Bruce Marshall "Chwała córki królewskiej" (7)

-----------------------------
Wirtualne Wydawnictwo WiWo szuka realnego (papierowego) wydawcy niniejszego tekstu, który byłby gotów wynagrodzić godziwą zapłatą osoby, które przyczyniły się do jego powstania. Zainteresowanych prosimy o kontakt mailowy na adres
 wirtualnewydawnictwowiwo[malpa]gmail.com
-----------------------------




VII

Boży zegar wskazywał w roku 1914 uroczystość świętych Perpetuy i Felicyty1, męczennic, gdy lady Ippecacuanha wybrała się na przeszpiegi do nowego, wznoszonego z lichawych materiałów kościoła księdza Smitha, aby zobaczyć, jak idzie budowa prezbiterium. W swoim stroju z donegalskiego tweedu, w fastrygowanych spodeńkach golfowych, z przypominającym półkoronówkę2 monoklem w oku ze stukotem przeszła nawą i weszła do przedniej ławki, gdzie klęknęła ze znamionującą rasowe wychowanie arogancją, bo, choć była sufrażystką i podpaliła stoisko z książkami w Kitcairns Junction, była również pobożną kobietą i wierzyła, że Bóg przebywa w większości miejsc, nawet w kościołach rzymskokatolickich. Klęcząc tam, doszła do wniosku, że dosyć podoba jej się zapach kadzidła, które, jakkolwiek by na to patrzeć, było znacznie przyjemniejszym środkiem dezynfekującym niż karbol.
Kościelny, zatrudniony teraz w pełnym wymiarze do opieki nad kościołem i sprzątania go, skończył układać świeże kwiaty na ołtarzu Najświętszej Maryi Panny i zobaczył klęczącą. Ze względu na monokl wziął ją mylnie za mężczyznę, podszedł do niej od tyłu i puknął w ramię.
W dumu Bożym zdejmij kapelusz – zakomenderował.
Nagłym ruchem lady Ippecacuanha odwróciła wprost na niego swoją całkowicie zlodowaciałą twarz i rude włosy.
Nie widzisz, żem matrona? – zapytała.
Mormona czy nie mormona, w dumu Bożym zdejmij kapelusz – zakomenderował kościelny.
Ksiądz Smith siedział na plebanii, czytając „Tubę Katolicką”3, pełną, jak zwykle, bzdurnych wiadomości parafialnych i durnych wiadomości diecezjalnych. Ne lisez jamais les petits journaux religieux4 – miał doradzić baronowi von Hügelowi jego spowiednik. Czytając święte farmazony i świątobliwe androny, ksiądz Smith był skłonny uwierzyć, że baronowi udzielono dobrej rady. Nie był jednak w stanie długo się nad tym zastanawiać, bo głośno odezwał się dzwonek u drzwi, a do środka wmaszerowała lady Ippecacuanha, jak gdyby właśnie szukała piłki golfowej, w którą ma walnąć kijem.
Proszę księdza, muszę zwrócić się do księdza z prośbą o natychmiastowe zwolnienie tego księdza nieokrzesanego kościelnego – powiedziała, płonąc od gniewu, jak jej intensywnie rude włosy.
Ksiądz Smith spotkał się z lady Ippecacuanhą dwa razy w życiu: za pierwszym, gdy przybył do Glenclachan, aby podziękować jej i sir Dugaldowi za hojny datek na jego nowy kościół; za drugim zaś na międzyreligijnym koncercie charytatywnym, podczas którego śpiewała Have You Ever Seen An Oyster Walk Upstairs5 i strąciła doniczkę do kanału orkiestry.
Może jednak najpierw powiedziałaby mi pani dokładnie, o co chodzi – zasugerował.
Lady Ippecacuanha powiedziała: krótko, wyraźnie i dosadnie. Powiedziała, że w całym swoim życiu nigdy wcześniej nie została tak znieważona. Spostrzegając, że na te słowa pojawił się w oku księdza błysk rozbawienia, zakończyła z pasją:
Widzę, że księdza to bawi; mnie to nie bawi i nie sądzę, aby rozbawiło mojego męża, gdy opowiem mu, co się zdarzyło. Muszę jednak stwierdzić, że dosyć dziwi mnie księdza postawa, bo, mimo tego, że jest ksiądz rzymskokatolickim duchownym, zawsze odnosiłam wrażenie, że jest ksiądz osobą kulturalną; w odróżnieniu od niektórych księdza kolegów, na przykład tego okropnego człowieka, monsignore O’Duffy’ego.
Moja droga lady Ippecacuanho – zaczął ksiądz Smith, modląc się pośpiesznie do Boga o pomoc, dlatego że naprawdę go to rozbawiło i dlatego, że lady Ippecacuanha i sir Dugald ofiarowali po sto funtów na budowę nowego kościoła – moja droga lady Ippecacuanho, jest mi doprawdy przykro, że poniosło mnie z powodu poczucia groteskowości sytuacji. Wzięcie pani za mormonkę jest bowiem czymś tak groteskowym, jak pomylenie mnie z zawodowym bokserem, i sądzę, że wybaczyłbym pani, lady Ippecacuanho, uśmiech, gdyby rzeczywiście mnie z nim pomylono. Nie mogę jednak zwolnić mojego kościelnego z powodu takiego nieporozumienia, ponieważ cokolwiek o tym pomyślimy, wykonywał tylko swój obowiązek, zabiegając o cześć należną naszemu najświętszemu Panu Bogu w Sakramencie ołtarza; cześć należną Mu nawet ze strony tych, których podejrzewał o nieświadomość Jego obecności. Nie mogę tego uczynić, lady Ippecacuanho, nawet mimo tego, że pani oraz jej mąż byliście tak hojni dla naszego kościoła, i nie mogę wam oddać pieniędzy, bo wszystkie zostały dawno wydane. Duchowni katoliccy zaś, lady Ippecacuanho, są Bożymi dżentelmenami w tym sensie, że spełniają sformułowaną przez kardynała Newmana6 definicję tego terminu, zgodnie z którą nigdy nie chcą nikomu świadomie wyrządzić krzywdy. Monsignore O’Duffy nie patrzy może w ten sam co pani lub ja sposób na pewne zagadnienia z zakresu etykiety towarzyskiej, lecz nigdy nie pali fajki na Bożych pokojach, co jest rzeczą znacznie istotniejszą. Ma on wielkie, otwarte serce i kocha naszego Pana z prostotą małego dziecka. Sądzę, że gdyby wzięto go za mormona albo nawet za linoskoczka, rozbawiony byłby nie tylko on sam, ale spodziewałby się, że rozbawi to również innych, bo jego powołanie do Bożego kapłaństwa jest dla wszystkich widoczne jak na dłoni. – Ksiądz Smith nie patrzył na lady Ippecacuanhę przez cały czas swojej przemowy, a kiedy na nią spojrzał, zdumiał się, widząc, że jej oczy są pełne łez, a wydatne okazałe żółte zęby sterczą jej z ust jak klawisze fortepianu. – Przepraszam, lady Ippecacuanho – powiedział. – Zapewniam panią, że nie miałem pojęcia...
Nie potrzebuje ksiądz zupełnie za nic przepraszać – powiedziała, uśmiechając się przez łzy i zbierając je lekkimi muśnięciami potężnej chusteczki. – Jestem podłą, dumną, próżną, arogancką kobietą i dziękuję księdzu za niezwykle skuteczną lekcję pokory. – Mówiąc to, gwałtownym ruchem wyciągnęła do niego wielką łapę, a ksiądz Smith, czując się dosyć głupio, potrząsnął nią, bo nie bardzo wiedział, co innego może zrobić.
Gdy towarzyszył jej w drodze do drzwi, lady Ippecacuanha zaczęła mówić o ojcu Bernardzie Vaughanie7 i o tym, jak słyszała go przy dwóch okazjach na Farm Street, i za jak doskonałego kaznodzieję go uważa. Ksiądz Smith powiedział, że niedziela, w którą jezuita ten wygłosił pierwsze ze swych słynnych kazań na temat grzechów socjety, stała się znana jako Pierwsza Niedziela po Ascot, a lady Ippecacuanha, która nie była bardzo subtelna, powiedziała, że chciałaby, aby ksiądz ów zabrał się też za golfistów, bo zdarzają się tacy nieuczciwi nosiciele kijów, którzy wyrównywali piasek w bunkrach, gdy zdawało im się, że przeciwnicy nie patrzą.
Gdy stali tak u szczytu schodów przy wejściu na plebanię, z parafialnej szkoły wysypała się na ulicę gnająca z wrzaskiem chmara obdartych, niechlujnych dzieci. Niektóre z nich były bose, niektóre – brudne, a niektóre miały ślady dżemu wokół ust, ale ci z chłopców, którzy nosili czapki, zdjęli je, przechodząc obok kościoła, bo wiedzieli, że tam w tabernakulum jest Jezus; zdjęli je również przed księdzem Smithem, a większość dziewczynek pomachała rękami. Widząc przebiegający przez nieustępliwą, znamionującą dobre wychowanie twarz lady Ippecacuanhy mimowolny wyraz niesmaku i wiedząc, że za chwilkę znów poczuje się upokorzona, ksiądz Smith pomógł jej, wyjaśniając:
W tym kraju Kościół jest Kościołem ubogich, lady Ippecacuanho, i w zasadzie nie jest mi z tego powodu przykro, bo fakt ów przyczynia się do zachowywania zarówno duchownych, jak i świeckich w ożywczych duchowych i materialnych warunkach chrześcijaństwa pierwszych wieków. W Szkocji naszych biskupów nie prosi się o spotkania ze składającymi wizytę książętami albo o wymienianie uprzejmości z dyplomatami, więc przyjmują oni swą biskupią godność tak, jak Bóg zamierzył, aby ją przyjmowali – w prostocie i pokorze, traktując to raczej jako obowiązek niż przywilej. A nasi wierni, którzy wiedzą, że łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogaczowi wejść do Królestwa Niebieskiego8, przyjmują swoje ubóstwo jako dowód Bożej miłości i ofiarują swoje niewolnicze prace, swoje dziurkowania biletów i swoje szorowania podłóg jako psalm na Jego większą cześć i chwałę. Większość z nich nie jest zbyt mądra, to prawda, ale głupi na równi z inteligentnymi zawsze zapełniali Kościół Boży; to półinteligenci zawsze byli zbyt dumni, aby doń wejść. – Ksiądz Smith, mniemając, że prawdopodobnie posunął się za daleko, z przyjemnością przyjął to, iż lady Ippecacuanha zwróciła jego uwagę na swojego męża, kroczącego dumnie ulicą razem z ich piętnastoletnim synem, który, co było widoczne nawet z odległości, nie miał śladów dżemu wokół ust.
Sir Dugald Ippecacuanha miał snobistyczną twarz bywalca klubów, a pachniał tweedem z wyspy Harris, granulkami lukrecji i cygarami. Przez dziesięć lat był zawodowym żołnierzem, ale wystąpił z armii, aby zarządzać swoim majątkiem. Jego syn był złotym chłopakiem, któremu już udało się zdobyć w szkole przywilej noszenia specjalnego ubioru ze względu na osiągnięcia w krykiecie.
Ksiądz Smith właśnie dawał mi niezwykle pożyteczną lekcję pokory – wyjaśniła lady Ippecacuanha.
Cieszę się, że ktoś jest w stanie utrzymać ją w ryzach, proszę księdza – zahuczał sir Dugald. – A prawdę mówiąc, nie dziwi mnie zbytnio, że tym kimś jest katolicki padre. W armii spotkałem ich wielu i zawsze robili na mnie wrażenie równych chłopaków. Rozumie ksiądz, byli bez żadnego kitu. Mieli religię gdzieś, tak jak wszyscy inni. W Delhi często jadał z nami taki. Pił jak ryba i cholernie dobrze grał w polo.
Ksiądz Smith stanowczo nie zgadzał się z tym, by wymienione przez sir Dugalda cechy należały do kwalifikacji bezwzględnie kapłanowi potrzebnych, ale zdecydował, że starczy już kazań na jeden ranek, a poza tym sir Dugald w oczywisty sposób starał się być miły.
Wygląda na to, że wkrótce nadejdą kłopoty – powiedział sir Dugald do lady Ippecacuanhy, gdy żegnali się z księdzem. – Wcale mi się nie podoba to, co dzieje się w Niemczech. Cóż, jeśli do czegoś dojdzie, będę w pełnej gotowości, aby włączyć się do bitki. Żołnierka w czasie pokoju to lipa, ale w czasie wojny to coś wspaniałego. A może Alistair też weźmie w niej udział. Już jest sierżantem w szkolnym OTC9. Jeśli do czegoś dojdzie, każdy chłopak z charakterem z wielką ochotą będzie chciał się włączyć.
Ksiądz Smith widział, że lady Ippecacuanha nie podziela entuzjazmu swojego męża; sam także go nie podzielał, bo sądził, że wojny między narodami mogą tylko utrudniać ludziom prowadzenie życia w taki sposób, jakiego oczekiwałby od nich Pan Bóg. Gdy wrócił na plebanię, trudno było mu zacząć oficjum – tak bardzo zaniepokoiły go słowa sir Dugalda.

1 Uroczystość świętych Perpetuy i Felicyty przypada 6 marca.
2 Półkoronówka – moneta angielska o wartości ⅛ funta.
3 W oryginale: „The Catholic Trumpet”.
4 Ne lisez jamais les petits journaux religieux (franc.) – Nigdy nie czytaj pisemek religijnych. 
5 Have You Ever... (ang.) – Czy kiedykolwiek widziałeś ostrygę idącą schodami na górę?
6 John Henry kardynał Newman (1801–1890) – angielski kardynał, filozof, teolog i pisarz; przyjęty do Kościoła w roku 1845.
7 O. Bernard Vaughan SJ (1847–1922) – angielski kapłan, jezuita, autor znanego cyklu kazań pt. Grzechy socjety, wygłoszonego w roku 1906.
8 Mt 19, 24.
9 Officers’ Training Corps (ang.) – korpus szkoleniowy oficerów.




Tłumaczenie: Łukasz Makowski
Projekty okładek: Sztukmistrz
(górna z wykorzystaniem zdjęcia
autorstwa Jana Wincentego F.)

-----------------------------
Wirtualne Wydawnictwo WiWo szuka realnego (papierowego) wydawcy niniejszego tekstu, który byłby gotów wynagrodzić godziwą zapłatą osoby, które przyczyniły się do jego powstania. Zainteresowanych prosimy o kontakt mailowy na adres
 wirtualnewydawnictwowiwo[malpa]gmail.com
-----------------------------

Funkcjonariusz państwowy a funkcjonariusz państwowy



W tekście pt. Drogie narzędzie Mike Gogulski kieruje oskarżenie o współudział w tworzeniu niesprawiedliwego systemu etatystycznego pod adresem wszystkich dokładających doń jakąkolwiek cząstkę.

Czy dostrzegamy jednak różnicę między bardziej bezpośrednim sprawcą istnienia systemu a tym, który - starając się uczciwie i sumiennie spełniać w danych okolicznościach powierzone sobie obowiązki - przyczynia się do podtrzymywania go w istnieniu w sposób nieporównywalnie mniejszy?

Mimo wszystko - inna odpowiedzialność za zrzucenie bomb na niewinnych obciąża mechanika utrzymującego w sprawności bombowiec, inna - wydającego rozkaz, inna - człowieka wciskającego guzik bezpośrednio powodujący zrzucenie bomb.

Różnica dotyczy w szczególności kobiet. Z natury rzeczy większość z nich raczej dokładnie wykona powierzoną sobie pracę - zamiast walczyć o zmianę systemu jako całości. Będą się piekliły, wskazywały na jego "niedoskonałości" - choć należałoby je nazwać wprost: wpisaną weń niesprawiedliwością - ale w jego ramach spełnią wyznaczone obowiązki.

Płynie stąd przypuszczenie, że cały koncept zmuszania większości kobiet do pracy zarobkowej na cudze potrzeby stanowi istotny element dążeń pewnej grupy mężczyzn - której zależy na kontrolowaniu i trzymaniu pod butem jednostek, rodzin i całych społeczeństw.

Oczywiste, że istotnym krokiem w kierunku stępienia systemowi kłów i pazurów jest stronienie od zatrudniania się w tzw. sektorze państwowym - samozatrudnienie, wyłącznie dobrowolna współpraca, wspieranie dobrowolnie finansowanych lokalnych inicjatyw - z pewnością zaś wyjątkowo naganna moralnie jest "praca" polegająca na fizycznym egzekwowaniu przepisów narzucanych przez funkcjonariuszy państwowych.

Jednocześnie warto pamiętać, że zasadniczo to do mężczyzn należy troska i walka o całościową zmianę świata w kierunku zgodnym z powołaniem każdego człowieka - i baczenie na to, by pamiętać, iż staramy się nie o trochę znośniejsze warunki niewoli, ale o zdrowe zasady.

Łukasz Kowalski

Bruce Marshall "Chwała córki królewskiej" (6)

-----------------------------
Wirtualne Wydawnictwo WiWo szuka realnego (papierowego) wydawcy niniejszego tekstu, który byłby gotów wynagrodzić godziwą zapłatą osoby, które przyczyniły się do jego powstania. Zainteresowanych prosimy o kontakt mailowy na adres
 wirtualnewydawnictwowiwo[malpa]gmail.com
-----------------------------





VI

Zakonnice zawiesiły klatkę z papugą, którą podarował im ksiądz Bonnyboat, w klasztorze w jednej z sal lekcyjnych, bo sądziły, że będzie to budujące dla uczniów, gdy usłyszą papugę wydającą świątobliwe dźwięki, szczególnie, że tego rodzaju ptaki nie cieszyły się reputacją pobożnych. Za każdym razem, gdy matka Leclerc słyszała, jak papuga wypowiada „Dominus vobiscum”, mówiła, że czuje, iż nasz Pan z pewnością umarł nie tylko za ludzi, ale także za koty, psy i ptaki, lecz Wielebna Matka powiedziała jej, żeby nie była niemądra i że nasz Pan umarł tylko za ludzi, bo tylko ludzie mają dusze nieśmiertelne, a gdyby nasz Pan umarł za koty, psy i ptaki, dlaczegóż nie za myszy, szczury i pchły? Matka Leclerc odpowiedziała, że Wielebna Matka ma, oczywiście, rację, ale że głęboko w sercu żywi nadzieję, iż pewnego dnia papuga zaśpiewa może w niebiańskim chórze razem ze świętym Janem Chryzostomem, świętą Cecylią i całą resztą.
Ksiądz Smith odprawiał w klasztorze msze w niedziele, wtorki i czwartki, a monsignore O’Duffy i ksiądz Bonnyboat w pozostałe dni, bo zakonnice były zbyt ubogie, aby pozwolić sobie na własnego kapelana; ale tylko ksiądz Smith chodził tam uczyć katechizmu, bo kochał zakonnice nawet bardziej niż inni, a poza tym lubił rozmawiać z małymi dziećmi o Bogu. Papugę umieszczono w sali, w której uczył ksiądz Smith, ale ptak mówił tylko „Dominus vobiscum”, gdy ksiądz wchodził, i „Per omnia saecula saeculorum”, gdy wychodził, i nigdy nie zakłócał w żaden sposób katechezy.
Kiedy ksiądz Smith przebywał z dziećmi, zawsze z łatwością przychodziło mu wierzyć w to, że Bóg stworzył świat. Wyglądały na tak świeże, różowe i pyzate, że niepodobna było nie dostrzec, iż to palec Boży cyzelował ich młodość. Oczywiście, jak nauczali doktorzy Kościoła i niektóre inne znakomitości spośród świętych, dzieci mogły grzeszyć i rozmyślnie okazywać nieposłuszeństwo Bogu tak samo jak ludzie dorośli, ale ksiądz sądził, że wszystkie dzieci rozpoczynały swoje życie, kochając Jezusa w sposób naturalny, i stawały się wobec Niego fałszywe tylko wskutek pożądliwości zmysłowej albo obawy przed tym, że zostaną wzięte za cnotliwsze od swoich kolegów. W wieku chłopięcym ksiądz Smith bardzo pragnął być dorosły, bo wydawało mu się, że o posłuszeństwo naszemu Panu łatwiej człowiekowi dojrzałemu niż dziecku, i przeżył rozczarowanie, gdy odkrył, że jest o nie trudniej. Przypuszczał, że doświadcza tego każdy i że wielka różnica między księżmi i zakonnicami a zwykłymi ludźmi polega na tym, że księża i zakonnice nie ustają w wysiłkach, aby to posłuszeństwo zachować.
Do klasy, którą w roku 1913 ksiądz Smith uczył katechizmu, chodziły zarówno dziewczęta, jak i chłopcy, bo choć szkoła była pomyślana jako żeńska, zakonnice uczyły również chłopców w wieku do lat siedmiu. Do klasy chodzili zarówno Elvira Sarno, jak Józef Scott. Państwu Sarno i Scottom urodziły się i kolejne dzieci, ale ksiądz Smith pamiętał szczególnie Elvirę i Józefa, bo ochrzcił ich oboje tego samego deszczowego niedzielnego poranka 1908 roku. Na tablicy nad głową księdza Smitha widniało zdanie: „Kauczukowce uprawiano w Brazylii wcześniej niż na Malajach”, bo pół godziny wcześniej matka de la Tour uczyła tu geografii, ale twarze, na które kapłan patrzył, były zbyt młode, aby je to przejmowało, a twarz księdza Smitha robiła wrażenie, że jest zbyt stara, aby go to przejmowało, i nie sądził, żeby Boga też to przejmowało.
Czym jest grzech? – spytał rzędy okrąglutkich twarzy widoczne przez rusztowanie przyprószonych jakby promieni słonecznych, które przecinały salę, wpadłszy do niej wysokimi oknami.
Grzech to wystąpienie przeciw Bogu przez przekroczenie prawa Bożego myślą, mową, uczynkiem lub zaniedbaniem – wyskandowały chórem w odpowiedzi okrąglutkie twarze.
Ile jest rodzajów grzechu? – zapytał ksiądz ich marynarskich ubranek i kokard we włosach.
Są dwa rodzaje grzechu: grzech pierworodny i grzech uczynkowy – wyskandowały chórem w odpowiedzi marynarskie ubranka i kokardy we włosach.
Bardzo dobrze – pochwalił ksiądz dzieci, ale wtem zdał sobie sprawę, że wcale nie było bardzo dobrze, bo dzieci nie rozumiały tego, co mówiły, ani na jotę bardziej niż papuga wypowiadanych przez siebie słów „Dominus vobiscum”. Dzieci wyskandowałyby z równym entuzjazmem: „Grzech uprawiano w Brazylii wcześniej niż na Malajach”, gdyby je tego nauczono. Ze smutkiem pomyślał o wszystkich dzieciach, które Kościół uczył katechizmu we wszystkich krajach na przestrzeni wszystkich wieków, i o tym, jak wiele niegodziwości wciąż istniało na świecie, bo mądrości uczono się tylko mechanicznie, a nie wbijano jej do głów ostrymi niczym nowe gwoździe słowami. Być może to księży należało winić za ten podły stan rzeczy, bo sami nie czuli surowego znaczenia stojącego za gładkimi zdaniami, którymi usiłowali skłonić innych do ich odczuwania. Zamykając katechizm dla dzieci, ksiądz Smith postanowił, że jakkolwiek Dobra Nowina bywała wyszydzana i surowo krytykowana, dzieci, które teraz przed nim siedziały, powinny ją zrozumieć i być zawsze posłuszne.
Jest tylko jedna rzecz, którą chcę, abyście wszyscy pamiętali, i chcę, abyście pamiętali ją przez resztę życia – powiedział. – To, właśnie to, czego uczycie się w tej klasie, ma największe znaczenie i zawsze będzie miało. Bóg wysłał was na świat, abyście zbawili wasze dusze, i nic innego nie jest ważne. Gdy będziecie więksi, źli ludzie prawdopodobnie spróbują wam wmówić, że tak nie jest, i że jedyne, co ma znaczenie, to zdobyć bogactwo, władzę i szacunek u ludzi. To nieprawda. Zawsze pamiętajcie, że Bóg patrzy inaczej niż patrzy świat, i że brudny obdarty włóczęga z łaską Bożą w sercu jest w oczach Bożych nieskończenie przyjemniejszym i piękniejszym widokiem niż którykolwiek grzeszny monarcha w swoim pałacu. Zawsze starajcie się być posłuszne naszemu Panu. Pamiętajcie, że możecie nosić prawdę w głębi własnej duszy, podczas gdy cały świat głosi swym hałaśliwym językiem fałsz. Ludzie mogą was przekonywać, że religia nadaje się tylko do kościoła i tylko na niedziele i że próbować stać się świętym to głupota; pomylą się; ten świat i jego przyjemności przeminą, więc głupotą jest nie próbować stać się świętym, a nie można się nim stać, nie będąc pobożnym przez cały tydzień. Toffi, którego posmakowaliście wczoraj, nie da wam jutro żadnej przyjemności, ale może wywołać u was mdłości. Taki jest właśnie grzech; w przyszłym świecie przyniesie wam tylko ból, a nie przyjemność. – Ksiądz spostrzegł, że Józef Smith ciągnie Elvirę Sarno za włosy. – Józefie, jak brzmiało ostatnie słowo, które powiedziałem? – spytał.
– „Grzech pierworodny i grzech uczynkowy”, proszę księdza – odpowiedział chłopiec.
A może ty, Elviro? – zapytał.
– „Zaniedbanie przeciw prawu Bożemu”, proszę księdza – odpowiedziała dziewczynka.
Proszę księdza, ja wiem – odezwał się inny chłopiec. – Mówił ksiądz o tym, jak toffi będzie smakować w czyśćcu.
Chłopcy i dziewczęta z klasy byli zbyt młodzi, aby śmiać się z tej odpowiedzi, ale ksiądz Smith spostrzegł, że Wielebna Matka stoi w drzwiach i się śmieje.
– Per omnia saecula saeculorum – zaskrzeczała papuga, bo wiedziała, że gdy tylko pojawi się Wielebna Matka, oznacza to koniec zajęć. Czując się trochę głupio, ksiądz Smith zszedł z katedry i poszedł z Wielebną Matką chłodnymi korytarzami klasztoru na zewnątrz, na zielony trawnik z tyłu budynku, gdzie świeciło słońce, a matka de la Tour podlewała kwiaty.
Ksiądz Smith miał wielu świątobliwych krewnych piastujących wysokie urzędy w Kościele. Miał w Rzymie kuzyna, należącego do Roty1, i innego kuzyna, który był w Anglii biskupem, i ciotkę, która była przeoryszą u benedyktynek; wszyscy oni byli bardzo pobożni i mieli bardzo błękitnokrwiste pojęcie o miłowaniu naszego Pana oraz spijaniu zupy z łyżek trzymanych prostopadle względem ust. Gdy ksiądz Smith spotykał się z nimi, zawsze czuł się bardzo powszedni i zwyczajny. Czuł się powszedni i zwyczajny teraz, gdy spacerował po ogrodzie z Wielebną Matką, ale nie dlatego, że ona była przełożoną, a on tylko skromnym księdzem, ale dlatego, że złapała go na tym, jak usiłował być mądrzejszy niż święci ludzie, którzy opracowali katechizm.
W oddali, wzdłuż łuku skręcających torów kolejowych, gdzie spotykały się pole golfowe i posiadłość sir Dugalda Ippecacuanhy, nad drzewami pojawiła się chmurka dymu, a po nasypie potoczyła doprawdy malusieńka, miniaturowa dżdżownica pociągu, dokładnie tak jak cztery lata wcześniej, gdy do miasta przybyły zakonnice. Widok ten, tak jak zawsze, uspokoił księdza Smitha, i zdał on sobie sprawę, że Wielebna Matka tak naprawdę nie mogła śmiać się z niego, bo kochała naszego Pana tak bardzo jak on i musiała rozumieć, co skłoniło go do takiej gorliwości podczas zajęć.
– Cela se peut que vous ayez raison, monsieur l’abbé2 – powiedziała. – Może w tym, że świat tak nas nienawidzi, jest trochę naszej winy.
Zwykle bawiło to księdza Smitha, gdy Wielebna Matka nazywała go monsieur l’abbé, ale dziś nie rozbawiło go to, bo tak dokładnie odczytała jego myśli.
Może to dlatego, że nie potrafimy być fanatykami we właściwy sposób, ma révérende mèr – powiedział. – A jednak musimy być fanatykami, jeśli mamy nauczyć świat wszystkiego tego, co On nam nakazał.
– Euntes ergo...3 – powiedziała Wielebna Matka z przepysznym akcentem. – Nie, monsieur l’abbé, nie możemy obawiać się tego, że nazwą nas fanatykami, bo fanatyzm to tylko inna nazwa działania w sposób logiczny.
Na zewnątrz, na głównej ulicy, stadko koników w tweedowych kaszkietach mozolnie brnęło na mecz piłkarski. Wewnątrz kaszkietów znajdował się druciany pierścień, który nadawał im sztywny wygląd, ale nie potrzebowali żadnych drucianych pierścieni wewnątrz swoich twarzy. Patrząc na ich czerwone szczęki, wszystkie takie same, ksiądz Smith poczuł nagły strach. Na świecie było tak dużo ludzi, a większość z nich tak brzydka, że nie potrafił zrozumieć, jak nasz Pan może ich kochać. Potem zobaczył monsignore O’Duffy’ego, brnącego mozolnie razem z naganiaczami, i rozchmurzył się, bo uświadomił sobie, że u Boga wszystko jest możliwe.
Il est bien brave, celui-là4 – powiedziała Wielebna Matka, gdy monsignore zdjął kapelusz i pomachał im ogromną czerwoną chustką. – Mecze piłkarskie nie mogą być czymś bardzo zdrożnym, skoro chodzi na nie monsignore O’Duffy – dodała.
Ksiądz Smith zgodził się z Wielebną Matką. Jego kuzyn, angielski biskup, nigdy nie poszedłby na mecz piłkarski, choć jego ekscelencja udał się raz na międzynarodowy mecz rugby i chełpił tym, że wzięto go za anglikańskiego pastora, co stanowiło dziwną formę duchowej pychy, bo choć akcent anglikanów był w porządku, ich doktryna była błędna, ich święcenia zaś nieważne, co papież Leon XIII wykazał całkiem niedawno, w 1896.
Obawiam się, że mogła matka pomyśleć o mnie, iż jestem trochę głupi, mówiąc do dzieci w sposób, w jaki przed chwilą mówiłem, ma révérende mère – powiedział. – Ale o jednym jestem przekonany: jeśli wszyscy nie spróbujemy być naprawdę bardzo dobrzy, wszyscy będziemy okrutnie źli, bo tylko praktykując dobroć, ludzie znajdą ocalenie przed materialnymi i duchowymi skutkami obecnej epoki maszyn. Ma révérende mere, może będzie się matka ze mnie śmiać, ale nie mogę pozbyć się myśli, że rodak matki, Monsieur Blériot, wykazał się niezmierną nierozwagą, przelatując nad kanałem La Manche w tym swoim ustrojstwie.
– Voyons, monsieur l’abbé, pourquoi?5
Ponieważ historia pokazuje, że większość wynalazków człowieka zostaje użyta raczej do złych niż dobrych celów. Gdybym był Bogiem wszechmogącym, ma révérende mère, nie pozwoliłbym, aby James Watt patrzył na ten paskudny gotujący się czajnik6. Sądzę też, że uciszyłbym Marconiego, jak również Edisona. Bo wszystkie te wynalazki stają na drodze głównemu celowi Kościoła: temu, aby człowiek był spokojny i wiedział, że On jest Bogiem.
Pewnie ma ksiądz trochę racji, monsieur l’abbé – powiedziała Wielebna Matka. – Czasami też odnoszę wrażenie, jakby świat czekało jakieś wielkie nieszczęście. Coś z pewnością jest nie tak, skoro tak wspaniałe kraje jak mój mogą wygnać tych, których jedyne przestępstwo polega na służeniu Bogu z zapałem. – Gdy mówiła, oczy zaszły jej cienką, błyszczącą powłoką łez, a ksiądz Smith wiedział, że myślała o francuskich wioskach z napisami „byrrh” i „quinquina”7 namalowanymi na ścianach domów.
Może ludzie nie stają się bardziej pojętni, ponieważ Bóg nie pozwala im żyć na ziemi wystarczająco długo – powiedział ksiądz Smith. – Gdy tylko skończą udawać, że sami się uczyli, muszą uczyć swoich synów, a potem ich zęby stają się żółte, a oni sami starzeją się i umierają. To samo dzieje się z naszą cywilizacją – wszystko toczy się zbyt szybko. Ludzie nie zaorali wystarczająco dużo pól, aby mogli bezpiecznie pracować w fabrykach.
Biedna Francja – powiedziała Wielebna Matka. – A teraz, monsieur l’abbé, chodźmy porozmawiać z matką de la Tour o jej kwiatach.
Ksiądz Smith zastanawiał się, czy, zmieniając temat, Wielebna Matka próbowała udzielić mu nagany, ale gdy spojrzał z ukosa w górę na jej roześmiane oczy, wszystkim, co zdołał dostrzec, było miniaturowe czarno-białe odbicie matki de la Tour, cierpliwie pochylonej nad rabatami.

1 Święta Rota Rzymska [Sacra Romana Rota (łac.)] – trybunał Kurii Rzymskiej.
2 Cela se peut… (franc.) – Być może ma ksiądz rację.
3 Euntes ergo docete omnes gentes baptizantes eos in nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti (łac.) – „Idąc tedy, nauczajcie wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego” (Mt 28, 19).
4 Il est bien brave, celui-là (franc.) – To bardzo odważne, co robi ksiądz [O’Duffy].
5 Voyons, monsieur l’abbé, pourquoi (franc.) – Ależ dlaczego, proszę księdza?
6 Według anegdoty obserwacja poczyniona przez młodego Watta podczas gotowania wody na herbatę zainspirowała go do wprowadzenia ulepszeń w konstrukcji maszyny parowej.
7 Byrrh, quinquina – nazwy aperitifu zawierającego chininę.




Tłumaczenie: Łukasz Makowski
Projekty okładek: Sztukmistrz
(górna z wykorzystaniem zdjęcia
autorstwa Jana Wincentego F.)

-----------------------------
Wirtualne Wydawnictwo WiWo szuka realnego (papierowego) wydawcy niniejszego tekstu, który byłby gotów wynagrodzić godziwą zapłatą osoby, które przyczyniły się do jego powstania. Zainteresowanych prosimy o kontakt mailowy na adres
 wirtualnewydawnictwowiwo[malpa]gmail.com
-----------------------------

Pusta kartka, czyli o inwencji
















Masz do wykonania projekt (kościoła, krzesła, karnisza - budynku, mebla, elementu wyposażenia).

Przed Tobą pusta kartka (pusty ekran).

Możesz wymyślić, co ci się żywnie podoba.









Podpisałeś już umowę. Masz świadomość, że to, co zaprojektujesz, zostanie wyprodukowane w setkach i tysiącach egzemplarzy.

Co wymyślisz?

Czy jeśli coś pięknego i użytecznego, co uda Ci się zaprojektować, uzyska wielką popularność, tym samym stanie się banalne?

A może odpowiedzią na produkcję masową jest projektowanie i wytwarzanie przedmiotów na małą skalę, w niewielkich seriach, na specjalne zamówienie? Współczesne możliwości techniczne dają nam chyba coraz więcej sposobności działania według takiego klucza?

Bruce Marshall "Chwała córki królewskiej" (5)

-----------------------------
Wirtualne Wydawnictwo WiWo szuka realnego (papierowego) wydawcy niniejszego tekstu, który byłby gotów wynagrodzić godziwą zapłatą osoby, które przyczyniły się do jego powstania. Zainteresowanych prosimy o kontakt mailowy na adres
 wirtualnewydawnictwowiwo[malpa]gmail.com
-----------------------------




V

Był rok 1910, gdy w mieście pojawiło się pierwsze kino. Paolo Sarno podjął ryzyko i otworzył je w starej zajezdni omnibusów obok swojej lodziarni, która z kolei znajdowała się dokładnie naprzeciw miejsca, na którym ksiądz Smith zbudował już szkielet nowego, wznoszonego z lichawych materiałów kościoła. Z okna w prezbiterium ksiądz widział ogłoszenia. Zmieniały się one dwa razy na tydzień – w poniedziałki i czwartki; niekiedy dotyczyły człowieka nazwiskiem John Bunny1, a niekiedy dwóch ludzi o nazwiskach Gerald Ames i Stewart Rome2, ale ogłoszenie o tym, że między godziną trzecią a czwartą widzom będzie serwowana darmowa herbata, pozostawało niezmienne. Mówiono, że Sarno podejmuje wielkie ryzyko, podejmując taką inicjatywę, bo szaleństwo na punkcie kina może nie potrwać dłużej niż to na punkcie wrotek, na którym Włosi tak bardzo przejechali się dwa lata wcześniej.
Kanonicy z prokatedry wcale nie uważali inicjatywy za ryzykowną. Niepokoiła ich, bo frekwencja na adoracji Najświętszego Sakramentu w dni powszednie zaczęła spadać, a wieczorne praktyki religijne w maju wypełniali tylko ludzie starsi, w dodatku niektórzy z nich nie potrafili sobie odmówić wpadnięcia na godzinkę produkcji Vitagraphu3 i darmową herbatkę w trakcie świętego okresu Wielkiego Postu, gdy zdawało im się, że żaden z księży nie patrzy. Na próżno monsignore O’Duffy grzmiał z ambony: „To nie wysiadywanie w czerwonych pluszowych fotelach i oglądanie bandy przygłupich błaznów miotających się bezładnie wśród zatrzęsienia ruchomych obrazków prowadzi do tego, aby ktokolwiek z was oglądał kiedykolwiek w Królestwie Niebieskim twarzą w twarz Najświętszą Panienkę”; w miesiącu poświęconym Najświętszemu Sercu frekwencja na adoracji była tak niska jak w maju. Na zebraniu kapituły niektórzy kanonicy utrzymywali, że byłoby rozsądniej powstrzymać się z potępianiem kina do chwili, gdy Jego Świątobliwość papież Pius X wyda w tej sprawie oficjalne oświadczenie, ale monsignore O’Duffy powiedział, że to wszystko brednie, gadki szmatki i głupoty, i że gdyby mieli czekać na oficjalne orzeczenie Kościoła, mogliby sprzeczać się aż do dnia Sądu Ostatecznego, a że Kościołowi zajęło prawie dziewiętnaście wieków podjęcie decyzji w sprawie dogmatu o Niepokalanym Poczęciu4, nie mogą pozwolić sobie na taką guzdraninę, podczas gdy młódź, tak jest, i staruszkowie też, wchodzą prosto w paszczę piekła po sześć pensów za seans, a dzieci za połowę tej sumy.
Zdecydowano zatem wysłać delegację, aby uczestniczyła w seansie. Okazało się to możliwe, bo, jak zauważył monsignore O’Duffy, chociaż lokalne przepisy kościelne zabraniały księżom uczestnictwa w spektaklach teatralnych, kinematograf to zupełnie inna para kaloszy, a zatem nie można uznać, że i jego dotyczy zakaz. Powiedział również, że jeśli członkowie kapituły nie mają nic przeciwko, ma zamiar udać się na seans osobiście, ponieważ w całej diecezji nie ma duchownego, który wie o nikczemności kina więcej niż on sam, i że zabierze ze sobą swoich starych przyjaciół, wielebnych księży Bonnyboata i Smitha, nie byłoby bowiem uczciwe wobec signora Sarno, gdyby tylko ascetyczni i światli kanonicy mieli łypnąć na jego nowomodne ustrojstwo, prowadzące prostą i szybką drogą do najgłębszych czeluści piekielnych.
Paolo Sarno słyszał chyba o zamierzonej wizycie księży, bo czekał w westybulu, aby ich przywitać; stał pod olbrzymią, ujętą w ramy fotografią damy nazwiskiem Flora Finch5. Ksiądz Smith zastanawiał się, dlaczego właściciel nie wyszedł na samą ulicę, bo byłoby to jeszcze uprzejmiejsze; ksiądz Bonnyboat powiedział, że być może wcale nie słyszał o zamierzonych odwiedzinach i stał w westybulu zupełnym przypadkiem; monsignore O’Duffy stwierdził, że Sarno zrobił to tylko dlatego, iż – gdyby wyszedł aż na chodnik – nie mógłby pozwolić, aby księża osobiście zapłacili panience z tamtego małego otworu w ścianie – i roześmiał się. Tak czy inaczej stał tam na purpurowym dywanie, a jego grube jasnobrązowe palce do złudzenia przypominały kiełbaski Palethorpe’s6 z ogłoszenia na nasypie kolejowym.
– Buon giorno, reverendissimi signori7 – przywitał ich, bo sądził, że wszyscy przybyli mówią po włosku. Księża odpowiedzieli: „Buon giorno” – poza księdzem Bonnyboatem, który uczył się w Kolegium Szkockim w Valladolid zamiast w Rzymie, i który odpowiedział: „Buenos dias8. Paolo Sarno roześmiał się na to i powiedział:
Per Bacco!9. Wielebny ksiądz gada po włoskiemu jak hiszpańska krowa, vero10, bez obrazy, wielebny księdzu. Niech idą obejrzeć mój seans. Bardzo dobry, bardzo budujący, bardzo pobożny. Niech wielebni księża idzą tędy.
Wielebni księża poszli tędy, niosąc na wysokości twarzy rondem do góry swoje kapelusze – niczym talerze do zupy; a gdy szli tak jeden za drugim, monsignore O’Duffy powiedział głośno:
Zdrożne czy budujące, gorszące czy pobożne, to nowe szaleństwo nie potrwa długo, panie Sarno, a moim zdaniem dużo lepiej zrobiłby pan, otwierając jedną z tych miniaturowych strzelnic z małymi celuloidowymi piłeczkami tańczącymi na strumieniach wody; ich nie można podejrzewać o grzeszność.
Minęło trochę czasu, zanim oczy księdza Smitha przyzwyczaiły się do ciemności, więc z początku zdawało mu się, że siedzi w olbrzymim czarnym dole, mając płaszcz księdza Bonnyboata po jednej, a płaszcz monsignore O’Duffy’ego po drugiej stronie. Ciemność przeszła jednak stopniowo w bursztynową mgiełkę, w której rozpoznawał wokół siebie zarysy głów jak rządki czekoladek w pudełku. Na ekranie pokazywano błękitną rzekę, wijącą się pod zielonymi mostami oraz jeden czy dwa stare zmurszałe kościoły; nie wydawało się to księdzu Smithowi zbyt zdrożne, bo stare zmurszałe kościoły były prawie z pewnością kościołami katolickimi, w których bezpiecznie przebywało Ciało Boga, a pianino podgrywało bardzo przyjemnie tra la la la la la. Ta sama myśl musiała przyjść do głowy księdzu Bonnyboatowi, bo powiedział do księdza Smitha i monsignore O’Duffy’ego:
Nie ma w tym nic uchybiającego pobożności, księże prałacie.
Zaczekajcie tylko aż pojawią się aktorzy – powiedział monsignore O’Duffy. – Mówią mi, że to gorsze niż te aparaty, którymi można kręcić za uchwyty i oglądać, co dzieje się w dole na molo. – Przybliżył głowę bardzo blisko ucha księdza Smitha i szepnął:
– Obcisłe ubrania. Powiedz mu.
Ale nim ksiądz Smith zdołał przekazać tę informację księdzu Bonnyboatowi, z przedniego rzędu odwrócił się w ich stronę przebity olbrzymią szpilą kapelusz i psyknął: „Ćśśś…”, a księdzu Smithowi pozostało zastanawiać się w ciszy, skąd monsignore O’Duffy wie tak dużo o tym, co znajduje się w aparatach, którymi można kręcić za uchwyty i oglądać, co dzieje się w dole na molo. Potem pianino nagle przestało grać, a w powietrzu zabrzmiał odgłos jakby buczenia elektrycznego pędzla do golenia w zakładzie fryzjerskim; jeszcze przez chwilę czy dwie widać było zielone mosty i zmurszałe stare kościoły, a potem one też znikły, a zapalono oświetlenie; rzędy głów zamarły w oczekiwaniu, a ekran okazał się wcale nie rozwieszoną płachtą, ale był twardy, prostokątny i błyszczący; gdzieniegdzie podświetlony, jakby zeszła z niego farba.
Naprawdę bardzo budujące – powiedział ksiądz Bonnyboat.
Tylko poczekajcie, mówię wam – powiedział monsignore O’Duffy.
Światła znowu przygasły. Tym razem film opowiadał o skazańcu w więzieniu. Skazaniec nosił uniform w pasy tak szerokie jak na koszulce piłkarskiej i z początku księdzu Smithowi było mu go szkoda, bo wyglądał tak nieszczęśliwie. Ale później skazaniec zbiegł i uciekał, klucząc wieloma ulicami, a policjanci biegli i kluczyli za nim, ale skazańcowi zawsze udawało się uciec – nawet gdy policjanci biegli w jego kierunku jednocześnie z obu stron, bo uskoczył w bramę, a policjanci wpadli na siebie i się poprzewracali. Gdy ksiądz Smith zaczął się śmiać, wiedział, że nie robi niczego złego, bo słyszał, że monsignore O’Duffy i ksiądz Bonnyboat także się śmieją.
Później skazaniec biegł wzdłuż plaży, na której siedziało wiele ładnych dziewcząt w kostiumach kąpielowych i jadło czekoladki; skazaniec przebiegł między nimi, rozrzucając czekoladki, a ksiądz Smith zastanawiał się, co monsignore O’Duffy powie o kostiumach kąpielowych, gdy w przejściu między siedzeniami pojawiło się światło latarki i krzyk: „Czeklaaatki, papierosy i zapałki!”. Potem światło latarki przeobraziło się nad dwiema kiściami złotych guzików w twarz Angusa McNaba, który, przechylony nad kamizelką monsignore O’Duffy’ego, mówił do księdza Smitha: „Nie rozpoznaje mnie ksiądz?”. – Jeden z moich ministrantów – chciał wyjaśnić ksiądz Smith Monignore O’Duffy’emu, ale na ekranie policjant, skazaniec i ładne dziewczęta rzucali w siebie różnymi rodzajami ciast, a monsignore O’Duffy śmiał się tak głośno, że nie był w stanie nic usłyszeć. Rzucanie ciastami nie wydało się księdzu Smithowi zanadto śmieszne i zdawało się, że podobne wrażenie odnosił ksiądz Bonnyboat, ale pozostała część publiczności zaśmiewała się do rozpuku, a monsignore O’Duffy śmiał się za nich dwóch.
Ten gość jest urodzonym komikiem, bez dwóch zdań – powiedział, gdy siedząc, ocierał łzy z oczu. Potem zobaczył nadchodzącą przejściem ładną kelnerkę w czarnej sukience i harcującym fartuszku. – Hej, panienko, co z tą darmową herbatą? – spytał.
Będzie podawana w trakcie Śmierci lub hańby, proszę pana – odpowiedziała.
I tak też się stało – herbatę podano dokładnie w połowie mowy szeryfa: „Chłopcy, coś mi się zdaje, że w Czerwonym Kanionie zaszła jakaś ciemna sprawka; jedziemy załatwić tego brudnego kłamliwego skunksa i zdradzieckiego koniokrada Neda Trantera, aby nasze bogobojne niewiasty mogły każdej nocy spać spokojnie w swoich łóżkach, a nasze dziewice wędrować szczęśliwie i beztrosko pod bezlikiem gwiazd – napis pojawił się i zniknął z ekranu lotem błyskawicy, bez żadnych przecinków, ale w ramach rekompensaty na końcu było dużo kropek. Każdy dostał tackę, spodek, filiżankę, talerzyk i dwa małe twarde ciasteczka karbowane od spodu. Monsignore O’Duffy powiedział, że gdyby prowadzący kino chcieli naprawdę się wykazać, dano by im również do herbaty po jajku na twardo, ale zdawał się zjadać z apetytem podane herbatniki; maczał je przed zjedzeniem w herbacie i wydawał z siebie oznaki zadowolenia w postaci donośnych bulgotów, chrupnięć i zasysań.
Na ekranie, ponad filiżankami z herbatą, Ned Tranter złapał już śliczną córkę szeryfa – schwytał ją na lasso, gdy odmawiała przy łóżku modlitwy, i odjechał z nią na koniu do swojej górskiej kryjówki. „Nedzie Tranterze” – wygłosiła doń zakneblowanymi ustami wspaniały ustęp tekstu – „możesz mnie zagłodzić, pobić, wychłostać, lecz nigdy nie przystanę na to, by zbrukać wielki Boży dar miłości, stając się matką twoich dzieci, nigdy nie będę też dla ciebie gotować, szyć ani sprzątać. Śmierć raczej niż hańba, Nedzie Tranterze, gdyż moje serce należy do zgrabnego Patricka Hogana z Samotnego Rancza”. Na to ozwały się wielkie wiwaty, oklaski i tupanie nogami, a ksiądz Bonnyboat powiedział, że z takim nazwiskiem Patrick Hogan to z pewnością katolik, a monsignore O’Duffy powiedział, że pokazuje to tylko, iż nawet w filmach wspaniały święty katolicki Kościół odgrywa rolę królewską i tryumfującą. Księdza Smitha rozgrywający się na ekranie dramat zbyt wciągnął, aby miał cokolwiek mówić. Z bijącym sercem łapczywie patrzył, jak szeryf, Patrick Hogan i inni chłopcy z Czerwonego Kanionu wyruszyli na ratunek Molly Kintyre, której oczy były jak leśne jeziora z niewypowiedzianą wspaniałością gwiazd odbijających się w ich purpurowej toni – przynajmniej tak powiedział Patrick Hogan, gdy w saloonie grał w snookera z Mickey’em Riley’em. Gdy wyruszyli konno, wszyscy wystrzelili z pistoletów w powietrze, aby Molly Kintyre wiedziała, że nadjeżdżają; ale Ned Tranter tego, oczywiście, nie usłyszał, bo zawsze spał ze swoim parszywym łbem przykrytym kocami. Jechali na szczyty wzgórz i w dół kotlin, strzelając bez ustanku. Czasami wyglądało na to, że wjeżdżają na to samo wzgórze dwa razy, ale ksiądz Smith był zbyt podekscytowany, aby go to przejmowało. Razem z innymi klaskał, jęczał, tracił ducha i znowu klaskał, ale wreszcie wszystko się skończyło, uratowana Molly Kintyre trafiła w ramiona Patricka Hogana, który przysiągł, do kroćset, że nigdy nie będzie już grał w snookera w saloonach, a szeryf, trzymając Neda Trantera na muszce rewolweru, powiedział: „Na nic twoje rewolwery, Tranter. Rąsie. Jesteś otoczony”. Trzej księża bili brawo razem z resztą publiczności, a ksiądz Bonnyboat powiedział, że nie widział niczego tak budującego od naprawdę długiego czasu, monsignore O’Duffy zaś, że nigdy nie bał się przyznać, jeśli się mylił, i że mocno mu się zdaje, iż mylił się w tym, co twierdził na temat kina, oraz że jeśli pozostała część programu nie zawiera nieprzyjemnych niespodzianek, będzie musiał wynagrodzić signorowi Sarno szkody, kupując bilety dla wszystkich członków Stowarzyszenia świętego Wincentego à Paulo11.
Nie było jednak żadnej pozostałej części programu, bo, gdy tylko światła się ściemniły, znowu pojawiły się: błękitna rzeka, zielone mosty i stare zmurszałe kościoły, a pianino grało „tra la la la la la” i tak dalej. Ksiądz Bonnyboat powiedział, że przypuszcza, iż naprawdę powinni już iść, ale monsignore O’Duffy powiedział, że to wszystko bzdury i brednie, i że napis „nieprzerwane projekcje” oznacza, iż można zostać w kinie tak długo, jak komu się podoba. Nawet gdy pod koniec fragmentu z błękitną rzeką i zmurszałymi kościołami na ekranie błysnął pomarańczowy napis: „widzowie, którzy obejrzeli program w całości, są proszeni o zwolnienie miejsc tym, którzy czekają na wejście”, nawet wtedy się upierał, twierdząc, że nie chodzi mu o dodatkową darmową herbatę, ale że chciałby jedynie zobaczyć raz jeszcze to rzucanie ciastami. Ale gdy już je obejrzał, uznał, że chce również zobaczyć jeszcze raz, jak bohaterowie wyruszają, aby otoczyć Neda Trantera, więc wszyscy zostali na swoich miejscach do końca Śmierci lub hańby i próbowali nie myśleć o tym, że widzowie stojący w przejściu gapią się na nich.
Oczywiście, to przelotne szaleństwo i nie potrwa długo – powiedział monsignore O’Duffy, gdy znów znaleźli się na zewnątrz na pozbawionym czaru trotuarze.
Ksiądz Bonnyboat powiedział, że coś mu się zdaje, iż to coś więcej niż krótkotrwałe szaleństwo i zastanawia się nawet, czy świętych w niebie nie raczy się może podobnymi rozrywkami, ponieważ są tak budujące. Ksiądz Smith powiedział jednak, że święci w niebie będą mieli do oglądania naszego Pana, i że nic nie może być bardziej budujące od tego. Zaczym wszyscy zdjęli kapelusze, oddając cześć kapłaństwu, które było w każdym z nich, i poszli z powrotem do swoich kościołów, bo był to pierwszy czwartek miesiąca i mieli do wysłuchania spowiedzi.

1 John Bunny (1863–1915) – amerykański aktor, gwiazda niemych filmów komediowych.
2 Gerald Ames (1880–1933) – brytyjski aktor i reżyser; Stewart Rome (1886–1965) – angielski aktor.
3 American Vitagraph – amerykańskie studio filmowe; producent wielu znanych filmów niemych.
4 Ogłoszonym w 1854 roku przez Piusa IX bullą Ineffabilis Deus.
5 Flora Finch (1867–1940) wystąpiła w wielu niemych komediach razem z Johnem Bunnym.
6 Palethorpe’s – brytyjski producent mięsa i ciast.
7 Buon giorno… (wł.) – Dzień dobry, wielebni księża.
8 „Dzień dobry” po hiszpańsku.
9 Per Bacco! (wł.) – A niech to!
10 Vero (wł.) – naprawdę.
11 Święty Wincenty à Paulo, wyznawca (ur. 1581 w Pouy, zm. 27 września 1660 w Paryżu) – francuski ksiądz, założyciel zgromadzeń szarytek i lazarystów, patron dzieł miłosierdzia.



Tłumaczenie: Łukasz Makowski
Projekty okładek: Sztukmistrz
(górna z wykorzystaniem zdjęcia
autorstwa Jana Wincentego F.)

-----------------------------
Wirtualne Wydawnictwo WiWo szuka realnego (papierowego) wydawcy niniejszego tekstu, który byłby gotów wynagrodzić godziwą zapłatą osoby, które przyczyniły się do jego powstania. Zainteresowanych prosimy o kontakt mailowy na adres
 wirtualnewydawnictwowiwo[malpa]gmail.com
-----------------------------

Bruce Marshall "Chwała córki królewskiej" (4)

-----------------------------
Wirtualne Wydawnictwo WiWo szuka realnego (papierowego) wydawcy niniejszego tekstu, który byłby gotów wynagrodzić godziwą zapłatą osoby, które przyczyniły się do jego powstania. Zainteresowanych prosimy o kontakt mailowy na adres
 wirtualnewydawnictwowiwo[malpa]gmail.com
-----------------------------




IV

Już od dobrych kilku lat ksiądz Smith zawsze chodził w dzień świętego Andrzeja odmówić modlitwę w katedrze świętego Idziego1, bo kościół ów był niegdyś katolicki, a ksiądz sądził, że świętemu Andrzejowi może się to spodobać.
W środku nie było nikogo prócz księdza, bo protestanci zdawali się nie korzystać ze swoich świątyń w dni powszednie, inaczej niż katolicy, którzy wpadali, aby odmówić króciutką modlitwę do Pana w przerwie między kupowaniem kapusty a doglądaniem ciasta z rodzynkami. Gdy tak klęczał, a słońce wpadało przez witraże na połyskującą czerń jego starego płaszcza, ksiądz Smith cofnął się myślą o całe wieki, do czasów, gdy w prezbiterium znajdował się jeszcze ołtarz główny. Augustianie odprawiali przy nim codziennie uroczystą mszę, a godziny upływały w rytmie mądrego, dobrego Bożego zegara matutinum, laudesów, prymy, tercji, seksty i nony. Wieczorem, wśród cieni rzucanych przez filary, śpiewano Salve Regina, bo mnisi uważali za bardzo stosowne, aby wydawać z siebie ten sam rodzaj dźwięków, których będą słuchali przez całą wieczność.
Te czasy w Szkocji już minęły, a ksiądz Smith modlił się o to, aby wkrótce powróciły, bo wiedział, że tylko w poezji wiary ludzie mogą odnaleźć szczęście i cel. Te czasy w Szkocji już minęły, bo ludzie byli na tyle głupi, by usiłować zmieniać powłokę, a nie wnętrze, nie rozumiejąc, że nauka Kościoła niekoniecznie była nieprawdziwa dlatego, że jej wyznawcom nie udawało się sprostać wynikającym z niej wymogom. A teraz czasy Najświętszego Sakramentu, Maryi i świętych też minęły, a ludzie mieli prowadzić cnotliwe życie bez żadnej z tych pomocy, które ustanowił sam Bóg.
Ksiądz nie był na tyle głupi, by nie uświadamiać sobie, że istniało wielu protestantów, którzy prowadzili lepsze życie niż mnóstwo katolików, i należeli, jeśli nie do ciała, to do ducha Kościoła, bo posiadali animae naturaliter christianae2. W istocie czasem zdawało mu się, że Bóg rekompensował protestantom o dobrych intencjach brak wiary nie z ich winy, pozwalając im być lepszymi w miłowaniu bliźniego niż katolikom, choć zazwyczaj nie robili tego z motywów nadprzyrodzonych. Katolicy byli, oczywiście, lepsi w miłowaniu Boga, a jakże miałoby być inaczej, skoro byli wyposażeni w pomoce z samego nieba?
Na nic jednak zdawała się, nawet z szacunku dla najświętszych odczuć innych ludzi, próba ukrycia faktu, że protestancka herezja uczyniła całemu światu wielką szkodę, choćby przez utwierdzanie powszechnego, a mylnego przekonania, że wiara jest następstwem cnoty i że człowiek, który bije swoją żonę, nie ma prawa wyznawać Credo atanazjańskiego3. Ksiądz Smith sądził, że, gdyby wiara była przywilejem, do którego prawo zmniejsza się w geometrycznym stosunku do liczby popełnianych grzechów, uczestnicy polowań na lisy i jelenie wyrzekliby się prawa do wiary w jedną choćby Osobę Trójcy Świętej.
Wszystko to wydawało mu się zupełnie jasne, gdy klęczał tak, modląc się do Andrzeja, Kolumbana, Kentigerna i Małgorzaty4, aby znów nawrócili Szkocję do Boga. Kościelny zatrzymał się, patrząc na księdza pytającym wzrokiem, i minął go, kręcąc głową, nieprzyzwyczajony do widoku aktów pobożności prywatnej.
Gdy ksiądz Smith wychodził, w kruchcie stał sam pastor. Był nim wielebny doktor James Gillespie, D.D.5, który pełnił raz funkcję przewodniczącego zgromadzenia ogólnego Kościoła Szkocji. Ksiądz Smith nieodmiennie odczuwał pokorę, gdy spotykał doktora Gillespie, bo pastor zawsze nosił tak eleganckie czarne fraki i był zapraszany przez władze miasta na ceremonie otwarcia elektrowni i wodociągów, nawet gdy pomijano w zaproszeniu jego wielebność Biskupa. Jednak ku zdziwieniu księdza, gdy tylko pastor go spostrzegł, zdjął swój lśniący cylinder i bardzo sympatycznie się uśmiechnął.
Naprawdę bardzo się cieszę, że księdza widzę – powiedział. – Chciałem osobiście powiedzieć księdzu, jak bardzo ja i moi wierni ubolewamy nad haniebnymi wydarzeniami sprzed dwóch tygodni.
To bardzo miło z pastora strony, doktorze Gillespie, ale zapewniam, że ani Biskup, ani ja ani przed chwilę nie wątpiliśmy…
Potem rozmowa poszła już jak z płatka. Doktor Gillespie spytał księdza Smitha, cóż takiego robi, odprawiając praktyki religijne w zborze Remmona6; ksiądz Smith odpowiedział zaś, że, o ile mu wiadomo, High Kirk nie był wcale zborem Remmona, ale z dawien dawna świętym miejscem Bożym, do którego przyszedł się pomodlić w dzień świętego Andrzeja. Pastor wyglądał na trochę zmartwionego, gdy ksiądz to powiedział, jakby miał świadomość, o co się modlił, a ksiądz Smith zrozumiał, że doktor Gillespie tak naprawdę wcale nie jest pysznym, ale niezmiernie wprost nieszczęśliwym człowiekiem, pragnącym, jak on sam, aby ludzie przybyli na Chrystusowe gody. Gdy szli tak razem ulicą, doktor Gillespie powiedział, że to odważniejsze z jego strony, iż pokazuje się publicznie w towarzystwie księdza, niż ze strony księdza, iż pokazuje się publicznie w towarzystwie pastora, bo nikomu nie przyszłoby do głowy, że istnieje jakakolwiek szansa na to, aby nawrócił on księdza Smitha. Ksiądz Smith zapytał pastora, czy zamierzył tę uwagę jako komplement, czy jako obrazę i obaj się roześmiali, radując z tego, że może połączyć ich wesołość, skoro nie może modlitwa.


1 Zwanej przez protestantów High Kirk. Święty Idzi (ok. 640 – ok. 720) – opat, eremita w Galii, jeden z Czternastu Świętych Wspomożycieli. Święty Andrzej Apostoł (zm. w roku 70) – pierwszy powołany apostoł, męczennik, brat świętego Piotra, patron Szkocji. Jego uroczystość obchodzi się 30 listopada.
2 Anima naturaliter christianae (łac.) – dusza z natury chrześcijańska; wyrażenie sformułowane przez Tertuliana.
3 Atanazjańskie wyznanie wiary (inaczej: symbol atanazjański), zwane również od otwierających go słów Quicumque vult (łac. „Ktokolwiek chce”), powstało prawdopodobnie w V wieku.
4 Święty Kentigern, znany również jako święty Mungo (ok. 518–614) – szkocki biskup, mnich, opat i misjonarz; święta Małgorzata Szkocka, wdowa (ok. 1045–1093) – żona i matka ośmiorga dzieci; opiekunka ubogich, pokrzywdzonych i więźniów; królowa Szkocji.
5 Doctor Divinitatis (łac.) – doktor teologii.
6 Por. 2 Krl 5, 18.




Tłumaczenie: Łukasz Makowski
Projekty okładek: Sztukmistrz
(górna z wykorzystaniem zdjęcia
autorstwa Jana Wincentego F.)

-----------------------------
Wirtualne Wydawnictwo WiWo szuka realnego (papierowego) wydawcy niniejszego tekstu, który byłby gotów wynagrodzić godziwą zapłatą osoby, które przyczyniły się do jego powstania. Zainteresowanych prosimy o kontakt mailowy na adres
 wirtualnewydawnictwowiwo[malpa]gmail.com
-----------------------------

"The Matrix is a system, Neo..."


Zielone kółka (Cienie)


Ćwiczenia z perspektywą: Bloki (Coś strasznego)


Czasy współczesne: Portret (Ostatnia wieczerza za 2,99)


Piękny język polski: A z dwoma?


Ostańcie z Bogiem, ludzie kochane – wersja współczesna


Było ci malarzy wielu... Jasność w ciemności


Śladem naszych ubikacji: Lata 70.

Panów obowiązują dzwony

Piękny język polski: Europa, Japan, Ameryka


W centrum uwagi (Pies na trawniku)


Było ci malarzy wielu... Niepokój