedział mężowi: "Masz rację". Następnie żonie: "Masz rację". Wreszcie opowiedział o tych wizytach i swoich reakcjach własnej połowicy. Ta skomentowała: "Przecież oni oboje nie mogli jednocześnie mieć racji". "I ty masz rację" - odrzekł rabin...

Kiedy zaczynałem chodzić na Mszę świętą przez duże "em", też tej liturgii z początku "nie czułem". Ale oto tu jest coś więcej niż człowiek i jego odczucia. Nie rezygnowałem. Chodziłem dalej.

(Zdałem też sobie w pewnej chwili sprawę, że tradycyjna liturgia może być szalenie wymagająca intelektualnie. Podobnie jak szalenie wymagająca intelektualnie jest traktowana z powagą katolicka wiara i nauka Kościoła).

W pewnej chwili coś "zaskoczyło". Ale to nie była "praca własna", czy też osobisty wysiłek umysłowy czy duchowy - które, swoją drogą, też są łaską...

Kacper Tomasz Lidzki

_____
* Aluzję zawdzięczamy JJ. Serdeczne podziękowanie!

MOJE BOJE Z TRADYCJĄ: Tradycyjny zegarek

źle wygląda na ręku sprawującego Mszę świętą księdza.

Nietradycyjny zresztą też.

Czy udałoby się skłonić kapłanów, aby przed wejściem do prezbiterium skutecznie zakrywali czasomierz szatami - albo nawet zdejmowali go i zostawiali w zakrystii? Nie sprawiali nawet wrażenia, iż liczą Panu Bogu czas?...

Otwartość na dzieci - naturalnie.


Uczestniczyłem kiedyś dyskusji na temat tego, czy encyklika Humanae vitae była (i jest) potrzebna.
Z jednej strony pojawił się pogląd, że nie - nie była - głoszona od wieków nauka Kościoła dotycząca zasad moralnych w dziedzinie przekazywania życia ludzkiego nadal pozostaje w mocy i niczego jej nie brakuje - nie potrzebuje "rozwinięć" czy "wyjaśnień".

Z drugiej strony zaznaczyło się stanowisko podkreślające istotną potrzebę - ba! konieczność - napisania i publikacji encykliki - i to właśnie wtedy, gdy powstała i została ogłoszona: rewolucja seksualna, pigułka wczesnoporonna, aborcja na życzenie - Humanae vitae miało stanowić odpowiedź Kościoła na palące problemy lat sześćdziesiątych XX wieku (i kolejnych).

Dziś skłaniałbym się raczej ku stanowisku, że Humanae vitae to publikacja co najmniej niepotrzebna, a być może szkodliwa i niebezpieczna. Ku tej tezie skłania mnie odpowiedź na następujące pytanie: Czy wspomniana encyklika stanowi tylko przypomnienie (i - ewentualnie - rozwinięcie) tradycyjnej nauki Kościoła na temat przekazywania życia, czy też raczej lekko rewolucyjny wyłom w wielowiekowym nauczaniu?

Pojawia się obawa, że autorowi tekstu (podobnie jak wielu wpływowym w owym czasie w Kościele nowinkarzom) towarzyszyło przeświadczenie, iż - jak w innych dziedzinach nauczania Kościoła - tak i w tej "trzeba coś dodać" - nawet za cenę "lekkiego" wykrzywienia dotychczasowej nauki.

W Humanae vitae zaznacza się powracające jak bumerang zagadnienie "naturalnej" regulacji poczęć.

Pisze kardynał Montini:

"Jeśli więc istnieją słuszne powody dla wprowadzenia przerw między kolejnymi urodzeniami dzieci, wynikające bądź z warunków fizycznych czy psychicznych małżonków, bądź z okoliczności zewnętrznych, Kościół naucza, że wolno wówczas małżonkom uwzględniać naturalną cykliczność właściwą funkcjom rozrodczym i podejmować stosunki małżeńskie tylko w okresach niepłodności, regulując w ten sposób ilość poczęć, bez łamania zasad moralnych, które dopiero co wyłożyliśmy.
Kościół jest zgodny z samym sobą i ze swoją nauką zarówno wtedy, gdy uznaje za dozwolone uwzględnianie przez małżonków okresów niepłodności, jak i wtedy, gdy potępia, jako zawsze zabronione, stosowanie środków bezpośrednio zapobiegających poczęciu, choćby nawet ten ostatni sposób postępowania usprawiedliwiano racjami, które mogłyby się wydawać uczciwe i poważne. W rzeczywistości między tymi dwoma sposobami postępowania zachodzi istotna różnica.
W pierwszym wypadku małżonkowie w sposób prawidłowy korzystają z pewnej właściwości danej im przez naturę. W drugim zaś, stawiają oni przeszkodę naturalnemu przebiegowi procesów związanych z przekazywaniem życia. Jest prawdą, że w obydwu wypadkach małżonkowie przy obopólnej i wyraźnej zgodzie chcą dla słusznych powodów uniknąć przekazywania życia i chcą mieć pewność, że dziecko nie zostanie poczęte".

Zwróćmy uwagę na zamykający wywód fragment: "chcą mieć pewność, że dziecko nie zostanie poczęte". Takiej pewności nigdy nie będą mieli. Można mówić jedynie o próbach zwiększania lub zmniejszania prawdopodobieństwa poczęcia dziecka. Próby uzyskania w tym zakresie pewności są nie tylko skazane na porażkę - ale budzą podejrzenie, iż szukamy usprawiedliwienia dla mentalności antykoncepcyjnej. Mentalność owa polega na tym, że ustępujemy przed światem i przyjmujemy te same założenia, co on (motywacja: "żeby nie było dziecka", cel: "nie chcemy dziecka") - tylko dorabiamy sobie do tego zastrzeżenie: "ale my to zrobimy po katolicku".

Nic dziwnego, że w tych warunkach stosowanie metod zwanych "naturalnym planowaniem [cóż za obrzydliwy, techniczny termin rodem z głębokiego komunizmu!] rodziny" tak bardzo zbliża się ku (lub nawet równa) prymitywnej antykoncepcji.

Takie właśnie wrażenie można wynieść z uczestnictwa w tak licznych kursach antymałżeńskich (zwanych dla niepoznaki "małżeńskimi"), podczas których zarówno podważa się wiarę ("Jak w perspektywie postaw ekumenicznych rozumieć postać świętego Andrzeja Boboli?" "Czasy się zmieniły" - autentyczne pytanie i odpowiedź), jak i prowadzi propagandę "naturalnej antykoncepcji".

Uczestnicy kursów - dla których udział w nich oznacza nierzadko jedyną szansę na kontakt z Kościołem (a Kościoła z nimi) przez lata - są po wielekroć tak straszliwie krzywdzeni przedstawianiem im w krzywym zwierciadle prawdy katolickiej.

Jak to się stało, że tak wielu zaczęło reklamować "antykoncepcję po naszemu"?
Istotną rolę odegrała zapewne "reforma" (czy też "deforma") polegająca na usunięciu z Kodeksu Prawa Kanonicznego zapisu o hierarchii celów małżeństwa.
Owo "lekkie przesunięcie akcentów" przyniosło efekt na przykład w postaci par, które z rozmysłem podejmują próbę minimalizacji szansy na poczęcie dziecka przez pierwszych kilka lat po zawarciu związku.

Zniszczenie zapisu o hierarchii celów małżeństwa należy do owych zmian podyktowanych przez "ducha czasów" - bynajmniej, zdaje się, nie Świętego.

Spotkałem się z opinią, że wymaganie od katolików, by nie stawiali Panu Bogu barier w zakresie powoływania do życia nowych ludzi, to wzywanie ich do heroizmu (każdego można doń wezwać, ale nie od każdego można go wymagać).

Czy jednak postawienie sprawy następująco ~

Niemoralne jest, aby kiedykolwiek podejmować działania zmierzające do niepoczynania dziecka motywując to bezpośrednio i w pierwszej kolejności niechęcią do poczynania dziecka oraz rodzicielstwa jako takiego (z towarzyszeniem różnorakiej argumentacji: "bo jest nam tak dobrze", "bo będzie nam wygodniej", "bo mamy teraz czas dla siebie", "bo nas nie stać").

~ nie powinno raczej stanowić obowiązującej normy niż wezwania do nieobowiązującego "wyczynu" - szczególnego osiągnięcia?

Jak rozumiem sformułowaną powyżej zasadę?

Zakłada ona moralność powstrzymania się od współżycia z przyczyn medycznych - na przykład związanych z troską o zdrowie żony.

Wyklucza natomiast próbę minimalizacji poczęcia dziecka z jakichkolwiek innych przyczyn. "Naturalna antykoncepcja" (z zachowaniem, rzecz jasna, odpowiednich proporcji) kojarzy się z aborcją "z przyczyn ekonomiczno-społecznych". Takie porównanie to skandal! - mogą zakrzyknąć niektórzy. Ale nie zaprzeczą, iż cel i motywacja działania są w obu przypadkach takie same: "żeby nie było dziecka" oraz "przyczyny ekonomiczno-społeczne". Czyż nie daje to do zastanowienia?

Co więcej: Uczciwe postawienie sprawy i praktykowanie wstrzemięźliwości oznacza to po prostu całkowite powstrzymanie się od współżycia.

Dziecko ma prawo do poczęcia w warunkach miłości i (każdorazowo) radosnego oczekiwania na przyjęcie nowego człowieka, a nie w nerwach, sprawdzaniach śluzu i przy wtórze maszyn obwieszczających z towarzyszeniem zielonej czy czerwonej lampki: "dziś można" lub "dziś nie można" (zwą się one "testerami płodności" - w zależności od tego, czy planuje się "mieć dziecko", czy planuje się "nie mieć dziecka" nabywa się modele zaprojektowane do uskutecznienia wybranego planu).

Jak możemy uczciwie realizować wspomniane wyżej prawo dziecka idąc drogą "naturalnej antykoncepcji"? "Dziecko się pojawiło, mimo że <<uważaliśmy>>. Kochamy je i przyjmujemy, mimo że jest nieplanowane". Samo użycie słów "uważaliśmy" i "nieplanowane" jest już w kontekście zastanowienia nad istotą ludzką niepokojące.

Można poczynić pewną analogię między uczciwym powstrzymaniem się od współżycia z przyczyn medycznych a operacją kobiety, której dziecko rośnie poza macicą.

Zdarza się, że w toku operacji ratującej życie kobiety dochodzi do niezamierzonej bezpośrednio śmierci dziecka, rozwijającego się poza jej macicą. [Nota bene: są takie matki, które ciążę pozamaciczną nie tylko przeżyły, ale urodziły z takich ciąż zdrowe dzieci - warto chyba zgłębiać to zagadnienie (stanowi ono dyżurny wytrych zwolenników mordowania bardzo małych ludzi)]. Zatem celem operacji jest pewne dobro - a niezamierzonym towarzyszącym jej skutkiem może okazać się zgon dziecka.

Całkowitemu powstrzymaniu się od współżycia przez dany okres z przyczyn medycznych towarzyszy pewny skutek - niepoczęcie dziecka. Nie ma tu jednak mowy o towarzyszącym "naturalnej antykoncepcji" poczuciu z rodzaju: "a co to będzie jak się pojawi?". Nie ma tu mowy o zgoła technicznym traktowaniu swojego ciała ("badanie płodności" - "zadanie" spoczywające właściwie w całości na kobiecie). Jest pewne konkretne dobro, o który się staramy - i niezamierzone bezpośrednio skutki towarzyszące działaniu celem jego realizacji.

Kościół tradycyjnie pozostawiał wiernym szerokie pole do korzystania z danej im przez Boga wolności. Gilbert Keith Chesterton pisał, że Stwórca zbiór obowiązujących ludzi reguł ujął w formie zakazów (Dekalog) ze względu na to, iż dużo więcej rzeczy jest dozwolonych niż zabronionych, więc krócej i prościej będzie wymienić te niedopuszczalne.

Czy "otwieranie furtek" w zakresie współuczestnictwa w powoływaniu ludzi do istnienia nie ociera się już o grzech - zachowanie zakazane?

Próbując jak najprościej odpowiedzieć na pytanie: co daje nam otwartość na życie - pozbawiona zahamowań i usprawiedliwień z rodzaju tych proponowanych nam w Humanae vitae?

Poczucie i świadomość szczerej radości z tego, że nie stawiamy Panu Bogu barier, a On przy naszej współpracy w stosownej chwili (którą ostatecznie SAM obiera) obdarza nas wielką łaską rodzicielstwa.

Czy radość ta towarzyszy nam nie dlatego, że postępując nieledwie jak "Boży szaleńcy" bardziej liczymy na Jego Opatrzność niż na siebie samych?

Kacper Tomasz Lidzki

MOJE BOJE Z TRADYCJĄ: W ucho go!

Msza święta - tak zwana "szkolna". Dziwne, że środowisko uznawane za tradycyjne używa takiej nomenklatury. Samo - i słusznie! - oburza się na sformułowania "msza święta młodzieżowa", "msza dla dzieci" etc. Ale cóż... ciągnijmy historię.

Dzieci stłoczone w ławkach; nauczyciele-cerbery (po prawdzie to w większości nauczycielki-cerberki) czujnymi oczami śledzą potencjalne występki dziesięcio- i mniej-latków. Msza przy ołtarzu się odprawia, a w nawie odprawia się nadzór.

Wtem: W ucho go! Nauczyciel wymierza uczniowi cios - chłopiec rozglądał się na boki czy też popełnił inne karygodne przestępstwo. Dostał więc w głowę.
I znosi to.

Rodzice ucznia sądzą zapewne, że, posławszy go do placówki, która ma w nazwie "katolicka", a w dodatku "tradycyjnie katolicka", powierzają swoje dziecko w dobre ręce. Cóż...
Zbyt wielu łudzi się, że, umywszy ręce od wychowywania powierzonych sobie przez Pana Boga dzieci i oddawszy je w ręce cudze, obce i nieznajome, choćby zwące się tradycyjnie katolickimi, postępuje słusznie. (Liczą na to, że szkoła zastąpi i wyręczy rodziców w wychowaniu dzieci).

Przecież wspomnianego nauczyciela należałoby...

Kto powinien to zrobić? Jego szkolny przełożony, rodzice dziecka, a może sam ów uczeń (na pewno miałby do tego moralne prawo).

Krótka nauka płynąca z powyższej opowieści: jeśli już decydujemy się powierzać dzieci osobom trzecim, powierzmy je ludziom godnym zaufania nie tylko z nazwy.

KLUB NIEUCZCIWYCH ZAWODÓW: Prawnik, który nie chce znać prawdy



C.d. serii pt. Potęga wiarygodności; tym razem w ramach MOICH BOJÓW Z TRADYCJĄ

Znajomy-prawnik, ponoć katolicki tradycjonalista, zdradził mi niegdyś, że w trakcie wykonywania swojej pracy WOLI NIE ZNAĆ PRAWDY. Taka sytuacja zachodzi, gdyż występuje on w imieniu klienta, którego wyznacza mu zatrudniająca go firma. Gdyby wiedział, że człowiek, którego interesy reprezentuje, kłamie, występuje z nieuzasadnionymi roszczeniami, nie ma w sporze racji - trudniej przyszłoby mu go bronić. Tak więc - WOLI NIE ZNAĆ PRAWDY.

"Oczywiście", mówi (a jest znawcą tomizmu), "święty Tomasz miałby na ten temat inne zdanie". Inny święty Tomasz - spoglądający na nas z obrazu: Morus - też by tego postępowania zapewne nie pochwalił..

Czy można zaryzykować stwierdzenie, że w czasach obecnych są takie profesje, w których katolik nie może pracować (bo z z natury rzeczy wymagają życia w kłamstwie)?

Maciej Kurkowski

___


Serdecznie przypominamy i zapraszamy na spotkanie
poświęcone Chwale córki królewskiej Bruce'a Marshalla 


Wirtualne Wydawnictwo Wiwo
serdecznie zaprasza Drogich Czytelników i Wszystkich Zainteresowanych
na spotkanie poświęcone
powieści Bruce'a Marshalla
pt. Chwała córki królewskiej

W spotkaniu weźmą udział
ks. Bartosz Porzeziński
oraz tłumacz książki - Łukasz Makowski

Spotkanie odbędzie się w niedzielę 25 września A.D. 2016
a rozpocznie ok. godziny 17
(po mszy świętej o 15.30)
w domu parafialnym
parafii pw. Matki Bożej Częstochowskiej w Zielonce 
koło Warszawy
(Jagiellońska 10, 05-220 Zielonka).

Serdecznie prosimy
informować o spotkaniu,
zapraszać i przybywać
wespół ze swoimi rodzinami,
przyjaciółmi oraz znajomymi
Będziemy wdzięczni za poinformowanie nas drogą mailową
wirtualnewydawnictwowiwo@gmail.com
o zamiarze przybycia.
Umożliwi to w przesłanie Uczestnikom spotkań materiałów.
Do zobaczenia!
Redakcja

MOJE BOJE Z TRADYCJĄ (i nie tylko): Nabór do organizacji

Dlaczego boje nie tylko z Tradycją? Bo problem jest szerszy i dotyczy nie tylko organizacji kojarzących się z katolicką Tradycją.

Mamy stowarzyszenia kapłańskie, mamy harcerzy, mamy wreszcie inne "dzieła Boże".
Każde ze wspomnianych wypisuje na sztandarach piękne hasła i deklaruje dążenie ku szczytnym celom. Prowadzi działalność edukacyjną (np. zakłada szkoły), organizuje "wydarzenia", obejmuje wielu (szczególnie młodych) ludzi "opieką duchową".

Każdą jednak z organizacji, z jakimi dane było mi się zetknąć, charakteryzowała pewna wspólna cecha: oprócz celów jej istnienia podawanych do publicznej wiadomości zawsze istniał jeden cel ukryty. Cel może nie do końca uświadomiony; może przyświecający i znany architektom organizacji, a nie ujawniany członkom niższej rangi. Można by go sformułować tak: celem (istnienia) organizacji jest produkowanie nowych członków organizacji.

Łączy się to często z kultem jej wodza, a zawsze z kultem posłuszeństwa, które stawiane jest wyżej niż prawda.

Charakterystyczne, że najbardziej niezależnie myślące, w zdrowy sposób indywidualistycznie nastawione spośród znanych mi osób szybko się do organizacji rozczarowywały (i nawzajem: oficerowie organizacji rozczarowywali się do potencjalnych członków odznaczających się "niesubordynacją" i niechętnych do stania się częścią bezdyskusyjnie podporządkowanej wodzom armii). Niektórych zaś od samego początku wcale do organizacji nie ciągnęło (mimo że próbowano ich wciągać).

Czy zatem jako sensowne narzędzie walki ze światem pozostaje nam tylko opór bez przywódcy, czyli pospolite ruszenie w najlepszym tego słowa znaczeniu?

Do przyjaciół modernistów

Pustaki
(Fot. MDK)


Znani mi kapłani-nowoobrzędowcy (a zatem odprawiający i broniący Novus Ordo Missae oraz tego, co znamy pod nazwą "współczesnego nauczania Kościoła", przez co rozumiemy nauczanie większości obecnych biskupów) podzielają pewne wspólne przeświadczenia. Są co do niektórych tak żywo i do głębi przekonani, że samą argumentacją nie zdoła się chyba skłonić ich do obiektywnego przemyślenia wybranych zagadnień.

Jednym z zasadniczych punktów, jakie ich łączą, jest przekonanie o absolutnym prymacie posłuszeństwa - w każdej sytuacji. "Posłuszeństwo" staje się słowem-wytrychem. Czy mamy być jednak ślepo posłuszni tym, którzy swoim nauczaniem zdają się wieść nas na wieczne zatracenie?
Trzeba uczciwie odpowiedzieć sobie na pytanie: Czy Prawda kiedykolwiek uzasadnia wymówienie komuś posłuszeństwa (a ściślej: stwierdzenie, że wskutek sprzeniewierzenia się Prawdzie stracił on swoją jurysdykcję)?


Czy w Kościele jest mieszkań aż tak wiele?

"Piękne jest to, że w Kościele znajduje się miejsce dla tak wielu rozmaitych osób, stworzyszeń, grup - że mamy do czynienia z takim bogactwem" - to inna ze wspomnianych opinii. A zatem jest miejsce dla tzw. Tradycji, dla tzw. neokatechumenatu, dla rozmaitych "nowych ruchów" - dla każdego. A zatem: "różne opcje w Kościele". Ewentualnie dodaje się do tego uwagę: "Tych lubię; za tamtymi nie przepadam; owych nie znoszę; ale dla wszystkich jest miejsce w Kościele".
Otóż niektórzy, wskutek przylgnięcia do fałszywej nauki, sami się z Kościoła wyłączają. Ponieważ nieprawdziwe ideologie stanowią nierzadko fundament "nowych ruchów", trudno mówić o nich jako o części Kościoła.


Kolejne podzielane przez noowobrzędowców przeświadczenie wyraża się słowami: "Ważne, żeby kochać Pana Jezusa - a forma wyrażania tej miłości nie gra roli".
Skutki takiego sposobu myślenia obserwujemy w niezwykle wyraźny sposób w sferze architektury sakralnej. Czy potrafimy wskazać powstałą na przestrzeni ostatnich kilku dziesięcioleci świątynię, którą określilibyśmy mianem pięknej? Niezliczone architektoniczne potworki zawdzięczają swoje istnienie między innymi pogubionym kapłanom, którzy akceptowali projekty budowlane bez odwoływania się do Pana Boga jako Twórcy i Dawcy Piękna, a koncentrując na wyłącznie ludzkiej koncepcji człowieka i realizacji jego "wizji".

Tak, okazuje się, że forma jest ważna. A skoro jest ważna w zakresie wznoszenia świątyń, czy równie istotnej albo nawet większej roli nie gra forma oddawania Panu Bogu czci - kultu Bożego?
Pewien ksiądz-tradycjonalista argumentował w ten sposób: "Intencji sprawującego Najświętszą Ofiarę kapłana nie znam - nie ma jej wypisanej na twarzy. Ale forma, w jakiej odprawia Mszę Świętą, jest dostrzegalna. To ona stanowi rękojmię tego, że oddajemy Panu Bogu cześć w taki sposób, jaki Mu się podoba".
Dodajmy, że wspomniany ksiądz miał na myśli Mszę świętą przepisaną przez Kościół i rozwijającą się organicznie przez wieki (tzw. klasyczną, rzymską, trydencką), nie zaś "banalny produkt chwili".

Znajomy kapłan-birytualista sformułował w rozmowie taką myśl: "Jeśli ktoś podchodzi do zagadnienia Tradycji i modernizmu w Kościele z intelektualną ucziwością, zawsze skończy w Tradycji". A zatem wszystkie drogi prowadzą do wiecznego Rzymu...


Istotną rolę w procesie "nawracania się" noowobrzędowców na Tradycję zdaje się grać problem psychologiczny. Trzeba w jakiś sposób przyznać, że przez czas dłuższy (niekiedy całe życie) błądziło się - a wymaga to odwagi nieprzeciętnej, może na miarę świętego Dyzmy.


Gdy modernistom zabraknie już argumentów, stawiają tradycjonalistom zarzut ekskluzywizmu i pychy - że niby uważają się za najmądrzejszych i ustanawiają się ostatecznymi sędziami w kwestiach Wiary. Ale, Kochani Przyjaciele Moderniści, to naprawdę nie nasza wina, że staramy się stać po stronie Pana Boga, a Jemu naprawdę nie jest wszystko jedno...


Albo - inaczej - jak wyraził to w prostych słowach pewien tradycjonalista, czyli po prostu normalny katolik: "To nie chodzi o to, że wierność Tradycji musi przekładać się na jakieś duchowe wzloty; chodzi o to, że w tradycyjnym nauczaniu Kościoła po prostu wszystko trzyma się kupy".

A więc, Drodzy Przyjaciele Moderniści, może przestać odwracać się do Pana Boga plecami, a zwrócić do Niego twarzą i to ku Niemu prowadzić innych ludzi? Ad maiorem Eius gloriam.

MOJE BOJE Z TRADYCJĄ: Kolęda (jaka powinna być)

Zastanawialiśmy się kiedyś z przyjacielem, czy wizyty duszpasterskie w Polsce mogłoby odbywać się w trybie autentycznych odwiedzin poszczególnych domów. Ksiądz co dzień umawia się z jedną rodziną na obiad albo kolację - rezerwuje sobie odpowiednią ilość czasu, by spędzić go z powierzonymi swojej pieczy wiernymi, poznać ich, porozmawiać - pobyć razem.

Czy starczyłoby czasu? Czy starczyłoby księży?

Zaczęliśmy liczyć. Wyszło nam, że, gdyby w obecnych warunkach kapłani nawiedzali w opisanym wyżej trybie swoje owce, zdołaliby pobyć z każdą (zainteresowaną taką wizytą) rodziną przynajmniej raz w roku.

A gdyby wiernych nagle w błyskawicznym tempie przybyło, a kapłanów ubyło?
Mawia się, że "wciąż mamy za mało powołań". To wyrażenie charakteryzuje się nieścisłością. Powołań Pan Bóg daje tyle, ile trzeba - naszym zadaniem jest właściwie je rozpoznać, po czym skorzystać z talentów, jakimi obdarzył nas Stwórca - do realizacji naszego powołania.
Bądźmy dobrej myśli: będą święte rodziny, znajdą się i księża.

MOJE BOJE Z TRADYCJĄ: Kazanie po mszy

Głoszenie kazania po Mszy stanowiłoby chyba lepszy wyraz ciągłości liturgicznej ceremonii Mszy świętej.
Dodatkowo zachęcałoby kaznodzieję, aby naprawdę stanął na wysokości zadania: mówił odpowiednio długo (bo inaczej wierni sobie pójdą) i odpowiednio mądrze (j.w.).

Podobnie mądrym pomysłem jest (choćby krótka) przerwa między kolejnymi "wydarzeniami liturgicznymi". Czasem można odnieść wrażenie jakby odprawianiu wszystkiego jednym ciągiem towarzyszyła myśl pewnego księdza wspominanego przez Melchiora Wańkowicza: kapłan ów kazał zakrystianowi na czas homilii zamykać na klucz drzwi kościoła - "żeby mi to bydło nie powychodziło".
A czasem ktoś mający szczerą wolę uczestnictwa (np. w nabożeństwie czerwcowym po Mszy) opuszcza kościół skłoniony ku temu obowiązkami stanu - dajmy mu po Mszy chwilę na prywatną modlitwę i spokojnie wyjście...

MOJE BOJE Z TRADYCJĄ: Jeśli kiosk parafialny prowadzi handel w niedziele i święta...

- czy to grzech sprzedawać?
- czy to grzech kupować?

Jak się zachować?

MOJE BOJE Z TRADYCJĄ: Jedno ciało

Żona i mąż razem w kościele

"Już nie są dwoje, ale jedno ciało" (Mt 19, 6) - więc może widocznym znakiem  sytuacji ontologicznej małżonków będzie zajmowanie przez nich w kościele miejsc obok siebie? Wspólnie z dziećmi, oczywiście.

Czemu miałby służyć sztuczny podział na "stronę męską" i "żeńską" i dzielenie rodzin?

Czyż w trakcie ceremonii zaślubin nie padają słowa: "Co tedy Bóg złączył, człowiek niechaj nie rozłącza"?

MOJE BOJE Z TRADYCJĄ: Ewangelia po łacinie i po polsku

Gdyby tak przeprowadzić doświadczenie katechetyczne i wiernych uczestniczących w niedzielnej Mszy świętej zapytać tego samego dnia przy śniadaniu: O czym była dzisiejsza Ewangelia? Czy zdołaliby odpowiedzieć na to pytanie?

A gdyby tak ojciec po powrocie z kościoła przy rodzinnym stole najzwyczajniej w świecie czytał wszystkim to, co w kościele kapłan wykonał po łacinie - tylko że po polsku?

Takie rozwiązanie mogłoby też skłonić duszpasterzy do unikania sztucznego przerywania Mszy świętej odczytywaniem lekcji i ewangelii w języku narodowym bezpośrednio po ich liturgicznym wykonaniu.