Warunki Saurona

W święto św. Cecylii, Dziewicy i Męczennicy, A.D. 2014


Rys. Sztukmistrz


Przed Czarną Bramą rzecznik Saurona wśród innych żądań wysuwanych przez swego władcę wymienia i to:
„Ziemie na zachód od Anduiny aż po Góry Mgliste i Wrota Rohanu będą stanowić lenno Mordoru; ich mieszkańcom nie wolno będzie nosić broni, lecz zarząd sprawami wewnętrznymi pozostanie w ich rękach.”
No proszę, Czarny Władca domaga się, aby jego poddani pozbawieni byli dostępu do broni. Zgadnij, Koteczku, dlaczego?...

Tekst i pogrubienie: F.L.Z.F

Podróży z kaczką część druga: Ante portas

W święto Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny, A.D. 2014


Po dwóch tygodniach unoszenia się nad wybranymi zagadnieniami architektury, kluczenia pośród teorii objaśniających kontrowersje, swobodnego lotu przerywanego nurkowaniem w przepastną dokumentację podróży kaczki i autora, ponownie lądujemy na gościnnym gruncie bloga, tuż przed wejściem do katedry.
W kilku słowach wypada tu objaśnić, czym owo wejście jest, czym różnią się te drzwi od innych, znanych nam konstrukcji, że tak długo zwlekamy z przekroczeniem progu, że wciąż pozostajemy na zewnątrz?

Czym drzwi katedry nie są? Przede wszystkim dla współczesnych sobie przestają być już tylko trudną do sforsowania przez najeźdźców (a czasy to były bardzo niespokojne) przeszkodą. Drzwi katedry francuskiej w niczym też nie przypominają nam tych, które dziś napotykamy w licznych kościołach Szlaku Królewskiego, idąc Krakowskim Przedmieściem aż do katedry św. Jana czy jeszcze dalej.
Czym więc są?
Tak naprawdę tytułowe „portas” katedry gotyckiej zaczynają się znacznie wcześniej: ante – czyli przed progiem i ponad nim.
To właśnie ościeża portalu, które są czymś więcej niż jedynie elementem dekoracyjnym, wyznaczają właściwy początek drogi ku nawie. I moment, w którym dokonasz wyboru – wejść czy jeszcze nie – decyduje o wyjątkowości tej chwili i zapada na długo w pamięć.
To właśnie przydarzyło mi się w St-Denis.


I tam rozpoczyna się też każde prawdziwe spotkanie z gotykiem katedralnym Francji.
St-Denis – miejsce, w którym ze czcią przechowywano relikwie, św. Dionizego, Apostoła Francji, przez długi czas mylnie utożsamianego z uczniem św. Pawła oraz innym Dionizym, nazwanym dla odróżnienia Pseudo-Dionizym – dziś jest jedną z wielu dzielnic wielomilionowej aglomeracji Paryża.
To właśnie tam w związku z budową nowego chóru i fasady powiększanej świątyni romańskiej podjętą przez opata Sugera rozpoczęły się oficjalne dzieje gotyku. Nie sposób pominąć milczeniem dość istotnego faktu, że poszczególne elementy tworzące tzw. gotycki idiom (łuk ostry, sklepienie krzyżowo-żebrowe, dwuwieżowa fasada, przypory na zewnątrz muru) występowały już w leżących na północ od domeny królewskiej Burgundii i Normandii.
Dopiero jednak Suger, postać wybitna nie tylko na tle swojej epoki i niezwykle znacząca także w życiu politycznym królestwa, zaczyna wykorzystywać techniczne zdobycze epoki i łącząc je z metafizyką światła wspomnianego wyżej Dionizego oraz biblijną ideą Miasta Świętego – Nowego Jeruzalem – daje sztuce budowania teologiczne umocowanie i inspiracje na kilka kolejnych wieków.


Otto von Simson w książce Katedra gotycka tak pisze o pomyśle opata: „drzwi katedry miały być pojmowane jako «próg»; przekraczając go opuszcza się sferę życia doczesnego i wstępuje w świat wieczności. Cały program ikonograficzny jej dekoracji podporządkowany jest tej właśnie idei. W narożach tympanonu przedstawiającego Sąd Ostateczny widnieją dwie małe figurki kobiece. Są to niejako przewodniczki Panien Mądrych i Głupich, przedstawionych poniżej w ościeżach portalu. Po lewicy Chrystusa Panna Głupia dotarłszy z lampą do bramy Raju zastaje ją zamkniętą. Rozpaczliwym, proszącym gestem uchwyciła kołatkę: lecz błaga nadaremnie, brama nie otworzy się. Po drugiej stronie, po prawicy Chrystusa, przewodniczka Panien Mądrych pojawia się w strzeżonej blankami budowli, obrazującej niewątpliwie Miasto Niebieskie, do którego została wpuszczona. Ten ikonograficzny pomysł Sugera miał się okazać doniosły w skutkach z punktu widzenia ikonografii i symboliki gotyckiej rzeźby katedralnej. Przypowieść o Pannach Mądrych i Głupich pojawiła się już wcześniej (w Poitou), przedstawiona tam jednak została w archiwoltach, a nie w ościeżach portalu.” [tłum. popr. przez redakcję]
Suger włączył figury Panien w obramienie otworu drzwiowego, odnosząc ów temat do sceny Sądu Ostatecznego w tympanonie. Związał w ten sposób eschatologiczną przypowieść z symboliką Bramy Niebios, któremu to tematowi podporządkowana zostaje cała fasada. Motyw bramy jako symbolu pojawia się w jeszcze innym miejscu. Ten, kto wkraczał do świątyni Sugera – mistycznego obrazu nieba – zostawał wezwany do pozostawienia za sobą świata doznań zmysłowych, a raczej – do pojmowania odtąd każdego przedmiotu jako znikomego odbicia wiecznej rzeczywistości.

Motyw „progu” uprzytamnia również napis, jaki Suger umieścił na (pierwotnie) złoconych drzwiach:

„Kimkolwiek jesteś, jeżeli pragniesz głosić chwałę tych drzwi,
Nie patrz na złoto ni koszta, lecz na mistrzostwo roboty.
Jasne jest dzieło szlachetne, a dzieło szlachetnie lśniące
Ludzkie umysły oświeca, by poprzez światło prawdziwe
Do prawdziwego szły światła, gdzie Chrystus prawdziwe wrota.
A jak to w tym świecie możliwe, brama wskazuje złota:
gnuśny umysł do prawdy przez materialne rzeczy się wznosi,
a widząc to światło, wpierw pogrążony, dźwiga się w górę.”

Tekst i zdjęcia:
Paweł Schulta

KONKURS: Rozwiązanie i wyniki

W święto św. Feliksa Walezego, Wyznawcy, A.D. 2014

Fot. Paweł Antoniewicz

Konkursowe zdjęcie przedstawia tylne światła i rury wydechowe Chervoleta Corvette ZR-1. Piękny okaz!

Na adres redakcji przyszło zero prawidłowych odpowiedzi. Prawdę pisząc, w ogóle żadna odpowiedź nie przyszła.

Szkoda.

Edwarda Abramowskiego

W święto św. Elżbiety Węgierskiej, Wdowy, A.D. 2014


W Przedwiośniu Stefana Żeromskiego pan Gajowiec przestawia Cezaremu postać i poglądy Edwarda Abramowskiego:

„Abramowski nauczał, że należy bojkotować państwo nawet tam, gdzie ono pracuje pozytywnie, a więc bojkotować szkoły, inspektorat fabryczny, filantropię państwową, pracę kulturalną i gospodarską — rugować i podcinać korzenie państwa, rozrywać łącznik między potrzebami ludzi a instytucjami rządowymi. Na miejsce zbojkotowanych instytucji państwowych, a raczej współcześnie z ich bojkotem miałyby rozwijać się instytucje swobodne: zamiast sądów państwowych — sądy polubowne, zamiast policji — stowarzyszenia obrony, zamiast szkół państwowych — szkoły wolne lub nauczanie prywatne — i tak dalej.”

Paradoksalne, że decyzję o nadaniu ulicy imienia Edwarda Abramowskiego podejmuje rada gminy – instytucja państwowa, którą patron zalecał bojkotować i zastępować dobrowolnymi.

Tekst i fotografia: Paweł Antoniewicz

Pajęczyna

W rocznicę konsekracji bazylik świętych Piotra i Pawła, Apostołów, A.D. 2014

Fot. MDK

Redakcja zastanawiała się: czy nie opatrzyć by tego zdjęcia fragmentem prozy poetyckiej Zbigniewa Herberta

|
V

Kraj

     Na samym rogu tej starej mapy jest kraj, do którego tęsknię. Jest to ojczyzna jabłek, pagórków, leniwych rzek, cierpkiego wina i miłości. Niestety, wielki pająk rozsnuł na nim swą sieć i lepką śliną zamknął rogatki marzenia.
     Tak jest zawsze: anioł z ognistym mieczem, pająk, sumienie.

?

Po namyśle doszła jednak do wniosku, że zdjęcie raczej opiewa piękno tego, co stworzyło Boże stworzenie, niż wyraża smutek i nostalgię, i zdecydowała, że nie.

Kącik malkontenta: Przestań tracić nasz czas

W święto bł. Salomei, Dziewicy, A.D. 2014

Gdyby Witkacy odebrał niechciany telefon,
tak mógłby to odebrać
– takie przynajmniej wrażenie odniósł Sztukmistrz

– Halo?...
– Dzień dobry, czy rozmawiam z użytkownikiem tego telefonu?
– Oczywiście, że nie. Jak mogło w ogóle przyjść pani do głowy, że konwersację prowadzi z panią ktoś, kto używa tego telefonu? To jasne, że rozmawia pani właśnie z osobą, która z tego aparatu nie korzysta – można by odpowiedzieć...

[i dodać: Jeżeli potrzebowałbym skorzystać z waszej oferty, sam się do was zgłoszę. Tak, wiem o promocjach, bo mi bez przerwy wysyłacie SMSy, choć wcale o to nie prosiłem. Czy umawialiśmy się na rozmowę? Czy rozumie pani, że nie życzę sobie telefonów od waszej firmy? Czy pojmuje pani, że już o to prosiłem pani koleżankę i drugą koleżankę i jeszcze jedną, żeby już pod ten numer nie dzwoniły? Jak się pani zdaje, czy moje prośby odniosły skutek? Czy pojmuje pani, że w tej chwili oboje tracimy czas? Zdaje sobie pani sprawę z tego, że pani praca jest sztuczna, niepotrzebna, a nawet szkodliwa? Pani działalność nie przynosi dobrych owoców; zużywa tylko energię i powoduje nerwice. Zawraca pani ludziom głowę i, co gorsza, wie pani o tym. (Z przekąsem:) Życzę miłego dnia. (Kończymy rozmowę).]

...albo bezzwłocznie i stanowczo odłożyć słuchawkę, oszczędziwszy nieszczęsnej kobiecinie kazań (a sobie czasu), umieścić numer, z którego dzwoniła, na liście zakazanych, po czym przejść do działań konstruktywnych.

Mal Kontent

Krzyż

W XXIII Niedzielę po Zesłaniu Ducha Świętego, A.D. 2014

Fot. Paweł Antoniewicz

– Znałem kiedyś podobnego do ciebie człowieka – powiedział rozwlekle, irytująco monotonnie. – Człowiek ów…

– Nie ma na świecie podobnego do mnie człowieka! – krzyknął Lucyfer tak gwałtownie, że statek zadrżał cały.

– Otóż – ciągnął Michał – człowiek ten również twierdził, że godło chrześcijaństwa to symbol ciemnoty i braku rozsądku. Historyjka dość zabawna… Ona też jest doskonałą alegorią losu racjonalistów twojego pokroju. Człowiek ów zaczął od tego, że nie chciał widzieć krucyfiksu w swoim domu ani krzyżyka na szyi swojej żony, ani nawet na obrazku. Mówił – jak ty – że krzyż ma kształt dowolny i fantastyczny, że to dziwoląg, kochany za swoje paradoksalne cechy. Potem człowiek ten roznamiętniał się i dziwaczał coraz bardziej; burzył krzyże przydrożne, mieszkał bowiem w kraju katolickim. Wreszcie w straszliwym rozjątrzeniu wdrapał się na wieżę kościoła parafialnego i zerwał z niej krzyż, wymachując przy tym rękami i monologując namiętnie, wywyższony pod gwiazdami. W końcu, gdy pewnego letniego pogodnego wieczora wracał polną drogą ku domowi, szatański obłęd ogarnął go gwałtownie i omamił zmieniając w jego oczach świat. Człowiek ów przystanął na chwilę, żeby zapalić papierosa, i popatrzył na ciągnący się przed nim długi drewniany płot. Nagle doznał olśnienia. Nie błysnęło co prawda żadne światło, nie poruszył się żaden liść, lecz on, jak gdyby ktoś zaczarował mu wzrok, zobaczył w tym momencie, że płot to zastęp niezliczonych krzyży splecionych z sobą i biegnących przez wzgórza i doliny. Zakręcił więc młynka ciężką laską i ruszył jak na wroga. Na przestrzeni kilku mil wzdłuż całej drogi wiodącej go do domu połamał i powyrywał wszystkie kołki z płotów. Nienawidził bowiem krzyża, a płot jest ścianą z krzyży. Gdy dotarł do domu, był już całkowicie obłąkany. Usiadł na krześle, zerwał się jednak natychmiast, bo w stolarskich poprzeczkach dojrzał znów znienawidzone godło. Rzucił się na łóżko, ale zaraz uprzytomnił sobie, że ten mebel, podobnie jak wszystkie zmyślone ludzkie sprzęty, zbudowany jest na tej samej potępionej zasadzie. Porąbał własne meble, ponieważ składały się z krzyży. Spalił dom, bo i on zbudowany był z krzyży. Znaleziono go w rzece.


Gilbert Keith Chesterton, Kula i krzyż

Było ci malarzy wielu...

W święto św. Alberta Wielkiego, Biskupa, Wyznawcy i Doktora Kościoła, A.D. 2014


...ale tylko Jeden tak niebo uhaftował.

Fot. Paweł Antoniewicz

Zatruta biblia przyjaźni

W święto św. Jozafata, Biskupa i Męczennika, A.D. 2014

Rys. Sztukmistrz

Kto z nas nie marzył o rozmowie – takiej jak ta, którą prowadzi Mały Książę z Lisem? Rozmowie dwóch przyjaciół, rozmowie, która upewnia nas, że jesteśmy dla kogoś bliscy i ważni? Mały Książę, choć może tego dokładnie sam nie wiedział, szukał kogoś takiego jak Lis, szukał w całym Kosmosie. Podróżował. Jak Odyseusz? Jak Robinson? Jak Guliwer? Jak Kandyd?

Podróż Odysa była wielkim powrotem. Robinsona – przygodą i uwięzieniem. Podróże Guliwera to potworny kalejdoskop poznawczych dreszczy, których poszukuje człowiek nigdy niesyty wrażeń. I czarna księga, w której pisarz-ironista gromadzi argumenty oskarżenia przeciwko światu. Kandyda potworne wrażenia ścigają, choćby ich nie poszukiwał.

Mały Książę podróżuje trochę tak, jak podróżowali bohaterowie osiemnastowiecznych powiastek filozoficznych. Oni wyruszali w świat, by go wybadać, dowiedzieć się, jaki właściwie jest. Napotykali korowód figur ludzkich – groźnych, dziwnych, śmiesznych, biednych. Dziwili się. Trwożyli. Śmiali.

Podróżuje jak oni. Spotyka ludzi, którym inni nie są wcale potrzebni – Bankiera, Geografa. I takich, którzy potrzebują bliźnich, by mieć  kim rządzić albo żeby być przez nich podziwianym – Króla i Próżnego. I wcielenie wierności, która oślepła i straciła pamięć – Latarnika. I Pijaka, który się wstydzi, że pije – i pije, żeby zapomnieć, że się wstydzi – smutne wcielenie rozpaczy, to jest utraty nadziei, zagubionej w błędnym kole samoodurzenia i samoodrazy. A kiedy dotrze na Ziemię, ma ich wszystkich naraz – pomnożonych przez tysiąc, podniesionych do potęgi, bliskich i odległych jak inna galaktyka.

Mały Książę podróżuje jak oni – i zarazem inaczej. Chce wiedzieć, kim jest sam. Choć oczywiście także – czym jest świat i kim są ludzie. Uciekł. Z planety, gdzie był kochany. A w każdym razie potrzebny. Może to odkrył – właśnie w rozmowie z Lisem. Mały Książę w ogóle ucieka. Najpierw – od odpowiedzialności. Za swój mały świat. Za różę, którą oswoił, kiedy jeszcze nie wiedział, co to znaczy oswoić (pamiętamy: „stworzyć więzy”). Opuścił swoje księstwo. Abdykował? Czy zdezerterował?

Szuka szczęśliwych lądów. Tam chciałby ujrzeć świątynię przyjaźni. Czy odnajduje ją – w spotkaniach z Lisem? Ciekawe: w gruncie rzeczy nie wiemy, gdzie się one odbywają. Bo może to są spotkania ze snu. Idealne. A wokół nich – pustka. Zastępy królów, geografów, bankierów, pijaków. Tam, gdzie jest przyjaciel, bije źródło ciepła. Lis-przyjaciel, Lis-mędrzec uprzytamnia Małemu Księciu, kim można być dla bliskiej istoty. Może to dzięki niemu tytułowy bohater opowieści zrozumiał, że jest zdrajcą – bezskutecznie wyczekiwanym przez Różę, porzuconą w kosmicznej otchłani.

Ciepło odnalezionej przyjaźni chroni człowieka w Małym Księciu przed potwornym światem. Może nie ma nic wartościowego prócz tego ciepła? Może to za mało, żeby chcieć w tym świecie żyć? Tak chyba rozumuje bohater. Inaczej nie umawiałby się ze żmiją – litościwą szafarką ostatecznego zapomnienia. Pragnie ukąszenia. Ono ma mu zapewnić powrót do porzuconej ojczyzny. Powrót? Jak go rozumieć? Czy nie może powrócić tam żywy i na jawie? Tylko martwy lub we śnie?

Opowieść Saint-Exupéry’ego została osadzona na tyle mocno w logice snu, że nie sposób chyba rozstrzygnąć na pewno, co tu jest dosłownością, co metaforą, co właśnie sennym złudzeniem. Jednak jasne jest jedno: świat rozczarował bohatera. Rozczarował go na tyle, że Mały Książę nie chce żyć w świecie, gdy go już poznał. Mimo zyskanej przyjaźni; mimo stworzonych więzów. Może nie godzi się na więzy, które wydają mu się dziełem przypadku? Rozczarował się być może również do siebie. Czuje się winien? Wymierza sobie karę? Co ujrzał w spotkaniach z mieszkańcami odwiedzonych planet: portret strasznego świata – czy może swój własny portret? Dlaczego nie chce wrócić – i pielęgnować wulkanów i Róży?

Jakkolwiek odpowiemy na te pytania, ukąszenie żmii pozostanie faktem. W świecie Saint-Exupéry’ego jest miejsce na zachwyt czującą, bliską istotą. I na współczucie dla kogoś takiego jak my (czy nie o takim współczuciu mówił sto lat wcześniej Artur Schopenhauer, który w nim tylko – i jeszcze w kontemplacji sztuki – widział lekarstwo na bolesne poczucie bezsensu istnienia?). W świecie Saint-Exupéry'ego nie ma jednak nawrócenia. Pokuty. Przebaczenia i powrotu. Kto poznał ten świat, ten go nie chce znać.

„Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”. „Naprawdę poznaje się tylko sercem”. „Kiedy będziesz miał przyjść o czwartej, już o trzeciej zacznę odczuwać radość”. Kogóż te magiczne słowa nie porywały i nie napawały otuchą? To są naprawdę piękne słowa. Definicje naszych związków ze światem i z innymi ludźmi. A może tylko – definicje naszych marzeń o takich związkach?! Co czynimy, kiedy marzenia się nie spełniają? Gdy nie spełniają się same? Zmieniamy marzenia? świat? siebie samych? Przeklinamy marzenia? świat? siebie samych? Co w ogóle czynimy, kiedy odkrywamy, że świat nie jest taki, jaki powinien być?

Rycerze takiemu światu rzucali wyzwanie; asceci – ofiarowywali mu pokutę i modlitwę; romantycy chcieli go burzyć i w trzy dni budować na nowo; Norwid demaskował i napominał; pozytywiści zstępowali na dno i tam pracowali; Judym oczyszczał ten świat i leczył; święty Franciszek przytulał do serca, Baudelaire podziwiał w całej krasie jego potworności, grozy i zepsucia, Villon wydrwiwał, dekadenci sprzed stu lat i współcześni „poeci przeklęci” – przeklinali i opluwali...

Kto drwi ze świata, odpycha go lub z niego ucieka,  gdy widzi jego zło, nikczemność, zepsucie? Ten, kto nie chce lub nie czuje się na siłach świata zmieniać. Lub wcale nie wierzy, iż warto to robić. Kto nie stworzył więzów. Romantyzm ze swoją czcią dla duchowych głębi wyjątkowej jednostki zapowiedział ten gest: odepchnięcia świata. Dekadenci w młodopolskich opończach dodali doń kawiarniane i samobójcze rytuały. Dwudziestowieczny egzystencjalizm opatrzył pieczęcią filozoficznej rezygnacji. Gdy drwi ze świata i rozgląda się za sznurem albo żmiją smutny Pijak, możemy mu współczuć, lecz nie ufamy Pijakowi. Gdy sensowi świata przeczy mędrzec lub przyjaciel, chcemy mu odruchowo zaufać, bo ufa się mędrcom i przyjaciołom. Mały Książę nie jest „poetą przeklętym”, nie jest bywalcem średniowiecznych więzień jak Villon ani pijakiem jak Pijak... Jest dzieckiem napełnionym goryczą świata, które nie widzi w tym świecie miejsca dla siebie. Jest adeptem lisiej mądrości. I przyjacielem; wcieleniem marzenia o przyjacielu. I właśnie dlatego jest taki groźny. Bo komuś takiemu jak on się ufa.

Jego podróż kończy się wtedy, kiedy odkrywa on dar, jaki może otrzymać. Nie czuje się godzien daru (bo zdradził)? Dar go nie zadowala (bo sądzi, że przyjaźń, którą zyskał, jest tylko wyspą na pustyni chciwości, strachu i obcości)? Nie próbuje zmienić siebie. Nie próbuje zmienić świata. Choćby przyjmował dar, odrzuca zadanie. Dlatego Małemu Księciu ufać nie należy.

                                                                       Stanisław Falkowski

Do przyjaciół etatystów

W święto św. Stanisława Kostki, Wyznawcy, Patrona Polski, A.D. 2014

W ramach napoczętej już serii Na W(A)RIACKiCH papierach

Anarchia nie jest do zbawienia koniecznie potrzebna. Jest sprawiedliwa i jako podstawa ładu społecznego wynika bezpośrednio z przykazań Bożych, w szczególności piątego i siódmego.

Anarchię definiuję jako sposób życia ludzi, którzy za normę postępowania przyjmują aksjomat nieagresji, czyli zakaz inicjowania przemocy fizycznej lub grożenia taką przemocą, jak również zakaz oszustwa na szkodę osoby lub jej własności.

Do najbardziej rozpowszechnionych przeciwników zasady nieagresji należą państwa oraz ich funkcjonariusze. Zwolenników istnienia państwa nazywamy etatystami.

Osoby odrzucające zasadę nieagresji na gruncie intelektualnym (w praktyce wszyscy jesteśmy w większym lub mniejszym stopniu anarchistami, tylko niektórzy się do tego nie przyznają) używają nieraz wobec zwolenników wolności i odpowiedzialności argumentu: „Jeżeli nie podobają ci się przepisy państwowe, możesz wyjechać. Jeśli to państwo ci się nie podoba, wyprowadź się”.



Jeśli nie podoba ci się Imperium, wynoś się do innej galaktyki

Anarchista odpowie na to: „Dopóki nie inicjuję wobec nikogo przemocy, nic ci do mnie. Nie godziłem się dobrowolnie na żadną zależność od was i na przestrzeganie waszych przepisów. To nie ja powinienem się stąd wynosić. Nawet mi nie sugerujcie, abym opuszczał moją własność i zostawiał ją na waszą pastwę – to wy się wynoście!!!”. Może też dodać: „Żyję w mojej ojczyźnie w sensie jak najbardziej dosłownym. Miejsce, którego jestem właścicielem i którym się opiekuję, otrzymałem jako dziedzictwo po ojcu. Nie macie prawa żądać, abym opuszczał to, co jest moje, co stanowi moją odpowiedzialność i czego opuszczać nie chcę. Precz!”.

(W przypadku opornych stosuje odpowiednio ostrzejsze słowa i środki).

Zdrowy Wariat

KONKURS: Co to jest?

W święto świętych Benedykta, Jana, Mateusza, Izaaka i Krystyna, Pustelników i Pierwszych Męczenników Polski, A.D. 2014



Uznajemy odpowiedzi przesłane na nasz redakcyjny adres mailowy. Nagrody przewidziano dla wszystkich autorów poprawnych odpowiedzi; osoba, której mail z właściwym rozwiązaniem trafi do redakcyjnej skrzynki jako pierwszy, otrzyma nagrodę specjalną.
Zamknięcie konkursu nastąpi o godzinie 00:00 w święto świętej Elżbiety Węgierskiej, zaś ogłoszenie rozwiązania i wyników – wkrótce potem.

Mark Twain "Cena życia i śmierci"

W święto św. Marcina, Biskupa i Wyznawcy, A.D. 2014


Mark Twain ołówkiem Sztukmistrza

Gościnny przekład (specjalnie dla naszej strony): Łukasz Makowski


Przypomina mi się taka historia – dziewięć lat temu, gdy mieszkałem przy Tedworth Square w Londynie, do amerykańskich gazet wysłano telegram z wiadomością o mojej śmierci. Nie chodziło o mnie, ale o innego Clemensa [1], który już miał umierać, lecz akurat wtedy uniknął tego losu, stosując sztuczki lub inną metodę charakterystyczną dla plemienia Clemensów. Londyńscy przedstawiciele amerykańskich gazet zaczęli mnie stadnie nachodzić, trzymając w rękach przysłane ze Stanów telegramy i pytając o mój stan zdrowia. Wszystko było ze mną w porządku, a dziennikarze jeden po drugim okazywali swoje zdumienie i nieukontentowanie, widząc mnie palącego i zajmującego się lekturą we własnym gabinecie – i w charakterze doniesienia na skalę transatlantycką wartego tyle, co nic. Jeden z tych ludzi był uprzejmym, sympatycznym, poważnym i pełnym współczucia Irlandczykiem, który ukrywał swoje rozczarowanie najlepiej, jak umiał, próbował wyglądać na zadowolonego i poinformował mnie, że jego gazeta, „Evening Sun”, zawiadomiła go, iż w Nowym Jorku doniesiono o mojej śmierci.

Co powinien zatelegrafować w odpowiedzi? Odpowiedziałem: „Niech pan napisze, że te doniesienia są przesadzone”.

Nie uśmiechnął się ani na chwilę, ale pełen powagi wyszedł i wysłał telegram dokładnie tej treści. Świat przyjął z sympatią moje słowa, które do dziś pojawiają się niekiedy w gazetach, gdy nadarza się okazja do zdementowania przesadzonej wiadomości.

Kolejny gość także był Irlandczykiem. Trzymał w ręku telegram od swojej nowojorskiej redakcji – „New York World” – w tak widoczny sposób usiłując ukryć treść depeszy za sztuczną delikatnością i łagodnymi słowami, że pobudził moją ciekawość; chciałem zobaczyć, co tak naprawdę napisano w telegramie. Więc gdy nadarzyła się okazja, rzuciłem umiejętnie okiem i poznałem jego treść.

Telegram brzmiał: „Jeśli Mark Twain umiera, przyślij artykuł na pięćset słów. Jeśli już umarł – na tysiąc”.

Anegdota datowana na 3 kwietnia 1906 r.

___
PRZYPIS

[1] Mark Twain naprawdę nazywał się Samuel Langhorne Clemens.


Tłumaczenie na podstawie: Your Personal Mark Twain, Berlin 1973, s. 223–224.

Czekając na Eleutherosa

W rocznicę konsekracji Bazyliki Najświętszego Zbawiciela na Lateranie, A.D. 2014


Buszujący w kukurydzy
(fot. Paweł Antoniewicz)


Gościnny wpis Łukasza Kowalskiego

Z jednej strony mówi się, że w internecie nic nie ginie. Raz opublikowany materiał często zaczyna żyć własnym życiem – kopiowany, polecany, linkowany. Autor stara się natrudzić przed umieszczeniem swojego dzieła w sieci; wie, że po udostępnieniu go internautom w jakiś sposób utraci nad nim kontrolę. Jeśli w ogóle będzie w stanie dokonywać jakichś korekt w oryginale, rozpajęczona po necie wersja pierwotna znajduje się już poza jego zasięgiem.

Z drugiej strony internetowe szczeliny pamięci pożerają wybrane materiały do szczętu. Taki los spotkał blog Eleutherosa pod tytułem How Many Miles to Babylon. Pewnego pięknego dnia znikł. Nie ma. Jak kamień w wodę.

Eleutheros, niezależny rolnik z Appalachów, napisał m.in. tekst pod tytułem Początek mądrości. Autor zaobserwował, że prawdziwe bogactwo i zabezpieczenie majątkowe stanowi to, co możemy bezpośrednio wykorzystać do uczynienia naszego życia praktyczniejszym i piękniejszym. Ziemia, którą uprawiamy. Nasz dom. Owoce zrodzone przez nasze drzewa. Narzędzia, którymi się posługujemy. Meble, które skonstruowaliśmy.

Tytułowy początek mądrości Eleutheros utożsamia z chwilą, gdy zdał sobie sprawę, że złoto – tak wychwalane przez wielu zwolenników libertarianizmu – to również pewien środek zastępczy; owszem, wygodny jako waluta, pewniejszy niż papierki emitowane przez współczesne banki – niemniej nadal zastępczy. Złotem się nie najemy i raczej nie zbudujemy z niego domu. Typem własności, która zapewnia dużo większy stopień zdrowo rozumianej autonomii, są dobra namacalne, gotowe do bezpośredniego zastosowania: strumień, łopata, traktor, kamieniołom, stado krów.

Współcześni domorośli architekci nowego porządku światowego chcieliby niezależnych rolników przedzierzgnąć w zarządców latyfundiów skoncentrowanych na wytwarzaniu jednego rodzaju produktu; rolników, którzy po chleb i mleko jadą do sklepu – i w tym sensie od sklepu zależą. Wyłączyć im prąd, odciąć od konta bankowego i stacji benzynowej – leżą i kwiczą (niczym prosięta, których w ich zagrodzie również nie uświadczysz).

Łukasz Kowalski

Nazywam się Bond. James Bond. James Bond. James Bond. James Bond. James Bond. James Bond. James Bond. James Bond. James Bond. James Bond. James Bond. James Bond. James Bond. James Bond. James Bond. James Bond. James Bond. James Bond. James Bond. James Bond. James Bond. James Bond. James Bond. James Bond. James Bond.

We wspomnienie Najświętszej Maryi Panny w sobotę po XXI Niedzieli po Zesłaniu Ducha Świętego, A.D. 2014


Pierce Brosnan według Sztukmistrza

W tak zwanym „świecie ciągłej zmiany” oglądamy po raz n-ty tego samego Bonda. Choć gra go inny aktor, a film nosi inny tytuł, utrzymane w podobnym stylu sensacyjne zdarzenia, kąśliwe komentarze, szykowne pojazdy, kobiety i gadżety stanowią nieodłączną scenerię przygód 007. Czyżby świadczyło to o tym, że w gruncie rzeczy jesteśmy tradycjonalistami?

F.L.Z.F

"Captive Market" Philipa K. Dicka

W czwartek po XXI Niedzieli po Zesłaniu Ducha Świętego, A.D. 2014


Grafika inspirowana opowiadaniem Dicka, którego na polski chyba jeszcze nie tłumaczono. Tytuł można by przełożyć jako "Zniewolony rynek".

Projekt: Sztukmistrz

Podróży z kaczką część pierwsza: Ex-Cathedra

W środę po XXI Niedzieli po Zesłaniu Ducha Świętego, A.D. 2014 


Tak, zgadłeś. To będzie rzecz o tym, że stoję wyżej. Wyżej od Ciebie, który teraz czytasz te słowa. Ale żebyś nie poczuł się ani pomniejszony, ani, kiedy już wyjaśnię istotę dzielącej nas różnicy – nazbyt spokojnie, dodam, że i ja, pisząc te słowa, czuję się jakby trochę mniejszy: jak książka wciśnięta na najniższą z półek regału; tam, gdzie trzyma się zwykle komiksy lub prasę.
Uczucie podobne do tego, które towarzyszy człowiekowi, gdy chodzi, a chciałby latać, chciałby iść, a musi stać. Irytacja będąca rezultatem uświadomionej niemożności. Bezradność.
Tak, bo cały ten wewnętrzny dialog pomiędzy mną a Tobą jest (i pozostanie zapewne) zaledwie próbą odmalowania pewnego stanu ducha.

I cały dramat, że możemy się minąć, zasadza się na tym, że próbuję opowiedzieć Ci o czymś, co dane jest człowiekowi wyłącznie w doświadczeniu. Więc wyobraź sobie jeźdźca, oglądającego krajobraz z wysokości siodła. Pokonując tę samą drogę na piechotę, pozbawiony będziesz pewnej dynamiki, jaką niesie ze sobą oglądany widok, ekspresji, z jaką otaczające Cię przedmioty oddziałują na Ciebie.
Na przeżycia, które przywiodły mnie w okolice tego przyjaznego bloga, składa się jeszcze jeden element, najważniejszy i zapewne dlatego najtrudniejszy w opisie.
Słowo pisane nie posiada bowiem tego waloru, co język żywy, gdy mowa wzbogacona jest gestami, twarz – mimiką, słowem, ekspresją bliską grze aktorskiej.
Pozwól zatem, że przywołam na pomoc kogoś, kto w sposób prawie genialny i wzbogacony historyczną wiedzą opowiedział o tym wszystkim prosto i prawdziwie, tak, że piękniej już się chyba nie da.
Georges Duby, bo o nim tu mowa, pisze w Czasach katedr:
„Przychylność monarchii i kleru nadała sztuce Francji piętno pogody. Powoli nauczyła ją uśmiechu, obdarzyła ją wyrazem radości. Że zaś sama osoba króla zespala w sobie ściśle sacrum i profanum i dokonuje cudownego połączenia tego, co doczesne z tym, co ponadczasowe, radość ta nie jest jedynie ziemska.
Sztuka katedr pełnię swą osiąga w głoszeniu chwały Boga Wcielonego i wyrażaniu spokojnego zespolenia Stwórcy z tym, co stworzył. W ten sposób przenosi się [ona] w sferę przeżyć ponadzmysłowych i rzeczywiście sakralizuje radość życia, jakiej doznawali rycerze galopujący wśród kwiecistych łąk i żniwnych pól i tratujący je beztrosko.”



Nie pamiętam chwili, kiedy zeskoczyłem z wirtualnego siodła literackich uniesień. Wiem tylko, że od momentu, gdy już jako „duży chłopiec” wsiadłem na rower, zacząłem rozglądać się za możliwością realizacji pomysłu, który wcześniej, z wielu powodów, jawił mi się jako leżący poza granicami moich możliwości.
I gdy tylko nadarzyła się sposobność, gdy wszystkie elementy planu „ułożyły się i weszły” na swoje miejsce, pomknąłem przed siebie za nic mając napotykane po drodze przeszkody. I tak od kilku lat co roku wyprawiam się w kolejną podróż, powodowany wciąż tym samym pragnieniem: ujrzeć na własne oczy francuską katedrę, ten dom Boga na ziemi, przedsionek niebieskiego Jeruzalem.
By doświadczyć...

To właśnie katedrę gotycką chcielibyśmy ukazać tu w całej jej krasie. W jej (prawie) niepoliczonej liczbie odsłon.
Po co?
Choćby po to, by odwzajemnić to pierwsze spojrzenie, które rzuciła ona w moją stronę, sprawiając, że za Księciem poetów mogę powiedzieć: „uwiodła mnie na zawsze i bez wybaczenia”.
Katedra. Gotycka, francuska, królewska.

Tekst i zdjęcia:
Paweł Schulta


Miast facjat...

W święto św. Karola Boromeusza, Biskupa i Wyznawcy, A.D. 2014


...obrazek, który pozwala wytchnąć oku (taką przynajmniej nadzieję żywi redakcja).

W metrze, w café*, na ulicy

Stręczą nam się politycy

Skoro ich podrasowane dla potrzeb publicity twarze wypadają na plakatach tak fatalnie, jak okrutna musi być rzeczywistość! (Tak, wiem, na zdjęciach wielkoformatowych podobno każdy wypada gorzej. Mimo wszystko – bez przesady).

Napisał i sfotografował: Paweł Antoniewicz

_____

* Tak, zdarza się, że obsługa lokalu wykłada na stoliki ulotki wyborcze. U kaduka, nawet przy kawie muszą nas te zakazane gęby prześladować?!

Dwadzieścia cztery potwory, czyli: poeta barokowy nie zabawiał się w „Halloween”

We Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych, A.D. 2014

Rys. Sztukmistrz

Chociaż od przeraźliwych efektów bynajmniej nie stronił.

     Daniel Naborowski
     NA TOŻ (KRÓTKOŚĆ ŻYWOTA)

     Dzień jeden drugi goni i potem zostawa
     Tam, skąd wiek wszytkokrotny odwrotu nie dawa.
     Żaden dzień i godzina bez szkody nie bywa
     Człowieku, który ze dniem zarówno upływa.
     Karmia byt nasz godziny, która leci snadnie;
     Więcej się ten nie wraca, kto z regestu spadnie;
     Już w nocy wiekuistej sen przyjdzie spać twardy.
     Na to masz zawsze pomnieć, o człowiecze hardy:
     Dwakroć żyje, kto żyjąc umrzeć się gotuje;
     Umiera dwakroć, kto się śmiertelnym nie czuje.

Ileż ruchu w tym wierszu! Nieskończony korowód dni, z których każdy „goni” w ślad za poprzednim, przesuwa się przed naszymi oczami, by zapaść w przeszłość, skąd nie ma powrotu. I człowiek „upływa” tak samo nieodwołalnie jak czas mijającego dnia. Poeta nasyca konwencjonalny obraz upływającego czasu konkretem: sugerując widok jakiegoś naczynia, z którego wypływa woda, aż się do dna wyczerpie. Tak upływają chwile naszego życia, aż wyczerpią się wszystkie i staniemy na progu „twardego” snu (Naborowski niewątpliwie zapożyczył to przejmujące określenie z Trenu VII, przekonany, jak tylu poetów swojej epoki, że na próżno szukałby trafniejszego). Rzeka czasu niesie każdego z nas do chwili, w której u bram wieczności każdy ze śmiertelnych „spada” „z regestu” – znika ze spisu żywych.

Naborowski radzi, by o tej chwili bez ustanku pamiętać:

     Na to masz zawsze pomnieć, o człowiecze hardy:
     Dwakroć żyje, kto żyjąc umrzeć się gotuje;
     Umiera dwakroć, kto się śmiertelnym nie czuje.

Ale nie tylko radzi. Również straszy – jeszcze jednym obrazem, ukrytym w niepozornym zdaniu:

     Karmia byt nasz godziny, która leci snadnie;

Nasz byt, nasze ludzkie istnienie jest „karmią” (pokarmem) „godziny, która leci snadnie”. Każdego więc z nas każdego dnia pożerają dwadzieścia cztery godziny – dwadzieścia cztery potwory!

Współcześni malarze surrealiści lub twórcy filmowych „horrorów” doprawdy mieliby się czego uczyć od barokowego poety. On jednak nie straszył dla rozrywki. Nie chciał swoją sztuką bawić publiczności, lecz ratować dusze.


Stanisław Falkowski