Udoskonalona tradycja, czyli marzenia śniętych głów


Jak bardzo ludzie lubią się oszukiwać!

Gdy pojawia się "nowy" (a przecież stary - bo funkcjonujący w ramach tego samego co poprzednio systemu państwowego) "prezydent", "nowy" (a przecież stary - bo funkcjonujący w ramach tego samego co poprzednio systemu państwowego) "rząd", "nowy" (a przecież stary - bo funkcjonujący w ramach tego samego co poprzednio systemu państwowego) "parlament" w wielu wstępuje na chwilę euforia. Teraz będzie inaczej! Lepiej! Teraz, po latach upokorzeń, my im pokażemy! Nareszcie - szansa! nadzieja! (Chciałoby się dodać: "dla Polski", ale opisywane zjawisko towarzyszy całej chyba niemal ludzkości - stany niezdrowego podniecenia po "wyborczym zwycięstwie" przeżywają zarówno nasi rodacy, jak i cudzoziemcy).

Zdumiewa fakt, iż do chóru chwalców nowo "wybranych" (ja ich nie wybierałem i żadnej delegacji do podejmowania w moim imieniu decyzji nie dawałem - więc oni to prawo tylko sobie uzurpują) pożal się Boże władz włączają się ludzie autentycznie przejęci katolicką wiarą. Żal patrzeć na to, z jaką żarliwością wmawiają sobie i innym, że politycy staną się obrońcami Bożego porządku - podczas gdy z natury rzeczy jest to niemożliwe. Potwierdza to zresztą praktyka - i to błyskawicznie. Jak można wychwalać pod niebiosa i przedstawiać właściwie jako zbawcę ojczyzny i katolickiego ojca narodu indywiduum, które jawnie deklaruje, że w sprawie in vitro potrzebny jest "kompromis"?

Obrzydzeniem napawają polityczne manifestacje urządzane w kościołach. Tak zwane "patriotyczne kazania", po których entuzjastycznie nastawieni słuchacze oklaskują kapłana. Naszą ojczyzną jest Niebo - a od księży wymaga się tego, by zabiegali o zbawienie dusz i doprowadzenie ich do tej Ojczyzny; nie zaś włączania się w bieżące polityczne przepychanki i to po stronie antykatolickiej.

Jeśli zaś rozumielibyśmy zaangażowanie kapłanów w politykę antypolitycznie; to znaczy, gdyby zabiegali oni o poszanowanie dla zdrowo rozumianej autonomii i prywatnej własności każdego człowieka - o, to co innego! Ale takich księży ze świecą szukać!

Mamy więc do czynienia z (nazwijmy ją roboczo) "udoskonaloną tradycją"; to znaczy: co prawda - tradycyjnie - politycy to złodzieje (szczera prawda), którzy dybią na nasze życie, zdrowie i mienie, ale, uwaga!, teraz, właśnie teraz (mimo że wcześniej przez tysiące lat to się nie zdarzyło) przyszło nowe polityków plemię: uczciwi, pracowici, katoliccy - to jest to "udoskonalenie"; teraz będzie wspaniale!

Oczywiście, niezabawem wszyscy jawnie obaczą (a właściwie - jeśli chodzi o wierność zasadom katolickim - w przypadku nowych "wybrańców" już obaczyli), iż nadzieje były płonne. I co teraz? Można albo powiedzieć prawdę, przyznać się do pomyłki i na przyszłość być już mądrzejszym - albo iść w zaparte i twierdzić, że (skoro się nie udało) to dlatego, iż "nie pozwolono im działać", "mieli za małe poparcie", "podstawiano im nogi", "zrobiliby to, gdyby nie opozycja", a na dodatek (by zacytować klasyczny przykład tłumaczenia niedołęgów) "dziki zjadły jakieś świństwa" (to z Asterixa).

Realizm domaga się, by powiedzieć, że w naszej ojczyźnie, składającej się z tysięcy małych ojczyzn - rodzin, wspólnot sąsiedzkich etc. - zmian na lepsze dokonamy TYLKO I WYŁĄCZNIE drogą dobrowolnej współpracy - drogą trudną i wymagającą - bez odwoływania się do państwowej, a więc niesprawiedliwej przemocy. Podstawę przemian w wymiarze społecznym stanowi, rzecz jasna, realizacja ewangelicznych wezwań do pokuty i nawrócenia. Tylko tą drogą da się dokonać zmian na lepsze - to znaczy takich, dzięki którym staniemy się lepsi i które ułatwią nam realizację celu ostatecznego - a więc zbawienia dusz. Wybierając drogę politycznej agitacji możemy mieć pewność, że nawołujemy do czegoś, co przyniesie nam tyle pozytywnych efektów w wymiarze wiecznym, co i w doczesnym - ani dudu.



Bliźniaki: Wieszanie prania

Św. Elżbiety, Wdowy, A.D. 2015

Fot. Paweł Schulta

 Jeffrey T. Larson

Czy z okna domu w mieście, czy na zewnątrz na wsi  ruch rąk i skupienie podobne...

PIĘKNY JĘZYK ANGIELSKI: Winning is for loosers

Rocznica konsekracji bazylik śś. Piotra i Pawła, Apostołów, A.D. 2015

Fot. Wojciech Karol Sarmacki

Z towarzyszeniem paru uwag na temat nauki tego języka

Po pierwsze:
Warto najpierw nauczyć dziecko posługiwać się wystarczająco dobrze językiem ojczystym – potem zabierać się za obcy.

Kilka myśli dotyczących zawartości podręczników do angielskiego:
Najpierw uczymy form pełnych (np. IS, HAS), potem skrótów (np. 'S).

Staramy się o przejrzystość przykładów;
przykład z bardzo popularnego podręcznika:
"Ann and I are good friends." ("Ann and" mogą być homonimami i utrudniać skupienie na omawianym zagadnieniu gramatycznym)

Litery powinny być odpowiednio duże, a ilość miejsca na odpowiedzi nie-sztucznie-ograniczona.

Cz. Wojciechowski i Syn, czyli Polak potrafi

Tekst niesponsorowany


Pan Bóg zdarzył, że wkrótce po napisaniu tekstu Bar wzięty i zamknięty natrafiliśmy w Piasecznie pod Warszawą na piekarnię, cukiernię i sklep w jednym; słowem, a właściwie czterema: na Cz. Wojciechowskiego i Syna.

Wyroby smaczne, różnorodne i w przystępnych cenach. Obsługa miła. Firma, jak mniemamy z nazwy, w dobrym tego słowa znaczeniu tradycyjna, polska i lokalna.

Dla bardzo pozytywnej oceny odwiedzonego miejsca nie bez znaczenia pozostaje również fakt, że skrzynki z pieczywem reklamują nasze WiWo:


Smacznego!

TRW

Bar wzięty i zamknięty

Bł. Salomei, Dziewicy, A.D. 2015

(Fot. Autor)

I nie tylko bar. Podczas urlopowych wojaży natknąłem się na niejeden zakład pracy, który niedawno został zlikwidowany lub właśnie dożywał swoich dni.

Charakterystyczny przykład: dwie piekarnie. Jedna we wsi: prowadzi ją od trzydziestu lat ten sam człowiek. Chleb i bułki z dobrej mąki. Pieczywo "cięższe", "pełniejsze" od supermarketowego i sieciowego. Dzień wcześniej trzeba się na chleb zapisać - piekarz wie, ile potrzebuje upiec; faktycznie odpowiada na potrzeby rynku. Klienci znają piekarza (który jest jednocześnie sprzedawcą), zagadują. Samodzielny zakład pracy. Samozatrudnienie i jakość. Tradycja, polska tradycja w najlepszym tych słów znaczeniu.

Jaki dalszy los piekarni przewiduje właściciel? "Zamykam za pół roku. Władze tak mnie cisną, że to się nie opłaca".

Druga piekarnia - w miasteczku na obrzeżach Warszawy. W oknach wywieszki: "Wyprzedaż"; "Promocja -50%" etc. Próbuję otworzyć drzwi. Zamknięte. Przytykam twarz do szyby i zaglądam do środka: półki puste. Pytam przechodnia:
- Orientuje się pan może, czy to tylko dzisiaj zamknięte?
- Nie, już w ogóle. Zlikwidowali się jakiś czas temu.
Oczywiście, obok wyrosły już markety, w których można kupić pieczywo w kategoriach liczb bezwględnych tańsze - ale czy rzeczywiście kompensujące niższą ceną niższą jakość?

Polska normalność, polska tradycja, polskość oznacza między innymi szeroki zakres niezależności, zaradność, duży stopień samowystarczalności, zdrowe relacje lokalne.

Tysiąc, dwa tysiące, sto tysięcy piekarni w stu tysiącach miejsc Polski; produkty lokalne; piekarz, którego ZNAMY (nie zaś anonimowy kasjer z nakazanym uśmiechem i "Dzień dobry" na twarzy); to jest Polska, to jest coś wartościowego, coś, o co warto się starać. Rzecz jasna, realizacja takiej wizji dalece sprzyja uniezależnianiu się pojedynczych osób i rodzin od funkcjonariuszy państwowych - dlatego tak usilnie dążą oni do niszczenia takich właśnie lokalnych inicjatyw.

Bezpośrednie uczestnictwo w działalności pozasystemowej ma także ważny aspekt wychowawczy. Z ust Znajomej usłyszałem niedawno: "Jak idę na bazar, to rozumiem, że państwo nie jest do niczego potrzebne".

Zdrowy Wariat

MOJE BOJE Z TRADYCJĄ: Śpiewać ze śpiewnika każdy może


Zdarza się parafialnym włodarzom instalować w kościołach ekrany, na których wyświetlane są teksty przeznaczone do śpiewania. Tego typu rozwiązania prowadzą do rozproszenia; utrudniają wiernym skupienie się na akcji liturgicznej przy ołtarzu. Jest przykrym znakiem czasów obecnych próba dostosowania zwyczajów kościelnych do tych znanych nam z licznych mediów: musi się "dziać", musi się "ruszać", musi się "świecić" [nierzadko na jaskrawoczerwono - okropieństwo!] - i to w obfitości.

Historia, praktyka i zdrowy rozsądek podpowiadają, że sensowną i skuteczną metodę udostępnienia wiernym tekstów stanowią mszaliki, śpiewniki, czy książeczki do nabożeństwa. Unikamy w ten sposób "umedialniania" wnętrza świątyni i nie przeszkadzamy zgromadzonym w spotkaniu z Najwyższym.


Obie fotografie: Przybysław Niedzielny

Chwost

Św. Gertrudy, Dziewicy, A.D. 2015

Fot. MDK

Dążyć do doskonałości

Śś. Benedykta, Jana, Mateusza, Izaaka i Krystyna, Pustelników i pierwszych Męczenników Polski, A.D. 2015

Vade~mecum (fot. MDK)

Anarchia nie jest do zbawienia koniecznie potrzebna. Jest sprawiedliwa i jako podstawa ładu społecznego wynika bezpośrednio z przykazań Bożych, w szczególności piątego i siódmego.
Anarchię definiuję jako sposób życia ludzi, którzy za normę postępowania przyjmują aksjomat nieagresji, czyli zakaz inicjowania przemocy fizycznej lub grożenia taką przemocą, jak również zakaz oszustwa na szkodę osoby lub jej własności.
Przeciw takiemu pojmowaniu i przeżywaniu rzeczywistości katolikom zdarza się wysuwać argument: “Ale na ziemi nigdy nie osiągniemy postulowanego ideału – wyłącznie dobrowolnych relacji między wszystkimi. Zawsze będą istnieli złodzieje i mordercy. Żyjemy w świecie po grzechu pierworodnym!”. To prawda – odpowie anarchista – ale z faktu, iż w rzeczywistości doczesnej nie uda się osiągnąć ideału, nie można wysuwać wniosku, że z dążenia do ideału należy rezygnować.
Doskonale wiemy o tym, że człowiek zraniony grzechem pierworodnym popełni pewne złe czyny. Świadomość tej rzeczywistości nie uzasadnia jednak odrzucenia Bożego wezwania: “Bądźcież wy tedy doskonali, jako i Ojciec wasz niebieski doskonałym jest”.


Zdrowy Wariat

Rower prywatny czy rower publiczny?

Św. Andrzeja z Avellino, Wyznawcy, A.D. 2015

Rower prywatny (Fot. MDK)

Czy można być normalnym po prostu? Czy wsiadam na rower dlatego, bo moda, bo władze publiczne mnie warunkują, budując z ukradzionych pieniędzy ścieżki rowerowe i ustawiając wspólnie i w porozumieniu z firmami prywatnymi, które przyjmują część ukradzionego podatnikom mienia, jakiś system rowerów o nazwie w sztucznym języku?

Po tylu reklamach, nawoływaniach i "akcjach społecznych" nie wiadomo już, kto jeździ dlatego, że lubi, a kto dlatego, że czuje, iż musi.

Dodatkowy aspekt i smaczek sprawy jest taki, że wskutek budowy sieci ścieżek rowerowych pieszym przybywa jeszcze jedno zagrożenie. Teraz muszą się kryć przed autami I rowerami (powstały specjalne przejścia dla pieszych przez ścieżki rowerowe!). Trochę pachnie to inżynierią społeczną.

A osobista i zupełnie praktyczna strona zagadnienia? Cóż, punkt widzenia zależy poniekąd od punktu siedzenia (na siodełku) lub chodzenia. Teraz siedzę.

~S~E~P~A~R~A~T~O~R~

ROZWAŻALNIK NIECODZIENNY: A my co?

Wspomnienie N.M.Panny w sobotę po XXIII Niedzieli po Zesłaniu Ducha Świętego, A.D. 2015

System zrobił nas w balona. A my co? (Fot. MDK)

Naprawę rzeczywistości można zacząć od naprawy nazw. Stadion tzw. "Narodowy", wcale nie jest narodowy, tylko państwowy, choć niektórzy bardzo chcą, abyśmy działali pod hasłem "Cały naród buduje swój stadion". Wyrósł z pieniędzy ukradzionych nam wszystkim, podatnikom, i wrósł w panoramę Warszawy. A my co?

Miron Ściegienny

Noc, światła i szybkość

Piątek po XXIII Niedzieli po Zesłaniu Ducha Świętego, A.D. 2015

Ambulans i tramwaj – Współczesne echa Turnera...
(Fot. Godfryd Komeda)

+

Czwartek po XXIII Niedzieli po Zesłaniu Ducha Świętego, A.D. 2015


Fot. PJ

Po przeciwnej stronie sygnalizatora znajdują się światła w kolorach czerwonym, pomarańczowym i zielonym. Czy ktoś ma pomysł na to, co oznacza +?

Bliźniaki: O dwóch takich, co ukradli wieże Eiffla

Wtorek po XXIII Niedzieli po Zesłaniu Ducha Świętego, A.D. 2015

Fot. PJ

Wieża, swoją drogą, obrzydliwa. Odpowiednik warszawskiego Pałacu Kultury. Nie dziwota, że pewien człowiek, odwiedzając największe miasto Francji, jadał tylko w restauracji na Wieży.  To jedyne miejsce w Paryżu  zwykł mawiać  z którego nie widać tego okropieństwa.

Z dyńki jej!

Albo z nogi.

Dynie na swoim miejscu (reklamowym; przed sklepem) (Fot. Adept)

Znajomy nawiedził cmentarz. Na jednym z grobów zauważył dynie. Zostały ułożone najwyraźniej jako „zabawny” akcent halloweenowy. Rozejrzał się, po czym zabrał do roznoszenia ich na kopach...

Terminator

Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych, A.D. 2015

Dynia jest wielka

Wspomnienie Najświętszej Maryi Panny w sobotę po Niedzieli Chrystusa Króla, A.D. 2015 


To, co widzimy, współtworzy nasz świat i światopogląd – czy tego chcemy, czy nie.

Jeśli co dzień oglądam coś nienormalnego, to – nawet mając świadomość, że to nienormalne, oburzając się – złośliwie komentując – patrzę na to – karmię oczy chorym widokiem. I ten widok mi się utrwala.

Niektórzy doszli w malkontenctwie do takiego stanu, że celowo obcują z osobami, zjawiskami i miejscami, które – jak sądzą – wprowadzą ich w błogi stan niezadowolenia. Oglądają telewizję – po to aby ją krytykować. Słuchają durnych programów radiowych – aby „sprawdzić, co za głupotę dziś powiedzą”. Wchodzą na nielubiane portale internetowe – aby się zdrowo powkurzać. Idąc dokądś, wybierają taką drogę, aby zawsze mijać obrzydliwy budynek i z przekąsem stwierdzić: „Ależ to nieładne!”. Malkontenctwo owo może z czasem stać się drugą naturą człowieka.

Dlatego tak ważna jest dbałość o sensowność i czystość tego, co do siebie dopuszczamy, z czym obcujemy.

Dziś kilkunastoletnie dzieci opowiadają dowcipy o pedałach i innych zboczeńcach – tak, kawały te bywają śmieszne; ale fakt, że młodzi ludzie je opowiadają, świadczy o tym, że to już weszło do ich świadomości, oni już z tym żyją, to część ich świata.

Jeśli dzieci dostały od Kościoła i rodziców „szczepionkę” na chorobę toczącą współczesną rzeczywistość – to pół biedy; dużo gorzej jeśli chłoną nienormalność bezrefleksyjnie. Tak czy inaczej jedne i drugie OSWAJAJĄ się ze złem. A książę tego świata stara się jak może, aby człowieka otaczały chore idee, obrazy i słowa.

Nawet jeśli nie uznajemy pogańskiego święta, do obchodów którego szatan zachęca nas w Wigilię Uroczystości Wszystkich Świętych, znamy je – znamy jego nazwę, przynajmniej niektóre związane z nim zwyczaje, symbole... Tak silnie zakorzeniło się w naszych głowach.

Wpisowi temu towarzyszy fotografia przedstawiająca pewne smaczne warzywo. Miarę naszego zanurzenia w odmętach współczesności może stanowić odpowiedź na pytanie: jaka myśl przyszła mi do głowy w pierwszej chwili, gdy zobaczyłem to zdjęcie?

A Tobie, Drogi Czytelniku, z czym skojarzyła się w pierwszym odruchu tytułowa dynia?

Tekst: Kacper Tomasz Lidzki
Fotografia: Paweł Antoniewicz

Dzieci we mgle

Piątek po Święcie Chrystusa Króla, A.D. 2015

Fot. Mr. Misty

Anarchia nie jest do zbawienia koniecznie potrzebna. Jest sprawiedliwa i jako podstawa ładu społecznego wynika bezpośrednio z przykazań Bożych, w szczególności piątego i siódmego.

Anarchię definiuję jako sposób życia ludzi, którzy za normę postępowania przyjmują aksjomat nieagresji, czyli zakaz inicjowania przemocy fizycznej lub grożenia taką przemocą, jak również zakaz oszustwa na szkodę osoby lub jej własności.

Po przedstawieniu argumentów za tym, że państwo jest złem moralnym i to niekoniecznym (jak każde zresztą zło) i że minimalne wymogi moralności spełnia tylko anarchiczna forma bytowania społeczeństwa, spotykam się nierzadko z pełną niekłamanego uznania odpowiedzią:
– To mądre, co mówisz! Powinieneś kandydować na prezydenta albo założyć własną partię.

W takich momentach nachodzi człowieka nieodparta niemal potrzeba wycia: LUDZIE, OD PÓŁ GODZINY PRÓBUJĘ WAM WYTŁUMACZYĆ, ŻE CHODZI O TO, ABY PREZYDENTÓW I PARTIE BOJKOTOWAĆ, I, ZAMIAST SIĘ NA NICH OGLĄDAĆ, SAMEMU TWORZYĆ ZDROWE KORZENIE NORMALNEGO SPOŁECZEŃSTWA!!! Iluż jeszcze wykrzykników trzeba, aby to do was dotarło????????????????????????

– Aaa… To pewnie jesteś monarchistą. To nie prezydentem, tylko królem!
Ręce opadają. Pozostaje wytłumaczyć, że monarchistą jestem o tyle, że sądzę, iż każdy mąż i ojciec powinien być w swoim domu królem, a każda żona i matka królową; gdyby udało się to zrealizować, „królowie” w powszechnym rozumieniu tego słowa okazaliby się całkiem zbędni.

– Ale co powinienem robić?
Powiem tyle: Pan Bóg powołał Cię do wolności i do odpowiedzialności. Dlatego nie powiem ci, CO MASZ ZROBIĆ, ale w oparciu o dziesięć przykazań mogę z łatwością powiedzieć, CZEGO NIE WOLNO CI ROBIĆ. Wskazówki i podpowiedzi mamy, ale odpowiedzi o konkretną drogę realizacji każdego osobistego powołania każdy udziela indywidualnie.

W powyższych pytaniach i reakcjach na próby tłumaczenia ujawnia się, że wiele osób jakby błądziło po omacku, szukając kogoś, kto weźmie je za rękę i poprowadzi – biorąc za nie całkowitą odpowiedzialność, jak za dzieci, którymi nie są. Chciałoby się powiedzieć: LUDZIE, MYŚLCIE SAMI ZA SIEBIE, ale to byłby niezbyt miły nam tryb rozkazujący, poza tym zaraz spotkałby się najpewniej z zapytaniem: „Ale co mamy myśleć?”, więc zakończmy ten tekst; nawet nie kropką, ale wielokropkiem, by zasygnalizować, że warto, by odpowiedzi na postawione w artykule zagadnienia każdy przemyślał na własną rękę…


Zdrowy Wariat

Flaga biało-zielona

Śś. Szymona i Judy Tadeusza, Apostołów, A.D. 2015

Blokowisko (Fot. Terminator)

Czy kwalifikuje się to do serii Symetria?
Czy to jest ładne?

Podstawy nieuczciwej propagandy: Uliczne bieganie publiczne

Fragment tzw. "egzaminu maturalnego"
organizowanego przez funkcjonariuszy państwowych.
Zadanie z języka angielskiego

Jeśli ktoś twierdzi, że w celowy i systematyczny uprawia się w Polsce propagandę publicznych biegów ulicznych, jest, rzecz jasna, oszołomem i zwolennikiem niedorzecznych teorii spiskowych...

Bieganie prywatne i bieganie publiczne

Poniedziałek po Święcie Chrystusa Króla, A.D. 2015

Fot. Autor

Jest różnica. Czy samemu w lesie, nie wadząc nikomu, czy w tabunie tysięcy obnumerowanych osobników, którzy na parę godzin blokują całe miasto.

Bieganie publiczne to stosunkowo nowa quasi-religia. Wydaje się, iż nieprzypadkiem stadne maratony odbywają się w niedzielę. Wszystko, byle odciągnąć ludzi od Kościoła. A nabożna cześć, z jaką odbywają się przygotowania do biegu! Deszcz – nie deszcz, upał – nie upał; trening trwa. Czy choć z połową podobnego zaangażowania podchodzimy do spraw Bożych?

A bieganie prywatne?
Cóż, idę właśnie pobiegać...
Do lasu, nie na ulicę.
Nie z nakazu, lecz z ochoty.

Waldemar Ochotny

Tutaj króla zawsze przyjmą chętnie...

Fot. Przybysław Niedzielny

Raport z drogi...



Niedziela Chrystusa Króla, A.D. 2015




Kiedy nie wydarza się nic, co nie byłoby przewidywalne, lub – co zdarza się częściej – nie dzieje się to, czego pragnie każdy żądny wrażeń homo viator – to nawet wówczas należy wspomnieć o tym, choćby tylko z kronikarskiego obowiązku. Nawet gdybyśmy tym samym mieli poddać próbie pilność i uwagę Najwierniejszego z naszych Czytelników.



Taki dzień próby nadszedł właśnie w piątek, 12 dnia czerwca. Tego dnia, a raczej u jego zmierzchu, odbiwszy od morskiego brzegu, skierowałem się pod prąd stanowiącej granicę pomiędzy Bretanią a Normandią rzeki Le Couesnan, na miejsce... kolejnego noclegu.



Wyjeżdżam stąd z mocnym postanowieniem powrotu i przebycia całego już pasa północnego wybrzeża. Nie mówię, że wiem, ale że czuję, i (być może już za dwa lata) chcę dać wyraz temu przeczuciu: przeczuciu, iż Pikardia, Normandia i Bretania warte są większej uwagi niż ta, którą poświęciłem im w tym roku, i nie mniejszej, niż Prowansja, Akwitania czy Langwedocja, które zamierzam odwiedzić w ramach trasy przyszłorocznej. Już teraz odczuwam pragnienie, by tu powrócić.








Tymczasem przede mną proza dnia, każąca stawić czoło bieżącym wyzwaniom. Pierwszym z nich (boleśnie odczuwanym) jest konieczność skrócenia trasy. W praktyce oznacza to, że Poitiers musi poczekać do następnego roku.

Decyzja podjęta w następstwie kaprysów pogody i wysłuchania głosu rozsądku. Ten, wspomagany odgłosami deszczu bębniącego od rana o dachy, nakazał przyjąć nowe okoliczności, a nawet na znak zgody – podać im rękę. Obie ręce.

Więc przez najbliższe godziny, zamiast pielęgnować w duszy smutek, w sposób maksymalny wykorzystuję wszystkie właściwości łazienkowej suszarki, by doprowadzić do stanu miłej używalności przemoczone wczoraj buty i to samo uczynić z potrzebną do dalszej jazdy odzieżą. Również korekta trasy wymaga pewnej ilości czasu i uwagi.



Dystans do przejechania na dziś – 50 kilometrów; nocleg w Saint-Aubin-du-Cormier. Dystans niewielki, ale, zważywszy godzinę wyjazdu (18:30), dostateczny, by całą uwagę i siły skupić wyłącznie na celu.




Po drodze mijam całkiem małą miejscowość, Saint-Rémy-du-Plain. Na mapie ledwie punkcik. I zastanawiam się, co jest prawdziwą miarą takich, jak to, miejsc. I czy w ogóle jest jakaś wspólna miara dla miast z trudem mieszczących w swoich murach cuda architektury, tych, w których wciąż żywa jest pamięć dawnej bądź tylko urojonej świetności, i miasteczka takiego jak Saint-Rémy, które wielkość ma wpisaną jedynie w nazwę?






I patrząc na zwróconą w kierunku budynku merostwa postać doświadczam stanu ducha podobnego temu, którego doznawałem wczoraj, na szczycie Mont-Saint-Michel. Uczucia dumy płynącego z przynależności do (tego samego) Królestwa. Czuję się jak mieszkaniec twierdzy – bezpieczny, niezagrożony. Jak motyl zamknięty w kokonie odwiecznej Prawdy, która za chwilę otworzy mu przestrzenie Wolności.



Wydani na gwałt rzekomo „nieuniknionych praw rozwoju”, które w miejsce kultu Boga umieściły kult człowieka, nawet nie zauważyliśmy, że skutkiem tego straciliśmy więzi łączące nas z Królestwem i daliśmy sobie wmówić, że teraz dopiero „otośmy wolni”!

Czy nie zdarza się nam zapomnieć, że miara, jaką przyłożyło do nas smutne dziedzictwo rewolucji, jest przyciasna i niegodna poddanych Prawdziwego Króla?

Bo zaiste nie miara kartografów, geometrów i logików jest miarą naszej wielkości.



Paweł Schulta