Gilbert Keith Chesterton "Maska Midasa"

-----------------------------
Wirtualne Wydawnictwo WiWo szuka realnego (papierowego) wydawcy niniejszego tekstu, który byłby gotów wynagrodzić godziwą zapłatą osoby, które przyczyniły się do jego powstania. Zainteresowanych prosimy o kontakt mailowy na adres
 wirtualnewydawnictwowiwo[malpa]gmail.com
-----------------------------


Przed małym sklepem stał mężczyzna – stał tak sztywno jak drewniany Highlander1 przed utrzymanym w starym stylu składem tytoniu. Trudno było uwierzyć, że ktokolwiek poza właścicielem mógłby stać przed sklepem tak niewzruszenie; lecz sklepikarza i jego sklep charakteryzowało niepodobieństwo bez mała groteskowe. Sklep był bowiem jedną z tych pełnych gratów jaskiń, które dzieci i ludzie bardzo mądrzy badają z roziskrzonymi oczami niczym baśniową krainę, ale które wiele osób charakteryzujących się gustem bardziej uładzonym, by nie rzec: banalnym, niezdolnych jest odróżnić od śmietnika. Krótko mówiąc, w swoich lepszych momentach sklep ów mienił się składem osobliwości, lecz dużo częściej ludzie określali go mianem składu odpadków – zwłaszcza trzeźwo myśląca i krzątająca się w handlowym zgiełku ludność przemysłowego miasta portowego, gdzie sklep – na jednej z podlejszych ulic – się znajdował. Przed tymi, którzy w takich rzeczach gustują, nie trzeba rozwijać opowieści o mieszczących się w sklepie skarbach, mimo że istnieniu najcenniejszych spośród nich trudno byłoby przypisać jakikolwiek cel. Maleńkie modele fregat zamknięte w kulach ze szkła, kleju albo jakiejś dziwacznej orientalnej żywicy; kryształowe kule, wewnątrz których burze śnieżne spadają na przyjmujące to z kamienną obojętnością figurki ludzi; olbrzymie jaja, które mogły zostać zniesione przez prehistoryczne ptaki; niezgrabne tykwy, które mogły napęcznieć raczej od trucizny niż od wina; dziwaczny oręż, dziwaczne instrumenty muzyczne i reszta dziwactw; wszystko tonące w coraz głębszym kurzu i nieporządku. Stojący przed takim sklepem stróż z powodzeniem mógłby być jakimś zniedołężniałym Żydem, mającym w sobie coś z godności i długiej szaty Araba, albo jakimś tropikalnej urody Cyganem o cerze barwy mosiądzu, obwieszonym złotymi i mosiężnymi kółkami. Lecz stojący na warcie stanowił taką niezwykłość, że aż budził zdumienie. Był chudym, energicznym młodzieńcem odzianym w schludne ubranie skrojone na modłę amerykańską; miał pociągłą twarz o dość surowych rysach – tak często spotykaną u Amerykanów irlandzkiego pochodzenia. Jedno oko zasłaniał mu przekrzywiony kowbojski kapelusz, z kącika jego ust zaś wystawało pod ostrym kątem śmierdzące pittsburskie cygaro. Gdyby w tylnej kieszeni spodni trzymał pistolet, nikogo, kto mu się przypatrywał, nie zdziwiłoby to zanadto. Umieszczone nad wejściem do sklepu niewyraźne litery układały się w napis: „Denis Hara”.
Tak się złożyło, że ci, co się przypatrywali, byli ludźmi o pewnym znaczeniu – może nawet znaczyli coś dla niego. Lecz nikt nie odgadłby tego, patrząc na jego kamienną twarz i wymizerowaną sylwetkę. Spośród tych, co się przypatrywali, najbardziej rzucał się w oczy pułkownik Grimes, naczelnik policji w hrabstwie. Tyczkowaty mężczyzna z długimi nogami i podłużną twarzą; darzony zaufaniem przez tych, którzy dobrze go znali, lecz niezbyt lubiany wśród przedstawicieli własnej klasy społecznej – zdradzał bowiem wyraźne oznaki, że interesuje go bycie raczej policjantem niż dżentelmenem z prowincji. Krótko mówiąc, naczelnik popełnił subtelny grzech przedkładania naczelnictwa nad hrabskość. To dziwactwo wzmagało jego wrodzoną milkliwość; był, nawet jak na uzdolnionego detektywa, niezwykle małomówny i skryty w kwestii swoich planów i tego, co udało mu się wykryć. Jego dwaj towarzysze, którzy dobrze go znali, byli tym bardziej zaskoczeni, gdy zatrzymał się przed człowiekiem z cygarem i przemówił głosem donośnym i wyraźnym, bardzo rzadko słyszanym z jego ust publicznie:
– Zwykła uczciwość wymaga, abym poinformował pana, panie Hara, że moi ludzie otrzymali informację, która daje podstawy do uzyskania przeze mnie nakazu przeszukania pańskiego lokalu. Może się okazać – taką żywię nadzieję –że nie będzie to konieczne, ale muszę pana ostrzec, że prowadzimy stałą obserwację pańskiego lokalu; sprawdzamy, czy nikt nie szykuje się do odlotu z tego miejsca.
– Wszyscy chcecie się dobrać do jednego z moich zatopionych w żywicy stateczków? – dociekał ze spokojem pan Hara. – Cóż, pułkowniku, nie chciałbym ograniczać w jakikolwiek sposób waszej pełnej swobód i prześwietnej brytyjskiej konstytucji, ale mam spore wątpliwości, czy wolno się wam tak po prostu włamać do mojego małego szarego domku2.
– Przekona się pan, że nie rzucam słów na wiatr – odparł pułkownik – prawdę mówiąc, udaję się prosto do dwóch spośród sędziów, których podpisy są potrzebne, aby uzyskać nakaz przeszukania.
Twarze dwóch mężczyzn stojących za plecami naczelnika policji przybrały, każda we właściwy sobie ledwo dostrzegalny sposób, wyraz lekkiego zdumienia. Inspektor Beltane, ciemnowłosy mężczyzna słusznej postury, w swej pracy rzetelny, nawet jeśli cokolwiek powolny, wyglądał na nieco oszołomionego, gdy jego przełożony gwałtownie się odwrócił. Trzeci mężczyzna był krępy i rozrosły, miał czarny kapelusz duchownego i okrągłą czarną figurę duchownego, jak również okrągłą twarz, na której aż do tej chwili malowała się senność; lecz między jego przymrużonymi powiekami dostrzec było można ostrzejszy błysk; on także wpatrywał się w naczelnika policji – nie tylko w osłupieniu wszakże, ale raczej jak gdyby nagle przyszła mu do głowy jakaś nowa koncepcja.
– Posłuchajcie, panowie – powiedział pułkownik Grimes – z pewnością będziecie chcieli zjeść lunch; szkoda byłoby tak ciągać was ze sobą po godzinie trzeciej. Tak się składa, że pierwszy człowiek, z którym chcę się spotkać, przebywa w banku, który właśnie mijamy; zaraz obok znajduje się całkiem przyzwoita restauracja. Gdy tylko usadzę was przy jakiejś paszy, udam się pędem do kolejnego człowieka, który przebywa zaledwie ulicę dalej. I bankier, i ów drugi sędzia pokoju, do których chcę udać się w tej części miasta, szczęściem mieszkają blisko siebie. Bankier zrobi to, czego chcę, od ręki; wejdziemy więc do niego od razu i na początek załatwmy tę sprawę.
Szereg drzwi zdobnych szkłem i złoceniami prowadził ich poprzez labirynt korytarzy w Banku Casterville and County, naczelnik zaś szedł prosto do świętego świętych, z którym zdawał się dość obznajomiony. Znalazł tam sir Archera Andersona, słynnego publicystę na tematy finansowe i organizatora, a nadto kierownika tego i wielu innych wielce szacownych przedsiębiorstw bankowych; poważnego i pełnego gracji starszego dżentelmena o siwych kręconych włosach i siwej szpiczastej brodzie, przyciętej na modłę dość staroświecką; ale poza tym odzianego w ubrania stonowane, lecz zgodne z obowiązującą modą. Rzut oka na sir Andersona skłaniałby ku myśli, że – podobnie jak naczelnikowi – sprawy hrabstwa nie są mu całkiem obce; zdawał się jednak dzielić coś z przekonania naczelnika o przedkładaniu pracy nad zabawę. Przesunął na stronę potężną bryłę dokumentów i wygłosił słowo powitania, wskazując krzesło i sugerując gotowość do robienia interesów bankowych w dowolnej chwili.
– Obawiam się, że nie chodzi o interesy bankowe – powiedział Grimes – ale, tak czy siak, interes, jaki mam, nie przeszkodzi panu w robieniu interesów dłużej niż przez minutę czy dwie. Jest pan sędzią pokoju, prawda? Otóż prawo wymaga ode mnie, abym dysponował podpisami dwóch sędziów pokoju, by uzyskać nakaz przeszukania lokalu, który – jak mam podstawy przypuszczać – jest bardzo podejrzany.
– Doprawdy? – rzekł uprzejmie sir Archer. – O jakiego rodzaju podejrzenie chodzi?
– Cóż – odpowiedział Grimes – to dość osobliwa sprawa i, powinienem dodać, całkiem nowa w tych stronach. Rzecz jasna, mamy, można tak powiedzieć, swoją własną małą populację przestępców oraz – jest to coś zupełnie szczególnego i dużo bardziej naturalnego – obserwujemy tę zwyczajną skłonność wyrzutków do trzymania się razem, nawet trochę poza prawem. Wydaje mi się jednak, że ten człowiek, Hara, który z pewnością jest Amerykaninem, jest również amerykańskim gangsterem. I to nie byle jakim – ma do dyspozycji machinę przestępczą, która działa na skalę w tym kraju praktycznie nieznaną. Po pierwsze, nie wiem, czy zna pan najnowsze doniesienia dotyczące tej okolicy?
– Z dużym prawdopodobieństwem nie – odparł bankier z cokolwiek oziębłym uśmiechem. – Nie jestem zbyt oświecony w kwestii doniesień policyjnych; przybyłem tu całkiem niedawno, aby przyjrzeć się sprawom tej filii. Wcześniej byłem w Londynie.
– Wczoraj uciekł skazaniec – powiedział poważnie pułkownik. – Wie pan, że na bagnach, milę czy dwie od miasta, znajduje się duża kolonia karna. Doprawdy spora liczba ludzi odsiaduje tam wyroki – ale jest ich tam o jednego mniej niż przedwczoraj.
– Nie jest to z pewnością nic niesłychanego – odparł sir Archer. – Więźniowie niekiedy uciekają z więzienia, prawda?
– Zgadza się – przyznał naczelnik policji. – Być może nie byłoby to tak nadzwyczajne samo w sobie. To, co jest nadzwyczajne, to fakt, że człowiek ten nie tylko uciekł, ale zniknął. Więźniowie uciekają z więzienia, ale prawie zawsze trafiają tam z powrotem albo przynajmniej mamy jakieś pojęcie o tym, w jaki sposób udało im się zbiec. Ten człowiek nagle i po prostu wyparował, jak zjawa albo jakiś duszek, kilkaset metrów od bram więzienia. Otóż ze względu na moje sceptyczne nastawienie i wątpliwości co do tego, czy naprawdę jest on zjawą lub duszkiem, muszę polegać na jedynym możliwym wyjaśnieniu naturalnym. A jest ono takie, że uciekinier został w trybie natychmiastowym uwieziony samochodem, stanowiącym niemal z pewnością część całej floty automobili, nie mówiąc już o szpiegach i spiskowcach realizujących cały plan. Otóż uważam za pewne, że jego przyjaciele i sąsiedzi, jakkolwiek mocno mogą się z nim solidaryzować, nie byliby w stanie zorganizować czegoś takiego. Uciekinier jest dosyć ubogim człowiekiem, oskarżanym o kłusownictwo; wszyscy jego przyjaciele to biedacy, a większość z nich prawdopodobnie także kłusuje; nie ma też wątpliwości, że zabił gajowego. Uczciwie będzie przyznać, że niektórzy sądzili, iż należy to nazwać raczej nieumyślnym zabójstwem niż morderstwem – faktycznie, musieli złagodzić wyrok do długoletniego więzienia; od tego zaś czasu, przypuszczalnie po ponownym, rzetelniejszym rozpatrzeniu sprawy, skrócili karę do stosunkowo niedługiej. Ktoś jednak skrócił ją teraz dużo bardziej. I to w taki sposób, który oznacza pieniądze i paliwo i praktyczne doświadczenie w przeprowadzaniu takich akcji; z pewnością nie zdołałby zrobić tego samodzielnie, a żaden z towarzyszy jego doli też nie zdołałby tego zrobić. Otóż nie będę zawracał panu głowy szczegółami tego, co udało nam się wykryć, ale jestem całkiem pewien, że centrala tej organizacji mieści się w tym malutkim sklepie z rupieciami za rogiem; nasza jedyna szansa to natychmiast zdobyć nakaz przeszukania. Rozumie pan, sir Archerze, że nie zobowiązuje to pana do niczego więcej ponad udział we wstępnym przeszukaniu; jeśli człowiek w sklepie jest niewinny, możemy zupełnie swobodnie to zeznać; lecz mam pewność, że należy to wstępne przeszukanie przeprowadzić, a do tego muszę mieć podpisy dwóch sędziów pokoju. To dlatego zabieram panu czas, przekazując doniesienia policyjne, świadom, jak jest on cenny w dziedzinie doniesień finansowych. Jeśli sądzi pan, że może taki dokument podpisać, mam go przy sobie; nie będzie już żadnego usprawiedliwienia dla dalszego zakłócania pańskich zadań w dziedzinie finansów.
Położył przed sir Archerem Andersonem kartkę; ten, przeczytawszy ją błyskawicznie, ale ze znamionującym nawyknienie do odpowiedzialności marsem na czole, wziął do ręki pióro i podpisał dokument.
Naczelnik policji podniósł się z prędkimi, lecz ciepłymi wyrazami zobowiązania, i ruszył w stronę drzwi, rzucając tylko w przelocie uwagę, tak jak można powiedzieć coś o pogodzie:
– Nie sądzę, aby firma ciesząca się takim statusem jak pańska podlegała wpływom gospodarczego zastoju albo obecnych trudności. Ale donoszą mi, że dzisiejsze czasy są niepewne, czasem nawet dla najmocniej stojących na nogach spośród mniejszych korporacji.
Sir Archer Anderson podniósł się szybko sztywnym ruchem; jego twarz zdradzała pewne oburzenie na to, iż choć przez chwilę skojarzono go z małymi korporacjami.
– Jeśli wiadomo panu cokolwiek o Banku Casterville and County – powiedział nie bez odrobiny pasji – zdaje pan sobie sprawę, że istnieje minimalne prawdopodobieństwo, aby cokolwiek lub ktokolwiek miało nań jakikolwiek wpływ.
Pułkownik Grimes wyprowadził swoich przyjaciół z banku i, z pewną dozą łagodnego despotyzmu, zdeponował ich w restauracji obok; podczas gdy sam popędził dalej, by ukończyć swoją misję, spadając błyskawicznie na drugiego spośród miejscowych sędziów pokoju, niejakiego Wicksa, który niekiedy służył mu pomocą w kwestii niuansów prawnych. Inspektora Beltane’a i księdza Browna zostawił siedzących naprzeciw siebie w restauracji w dość uroczysty sposób, aby czekali na jego powrót.
– Czy mylę się – spytał ksiądz Brown z przyjaznym uśmiechem – podejrzewając, że coś wprawia pana w lekkie zakłopotanie?
– Nie powiedziałbym „zakłopotanie” – odrzekł inspektor. – Cała ta sprawa z bankierem była dość prosta; ale gdy zna się człowieka bardzo dobrze, zawsze pojawia się dziwne odczucie, gdy zachowuje się on tak, jakby nie do końca był sobą. Otóż pułkownik jest najbardziej dyskretnym i skrytym pracownikiem, jakiego kiedykolwiek spotkałem w policji. Często nie mówi najbliższym sobie kolegom z pracy, jakie myśli krążą mu po głowie w danym momencie. Dlaczego stał na publicznej ulicy i najgłośniej, jak potrafił, przemawiał do publicznego wroga – oznajmiając mu, że zamierza zrobić nalot na jego sklep? Inni ludzie, nie mówiąc już o nas samych, też zaczęli się zbierać i słuchać. Dlaczegóż, u diabła, pułkownik miałby informować tego zapomnianego przez Boga i ludzi bandziora, że zamierza zrobić nalot na jego lokal? Czemu po prostu nie zrobił tego nalotu?
– Odpowiedź brzmi następująco – rzekł ksiądz Brown – nie zamierzał robić nalotu na jego sklep.
– Dlaczego zatem krzykiem oznajmił całemu miastu, że nosi się z taką myślą?
– Cóż – powiedział ksiądz Brown – sądzę, że po to, aby całe miasto mówiło o jego odwiedzinach u gangstera i nie zauważyło wizyty u bankiera. Jedynymi słowami, jakie naprawdę chciał wypowiedzieć, było tych kilka ostatnich, które skierował do bankiera, czekając na jego reakcję. Jeśli pojawiłyby się jakiekolwiek pogłoski na temat banku, całe miasto huczałoby o tym, że poszedł prosto do banku. Musiał mieć dobry, standardowy powód, aby się tam udać; i nie mógł wymyślić lepszego, niż zwrócić się do dwóch standardowych sędziów pokoju o podpis na standardowym dokumencie. Całkiem nieźle pomyślane.
Inspektor Beltane z rozdziawionymi ustami wpatrywał się w księdza przez stół.
– Cóż, u licha, ma ksiądz na myśli? – zażądał wreszcie odpowiedzi.
– To – odpowiedział ksiądz – że pułkownik Grimes najpewniej nie bujał zbytnio w obłokach, mówiąc o kłusowniku jako o duszku. A może powinniśmy powiedzieć: „o duchu”?
– Nie może ksiądz myśleć – powiedział z niedowierzaniem inspektor – że Grimes wziął zamordowanego gajowego i zbiegłego skazańca z sufitu? Przecież sam wcześniej mi o nich mówił – jako o zwyczajnej sprawie dla policji.
– Nie posuwałbym się aż tak daleko – powiedział ksiądz Brown obojętnym tonem. – Może istnieć jakaś lokalna historia, ale nie ma ona nic wspólnego z historią, której tropem podąża teraz Grimes. Choć wolałbym, żeby miała.
– Dlaczego wolałby ksiądz, żeby miała? – spytał Beltane.
Ksiądz Brown spojrzał mu prosto w twarz szarymi oczami, w których widać było niemożliwe do pomylenia z niczym innym powagę i szczerość.
– Bo straciłem grunt pod nogami – odpowiedział. – A dobrze wiem, kiedy go tracę; wiem również, że to całkiem normalne, że tracę go teraz, skoro dowiedziałem się, że polujemy na nieuczciwego finansistę zamiast na zwyczajnego mordercę – człowieka. Widzi pan, nie wiem dokładnie, jak to się stało, że zacząłem zajmować się tego rodzaju dochodzeniami, lecz niemal całe moje doświadczenie dotyczyło zwyczajnych morderców – ludzi. Otóż morderstwo ma prawie zawsze wymiar ludzki i osobisty – współczesnej kradzieży pozwolono zaś stać się całkiem bezosobową. Dokonuje się ona w sposób więcej niż skryty – jest anonimowa: niemalże jawnie anonimowa. Nawet gdy umierasz, możesz ujrzeć w przelocie twarz człowieka, który ugodził cię ostrzem. Ale niezależnie od tego, jak długo żyjesz, możesz nigdy nie ujrzeć nawet w przelocie nazwiska człowieka, który cię obrabował. Pierwsza sprawa, którą się zająłem, była drobną prywatną sprawą dotyczącą odciętej głowy człowieka, do którego korpusu przytwierdzono inną. Chciałbym na powrót uczestniczyć w takich cichych domowych idyllach jak ta. Wtedy nie traciłem gruntu pod nogami.
– Faktycznie, bardzo idylliczny przypadek – powiedział inspektor.
– Tak czy inaczej bardzo indywidualny przypadek – odparł ksiądz. – Nieprzypominający całego tego nieodpowiedzialnego biurokratyzmu w świecie finansów. Ci biurokraci nie mogą odcinać głów tak jak odcinają gorącą wodę – decyzją zarządu albo komitetu – ale mogą w ten sposób odciąć czyjąś należność albo dywidendę. Poza tym: choć jednemu człowiekowi można przytwierdzić dwie różne głowy, wszyscy wiemy, że jeden człowiek tak naprawdę nie ma dwóch głów. Pojedyncza firma natomiast może mieć dwie głowy – albo dwie twarze, albo pół setki twarzy. To ja już wolę, żeby zaprowadził mnie pan z powrotem do mojego krwiożerczego kłusownika i zamordowanego gajowego. Zrozumiałbym wszystko, co ich dotyczy; za wyjątkiem tego, że prawdopodobnie nigdy nie istnieli.
– Eee, to wszystko bzdury – wykrzyknął inspektor, usiłując zmienić panujący nastrój. – Mówię księdzu, że Grimes naprawdę wspominał o sprawie wcześniej. Coś mi się zdaje, że kłusownik i tak miał być niebawem wypuszczony na wolność, choć zabił swoją ofiarę w dość brutalny sposób: uderzając raz po raz kolbą swojej strzelby. Ale odkrył na swoim własnym terenie gajowego parającego się niemożliwym raczej do obronienia zajęciem: tym razem to gajowy kłusował. Nie cieszył się w okolicy dobrą reputacją; z pewnością doszło do tego, co zwie się prowokacją. Sytuacja z rodzaju tych, którymi rządzi niepisane prawo.
– To właśnie mam na myśli – powiedział ksiądz Brown. – Współczesne morderstwo wciąż bardzo często ma jakiś odległy i wypaczony związek z niepisanym prawem. Lecz współczesne złodziejstwo przybiera postać zaśmiecania świata papierem i pergaminem pokrytymi wyłącznie pisanym bezprawiem.
– Cóż, ni w jotę tego nie pojmuję – powiedział inspektor. – Mamy kłusownika, który jest więźniem albo zbiegłym więźniem; mamy, albo mieliśmy, gajowego; mamy też, na co wskazują wszelkie dostępne śmiertelnikowi pozory, gangstera. Zrozumienie, co ksiądz ma na myśli, rozpoczynając całą tę bezładną gadaninę o banku obok, to za wiele jak na moją głowę.
– Mnie też to martwi – powiedział ksiądz Brown głosem stonowanym i pełnym pokory. – Nie potrafię ułożyć sobie w głowie, o co chodzi z tym bankiem obok.
W tej właśnie chwili drzwi restauracji zakołysały się i otworzyły z rozmachem: kołyszącym się tryumfalnie krokiem powrócił pułkownik – wiódł za sobą małą energiczną postać o siwych włosach i twarzy pooranej uśmiechami. Był to drugi z sędziów pokoju, którego podpis był tak nieodzowny dla ważności wymaganego dokumentu.
– Pan Wicks – powiedział pułkownik prezentując swego towarzysza – jest najwybitniejszym współcześnie ekspertem w dziedzinie oszustw finansowych. To czysty łut szczęścia, że zdarzyło się, iż pełni w tej dzielnicy funkcję sędziego pokoju.
Inspektor Wicks głęboko zaczerpnął powietrza, a następnie wydusił z siebie:
– Nie chce pan przez to powiedzieć, że ksiądz Brown miał rację.
– Wiem, że tak się już zdarzało – odparł pułkownik Grimes oględnie.
– Jeśli ksiądz Brown twierdził, że sir Archer Anderson to oszust na ogromną skalę, z całą pewnością miał rację – powiedział pan Wicks. – Nie potrzeba, bym przedstawiał tu wszystkie prowadzące do tej konkluzji dowody; w istocie mądrzej będzie ujawnić przebieg tylko wstępnych etapów dochodzenia w tej sprawie – nawet policji; oraz oszustowi. Musimy bacznie go obserwować i dopilnować, by nie wykorzystał żadnego z naszych błędów. Sądzę, że najlepiej będzie zajść do niego i przeprowadzić z nim rozmowę bez porównania bardziej szczerą niż ta, którą, jak się zdaje, pan z nim prowadził; rozmowę, w której kłusownik i sklep z tandetą nie będą może grali aż tak poczesnych ról. Myślę, że mogę ujawnić mu wystarczająco dużo z tego, co wiemy, by pobudzić go do reakcji – nie ryzykując oskarżenia o zniesławienie lub konieczności płacenia odszkodowania. A zawsze istnieje szansa na to, że coś mu się wymsknie – dokładnie wtedy, gdy będzie usiłował to ukryć. Wie pan, słyszeliśmy bardzo niepokojące pogłoski o tym interesie i chcielibyśmy to i owo wyjaśnić na miejscu. To jest obecnie nasze oficjalne stanowisko. – Porwał się z miejsca, jakby powodowany zwykłą czujnością albo charakterystycznym dla młodości zniecierpliwieniem.
Druga rozmowa z sir Archerem Andersonem bez wątpienia przebiegła w bardzo odmiennej niż poprzednia atmosferze, szczególnie jeśli chodzi o moment pożegnania. Weszli do niego bez nieodwołalnego postanowienia, by rzucić wielkiemu bankierowi wyzwanie, lecz wkrótce skonstatowali, że to on jest tym, który już powziął zamiar rzucenia im wyzwania. Jego białe wąsy podwinęły się na kształt srebrnych szabel; jego biała szpiczasta broda wysunęła się naprzód niczym stalowe ostrze. Zanim którykolwiek z gości zdołał powiedzieć coś nad kilka zdań, wstał i uderzył w stół.
– Po raz pierwszy wyrażono się o Banku Casterville and County w taki sposób; i zapewniam was, że dzieje się to po raz ostatni. Gdyby moja własna reputacja nie stała już nazbyt wysoko dla tak groteskowych kalumni, renoma samej instytucji wystarczyłaby, żeby uznać je za absurdalne. Opuśćcie to miejsce, panowie, idźcie stąd i zabawiajcie się demaskowaniem Sądu Kanclerskiego3 albo wymyślaniem sprośnych historyjek o arcybiskupie Canterbury.
– To wszystko świetnie – powiedział Wicks, przekrzywiwszy głowę jak zawzięty i zadziorny buldog – ale mam tu, sir Archerze, parę faktów, które wcześniej czy później będzie pan musiał wyjaśnić.
– Delikatnie mówiąc – rzekł pułkownik łagodniejszym tonem – jest naprawdę dużo spraw, o których chcielibyśmy dowiedzieć się trochę więcej.
Głos księdza Browna zabrzmiał osobliwie chłodno i odlegle, jakby dobiegał z innego pomieszczenia albo z zewnątrz – z ulicy – albo w każdym razie z dużej odległości:
– Nie sądzi pan, pułkowniku, że teraz wiemy już wszystko, co potrzebujemy wiedzieć?
– Nie – odparł pułkownik krótko – jestem policjantem. Mogę sporo rozmyślać i sądzić, że mam rację. Ale nie wiem tego.
– Och – powiedział ksiądz Brown, na chwilę otwierając szeroko oczy. – Nie mam na myśli tego, co panu się zdaje, że wie.
– Cóż, przypuszczam, że to to samo, co księdzu się zdaje, że wie – odpowiedział Grimes dość gburowato.
– Szalenie mi przykro – powiedział ksiądz Brown skruszonym głosem – ale to, co wiem, to coś całkiem innego.
Atmosfera wątpliwości i nieporozumienia, która zapanowała wśród oddalających się z banku osób – najwyraźniej pozostawiwszy hardego finansistę ostatecznym zwycięzcą na placu boju – skłoniła je ku podążeniu raz jeszcze do restauracji – celem spożycia wczesnego podwieczorku, zapalenia papieroska i podjęcia jakiejś próby ogólnego wyjaśnienia sytuacji.
– Zawsze wiedziałem, że jest ksiądz osobą irytującą – zwrócił się do kapłana policjant – ale zazwyczaj miałem choć mgliste pojęcie o tym, co ksiądz ma na myśli. W tej chwili odnoszę wrażenie, że ksiądz zwariował.
– Dziwne, że pan tak twierdzi – powiedział ksiądz Brown – usiłowałem bowiem odnajdywać moje własne niedoskonałości na wielu różnych polach i jedyną rzeczą, którą, jak sądzę, naprawdę o sobie wiem, jest to, że nie jestem wariatem. Oczywiście, płacę tego cenę – jestem nudziarzem. Lecz wedle mojej wiedzy nigdy nie straciłem kontaktu z rzeczywistością i wydaje mi się osobliwe, że ludzie tak błyskotliwi jak pan, są w stanie stracić go tak szybko.
– Co ma ksiądz na myśli, mówiąc „rzeczywistość”? – po pełnej napięcia chwili ciszy zażądał odpowiedzi Grimes.
– Mam na myśli zdrowy rozsądek! – rzekł ksiądz Brown, wybuchając, co zdarzało mu się tak rzadko, że zabrzmiało jakby wystrzał. – Mówiłem już, że straciłem grunt pod nogami w kwestii wszystkich tych finansowych zawiłości i całej tej deprawacji. Lecz, u licha, istnieje sposób na stwierdzenie pewnych prawidłowości poprzez badanie istot ludzkich. Nie wiem nic o finansach, ale znam finansistów. Ogólnie rzecz biorąc, znam nieuczciwych finansistów. Ale: z pewnością wie pan o nich dużo więcej ode mnie. A mimo to łyka pan tak niewiarygodną historyjkę jak to.
– Historyjkę niewiarygodną jak co? – spytał, wytrzeszczając oczy, pułkownik.
Ksiądz Brown raptownie pochylił się nad stołem, wbijając w Wicksa przeszywający wzrok z rzadko okazywanym przez siebie napięciem.
– Panie Wicks, powinien pan mieć o tym większe pojęcie. Ja jestem tylko ubogim duchownym i, oczywiście, nie mam o tym wielkiego pojęcia. Ostatecznie nasi przyjaciele z policji nieczęsto spotykają bankierów; poza sytuacjami, gdy zwykły kasjer poderżnie takiemu gardło. Ale pan bez wątpienia nieustannie przeprowadza rozmowy z bankierami; szczególnie z bankrutującymi bankierami. Czy nie znajdował się pan w takiej właśnie sytuacji ze dwadzieścia razy? Czyż nie okazywał pan raz po raz odwagi, rzucając pierwsze podejrzenia na osoby cieszące się dużym zaufaniem – tak jak uczynił pan dzisiejszego popołudnia? Czyż nie rozmawiał pan z dwudziestoma albo trzydziestoma finansistami, którzy właśnie bankrutowali, zaledwie miesiąc czy dwa przed ostatecznym ogłoszeniem upadłości?
– Cóż, to prawda – powiedział pan Wicks ostrożnie – zdaje się, że tak było.
– A zatem – spytał ksiądz Brown – czy choć jeden z tych pozostałych kiedykolwiek mówił w ten sposób?
Mała postać prawnika drgnęła najlżej jak to możliwe – niemal niezauważalnie – tak że nie można było stwierdzić nic ponad to, iż siedzi odrobinkę bardziej wyprostowany niż wcześniej.
– Czy w całym pańskim życiu – spytał ksiądz z pełnym mocy naciskiem – napotkał pan człowieka zajmującego się machlojkami finansowymi, który zaczyna się mądrzyć przy pierwszym cieniu podejrzenia i mówi policji, by nie ważyła się wtrącać w tajniki działania jego świętego banku? To jakby prosić się, by naczelnik policji zrobił nalot na jego bank i aresztował go na miejscu! No, ale to pan się na tych rzeczach zna – nie ja. Postawiłbym jednak naprawdę dużo na to, że każdziutki podejrzany finansista, jakiego kiedykolwiek pan znał, uczyniłby coś dokładnie przeciwnego. Reakcją na pańskie początkowe zapytania byłby nie gniew, ale rozbawienie; jeśliby w ogóle doszło do tego, że je pan zada, skończyłoby się na pozbawionej wyrazu i wyczerpującej odpowiedzi na każde z dziewięciuset dziewięćdziesięciu dziewięciu z nich. Wyjaśnienia! Oni pławią się w wyjaśnieniach! Czy panu się zdaje, że krętackiemu finansiście nigdy wcześniej nie zadawano żadnych pytań?
– Ależ, u licha, zbytnio ksiądz generalizuje – powiedział Grimes. – Wydaje się ksiądz całkiem urzeczony swoją wizją oszusta doskonałego. Ale ostatecznie nawet oszuści nie są doskonali. Nie dowodzi niczego wielkiego, że jeden zbankrutowany bankier ugiął się i stracił nad sobą panowanie.
– Ksiądz Brown ma rację – rzekł Wicks, włączając się nagle do rozmowy po krótkiej przerwie przeznaczonej na trawienie. – To zupełna prawda, że cała ta buńczuczność i krzykliwy opór nie mogłyby stanowić absolutnie pierwszej linii obrony oszustwa. Ale czymże innym mogłyby one być? Bankierzy cieszący się dobrą opinią, tak samo jak bankierzy o złej reputacji, nie rozpościerają sztandarów, nie dmą w trąbkę i nie wyciągają znienacka miecza.
– Poza tym – dodał Grimes – po cóż w ogóle miałby się mądrzyć? Dlaczego kazał nam wszystkim wynosić się banku, jeśli nie ma nic do ukrycia?
– Cóż – powiedział ksiądz Brown bardzo powoli – nigdy nie twierdziłem, że nie ma on nic do ukrycia.
Spotkanie urwało się w atmosferze milczącego, wzbudzającego kołowacenie bezładu, wśród którego nieustępliwy Beltane chwycił księdza za ramię i trzymał przez chwilę w uścisku.
– Czy ma ksiądz na myśli – spytał ostro – że bankier nie jest podejrzanym?
– Nie – powiedział ksiądz Brown – mam na myśli to, że podejrzany nie jest bankierem.
Wychodząc rzędem z restauracji ruchem cokolwiek niepewnym, jakby szli po omacku, zatrzymali się z nagła, gdy usłyszeli huk i dobiegł ich harmider z zewnątrz. Odgłosy wywoływały z początku wrażenie, jakby ludzie wybijali szyby na długości całej ulicy, lecz chwila otrząśnięcia się umożliwiła im zlokalizowanie źródła dźwięków. Były nim złocone szklane odrzwia i okna owego okazałego budynku, do którego wstąpili już o poranku; święty obszar Banku Casterville and County, którym wstrząsnął od wewnątrz huk niczym eksplozja dynamitu; w istocie zaś jego źródłem okazało się tylko bezpośrednie i energiczne niszczycielskie działanie człowieka. Naczelnik policji oraz inspektor wpadli przez roztrzaskane szklane drzwi do ciemnego wnętrza i wrócili stamtąd z wyrazem bezmiernego zdumienia na twarzach – zdumienie to spowodowało, że na ich twarzach widoczne były jeszcze większa beznamiętność i pewność siebie.
– Teraz nie ma już co do tego wątpliwości – powiedział inspektor – człowieka, którego postawiliśmy na straży, obalił kosturem na ziemię, a w pierwszego, który wszedł, by sprawdzić, co jest grane, cisnął kasetą na pieniądze – tak, by trafić go w klatkę piersiową. Musi być z niego dzika bestia.
Wśród całej tej groteskowej konfuzji pan Wicks, prawnik, zwrócił się z przepraszającym i pełnym wyrazu uznania gestem do księdza Browna i powiedział:
– Otóż, drogi księże, całkowicie mnie ksiądz przekonał. To bezsprzecznie całkiem nowa odmiana czmychającego bankiera.
– Cóż, musi pan natychmiast wysłać naszych ludzi, aby go powstrzymali – powiedział naczelnik do inspektora – inaczej rozbije całe miasto.
– Tak – powiedział ksiądz Brown – to doprawdy krewki człowiek – porywczość to pokusa, której nie może się oprzeć. Pomyślcie o tym, jak bez zastanowienia użył przeciw gajowemu swojej strzelby jako maczugi – uderzając nią raz po raz – lecz nie mając na tyle przytomności, aby wystrzelić. Oczywiście, to jest ten rodzaj człowieka, któremu źle wychodzi większość rzeczy – nawet morderstwa. Zazwyczaj jednak udaje mu się uciec z więzienia.
Towarzysze księdza wgapili się w niego oczami, które zdawały się coraz to bardziej okrągleć ze zdumienia, lecz wpatrywanie się w jego okrągłe i najzwyczajniejsze w świecie oblicze nie przyniosło im żadnego oświecenia – nim nie odwrócił się i nie ruszył powolnym krokiem ulicą.
*

– A zatem – powiedział ksiądz Brown w restauracji, uśmiechając się promiennie do swoich towarzyszy znad kufla bardzo lekkiego lagera i wyglądając całkiem jak pan Pickwick w klubie dla dżentelmenów na prowincji – a zatem ostatecznie raz jeszcze wracamy do naszego starego, ukochanego, ludowego podania o kłusowniku i gajowym. W jakże niewypowiedziany sposób podnosi mnie na duchu zajmowanie się przestępstwami popełnianymi koło przytulnego kominka – zamiast całej tej konfundującej i pozbawionej wyrazu mgławicy świata finansów – mgławicy naprawdę pełnej upiorów i cieni. Wszyscy, oczywiście, znacie tę starą, starą historyjkę. Słyszeliście ją w dzieciństwie z ust swoich matek; jakże jest ważne, przyjaciele, by zapisywać te stare opowiastki w naszej pamięci dokładnie tak, jak je nam opowiedziano. Tę historyjkę z prowincji opowiadano wystarczająco często: człowiek trafia do więzienia za zabójstwo w afekcie; za kratami przejawia podobną wcześniejszej gwałtowność, powala na ziemię strażnika i ucieka na spowite mgłą wrzosowisko. Ma łut szczęścia: spotyka bowiem dobrze odzianego i dobrze prezentującego się dżentelmena – i zmusza go do zamiany ubrań.
– Tak, często słyszałem tę historię – powiedział Grimes, marszcząc brwi. – Mówi ksiądz, że to istotne, aby ją pamiętać?
– Doprawdy istotne – powiedział ksiądz Brown – bo stanowi ona bardzo dokładny i trafny opis tego, co się nie wydarzyło.
– A co się wydarzyło? – zażądał odpowiedzi inspektor.
– Coś wprost przeciwnego – rzekł ksiądz Brown. – Dokonano małej, lecz udatnej poprawki. To nie skazaniec wyruszył na poszukiwanie dobrze odzianego dżentelmena, aby mógł przebrać się w jego strój. To dżentelmen wybrał się na wrzosowisko w poszukiwaniu skazańca, aby mógł rozkoszować się noszeniem na sobie ubrań skazańca. Wiedział, że na wrzosowisku przebywa na wolności skazaniec i żarliwie pożądał jego odzienia. Prawdopodobnie miał też świadomość, że istnieje dobrze zorganizowany plan zabrania skazańca z wrzosowiska i błyskawicznego przetransportowania go w inne miejsce. Nie jest do końca pewne, jaką rolę odegrali w tej sprawie Denis Hara i jego banda albo czy mieli pojęcie jedynie o pierwszej z tych intryg, czy o drugiej. Sądzę jednak, że to prawdopodobne, iż pracowali dla przyjaciół kłusownika i wyłącznie w jego interesie – cieszył się on bowiem wśród biedniejszej ludności bardzo silną i powszechną sympatią. Zdaje mi się raczej, że nasz znajomy, dobrze odziany dżentelmen, uskutecznił scenkę własnego przeobrażenia z użyciem swoich wrodzonych talentów. Był doprawdy bardzo dobrze odzianym dżentelmenem, ubranym w – jak to mówią krawcy – niezwykle modne galantne materiały; miał też piękne siwe włosy oraz wąsy i tak dalej; zawdzięczał je raczej fryzjerowi niż krawcowi. To nader kompletne przebranie okazało się w jego życiu wielokrotnie użyteczne; musicie też pamiętać, że w tym konkretnym mieście i banku gościł jak na razie przez bardzo krótki okres. Zauważywszy w oddali i zakrzyknąwszy w kierunku skazańca, którego odzienia pożądał, potwierdził posiadane przez siebie informacje o tym, że to człowiek niemal identyczny jak on; reszta polegała po prostu na okryciu go peruką, kapeluszem, prześwietnymi szatami i dorobieniu mu baków – tak, aby uderzony przezeń w głowę strażnik więzienny właściwie nie mógł go rozpoznać. Następnie nasz błyskotliwy finansista włożył na siebie ubrania skazańca i poczuł, po raz pierwszy od miesięcy, a może od lat, że udało mu się uciec i jest wolny.
Nie miał bowiem za sobą żadnej bandy ubogich sympatyków, którzy przyszliby mu z pomocą lub ukryli go, gdyby znali prawdę. Nie miał żadnego stojącego po jego stronie stronnictwa złożonego z przyzwoitszych prawników i wysokich urzędników, sugerującego, że wycierpiał już wystarczająco dużo i że wkrótce możliwe będzie uwolnienie go. Nie miał przyjaciół nawet w półświatku, ponieważ od zawsze stanowił ozdobny element świata wyższych sfer – świata naszych pogromców i władców, którym tak łatwo pozwalamy się zdominować. Był jednym ze współczesnych magików; miał genialny talent do finansów, jego kradzieże zaś dotykały tysięcy osób ubogich. Gdy faktycznie przekroczył granicę (we współczesnym prawie to bardzo cienka granica), gdy świat się o nim dowiedział, cały świat obrócił się przeciw niemu. Zdaje mi się, że podświadomie wyglądał więzienia jak domu. Nie wiemy dokładnie, jakie żywił plany; nawet gdyby władze więzienia go schwytały i zadały sobie trud udowodnienia na podstawie odcisków palców i tak dalej, że nie jest on zbiegłym skazańcem, trudno stwierdzić, co innego mogliby mu przy okazji udowodnić. Uważam jednak za bardziej prawdopodobne, że wiedział on, iż organizacja Hary przyjdzie mu z pomocą i umożliwi wyjazd z kraju bez chwili zwłoki. Być może miał konszachty z Harą; pewnie żaden z nich nie mówił drugiemu całej prawdy – w Ameryce takie kompromisy między przedstawicielem wielkiego biznesu i aferzystą zdarzają się powszechnie; bo tak naprawdę obaj działają w tej samej branży.
Zdaje mi się również, że nie było większego kłopotu z przekonaniem skazańca. Projekt z miejsca wydałby mu się bardzo obiecujący – może sądził, iż to część intrygi Hary. Tak czy inaczej skazaniec pozbył się ubrań świadczących o tym, że został skazany, i w pierwszorzędnym odzieniu wkroczył na pierwszorzędne stanowisko, na którym mógłby zyskać społeczną akceptację a przynajmniej w spokoju rozważać swoje następne posunięcie. Lecz, o nieba, cóż za ironia! Cóż za pułapka! Cóż za figiel przewrotnego losu! Człowiek zbiegły z więzienia niemal pod koniec wyroku odsiadywanego za zapomniane, na poły przebaczone przestępstwo z zachwytem stroi się niczym dandys w ubiór największego przestępcy na ziemi, aby jutro polowano nań bez wytchnienia po całym okręgu ziemi. Sir Archer Anderson swego czasu omotał naprawdę wiele osób; nigdy nie omamił jednak nikogo w tak tragicznej sytuacji jak ów człowiek, którego życzliwie odział na wrzosowisku w swoje najlepsze ubrania.
– No cóż – powiedział Grimes wesoło – teraz, gdy ksiądz dał nam już podpowiedź, najpewniej możemy to bezspornie udowodnić, bo tak czy owak od skazańca pobrane zostały odciski palców.
Ksiądz Brown skłonił głowę niejasnym gestem jakby respektu i czci:
– Rzecz jasna – powiedział – od sir Archera Andersona nigdy nie pobrano odcisków palców. Mój drogi panie! Człowiek takiej pozycji.
– Prawda jest taka – powiedział Wicks – że nikt za wiele o nim nie wie – nie mamy jego odcisków palców, ani niczego innego. Gdy zacząłem badać ścieżki, którymi chodzi, musiałem zacząć od pustej mapy, która dopiero później przemieniła się w labirynt. Tak się składa, że wiem coś o takich labiryntach; ale ten był bardziej labiryntowy niż inne.
– Dla mnie to jeden wielki labirynt – rzekł ksiądz z westchnieniem. – Powiedziałem, że straciłem grunt pod nogami w całej tej finansowej sprawie. Jedynym, co do czego miałem zupełną pewność, było to, jakiego rodzaju człowiek siedzi naprzeciw mnie. I byłem przekonany, że jest o wiele za porywczy i nerwowy, by był oszustem.

[1936]

Tłum. Łukasz Makowski
Proj. okładki Sztukmistrz
1 Czyli żołnierz brytyjskiego regimentu piechoty liniowej.
2 Być może aluzja do powstałej w 1911 roku sentymentalnej piosenki żołnierskiej Mały szary domek na zachodzie.
3 Zajmującego się rozstrzyganiem spraw nieobjętych istniejącym wcześniej orzecznictwem.


-----------------------------
Wirtualne Wydawnictwo WiWo szuka realnego (papierowego) wydawcy niniejszego tekstu, który byłby gotów wynagrodzić godziwą zapłatą osoby, które przyczyniły się do jego powstania. Zainteresowanych prosimy o kontakt mailowy na adres
 wirtualnewydawnictwowiwo[malpa]gmail.com
-----------------------------


Sugerowano, że napis na fotografii tytułowej szpeci zdjęcie.
Proponujemy więc obrazek również bez napisu. 

Hodie mihi, cras tibi (Memento mori)


...i tylko Prawdę (List otwarty, causa finita) {LIST OD RZYMSKIEGO KATOLIKA}


_______

Tekst poświęcony pamięci Biskupa Antoniego de Castro Mayera

Non possumus!
Biskup Antoni de Castro Mayer


_______



* !! UWAGA !! DRASTYCZNA ZAWARTOŚĆ ZDJĘCIOWA !!*


P.S. do mini~trylogii:

https://wirtualnewydawnictwowiwo.wordpress.com/2018/01/02/list-od-zagubionego-katolika-list-do-przyjaciol-i-dobrodziejow/

https://wirtualnewydawnictwowiwo.wordpress.com/2018/02/02/strach-pomyslec-listu-od-niekoniecznie-zagubionego-katolika-czesc-druga/

https://wirtualnewydawnictwowiwo.wordpress.com/2018/03/17/w-okopach-swietej-trojcy-trzecia-i-jak-na-razie-ostatnia-czesc-listu-od-rzymskiego-katolika/


“You attacked reason,” said Father Brown. “It’s bad theology.”
~ G.K. Chesterton, The Blue Cross


Zadajmy człowiekowi przedstawiającemu się jako katolik dwa pytania: Czy z czystym i spokojnym sumieniem oraz pełną świadomością tego, w czym bierzesz udział, jesteś gotów uczestniczyć w celebrze sprawowanej w ramach któregokolwiek z "nowych ruchów w Kościele"? Czy mając w niedzielę lub święto obowiązkowe alternatywę: uczestniczę w celebrze w ramach któregokolwiek z "nowych ruchów w Kościele" albo zostaję w domu – z czystym i spokojnym sumieniem oraz pełną świadomością tego, w czym bierzesz udział, jesteś gotów uczestniczyć w celebrze sprawowanej w ramach któregokolwiek z rzeczonych "nowych ruchów"? Jeżeli odpowiedzi brzmią: "tak", mogę przynajmniej chylić czoła przed Twoją konsekwencją. Przyjmujesz "Kościół II soboru watykańskiego" w całej okazałości; okazujesz całkowite posłuszeństwo temu, którego ogłoszono Tobie jako papieża, oraz podległej mu hierarchii; uznajesz różnicę między Mszą Piusa V a neokatechumenalną eucharystią za kwestię "estetyczną" – oba sposoby celebracji są równie miłe Panu Bogu, równie ważne, równie godne, równie zatwierdzone przez Kościół. Jesteś w swym oddaniu i posłuszeństwie Kościołowi Novus Ordo konsekwentny.

Jeśli jednak podając się za katolika przeczysz orzeczeniu pierwszego soboru watykańskiego...:

"Wiarą boską i katolicką (fide divina et catholica) należy wierzyć w to wszystko, co jest zawarte w słowie Bożym spisanym lub przekazanym Tradycją i przez Kościół jest podawane do wierzenia jako przez Boga objawione czy to w uroczystym orzeczeniu, czy też w zwyczajnym i powszechnym nauczaniu" (DS 3011)

...i zaczynasz z nauczania człowieka uznawanego przez Ciebie za papieża oraz podległej mu hierarchii wybierać sobie to, co Ci odpowiada, a przemilczać lub odrzucać to, co Ci się nie podoba – utraciłeś już katolickiego ducha.

Zarzucacie sedewakantystom, że uprawiają "Kościół własnej roboty". Cóż, postawa sede vacante jest wewnętrznie spójna i zasadza się na następującym rozumowaniu: jeśli głoszący herezje Wojtyła/Ratzinger/Bergoglio etc. są/byli prawdziwymi papieżami, a podległa im hierarchia nie utraciła jurysdykcji w Kościele – oznacza to, że Pan Jezus się pomylił, mówiąc, że "bramy piekielne nie zwyciężą go"; zwyciężyły: uczyniły Kościół narzędziem głoszenia fałszu (obecnie na przykład promowania cudzołóstwa); jeśli jednak głoszący herezje Wojtyła/Ratzinger/Bergoglio etc. wskutek odstępstwa od Wiary papieżami nie są/nie byli, podległa im hierarchia jurysdykcję w Kościele utraciła, a Kościół jest tam, gdzie jest prawdziwa, nieskażona Wiara → oznacza to, że sytuacja jest dramatyczna, ale bynajmniej nie beznadziejna; zaś ortodoksyjni biskupi i kapłani – mając na względzie zasadę salus animarum suprema lex – mają nie tylko moralne prawo, ale właściwie obowiązek posługiwać wiernym i dbać o zachowanie sukcesji apostolskiej nie tylko bez mandatu okupujących Watykan oraz poszczególne diecezje apostatów, ale wręcz wbrew nim. I jest to czyn chwalebny. Jeśli dom zaczyna się palić, chwyta się za wiadro i gasi – a nie ogląda na to, czy gaszący ma w kieszeni papiery absolwenta szkoły pożarniczej. Tym bardziej, o ile nominalni strażacy – zamiast pożar gasić – dokładają do ognia.

G.K. Chesterton pisał niegdyś o genezie herezji, wskazując na to, że zasadniczo bierze się ona stąd, że ktoś uczepił się kurczowo jednego artykułu Wiary, nadmiernie na nim skoncentrował i w rezultacie zanegował inne jej prawdy. Do tej obserwacji piją, rzecz jasna, nasi Drodzy Oponenci, gdy powiadają, że "sprawa papieża nie jest aż tak ważna", "macie obsesję na punkcie papiestwa" etc. Cóż: odpowiedz, proszę, uczciwie na pytanie: czy poza niebezpieczeństwem śmierci skorzystasz z sakramentów udzielanych przez księdza-sedewakantystę? Jeśli nie – właśnie ze względu na to "małe", "nieistotne" pominięcie w Kanonie Mszy świętej imion papieża i biskupa miejsca oraz nieposłuszeństwo hierarchii Novus Ordo – okazuje się, że sam czynisz sprawę papiestwa kluczową! I słusznie: tylko dlaczego to nam zarzucasz wyolbrzymianie "spraw nieistotnych lub nienajistotniejszych"?

[Nota bene: Iota unum, czyli "Czy «szczegół» jest taki ważny?" Jest.]

Ponadto sprawa papiestwa nie jest wcale jedyną, na którą zwracamy uwagę – łączy się w wieloraki sposób z zagadnieniem Wiary jako takiej: twierdzimy bowiem, że od chwili śmierci Piusa XII jego rzekomi następcy nie są prawdziwymi papieżami, ponieważ występują przeciwko NIEOMYLNIE GŁOSZONYM PRZEZ KOŚCIÓŁ PRAWDOM WIARY. Zatem nasza postawa wynika z wierności nauczaniu Kościoła we wszystkich jego aspektach, w każdym z jego artykułów.

"Wszystko, byle nie sedewakantyzm"

Jest całkiem naturalne, że zapoznanie się z nowym spojrzeniem na rzeczywistość, diametralnie różnym od tego, jakie mieliśmy dotychczas, domaga się pewnego badania; roztropne wydaje się "sprawdzenie" nowej perspektywy. Odrzucenie samej próby zgłębienia zagadnienia przypomina jednak chowanie głowy w piasek. "Mnie to nie interesuje; mnie jestem do tego powołany; zostawmy to tym, których zadaniem jest zajmować się tymi zagadnieniami". Ale, ale... kwestia Wiary i papiestwa jest sprawą najzupełniej praktyczną. Wyobraź sobie, że wchodzisz z dzieckiem do kościoła nazywającego się rzymskokatolickim – a tam na ścianie obrazek ze "świętym Janem Pawłem II" (w Polsce obrazek całkiem powszechny) albo "świętą" Agnes Gonxha Bojaxhiu, znaną szerzej jako "Matka Teresa z Kalkuty" (założycielką zgromadzenia, w którego konstytucje wpisano "szacunek dla wszystkich wyznań" – czyli dla satanizmu też?). Dziecko chłonie. Wszystko. Przyjmuje to, co mu proponujemy, przedstawiamy. Cóż więc mówisz dziecku w opisanej sytuacji? "Jakoś mu to wytłumaczę; powiem, że w tej sprawie są wątpliwości, że to niekoniecznie święci, nie należy ich naśladować. Wskażę palcem poszczególne obrazy i figury w kościele i powiem: ten [załóżmy, że Ignacy Loyola] – tak; ten – św. Stanisław – tak, a ten – powiedzmy Józef Roncalli albo «błogosławiony Paweł VI» – już nie". Więc przepraszam bardzo, ale kto tu czyni się sędzią? Kto uprawia "Kościół własnej roboty"?

Albo: kaznodzieja zupełnie jawnie głosi w homilii herezję. Wychodzę z dzieckiem z kościoła, zatykam mu uszy? Udaję, że wszystko gra, a po powrocie do domu przestawiam mu prawdę i mówię: "Ksiądz się pomylił"? I kto tu się czyni sędzią? Kto uprawia "Kościół własnej roboty"?

Albo: dziecko nieopatrznie usłyszało fragment dowolnej wypowiedzi Bergoglio. Tłumaczę mu: "To jest prawdziwy papież, tyle że bardzo głupi" (autentycznie zasłyszany argument)? I kto tu się czyni sędzią? Kto uprawia "Kościół własnej roboty"?

Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że w odpowiedzi zaraz usłyszę cytat z prawdziwie ukochanego przez nas Bruce'a Marshalla, który pisał, że skoro Kościół przetrwał autokoronowanie Napoleona w obecności Piusa VII, to przetrwa również jeden czy drugi błąd wygłoszony w ramach kazania o Duchu Świętym. To prawda. Rozumiemy jednak, że Marshall pisze o jednorazowej omyłce bez złej woli – nie zaś o systematycznym, wieloletnim i podpartym oficjalnymi dokumentami głoszeniu błędu.

Krytycy perspektywy sedewakantystycznej rzucają się na nią z zajadłością, usiłując wykazać jej błąd. Zazwyczaj czynią to jednak cum ira et studio; tak bardzo nie chcą przyznać, że obecna sytuacja jest tak bardzo dramatyczna, iż – widząc i uznając sprzeczności perspektywy przedstawianej przez "papieża" i hierarchię Novus Ordo – rękami i nogami bronią się przed stanowiskiem sedewakantystycznym – w istocie a priori je odrzucają. Z jakichś przyczyn wybierają trwanie w błędnym status quo.

You're in the system now, czyli nie naruszać STATUS QUO

Zapytano niegdyś pewnego publicystę: "Czy z powodu tego, co pan pisze, spotkała pana kiedykolwiek jakaś przykrość?". Odpowiedź brzmiała: "Nie – i to jest dopiero przykrość". Wspomniany publicysta czuł wielki smutek z powodu praktycznego milczenia, z jakim spotykało się to, o czym ze szczerym zapałem usiłował czytelników przekonywać. On tu wręcz szarpie ich za klapy, usiłuje wkrzyczeć w otępiałe umysły jakąś prawdę – a reakcją jest całkowita bierność – takie publicysta zastosował porównanie.

W konfrontacji z perspektywą sede vacante jej przeciwnicy najczęściej w końcu milkną i... trwają przy swoim. Swoje bowiem wiedzą. Odrzucają nawet dalsze badanie zagadnienia: "bo to strata czasu; bo nie ja od tego jestem; bo mam pilne obowiązki stanu". Cóż, czy może istnieć – niezależnie od naszego stanu – obowiązek ważniejszy niż troska o zbawienie duszy własnej oraz tych, za których zbawienie jestem najbardziej współodpowiedzialny?


"[...] szczerzej Niebo łączy lazurowe
Tysiąc ludów, co rżną się przez wieki, bo szczerzej
Z każdego aby jeden w spólne Niebo wierzy [...]"


W powieści Chestertona Kula i krzyż dwaj przeciwnicy – katolik i ateista – walczą ze sobą na idee, a planują nawet na miecze – przez wszystkie właściwie strony powieści. Ich spór, ich zmaganie czyni z nich persony non graty, uważane za wariatów i ścigane przez funkcjonariuszy państwowych – w istocie za to właśnie, że gotowi są spierać się do upadłego, a nawet przelać krew w starciu o sprawy najważniejsze.

Z wielką wdzięcznością odbieram głosy tych wszystkich, którzy z powagą i wytrwałością drążą zagadnienie, nie odpuszczają, nie machają ręką → szczególnie w obliczu faktu, że rozwiązania problemu są dwa: albo rację mają sedewakantyści → ze wszystkimi tego konsekwencjami: "wędrownymi" biskupami, "niezależnymi" kapłanami, udzielaniem sakramentów bez łączności z watykańskimi apostatami i podległymi im "biskupami miejsca"; albo racja stoi po stronie "Kościoła posoborowego" → ze wszystkimi tego konsekwencjami: z "papieżem" Bergoglio, podległymi mu hierarchami i "zwykłymi" kapłanami Novus Ordo, z tolerowaną boczną kaplicą na "tradycję" i tradycyjne nauczanie Kościoła, jak również w swym rysie zasadniczym z wszelakiego rodzaju modernistycznymi herezjami, tańcami, hulankami, swawolami, propagowaniem cudzołóstwa, "innymi religiami, poprzez które działa Duch Święty", nieistniejącym lub pustym piekłem, pozostającymi w "uregulowanej sytuacji kanonicznej" heretykami w typie Hansa Kunga i tak dalej...

Stanowisko SSPX oraz skupionego m.in. wokół bpa Williamsona tzw. "ruchu oporu" nie może być poważnie brane pod uwagę, gdyż jest wewnętrznie sprzeczne. Albo uznajemy Bergoglio za papieża i jesteśmy mu posłuszni – albo uznajemy, że wskutek herezji utracił urząd/nie objął urzędu papieża i w związku z tym nie jesteśmy winni mu posłuszeństwa. Tertium non datur.

Argument "historyczny"

Brzmi mniej więcej tak: "Historia Kościoła jest bardzo zagmatwana. Nie wiemy, jak wyglądały formuły stosowane w dawnych wiekach; nie wiemy, kto, kogo i czy ważnie wyświęcał na biskupów i kapłanów. A tak w ogóle, gdyby pogrzebać w tym głębiej, mogłoby się okazać, że połowa osób uznawanych powszechnie za papieży wcale nimi nie była, linie sukcesji apostolskiej dawno się urwały i od lat żyjemy w jakimś kościelnym matrixie. Nie wpadajmy więc w paranoje, szukanie spisków i nie grzebmy w historii Kościoła – tylko alleluja i do przodu. Pan Bóg jakoś sobie z tym wszystkim radził i poradzi". Zaraz, zaraz: o przeszłości faktycznie wszystkiego nie wiemy. Ale dopóki nie udowodnimy, że nastąpiło istotne zerwanie, dowiedzione ponad wszelką wątpliwość odstępstwo od Wiary, nie możemy naszych prywatnych osądów, wątpliwości i podejrzeń przedstawiać jako podstawy do dyskusji. Trzeba przedstawić twarde dowody.

Teza o wakacie Stolicy Apostolskiej od chwili śmierci Piusa XII opiera się nie na przeświadczeniach, podejrzeniach i wątpliwościach, ale na materiale dowodowym w postaci otwarcie opublikowanych, powszechnie dostępnych i jawnie propagowanych dokumentów – ogłoszonych urbi et orbi drukiem; takich, do których oficjalnych wersji ma dostęp każdy, kto ma dostęp do Internetu.

Pojawił się również zarzut personalny: Aleksander VI nie był papieżem jako heretyk winny symonii. No dobrze, nawet gdyby się okazało, że faktycznie był heretykiem i nie był prawdziwym papieżem, w jaki sposób miałoby zmieniać to ocenę obecnej sytuacji? Czy z faktu, że Aleksander VI nie był (być może) papieżem automatycznie miałoby wynikać, że Bergoglio nim jest?

Niepotrzebne ogłoszenie

Wielu od pojścia drogą sedewakantyzmu powstrzymuje to, że "nikt spośród [podległych Bergoglio] hierarchów nie ogłosił, że Bergoglio to nie papież". Takie ogłoszenie jest niepotrzebne. Paweł IV pisze bowiem w konstytucji Cum ex apostolatus:

§ 6. Dodajemy również, że gdyby kiedykolwiek się okazało, że jakiś biskup, a nawet pełniący obowiązki arcybiskupa, patriarchy, albo prymasa, czy też kardynał Świętego Kościoła Rzymskiego, albo jak to zostało wyżej powiedziane legat, czy też papież rzymski przed dokonaniem jego wyboru do godności kardynała, albo przed wyniesieniem go do godności papieskiej odpadł od wiary katolickiej, albo popadł w jakąkolwiek herezję, wówczas wybór albo wyniesienie tej osoby, nawet dokonane w zgodzie i jednomyślnie przez wszystkich kardynałów będzie żadne, nieważne i próżne. Wybór ten bądź wyniesienie nie może być także uznane, ani nie uzyska ważności czy to na drodze przyjęcia obowiązków, ani przez konsekrację, ani przez objęcie władzy i zarządu wynikających z urzędu, ani przez rzekomą koronację papieską, ani przez uroczyste oddanie czci, ani przez wyrażenie powszechnej obediencji, w żadnym czasie, ani w żadnym razie nie może być uznane za zgodne z prawem. Ponadto taka osoba, awansowana do godności biskupa, arcybiskupa, patriarchy albo prymasa, czy też wybrana do godności kardynała, albo obrana na papieża nie uzyska żadnej zdolności do sprawowania władzy czy też w sprawach duchownych, czy też świeckich, nie może być traktowana, że władzę tę posiada, ale wszystkie razem i każda z osobna z wszelkich wypowiedzi, czynów, działań i decyzji dokonanych przez tę osobę, oraz następstwa tych aktów będą pozbawione wszelkiej mocy, nie będą mieć żadnego znaczenia, ani nie będą dla nikogo normą prawa. Prócz tego wszystkie razem i każda z osobna z osób wyniesionych i awansowanych w taki sposób do swych godności, mocą samego faktu, bez żadnego dokonanego w tej kwestii ogłoszenia będą pozbawione wszelkich godności, miejsc, zaszczytów, tytułów, władzy, urzędów i mocy, nawet gdyby wcześniej nie odpadły od wiary, bądź nie wpadły w herezję, czy też nie popadły w stan schizmy, ani jej nie wzbudziły, czy też nie zostały pochwycone na takim uczynku.

§ 7. Osoby podporządkowane zarówno duchownym diecezjalnym, jak również zakonnym, a także osobom świeckim, jak również kardynałom, a nawet tym, którzy brali udział w wyborze na papieża, tego, kto wcześniej odpadł od wiary, albo był heretykiem, czy też schizmatykiem, czy też tym, którzy w inny sposób zgodzili się z tym wyborem i wyrazili swe posłuszeństwo wobec niego, oddali mu cześć, a także kasztelanom, prefektom, dowódcom i urzędnikom, również naszego umiłowanego miasta Rzymu i całego Państwa Kościelnego, oraz osobom wyniesionym bądź awansowanych do godności w przedstawiony sposób są zgoła zwolnione od wszelkiego posłuszeństwa, czci i ponoszenia winy, nawet gdyby było to utwierdzone przysięgą bądź ślubowaniem, czy też gwarancją. Powinni natomiast ich unikać jako czarowników, pogan, celników i herezjarchów (pozostają natomiast winni zachowania wierności i posłuszeństwa wobec przyszłych biskupów, arcybiskupów, patriarchów, prymasów, kardynałów i rzymskiego papieża wybranych zgodnie z zasadami prawa). Dla utrudnienia zaś działalności wspomnianych osób wyniesionych i awansowanych we wspomniany sposób, gdyby tamci usiłowali nadal pełnić swą władzę i rządzić, zobowiązani są wezwać przeciwko nim pomocy ramienia świeckiego. Z powodu zaś uzasadnionego powyższymi okolicznościami wypowiedzenia posłuszeństwa i wierności tym osobom (które rozdzierają jednorodną tunikę Pańską) nie będą oni podpadać pod żadne cenzury ani kary.

Zresztą: któż spośród hierarchów Novus Ordo oraz sprzymierzonych z nimi "tradycjonalistów" miałby ogłosić, ze Bergoglio to nie papież, skoro wszyscy oni bez wyjątku trwają z nim w jedności, przedstawiają go wiernym publicznie jako papieża w ramach stosownej modlitwy wielkopiątkowej oraz Exsultetu, a w trakcie każdej Mszy świętej rzucają Panu Bogu kłamstwo prosto w twarz wymieniając w Kanonie jednym tchem "naszego papieża Franciszka, naszego biskupa [wstawić imię lokalnego heretyka]" oraz "wszystkich wiernych stróżów wiary katolickiej i apostolskiej"?

Któż spośród koncesjonowanych "tradycjonalistów" miałby ogłosić wakat Stolicy Apostolskiej? Ten prominentny jej polski przedstawiciel ("birytualny", rzecz jasna, jak na prawdziwego "tradycjonalistę" przystało), który podczas sprawowanej przez siebie mszy Novus Ordo modli się za "naszego papieża Franciszka oraz naszego umiłowanego Ojca Świętego Benedykta" (i Ratzingerowi ogarek, i Bergoglio ogarek; a gdzie w tym wszystkim Pan Bóg?), usiłując wprowadzić wiernych w błąd nie tylko w kwestii rzekomej prawowitości obu "pontyfikatów", ale próbując ich przekonać, że w jednej chwili może być w Kościele dwóch papieży? (Sprzyja temu, oczywiście, maskarada Ratzingera, który "zrzekłszy się papiestwa" nadal zachowuje zewnętrzne pozory sprawowania nieistniejącego w istocie urzędu "papieża-emeryta").

To jest dopiero "Kościół własnej roboty", czynienie siebie samego sędzią i szerzenie zamętu!

Argument z niemiłości Pana Boga: "musiałby nas bardzo nie kochać, gdyby dopuścił do takiej sytuacji [z jaką mamy do czynienia dziś]"

Czyżby Pan Bóg nie kochał męczenników pierwszych wieków, których tysiącami mordowano za wiarę? Czyżby Pan Bóg nie kochał tych zachowujących wiarę przez dwa z górą wieki (mimo braku dostępu do księży) Japończyków? Czyż Pan Bóg nie doświadcza w szczególny sposób tych, którzy dochowują Mu wierności?

Wspomniani męczennicy i Japończycy żyli i umierali w takich okolicznościach, w jakich żyli i umierali, nie na własne życzenie. Czy szczególnej roli w zgotowaniu im takiego losu, jaki został im zgotowany, nie odegrali ci spośród tak zwanych "dobrych ludzi", którzy zachowali w obliczu prześladowań Wiary obojętność i wzorem żydów oraz protestantów utożsamiali błogosławieństwo Boże z pomyślnością ziemską?

Argument z "zaprzeczania wszystkiemu"

Wystarczy zaprzeczyć jednemu artykułowi wiary, by przestać być katolikiem; wykluczyć się ze społeczności wierzących, z Kościoła. Więc nie zarzucajcie nam, że "podajemy w wątpliwość wszystko", "podważamy co tylko możliwe". Wszyscy "tradycjonaliści" postępują przynajmniej w pewnym stopniu jak sedewakantyści, ale tylko niektórzy mają odwagę jawnie swój sedewakantyzm zadeklarować; postępować w sposób wewnętrznie niesprzeczny.

To właśnie zwolennik twierdzenia, że Kościół rzymskokatolicki jest tożsamy ze strukturą podległą obecnie Bergoglio oraz podległym mu hierarchom musi zaprzeczać – może nie wszystkiemu – ale wybranym artykułom katolickiej Wiary; albo odrzuca papieża jako mającą realną władzę głowę Kościoła i urządza sobie "Kościół własnej roboty", budując w sobie tym sposobem mentalność schizmatycką.

Argument pt. "Ksiądz ma dziecko – grzech jest dobry!"

Czyny ludzi bywają sprzeczne z wyznawaną i głoszoną przez nich wiarą – każdy jest grzesznikiem! – każdy "może" pobłądzić, ale nie wolno błędu głosić.

Powiedzmy, że księdzu zdarzył się straszliwe wystąpienie przeciw celibatowi – zgrzeszył ciężko i stał się biologicznym ojcem. Ale dopóki publicznie głosi wierność nauce Kościoła w kwestii przykazań szóstego i dziewiątego – trzyma się Wiary i jest w Kościele.

Powiedzmy, że księdzu nie zdarzyło się straszliwe wystąpienie przeciw celibatowi – nie zgrzeszył ciężko i nie stał się biologicznym ojcem. Ale dopóki głosi nauki sprzeczne z tym, jak Kościół rozumie przykazania szóste i dziewiąte – jego grzech jest stokroć cięższy niż wspomnianego wyżej kapłana, któremu zdarzył się ciężki upadek.

Trudno to współczesnemu człowiekowi pojąć, bo przecież księdza z dzieckiem w telewizji pokazali, w necie opublikowali, w gazecie opisali; a dusz tych, którzy wskutek przylgnięcia do głoszonego im błędu trafiają do piekła, w mediach jakoś nie widać...

Osobiście rozmawiałem ze znajdującym się w pełnej jedności z ówczesnym "papieżem" Ratzingerem oraz w uregulowanej sytuacji kanonicznej kapłanem Novus Ordo, który usiłował przekonać mnie, że mężczyzna w wieku około trzydziestu lat ma konieczność działania seksualnego; w wypadku, gdy jego ważnie zawarte małżeństwo "rozpadnie się", mężczyzna ów ma pełne prawo rozpocząć wspólne życie oraz współżycie płciowe z inną niż żona kobietą – bo "cóż on na to poradzi, że musi. Młody pan jest – sam pan rozumie". Powiecie, Drodzy Czytelnicy: "Wyjątek, czarna owca". Mogłoby się zdawać, że wspomniany kapłan wybiegł przed szereg, lecz w istocie zapewne poczuł nową (otwarcie ogłoszoną przez Bergoglio) interpretację Pisma oraz Tradycji nosem i opowiedział się jawnie przeciw szóstemu przykazaniu zanim jeszcze uczynił to "papież" w niesławnej Amoris laetitia oraz równie niesławnej odpowiedzi na zapytanie "argentyńskich biskupów". Zresztą, Bergoglio dał tylko mocniejsze podstawy prawne temu, co w praktyce za zezwoleniem watykańskich apostatów funkcjonowało już od dłuższego czasu. Stwierdzana nie od dziś z błahych powodów nieważność małżeństwa stała się taką plagą, że zaczęto ją powszechnie zwać "katolickim rozwodem". Tolerowana przez całe episkopaty sekty Novus Ordo praktyka gremialnego przystępowania do (załóżmy, że istotnie konsekrowanej) Komunii Świętej niezależnie od stanu duszy i przy całkowitym właściwie zaniku spowiedzi indywidualnej to norma, nie zaś szybko karany wyjątek...

A teraz – tak zwana "praktyczna" strona zagadnienia. Cóż, idąc do spowiedzi do kapłana zatwierdzonego przez podległą Bergoglio hierarchię Novus Ordo nie mam gwarancji, czy (pomijając już kwestię ważności święceń) za kratkami nie siedzi podobny wymienionemu wyżej heretyk. Odpowiecie: "nigdy nie masz gwarancji". Otóż niekiedy mam → wtedy, gdy interesuję się naukami głoszonymi przez księdza, u którego mam się spowiadać i konfrontuję je z katolicką ortodoksją. Powiecie: "A tam, masz obsesję. Wszystkich byś sprawdzał. Odrobiny pokory i zaufania!". A ja odpowiem na takie dictum: cóż, ja jestem prawowierności księdza, u którego się spowiadam, pewien. Wy – być może. Macie pełną świadomość, że możecie trafić w konfesjonale na wroga wiary katolickiej. A może akurat w konfesjonale będzie siedział kapłan stojący na straży nierozerwalności małżeństwa? Tak czy inaczej raz jeszcze potwierdza się teza, że zarzut nieposłuszeństwa, "wybierania sobie", budowania w sobie mentalności schizmatyckiej, "czynienia siebie sędzią" i "uprawiania «Kościoła własnej roboty»" należy kierować nie w stronę sedewakantystów, ale w dokładnie przeciwną.

A najprościej jak się da? Nie przyznaję się do łączności ze strukturą głoszącą, że przykazania szóste i dziewiąte przestały obowiązywać. Nie trwam w jedności z ludźmi, którzy taką tezę głoszą, ani z tymi, którzy dobrowolnie uznają ich za prawowitą władzę, przedstawiając ich Panu Bogu jako "wiernych stróżów wiary katolickiej i apostolskiej", a nadto deklarują im posłuszeństwo.

"Metoda małych kroków"

Niektórzy pocieszają: "Bergoglio to bez wątpienia heretyk; ale jeśli nie jest on papieżem, to jest nim Ratzinger/Benedykt XVI, a to bardzo sympatyczna postać i sympatyk tradycji. On takich twierdzeń jak Bergoglio nie wygłaszał". Niestety! – uczciwe prześledzenie pisarstwa, publicznych deklaracji oraz przebiegu "pontyfikatu" Ratzingera zadaje kłam twierdzeniu, że był/jest on wiernym synem Kościoła. Usłyszałem na to w odpowiedzi: "To prawda". Mój rozmówca nie zaprzeczył, iż Ratzinger konsekwentnie kontynuował linię swoich poprzedników od Roncalliego począwszy; wiernie służył Karolowi Wojtyle w jego dziele destrukcji; tworzył i podpisywał oficjalne dokumenty głoszące, że Kościół Chrystusowy nie jest z katolickim tożsamy; że istotne elementy Kościoła znajdują się w istocie również poza Kościołem (m.in. u wschodnich schizmatyków/heretyków – ciekawe co na to św. Andrzej Bobola?), że uczestniczył we wspólnych publicznych modłach z przedstawicielami innych niż katolicka religii etc. A zatem w odpowiedzi usłyszałem: "To prawda. Ale trzeba go zrozumieć: przyjął metodę małych kroków. Ten proces zajmie dziesięciolecia". Innymi słowy: "Nie da się odwrócić całego dziedzictwa II soboru watykańskiego za jednym zamachem. Trzeba po troszeczku". Cóż, jeśli zafałszujemy jeden tylko malutki element większej całości, to nigdy nie uda nam się dotrzeć bezpiecznie do celu; wystarczy w jednym miejscu równania błędnie przyjąć, że 2+2=5, by cała oparta o fałszywe twierdzenie rozbudowana teoria upadła. Nawet jeśli – "metoda małych kroków"! – przyznamy, że suma dwóch dwójek to nie sześć, twierdzenie, że 2+2=5 nie przybliży nas do prawidłowego wyniku końcowego. Zresztą: czy apostołowie i święci męczennicy wszystkich wieków – którzy naprawdę mogli bać się poważniejszych w wymiarze doczesnym konsekwencji głoszenia całej prawdy – utraty głów, a nie zaledwie obsmarowania przez wrogie Wierze media – powstrzymywała ich od bezkompromisowego głoszenia całej prawdy → od razu, bez nadmiernych ludzkich kalkulacji?

Sympathy for the evil (one)

Pewien Włoch napisał książkę, w której usiłuje dowieść, że Bergoglio nie jest papieżem. Nie z przyczyn doktrynalnych jednak – ale "proceduralnych". Autor opiera swoje twierdzenia o nieoficjalne doniesienia na temat przebiegu wydarzeń z zasady tajnych – zatem twardych dowodów mu brak. Mimo to niejeden katolik z radością wita podobną publikację, zdaje się ona bowiem potwierdzać jego żywioną w głębi serca nadzieję, że "tak, to prawda, papieżem jest wciąż Józef Ratzinger". I taki jest właśnie półukryty a zasadniczy cel książki Włocha: dowieść miłej sercom wielu "tradycjonalistów" koncepcji, że "papieżem jest nadal «nasz umiłowany Benedykt XVI»". Pisarz analizuje ewentualne (rzekome?) błędy proceduralne; na doktrynę, zdrową naukę, wierność nauce Kościoła pozostaje ślepy. Nic dziwnego: gdyby poświęcił kilkaset stron rzetelnej analizie słów, czynów oraz oficjalnych dokumentów – zamiast badać pogłoski z kuluarów – mógłby dojść do niewesołego wniosku, że nie tylko non è Francesco, lecz również non è Benedetto – i tak dalej wstecz aż do "Jana XXIII" włącznie. Czy można jednak oczekiwać podobnej analizy od kogoś, kto nie ukrywa swojej pozytywnej fascynacji osobą i poczynaniami Ratzingera, a zalicza się również do fanów Jana Pawła Wielkiego Apostaty?

Czegóż oczekiwać od "tradycjonalistów" gotowych podniecać się tym, że na głowie rzekomego papieża znalazło się camauro, ale niegotowych zapoznać z głoszoną przezeń nauką? "Tu jest zdjęcie – kolorowe! O, nagranie! Jak ładnie wygląda! Jak tradycyjnie" – a skoro tak, kto by tam potrzebował czytać firmowane przez Ratzingera dokumenty?

Wspomniane zdjęcia Ratzingera w camauro oraz inne jego "sympatyczne" fotografie to, rzecz jasna, tylko część utrwalonej (chciałem napisać: na kliszy, ale obecnie wypadałoby raczej: na karcie pamięci) prawdy. Czy ci wszyscy, którzy z lubością przyznają się do zdjęć Ratzingera w elementach tradycyjnych szat papieskich z równą radością i przekonaniem umieściliby (na przykład w swoich domostwach na poczesnym miejscu) poniższe fotografie przedstawiającą jego wizytę w meczecie, podczas której modlił się wspólnie z muzułmanami?



Eksperyment myślowy: spróbujmy wyobrazić sobie w miejscu Józefa Ratzingera na tych zdjęciach... Piusa X; albo Leona XIII; albo Linusa; albo Klemensa; albo...

Czy ci wszyscy, którzy z lubością przyznają się do "dziedzictwa JP2" i umieszczają w widocznym miejscu jego kanoniczne podobizny jako "kanonizowanego", równie ochoczo powiesiliby (na przykład u siebie w domu) poniższe zdjęcie Karola Wojtyły całującego Koran?



Argument "psychologiczny"

, czyli (innymi słowy) zarzut, że sedewakantyści są to po prostu ludzie, "którzy nie umieją się odnaleźć w strukturach Bractwa [św. Piusa X]". Odpowiemy pytaniem: a kto normalny jest się w stanie w strukturach Bractwa odnaleźć? Pewnie ten, który jest ślepo posłuszny przełożonym i nie kwestionuje obowiązującej w danym momencie (a zmiennej) linii kierownictwa... A z drugiej strony: przecież nie! Toż nawet do samego polskiego centrum SSPX, czyli do radosnego przeoratu i kaplicy Bractwa nierzadko zdarza się witać łotewskiemu księdzu, który konsekwentnie stosuje kalendarz i przepisy z czasów Piusa X, a według wszelkich znaków na niebie i ziemi odmawia czynnego udziału w przynajmniej części Triduum ze względu na własne przekonania i sympatie liturgiczne [a może nie tylko? Prywatnie podejrzewamy go o niewymienianie Bergoglio w kanonie (ale to tylko nasze przypuszczenie); z pewnością natomiast nie wspomina go publicznie jako papieża w Wielkie Piątek i Sobotę]. Okazuje się zatem, że posłuszeństwo wytycznym władz SSPX też ma swoje granice!

Działa to zresztą dokładnie w myśl lansowanej przez SSPX tezy na temat watykańskich apostatów – vulgo: "Uznaję ich za papieży, ale wymawiam im posłuszeństwo". To jakby najemny pracownik miał powiedzieć o swoim przełożonym: "Tak, to mój dyrektor. Uznaję go, ale nie słucham jego poleceń".

Mamy pewne podstawy, by przypuszczać, że w strukturach Bractwa działa pewna liczba księży-sedewakantystów – lecz tajemnych dla bojaźni władz (w uwspółcześnionej wersji będzie to brzmiało: lecz ukrytych z obawy przez władzami). Czego mogą się obawiać? Czemu nie mówią publicznie tego, co w głębi serca i rozumu uznają za prawdę? Pewnie dlatego, że deklarując swoje poglądy wszem wobec "straciliby wszystko", to znaczy: wystąpiliby lub zostali usunięci ze struktur Bractwa i "musieli wszystko organizować sobie sami". To znaczy: nie całkiem, bo wierzymy, iż Stwórca i Pan Wszechrzeczy sprzyja, błogosławi i szczególnie blisko towarzyszy zawsze wiernym "Bożym szaleńcom" – ale po ludzku byliby (przynajmniej z początku) zapewne znacznie bardziej niż dotychczas osamotnieni.

Zarzut "prymitywnego upraszczania spraw dla rozjaśnienia sobie sytuacji" i "myślenia ahistorycznego"...

opiera się o twierdzenie, że "w Kościele zawsze był kryzys" i wygłoszone z iście arystokratyczną dezynwolturą twierdzenia typu: "Jestem przekonana, że w historii Kościoła wielu papieży głosiło herezje" (autentycznie zasłyszane). Poza tym (to w sprawie ważności święceń) nie wiemy wcale, jak to dokładnie wyglądało w wieku VI czy XII, więc może już od dawna na ziemi nie ma żadnego ważnie wyświęconego księdza. No, być może (odpowiadam z lekkim uśmiechem) – tylko że właśnie tego nie wiemy, zaś o autoryzowanych przez Jana Montiniego dokumentach i tekstach deformujących formę sakramentów wiemy – są one znane, dostępne, udokumentowane w oficjalnej wersji na piśmie, a obecnie również w formie elektronicznej – do wyboru, do koloru.

W pewien sposób trwająca od sześćdziesięciu lat sytuacja jest bezprecedensowa: nigdy wcześniej nauczanie (ujmijmy to następująco:) osoby uchodzącej powszechnie za papieża nie zawierało herezji; nigdy wcześniej oficjalna hierarchia nie odstąpiła od Wiary en bloc; nigdy wcześniej nie było takiego zamieszania wśród pełnych dobrej woli wiernych.

...i odpowiedź:

Credo in UNAM, sanctam, catholicam et apostolicam Ecclesiam

Jak przedstawia się dziś sytuacja Kościoła soborowego? Każdy jego członek ma lub może mieć jakąś swoją wersję wiary, a na papierze wszyscy są w jednym Kościele. Temu "liturgiczna wrażliwość" nie pozwala iść na celebrę do Wspólnot Jerozolimskich, a temu na Mszę trydencką. Ten mówi: "Ja jestem Benedyktów", ten: "Ja Franciszków", a wszyscy: "Janów Pawłów". Ten sprzeciwia się "nauczaniu papieskiemu" na temat sakramentów dla cudzołożników, a ten – ochoczo wprowadza je w życie. Zgorzelec: po polskiej stronie miasta rozwodnicy żyjący w nowych związkach nie dostąpią Komunii Świętej, a po niemieckiej – jak najbardziej. To jest owa "jedność Kościoła" i "złożoność sytuacji", której nie godzi się "upraszczać". A sedewakantyści to własnie tacy prostacy, którzy idą po najmniejszej linii oporu, by oczyścić sobie przedpole i jasno zdefiniować, kto jest z nami, a kto przeciwko nam. Aha, no i, rzecz jasna, do księdza-sedewakantysty na Mszę i po sakramenty iść się nie godzi, bo sprawuje je niegodnie, ale do Bractwa, uznającego watykańskich heretyków za prawowite władze – władze, które twierdzą, że do Bractwa na Mszę i do sakramentów iść się nie godzi, bo są sprawowane niegodnie – więc do Bractwa chodzić można, a nawet należy. A niekiedy na Mszę indultową, jak akurat godzina bardziej podpasuje (na Mszę indultową, uczestnictwo w której krytykuje z kolei Bractwo!). To jest właśnie ta jedność i konsekwencja.

Kościół jest jeden, święty, nieomylny – Kościołowi soborowemu brak choćby jednego z tych elementów. Ergo?

[Dodatek:
Argument "To wszystko nie jest takie ważne"; "Ja tego nie wiem"; "Mnie to nie dotyczy"

Czy doprawdy jest ci wszystko jedno jak kapłan modli się w Twoim imieniu? W Wielki Piątek i Sobotę na pewno wiesz, czy imię Bergoglio oraz podległego mu lokalnego hierarchy pada w śpiewanych głośno modlitwach oraz w Exsultecie.

Gdym był dziecięciem, mówiłem jako dziecię,
rozumiałem jako dziecię, myśliłem jako dziecię;
lecz gdym się stał mężem,
wyniszczyłem, co było dziecinnego.
~ 1 Kor 13, 11

Skoro jesteś gotów za dostęp do sakramentów zapłacić wielką (jeśli nie wszelką) cenę (polegającą na tym, że w kapłan Twoim imieniu przedstawia Panu Bogu odstępców od Wiary jako jej prawowitych stróżów), to dlaczego nie udajesz się po nie do prawosławnych?

A jeśli odpowiesz na to wszystko: on {Bergoglio albo diecezjalny heretyk} może sobie gadać, co chce, a ja i tak uważam inaczej, wierzę po swojemu, to masz tu oto Kościół własnej roboty w czystej postaci].

Przyjęcie perspektywy sedewakantystycznej, czyli po prostu integralnie katolickiej – rzymskokatolickiej – katolickiej po prostu może nierzadko wymagać radykalnej przemiany życia, a niekiedy zakwestionowania w pewnym sensie własnej tożsamości (dotyczy to szczególnie kapłanów). Skoro jednak byli to gotowi zrobić na pewnym zaawansowanym już etapie swojego życia późniejsi święci – choćby Paweł, Maria Egipcjanka, Augustyn, Dyzma, Ignacy – cóż stoi na przeszkodzie, byśmy i my podjęli ten trud?

"Nie odważysz się tego zrobić"

[Przepraszam z góry za poniższe porównanie rodem ze świata polityki; niemniej jednak wspaniale obrazuje ono opisywane jeszcze niżej zjawisko ze świata "tradycji"].

W szranki prawyborcze stanęło trzech kandydatów – nazwijmy ich X, Y oraz Z. Dwaj pierwsi należeli do partyjnego establishmentu, pletli frazesy, słowem – byli żywą ilustracją zasady: jak wiele musi się zmienić, by wszystko zostało po staremu. Trzeci, niejaki Z, miał świeże spojrzenie na istotne zagadnienia i umiał przekonująco uargumentować swoje stanowisko. I taki obrazek: rozmawiają ze sobą dwaj "prawyborcy":

– Ależ ten Z jest inteligentny.
– I ma pojęcie o ekonomii.
– Dobrze rozwiązałby problem imigrantów.
– Zna się na polityce zagranicznej.
– Tak, widać, że uczył się porządnie historii.
– To co: głosujesz na Iksa czy Ygreka?

A teraz analogiczna sytuacja: po przedstawieniu stanowiska sedewakantystycznego pada zazwyczaj pytanie "praktyczne":

– To co: w tym tygodniu jedziesz do Bractwa czy na indult?

Konsekwencje praktyczne

Tu każdy potrzebuje udzielić odpowiedzi w oparciu o to, co podpowiadają mu rozum i sumienie.

W porównaniu z sytuacją pozbawionych przez dwa wieki księży Japończyków nasza jest z jednej strony "łatwiejsza": bo za wyznawanie wiary katolickiej w całości nie grozi nam z miejsca śmierć; z posługi księdza-sedewakantysty włożywszy w to nieco trudu da się skorzystać. Z drugiej strony nasze położenie wydaje się "trudniejsze", bardziej skomplikowane, bo zamęt jest wielki. Prześladowani za Wiarę Japończycy jasno widzieli jej wroga – dziś najczęściej wrogiem jest ten, kto podaje się za Wiary przyjaciela i obrońcę.

Perspektywa czasowa a ahistoryczność

Soborowe modernistyczne szaleństwo trwa od z górą pół wieku, lecz w perspektywie historii Kościoła to stosunkowo niedługo. Oczywiście, wielu z nas wydaje się, że "od zawsze tak było", bo urodziliśmy się kiedy już "tak było". Lecz zdajemy sobie sprawę, że od początku tak nie było.
W tym kontekście warto mieć na uwadze, że gdy za pięć, dziesięć, czy pięćdziesiąt lat pojawi się prawdziwy papież i ortodoksyjna hierarchia, wtedy ogłosi wyrok w sprawie tego, co uchodzi od kilkudziesięciu lat za Kościół. Jako nieodrodne (krótkowzroczne) dzieci swojego wieku chcielibyśmy znać ten wyrok już dziś, teraz, natychmiast – sęk w tym, że w miejscach, z których spodziewalibyśmy się go usłyszeć, brak kompetentnych po temu osób.

Trudność praktyczna: "Zawsze chodziłem na mszę"; jak to być może, żebym teraz (z przyczyn obowiązków stanu, nadmiernej odległości, innych) uczestniczył w ważnie i godnie sprawowanej Mszy tylko od prawdziwego święta?

Cóż, taka może być dziś cena wierności. (Przynajmniej nikt na razie głowy nam za sedewakantyzm nie obcina).

A co powiesz dzieciom? Będę im mówił prawdę, tak jak ją – poznawszy możliwie szeroko argumentację możliwie wszystkich stron sporu – tak jak ją najlepiej rozpoznaję, będę się z nimi co dzień wspólnie modlił, zatroszczę się o solidne nauczenie ich katechizmu, historii Kościoła, życiorysów świętych (zamiast piłkarzy, aktorów albo bohaterów komiksowych), o chrzest z rąk kapłana katolickiego, (w miarę możliwości regularny) dostęp do innych sakramentów i będę ufał, że Pan Bóg zatroszczy się o resztę potrzebną im do zbawienia.

Powiedzieć prawdę to nie jest pycha

Pokora jest prawdą, a prawda – pokorą.


"Pan Bóg tak lubi pokorę,
bo sam jest prawdą najwyższą,
a pokora niczym innym nie jest,
tylko chodzeniem w prawdzie"

~ św. Teresa z Avila

Jestem – a stwierdzam to z prawdziwą przykrością – niemal pewien, że większość znanych mi i bliskich osób (również w sutannach) zbędzie słowa niniejszego listu otwartego (podobnie jak poprzednich, podlinkowanych) milczeniem. Inni skonstatują: "Oszołom i tyle!". Może kilku Czytelników – rzadkich niesłychanie – odpowie coś, cokolwiek, przejmie ich to, co zostało tu napisane. Ale wciąż czekam na przekonujący argument, że katolicyzm integralny (= sedewakantyzm) to błędna droga.

Tymczasem: Non confundar in aeternum.

Piotr Antosiewicz SV

_______
* Spyta ktoś: A gdzie tu drastyczność? Cóż, być może fotografie przedstawiające "dokonania" rzekomych następców św. Piotra niekoniecznie kogokolwiek dziś szokują, bo do publicznych aktów apostazji tak już przywykliśmy. Ale świadczy to raczej o nas (o stępieniu naszego katolickiego zmysłu w zakresie postrzegania rzeczywistości) niż o rzekomo małej wadze wiarołomstwa...

 _______



Non possumus!
Biskup Antonio de Castro Mayer

_______

Zza zasłony