Bruce Marshall "PIĘKNA OBLUBIENICA" (5)

-----------------------------
Wirtualne Wydawnictwo WiWo szuka realnego (papierowego) wydawcy niniejszego tekstu, który byłby gotów wynagrodzić godziwą zapłatą osoby, które przyczyniły się do jego powstania. Zainteresowanych prosimy o kontakt mailowy na adres
 wirtualnewydawnictwowiwo[malpa]gmail.com
-----------------------------



5

Znowu nastało lato, ale parowce nie przecinały już zatoki; paliwo, którego używały, zarekwirowano do wykorzystania w rozklekotanych samolotach sprowadzonych z Francji. Tylko morze nadawało krajowi pozór pewnej nieprzemijalności. Don Arturo widział całkiem spory fragment morza z małej sali wykładowej na najwyższym piętrze hotelu María Cristina, który pełnił teraz funkcję kwatery głównej Servicio de Información Militar1. Widok z okna był dla niego wynagrodzeniem za widok znudzonych twarzy milicjantów, którym wyjaśniał zasady materializmu historycznego.
– To naprawdę zupełnie proste – podsumował. – Nawet pozornie duchowe rzeczy mają materialne przyczyny. W renesansowej Wenecji kwitło malarstwo, ponieważ do portu przywożono bogactwa, którymi opłacano tę sztukę. Na wybrzeżu bretońskim kościoły są liczniejsze niż w innych miejscach Francji; nie ze względu na większą pobożność Bretończyków, ale dlatego, że rybacy bali się fal. David Hume miał rację: jedyny cud to cud porządku. – Czerwone chusty opasujące szyje milicjantów to było wszystko, czym błyszczeli; równie dobrze mógłby im mówić, że ubodzy w duchu i cisi są błogosławieni. – Niemniej cel naszej rewolucji jest materialny tylko na tyle, na ile przeszkody na drodze do szczęścia ludzkości są materialne.
Zazwyczaj nie padały żadne pytania, ale dziś podniósł się jeden milicjant.
– Czy maklerzy zarabiają więcej pieniędzy od bankierów? – zapytał.
– Zazwyczaj nie.
– Dlaczego zatem maklerów zamknięto w więzieniach jako wrogów ludu, a bankierom pozwolono pozostać na wolności?
– To ze względów praktycznych. – Gdy dawał to wyjaśnienie, które usłyszał od Alfonsa Botargasa, wydawało się, że znowu stoi na kazalnicy, broniąc trudnego tekstu. – Rewolucja nie może się udać, jeśli nie uzyskamy pieniędzy z zagranicy. Bankierzy to jedyne kanały, którymi te pieniądze mogą przepłynąć. Gdy rewolucja się powiedzie, banki będą należały do ludu.
– Co ty powiesz...? – zapytał retorycznie mężczyzna, aby zaznaczyć, że to go nie przekonuje. W tym jednym ćwiczeniu umysłowym milicjanci wykazywali biegłość: w uznaniu własnej chciwości, którą słusznie skądinąd przypisywali swoim przełożonym. Niestosowne odgłosy, które wydawali, opuszczając z szuraniem salę i wychodząc na korytarz, przypominały Don Arturowi wiernych, wypuszczonych z kościoła po kazaniu na temat apokalipsy. Karol Marx potrafił nudzić tak skutecznie jak święty Jan Ewangelista.
Gdy wrócił do biura, zauważył, że Consejero Ayudante zaznaczył dla niego akapit w Hoja del Lunes2: „Pensje wypłacane obecnie personelowi należącego poprzednio do faszystów hotelu María Cristina stanowią przykład dla krajów plutokratycznych. Cztery compañeras sprzątające toalety zarabiają teraz tyle samo, co kierownik hotelu, i nie muszą już czekać w kolejce na napiwki od reakcyjnych kapitalistów, opróżniających pęcherze wypełnione szampanem wyssanym z wnętrzności robotników”. – Ksiądz uśmiechnął się gorzko. Nowi pismacy mieli taki talent do zabijania słów, jak starzy. Reszta gazety, zapełniona nużącą agitacją wojenną, wyglądała na napisaną tym samym kwiecistym stylem.
Oficjalny komunikat na bieżący dzień, który czekał na angielskie tłumaczenie dla zagranicznych korespondentów, czynił wojnę tak martwą, jak tych, których zabijała:
„Polegając na przewadze środków materialnych, najeźdźcy i hiszpańscy buntownicy kontynuowali atakowanie naszych pozycji, wspierani nieustannie przez włosko-niemieckie siły powietrzne. Nasze oddziały dzielnie się opierały i zadały nieprzyjacielowi ciężkie straty.
Nasze siły zostały ponownie zmuszone do skorygowania swoich pozycji na niektórych odcinkach”.
Botargas wszedł, gdy Don Arturo kończył tłumaczenie.
Salud – pozdrowił go. – I jak poszedł wykład? Wbiłeś coś do tych zakutych łbów?
– Nie sądzę. – Choć Don Arturo wciąż bał się Consejera, zaczął go lubić za szczerość.
– Miłość i cierpliwość, prawda? Wciąż w to wierzysz?
– Są bardziej potrzebne niż kiedykolwiek. – Don Arturo powtórzył pytanie o bankierów, które mu zadano, a potem dodał, że słyszał, iż członkowie milicji domagają się od bogatych właścicieli gospodarstw okupu w zamian za ochronę ich posiadłości. – Robią to wszyscy – powiedział. – PC, UGT, CNT, POUM, FAI3, nawet asturyjscy dynamitardzi4. A jeśli ofiara nie ustępuje, wyciągają ją z łóżka w środku nocy, wywożą ciężarówką i zabijają.
– Wiem. Ale musisz pamiętać o dawniejszych prowokacjach. Nie wolno ci zapominać, że ceną za hispano-suizy były dzieci umierające w slumsach na gruźlicę. A fakt, że niektórzy ludzie partaczą sprawę niewiary, nie czyni samej sprawy niesłuszną. Przynajmniej w ten sposób wy, duchowni, zwykliście bronić jeszcze większego rozgardiaszu, jakiego narobiliście z chrześcijaństwem. W każdym razie, me cago en sus madres5.
Don Arturo wciąż czuł niepokój, gdy Botargas wyrażał się wulgarnie.
– Większego rozgardiaszu? Być może. Ale czy komunizm nie odnosi większych sukcesów tylko dlatego, że mówi „będziesz miał” zamiast „nie będziesz miał”?
Ale Consejero Ayudante już pochylał się nad komunikatem.
– Nic nie powstrzymuje tych świń, co? Szkoda, że nie mamy tego palca.
Od czasu do czasu Botargas mówił w ten sposób i wtedy ksiądz zawsze się bał. Mimo życzliwości Consejero, Don Arturo nigdy do końca nie wiedział, jakie ma u niego notowania i czy Consejero wciąż nie podejrzewa go o to, że wie, co stało się z relikwią. Jak zwykle spróbował zbyć nieprzyjemny komentarz w żartobliwy sposób:
– Dobrze, że Azaña ani Companys nie słyszą, jak mówisz w ten sposób.
– Ciało Lenina stało się talizmanem, nieprawdaż? I nie byłoby tak trudno udowodnić, że święty Jan od Krzyża był komunistą. Im silniejsze światło, tym chętniej głupcy podążą w ciemność. I nie zapominaj o piątej kolumnie wśród nas. Nie potrzeba wiele, aby powstała przeciw nam, gdyby dotarło do powszechnej wiadomości, że nie mamy palca.
W dole na ulicy mignął w jednej ze swoich wielu codziennych podróży na cmentarz miejski karawan. Z wysokości okna nagie zwłoki leżące w odkrytej trumnie wyglądały jak lalka w kartonowym pudełku. Nie było żałobników ani księdza. Nie było żadnej nadziei, żadnej rozpaczy, żadnej tajemnicy. Wszystko było proste i jasne: życie coś znaczyło tylko dlatego, że nie znaczyło nic.
– Ale nie dotarło to do powszechnej wiadomości.
– Na razie nie mamy do czynienia z niczym ponad propagandę szeptaną. Ale propaganda szeptana może prędko przerodzić się w propagandę krzyczaną. A stąd już mały krok od żądania „Broń i samoloty dla hiszpańskich republikanów” do „Palec świętego Jana od Krzyża dla hiszpańskich republikanów”. – Botargas popatrzył księdzu w oczy; przy jego nowym garniturze garnitur Don Artura wyglądał jak gałgan. – Jesteś ze mną szczery, prawda, Arturo? Naprawdę nie wiesz, gdzie jest ten palec?
Ksiądz pokręcił głową.
– A kanonik Rota y Musóns? Też nic o nim nie wiesz?
– Nic.
Consejero poklepał księdza po ramieniu.
– Niech cię licho! Ale ufam ci, Arturo. A czasami myślę, że cię kocham. Ale jeżeli kiedykolwiek złapię cię na tym, że mnie oszukujesz, nie poprzestaniemy na wstrzyknięciu ci w żyły terpentyny. – Wyciągnął z portfela kilka banknotów. – To twoje tygodniowe zarobki. Dwadzieścia duros. Tyle samo, co compañeras sprzątające szalety, które trzęsą podstawami Rzeszy Hitlera. Nie wydaj wszystkiego na jedną dziwkę. Uníos, hermanos proletarios6. – Wyszczerzył zęby w uśmiechu i wyszedł z pokoju.
Gdy Don Arturo skończył pracę, przeszedł między grupkami uzbrojonych milicjantów włóczących się po korytarzach. Nigdy nie lubił mijać milicjantów. Ich prostackie twarze, ich przekleństwa i pistolety za pasem utrudniały mu uwierzenie w czystość rewolucji. Rzeczywistość była tak inna od śmiałych słów wypowiadanych przez radio. Patrzenie na milicjantów było jak przyglądanie się kanonikom śpiewającym nieszpory.
Konsjerż wciąż siedział przy biurku, umiejętnie nadskakując compañeros. Posłał księdzu wyrachowany uśmiech. Za jego biurkiem wisiało ostrzeżenie:

wróg nasłuchuje.
milicjancie, nie ufaj nawet
własnej rodzinie.

Tramwaje, pomalowane przez anarchistów na czerwono i czarno, wciąż kursowały w górę i w dół Paseo, teraz zwanego Paseo de Rusia. Papierowe paski przyklejone na szybach dawały wrażenie, jakby domy leczyły swoje rany7. Na biegnącym środkiem chodniku przemykali chyłkiem niechlujni pieszy, nękani przez niechlujnych milicjantów, którym rozkazano zlikwidować estraperlo8. Wyglądało na to, że niektórzy przechodnie celowo nie noszą kołnierzyków ani krawatów, a w oczach większości – poza uzbrojonymi i brzęczącymi swoim uzbrojeniem milicjantami – widniała niedola prześladowanych. Tu i ówdzie elegancka młoda kobieta z ustrojonymi ekstrawagancko pośladkami wywoływała gniewne spojrzenia tych, którzy podejrzewali, że zachowała swoje przywileje w zamian za przespanie się ze zbirami z Checas9. – Mam do oddania miód w zamian za maść na świerzb – wyszeptał starszy człowiek, przysunąwszy się ukradkiem do księdza. Don Arturo z poczuciem smutku minął tego człowieka; za rządów miłości nie dało się pomóc Chrystusowi łaknącemu, Chrystusowi pragnącemu.
Na Avenida del Sol kursowały tylko czarne i czerwone tramwaje, jeśli nie liczyć pojawiającego się od czasu do czasu samochodu wojskowego wiozącego jakąś szychę z Federación Anarquista Ibérica albo Unión General de Trabajadores. Ze względu na kolejki na zewnątrz sklepów spożywczych kawiarniane tarasy wyglądały na bardziej zatłoczone niż w rzeczywistości. Przed mleczarniami stały dwójkami rzędy pustych baniek. Na plakatach Stalin i Largo Caballero10 zastąpili Marlenę Dietrich i Joan Crawford, a w witrynach złotników w miejsce figurek przedstawiających Mały Kwiatek11 ustawiono La Pasionarię. Na kioskach wisiały plakaty z czołgami miażdżącymi biskupów. W poprzek ulicy na transparentach wisiały hasła:

walcz w dobrych zawodach o komunizm
który oswobodzi hiszpanię

zaciągnij się do chłopskiej i robotniczej
milicji antyfaszystowskiej

tylko jedna kula na pięć tysięcy
rani lub zabija ale
pluton egzekucyjny nigdy nie chybia
gdy strzela do dezertera

Ludzie przetasowywali się pod transparentami, jakby były zwykłymi czytankami; nowy świat stał się czymś, do czego się przywykało.
Gdy Don Arturo dotarł do portu, Soledad czekała na niego na nabrzeżu. Miała na sobie kapelusz, którego wcześniej nie widział, a jej biała suknia odbijała się w czarnej aksamitnej wodzie jak kwiat.
– Co się stało? – zapytała. – Jestem przed czasem, czy ty się spóźniłeś?
– Myślę, że przyszłaś przed czasem – odpowiedział. Przede wszystkim nigdy nie przychodziło mu łatwo rozmawiać z nią. Gdyby znajdowała się w grupie innych młodych dziewcząt, może byłby w stanie razem z nią żartować. Sam na sam z jej drobną twarzą był świadom własnej brzydoty. – A Mercedes?
– Z Mercedes wszystko w porządku. Przesyła ci pozdrowienia.
Stała tak, a lekki wiatr poruszał jej suknią. – Podobam ci się w tym kapeluszu?
Muy mona. Muy guapa.
– Cieszę się, że ci się podoba. W którą stronę dziś pójdziemy?
Don Arturo nie lubił rozmawiać z Soledad w kawiarniach, bo milicjanci się gapili. Poszli więc tą co zwykle drogą na plażę, między magazynami, mijając sterty niesprzątniętych śmieci i kolejne fotografie wąsów Stalina.
– W przyszłym tygodniu możesz przyjść i zobaczyć, jak tańczę – powiedziała. – Występuję teraz zarówno po południu, jak i wieczorem.
– Nawet popołudniami mam bardzo niewiele czasu, wiesz.
– Nie chcesz zobaczyć, jak tańczę? Większość mężczyzn uważa, że wyglądam bardzo ładnie, kiedy tańczę.
Czasem zastanawiał się, dlaczego wciąż się z nią spotyka, skoro była taka głupia. Czy mógł żywić nadzieję, że spowoduje, aby miała właściwe spojrzenie na rewolucję?
– Kubańscy chłopcy? – zapytał i to od razu zabolało. – Czy wciąż spotykasz się z wieloma?
– Teraz z milicjantami, a oni nawet lepiej płacą. – Ze zdumieniem zauważył, że Soledad wciąż wyglądała słodko.
– Nie lubię, gdy tak mówisz – powiedział.
– Nie powiedziałam, że z nimi chodzę, prawda?
– To skąd możesz wiedzieć, że płacą lepiej niż Kubańczycy?
– Nie powiedziałam, że Mercedes z nimi nie chodzi, prawda? – Wyglądała w swojej miękkiej białej sukni tak przesadnie wstydliwie, że zdawało się, iż cała jest z muślinu.
– O ile ty z nimi nie chodzisz. To dlatego daję ci to, co mogę, z mojej pensji. A ty masz swoją. Nie potrzebujesz robić takich rzeczy.
– Nie?
– Soledad, przysięgnij mi, że mówisz prawdę. – Zatrzymał się i dokładnie w chwili, gdy świetnie można ich było widzieć z przejeżdżającej właśnie ciężarówki pełnej anarchistów, chwycił ją za ramiona. – Przysięgnij, że nie chodzisz z tymi świniami z UGT.
– Przysięgam, że chodzę tylko ze świniami z CNT.
– Soledad, proszę.
– Przysięgam, że nie chodzę ze świniami z UGT, ani z CNT, ani z FAI, ani z PC, ani z POUM. Ale nawet gdybym z nimi chodziła, też przysięgłabym, że tego nie robię. Jesteś taki głupiutki, sabes.
– Ale nie chodzisz z nimi?
– Pewnie, że nie chodzę.
Bardziej niż kiedykolwiek nie wiedział, czy Soledad kłamie, czy mówi prawdę. Odsunęła od niego swoją twarz w taki sposób, że widział tylko niewielki płatek jej ucha wyglądający zza włosów. Gdy nań patrzył, trochę łatwiej przychodziło mu uwierzyć Soledad. Jej ucho i włosy były święte w swoim bezruchu. Jej suknia, rozspostarta na tle morza jak żagiel, również była święta.
– Zdaje mi się, że śledzi nas jakiś człowiek – powiedziała.
– Prawdopodobnie asturyjski dynamitard, któremu się podobasz. – Don Arturo nie czułby się tak pewnie, gdyby nie pracował dla Servicio de Información Militar. Życie w mieście nie było obecnie łatwe dla nikogo. Co noc zdarzały się naloty na domy podejrzewanych o bycie wrogami ludu, a w dzień zmotoryzowany patrol anarchistów spadał jak sęp na każdego, kto wyglądał jak ksiądz lub arystokrata; jeśli nie zapłacono okupu, rewizje te kończyły się śmiercią. To była ta strona rewolucji, do której Consejero Ayudante nigdy nie zdołał przekonać Don Artura.
– Jest bez munduru – powiedziała Soledad. – Skręćmy i zobaczmy, czy wciąż za nami idzie. Tak dla żartu.
Skręcili w dół w parszywą ulicę pełną kobiet czekających przed zamkniętymi sklepami rzeźnickimi.
– Oż ty w życiu! Wciąż nas śledzi.
– Bzdura. Nikt nie może nas śledzić.
Poza hasłami na Avenida de la Libertad nie zmieniło się nic: ci sami bezbarwni mężczyźni i kobiety przemieszczali się w niewidzialny sposób ku śmierci, naznaczeni na skroniach i oczach smutkiem, który, jak się zdawało, próbowali zrozumieć.
– Nie ma już po nim śladu – powiedziała Soledad, gdy wrócili na Paseo del Puerto.
– A nie mówiłem?
– Masz na myśli, że nikt nie śledziłby mężczyzny takiego jak ty?
– Mam na myśli, że nikt nie śledziłby dziewczyny takiej jak ty, gdy jest z mężczyzną takim jak ja.
Oboje się zaśmiali. Gdy minęli już magazyny, zatrzymali się, aby popatrzeć na morze, lśniące w zachodzącym słońcu i rozciągające się aż do poszarpanego brzegu Włoch. Na horyzoncie chmury przybrały kolor czerwony, żółty i bladozielony. Morze pozostało niewzruszone, mimo że tyle już widziało.
– To dziwne, ale tylko smutne rzeczy są naprawdę piękne – powiedział ksiądz. – Galeony przypominają dawne modlitwy; nigdy nie mogą całkiem powrócić. – „A nawet rzeczy wesołe stają się smutne w miarę jak się zacierają” – tego już nie powiedział. Suknia Soledad była piękna, bo trzepocząc odchodziła do historii. Świat był zwierciadłem, które potrafiło zatrzymać tylko jedno odbicie naraz.
– Myślisz, że dotrą tu wkrótce? – Oczy Soledad były tak poważne, że ksiądz prawie wybaczył jej, że nie rozumie, o czym mówił.
– Nie wiem. – Codziennie pojawiały się pogłoski, że miasto zostanie zbombardowane, ale dotychczas niemieckie i włoskie samoloty nie pojawiły się w zwierciadle. Ksiądz pomyślał, że niemieckie i włoskie samoloty muszą być dla Franco tym, czym Checas były dla Azañy. Czy też stałyby się piękne, gdyby czas zatrzymał je w zwierciadle na chwilę?
– Będziesz się bał, kiedy przyjdą? Myślę, że ja bardzo będę się bała.
– Nie wolno ci się bać. Musisz mówić sobie, że będziesz cierpiała za nową Hiszpanię. – Te słowa brzmiały okropnie, jak te wydobywające się z radia, lecz Don Arturo nie umiał znaleźć innych.
– Milicjanci nie cierpią za nową Hiszpanię. Dlaczego ja powinnam?
– Ci, którzy walczą na froncie, cierpią. Wobec innych musimy być cierpliwi. – To była powtórzona po raz kolejny stara śpiewka niegodnego księdza. – Oni bez świadomości czynią dobro, to wszystko.
– Milicjanci nie żyją z dwudziestu duros przez tydzień. Tyle dają Mercedes za jedną noc.
– Ale sam Azaña powiedział…
– Nie obchodzi mnie, co powiedział Azaña. Mam swoje zdanie.
– To główna przyczyna naszych kłopotów: ludzie, którzy mają swoje zdanie. – Zapadała granatowa noc, a morze stapiało się z niebem, księdzu zaś łatwiej było mówić teraz do Soledad, gdy nie widział jej już wyraźnie. – Ale tylko im się wydaje, że myślą. Ich odwaga to zbyt mało, aby zmierzyli się z niewygodną świadomością, że ich myśl ma jakiekolwiek znaczenie tylko wtedy, gdy zdadzą sobie sprawę, że oni sami nic nie znaczą. Czy w kosmosie, który zawiera prawdopodobnie tyle wszechświatów, ile słońce ma satelitów, jednostka może mieć w ogóle jakieś znaczenie? – To była najdłuższa przemowa, jaką kiedykolwiek do niej wygłosił. – Potrzebujemy pokory zanim będziemy mogli być dumni – zakończył.
– A ja wciąż mam swoje zdanie – powiedziała Soledad. – Milicjanci to nic dobrego. –Jasne jednak było, że nie interesowało jej to, co mówił Don Arturo, a jej uroda powodowała, że słabość Soledad wydawała się taką siłą, iż ksiądz niemal wstydził się swojej wiedzy.
– Dając przykład, możemy uczynić ich dobrymi – powiedział.
– Wciąż mówisz jak ksiądz – odparła. – Księża to też nic dobrego. Mówią o dobrym przykładzie, ale sami dają zły. Na tym podłym świecie nikt nigdy nie może uczynić nikogo innego dobrym.
Za ich plecami nieoświetlone miasto było kupką blanków na tle zielonego nieba. Księżyc nadawał morzu wygląd lodu. Twarz i włosy Soledad zostały odciśnięte na wielkiej niebieskiej monecie. Don Arturo nie chciał już słyszeć jej mówiącej do rzeczy; chciał tylko stać dalej w ciemności obok jej delikatnej sukni.
– Jestem pewna, że widziałam ruszający się cień – wyszeptała.
Rozejrzał się dookoła, ale nikogo nie zauważył. Widział tylko filigranowe drzewo tamaryndowe, osrebrzone przez księżyc.
– W nocy zawsze są cienie. A tajniacy nie śledzą pracowników Servicio de Información Militar.
– I tak się boję. – Zbliżyła się do niego tak bardzo, że czuł delikatny zapach jej włosów i muśnięcie jej sukni. – Nie miałam na myśli ciebie, gdy mówiłam chwilę temu o księżach, sabes. Wciąż uważam, że jesteś najmilszym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek spotkałam. I przepraszam, że drażniłam się z tobą o milicjantów. Zresztą i tak bym z nimi nie poszła – bałabym się zbytnio, że w tramwaju odpadnie mi nos.
Zaśmiał się lekko, a potem delikatnie położył rękę na jej ramieniu, usiłując wpoić jej trochę swoich myśli za pośrednictwem palców. Gdy dał już Soledad osiemnaście peset ze swojej pensji, towarzyszył jej w drodze powrotnej do Buen Amor. Potem poszedł do domu sam przez opuszczone, wylęknione, oświetlone światłem księżyca ulice.

Gdy Don Arturo wrócił, zastał Consejera Ayudante czekającego w jego biurze.
¡Por Dios!12 Gdzie byłeś cały ten czas?
– Na spacerze. – Ksiądz nie miał zamiaru wspominać o Soledad, chyba że musiałby; zastanawiał się, czy zagraniczni korespondenci męczyli Botargasa o wieczorny komunikat.
– Z jedną ze swoich dziwek, prawda?
A więc Soledad miała rację: śledzono ich. Powinien był pamiętać o tym, że oprócz zagubionej w labiryntach zorganizowanej nieskuteczności Servicio de Información Militar, istniały jeszcze Servicio de Seguridad y de Vigilancia13.
– Ona nie jest tym, o czym mówisz. – Głos księdza drżał, gdy myślał o dziewczynie stojącej razem z nim w ciszy na brzegu morza.
Consejero zbliżył smutną w swojej powadze twarz blisko twarzy księdza.
– Na wypadek, gdybyś nie wiedział, jakie masz szczęście, Reverendo Don Arturo Carrera y Granja, powiem ci – rzekł. – Nie tylko uniknąłeś losu swoich kolegów, ale za uniknięcie go jesteś karmiony, masz gdzie mieszkać i dostajesz dwadzieścia duros tygodniowo.
– Usiłuję okazać moją wdzięczność przez ciężką pracę.
Consejero odsunął swoją twarz i poszedł siąść przy biurku księdza, na którym już leżał wieczorny komunikat do przetłumaczenia.
– Może lepiej będzie, gdy wyrażę się jasno – powiedział Consejero. – Chcę, żebyś powiedział mi, gdzie przebywa kanonik Rota y Musóns.
– Nigdy nie wiedziałem, gdzie on jest. Tak samo nie wiem tego teraz.
– A palec świętego Jana od Krzyża? Też nic o nim nie wiesz?
– Nic.
– To oznacza koniec, co? – Botargas zaczął polerować rogiem chusteczki swoje okulary, które ksiądz rzadko widywał na jego nosie. – Tak jak ja pozabijam głupców i bandytów dla panowania rozumu, ty będziesz kłamał dla przywrócenia swojego królestwa ciemnoty. Och, nie powinieneś robić takiej zadziwionej miny. Obaj jesteśmy pragmatykami, a ja szanuję skuteczność. Obaj zdajemy sobie sprawę, że na tym podłym świecie podstęp i siła to jedyne klucze do najszybszego osiągnięcia sukcesu. – Gdy odsuwał chusteczkę od okularów, w górę i w dół jego marynarki wędrowała niebieskawa plamka światła. – Czy wyrażam się jasno?
– Ja cię nie okłamuję.
– Różnica między nami polega na tym, że ja ochoczo posuwam do przodu moją sprawę, a ty opóźniasz swoją; im bardziej odsuwa się w czasie ostateczne zwycięstwo prawości, tym dłuższe będą cierpienia Kościoła Walczącego i jego świętego hokus-pokus. A środki, które stosuję, są czystsze niż twoje: zabijam tylko moich wrogów, a moi przyjaciele padają w obronie pewnego sposobu życia, a nie jakiegoś cypla albo portu. Wysyłacie swoich młodych mężczyzn, aby zabijali innych młodych mężczyzn, których jedyne przestępstwo polega na tym, że żyją na tym samym terytorium, co ich władcy, którzy pożądają ropy waszych władców. Jedyne wojny warte prowadzenia to wojny domowe, a jedyni ludzie warci zabijania to ci, którym nie podobają się twoje poglądy ekonomiczne. – Złożone okulary Consejero przybrały wygląd roweru-zabawki, gdy wpychał je z powrotem do kieszeni. – A jedyne wojny, w których warto cierpieć, to te, o których wiesz, że je wygrasz. Powiesz mi teraz, gdzie jest kanonik?
– Nie wiem, gdzie jest.
– A relikwia?
– Też nie wiem.
– To dlaczego dałeś pieniądze tej dziwce?
– Już ci mówiłem, że nią nie jest. – Słowo bolało bardziej za każdym razem, gdy Botargas go używał.
– Ale dałeś jej pieniądze, prawda? Czy na przechowanie kanonika?
– Oczywiście, że nie. Łatwo to udowodnić. Zapytaj tylko samą dziewczynę. Obserwuj jej mieszkanie. Śledź ją, tak jak śledziłeś nas dziś. – Jego ból przerodził się teraz w gniew i to pomogło mu zachować wyzywającą postawę. – Ale nie zrozum mnie źle. I tak nie powiedziałbym ci, gdzie jest kanonik, nawet gdybym wiedział. I przypuszczam, że wsparłbym go, gdyby potrzebował pieniędzy. Ale nie po to, aby utrwalać wiarę. Tylko po to, aby unikać cierpienia. Czy to ci wystarcza?
– Więc dlaczego dałeś jej pieniądze?
– Żeby nie musiała się poniżać, chodząc z milicjantami.
– Ile jej dałeś?
– Osiemnaście peset.
– Spodziewasz się, że będzie w stanie za tyle wyżyć?
– Zarabia drugie tyle w tancbudzie i mieszka z siostrą.
– W tej nie jesteś zakochany? – Consejero wstał i ponownie zbliżył do twarzy księdza swoją: stożkowatą i ponurą niczym z obrazu El Greca. – Odpowiedz mi, księże. Czy też ci się wydawało, że znalazłeś prawdę w krzywiźnie jej piersi? Jeśli tak, jesteś większym głupcem niż myślę. Prawda znajduje się w umysłach, a wszystko, co mają do zaoferowania kobiety, to przyjaźń ud. A może jesteś jeszcze większym durniem? Czy wciąż starasz się skłonić tę zdzirę do zrozumienia zbawiennego socjalizmu?
Don Artura tak zabolały te słowa, że zatrząsł się.
– Compañero Consejero Ayudante, czy nawet ty nie umiesz wierzyć w rzeczy czyste?
Botargas zaskoczył go, chwytając w ramiona i śmiejąc się.
– Ogólnie rzecz biorąc, myślę, że nadal będę w ciebie wierzył, Arturo – powiedział. – Ale nie będę wierzył w ciebie zbytnio. Zatrudnimy dziewczynę tutaj, żeby pracowała z tobą i nie będziesz już musiał łazić do centrum, żeby się z nią zobaczyć, prawda? I to da nam szansę na stwierdzenie, która metoda indoktrynacji uczyni z niej lepszą socjalistkę: twoja czy moja. – Ukazał w uśmiechu swoje przypominające klawiaturę fortepianu uzębienie, po czym wrócił do studiowania leżącego na biurku komunikatu. – „Kolejne ataki faszystowskich wrogów zostały odparte przez naszych walecznych żołnierzy” – powiedział głośno. – Wygląda na to, że palca możemy potrzebować już wkrótce. W porządku, Arturo; nie zadaję więcej pytań, przynajmniej na razie.



1 Servicio de Información Militar (hiszp.) – Wojskowe Służby Informacyjne, wywiad działający w latach 1937–1939.
2 Hoja del Lunes (hiszp.) – ogólne określenie gazetek publikowanych przez stowarzyszenia prasy prowincjonalnej w Hiszpanii.
3 PC – Partia Komunistyczna (hiszp. Partido Comunista, właśc. PCE – Partido Comunista de Español), FAI – Iberyjska Federacja Anarchistyczna (hiszp. Federación Anarquista Ibérica).
4 Asturyjscy dynamitardzi rekrutowali się spośród górników pracujących w kopalniach północnej części Hiszpanii.
5 Me cago en sus madres (hiszp.) – Pieprzyć ich matki.
6 Uníos, hermanos proletarios (hiszp.) – Bracia proletariusze, łączcie się.
7 Przyklejano je po to, aby zapobiec stłuczeniu szyb w czasie bombardowania.
8 Estraperlo (hiszp.) – nielegalny handel.
9 Checas (hiszp., od ros. CzeKa) – potoczne określenie tajnej policji politycznej, zarządzającej systemem nieoficjalnych więzień i miejsc tortur (określanych w tekście jako checas).
10 Francisco Largo Caballero (1869–1946) – hiszpański działacz związkowy i polityk, przewodniczący Hiszpańskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej (PSOE) oraz Powszechnego Związku Robotników, w okresie Drugiej Republiki Hiszpańskiej minister pracy (1931–1933) i premier Hiszpanii (1936–1937).
11 Święta Teresa od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza, znana też jako Mała Teresa, Mały Kwiatek (właśc. Marie Françoise Thérèse Martin, 1873–1897) – francuska karmelitanka bosa, dziewica i święta Kościoła Katolickiego.
12 ¡Por Dios! (hiszp.) Na Boga!
13 Servicio de Seguridad y de Vigilancia (hiszp.) – Służby Bezpieczeństwa i Nadzoru.


 Tłumaczenie: Łukasz Makowski
Projekty okładek: Sztukmistrz
(dolna z wykorzystaniem zdjęcia
autorstwa Jana Wincentego F.)

-----------------------------
Wirtualne Wydawnictwo WiWo szuka realnego (papierowego) wydawcy niniejszego tekstu, który byłby gotów wynagrodzić godziwą zapłatą osoby, które przyczyniły się do jego powstania. Zainteresowanych prosimy o kontakt mailowy na adres
 wirtualnewydawnictwowiwo[malpa]gmail.com
-----------------------------

Kaczki na śniegu

Rocznica konsekracji Bazyliki N.M.Panny Śnieżnej, A.D. 2016

Fot. MDK

Ex-Cathedra 2015 (Część 2): Otwieram Księgę: Saint-Michel-en-Thiérache. Saint-Quentin

Środa, 3 czerwca 2015

Jeszcze o dniu wczorajszym. Uwaga oczywista jak słońce, że jeśli nie masz wpływu na pogodę (a nie masz żadnego i nigdy), niezależnie od podróżnego wyposażenia musisz dany stan rzeczy zaakceptować.
Jeśli tego nie uczynisz, złość i frustracja, że coś idzie nie tak jak planowałeś, mogą przekroczyć poziom krytyczny i zatkać "odpływy" przeznaczone dla deszczówki. Jeśli nie możesz objechać "góry", wjedź na nią. Jeśli nie możesz wjechać, próbuj wejść. Jeśli nie dasz rady, zawsze zostanie ci wiedza, że próbowałeś...
I jeszcze to, że w każdej chwili możesz zawrócić.
(Jednak to nie w Twoim stylu, prawda?)


Dziś otwieram Księgę, a jest to księga imion. Niektóre z nich brzmią obco, pachną starożytnością. Rzymską i galijską. Opowiadają chwałę Rzymu i jej pierwszej córy, (choć sama Francja widzi się raczej jako "siostra i współzawodniczka w wierze").


Otwieram księgę imion Rzymskiego Martyrologium - Księgę Żywota.
Pojawią się tu też imiona mniej znaczące. Bo nie jest tak, że pomiędzy Sees a Lisieux nie ma nic, co byłoby warte uwagi, że drogę z Rouen do Bernay znaczy tylko miejska zabudowa, a wartki nurt Sekwany to wyłącznie ścieżka przyrodnicza. Czy można zmilczeć piękno i znaczenie rozsianych po obu brzegach rzeki romańskich opactw, powoli gotujących narodziny nowego stylu?!
Czym byłaby chwała gotyckiej, królewskiej - jak ta w Reims, Orleanie czy Paryżu - katedry, gdyby nie otaczający ją zastęp wiernych służek? Starożytnych, niekiedy z grubo ciosanego kamienia, z drewnianymi gontami, sklepieniem w kształcie beczki, dachami pokrytymi "rybią łuską".
Prolog do wielkiego poematu pisanego kamieniem i światłem. Świadectwo żarliwości wiary.

Saint-Michel-en-Thiérache.
Opactwo zostało założone pod koniec VII wieku przez benedyktynów, a swój obecny kształt, w tym gotycką nawę i prezbiterium (łącznie z klasztorem i gospodarskimi zabudowaniami), uzyskało w wieku XII. Od 1837 roku kościół jest nieczynny. W czerwcu i lipcu odbywają się w jego zabytkowym wnętrzu koncerty muzyki barokowej.


Nie udaje mi się wejść do środka. Z powodu toczących się tu prac świątynia-muzeum-sala koncertowa (niepotrzebne skreślić) dla odwiedzających jest dziś niedostępna. A szkoda, bo zapowiadało się ciekawie.

Saint-Quentin.
Leżące w pobliżu opactwa miasteczko Hirson naprowadza mnie na drogę wiodącą już w dość oczywisty sposób do Saint-Quentin. Kolegiata, której patronuje święty Kwintyn, widoczna jest już z daleka. W miarę jak perspektywa się skraca, gubię drogę i trochę kluczę. (Aniołowie Pańscy, pomóżcie!).




Pikardia była w III wieku obszarem misyjnej działalności świętych Kwintyna i Ludwika z Beauvais. W 287 roku Kwintyn, popadłszy w konflikt z legendarnym Rictovarusem, ginie tu śmiercią męczeńską. Ku jego czci dawne Augusta Veromanduorum, a później także wiele innych miejscowości, przyjmuje nazwę Saint-Quentin.

O 17 ruszam w dalszą drogę. Jestem oczekiwany i bardzo staram się nie spóźnić.
Jednak znowu ulegam podszeptom aplikacji (Garmin BaseCamp) i daję się wpuścić w coś, co dla własnych celów nazwałem ISR ("inteligentny skrót rowerowy"). ISR to droga zasadniczo najniższej kategorii, niekiedy słabo utwardzona ale wciąż jeszcze przyjazna pieszym jednośladom i - jak widać na załączonym zdjęciu - polnym kotom. 


Jak każda przyjaźń, tak i ta poddawana bywa ciężkiej próbie i niekiedy zamienia się w test wytrzymałościowy (ramy), kiedy indziej znowu - układu odpornościowego (czytaj: nerwowego) jeźdźca. Ale to już inna historia.
Sytuacja wygląda teraz tak, że kolejne 5 km czołgam się po czymś, co drogę zaledwie przypomina, a w przyszłości, jeśli "gmina" się postara, może i nią będzie. Póki co, jeśli nawierzchnia się nie zmieni - godzina umówionego spotkania jest poważnie zagrożona, a z nią i mój wewnętrzny spokój.
Na szczęście "droga" przechodzi z polnej w miejską i na umówione miejsce docieram na czas. Ostatnie wątpliwości, czy to na prawdę "tu", wyjaśnia dwójka Malców, najwyraźniej kogoś oczekujących. Dwa małe Kwiaty (tulipanowca) z "ogrodu" Justyny i Frederica.

 
Tekst i foto: Paweł Schulta
 
Addendum:



































Auto vs. bus

Spotykamy się nierzadko z nachalną propagandą "środków transportu publicznego". W imię tego czy tamtego mamy korzystać z tego, z czego korzystają już całe tabuny.

Można odnieść wrażenie jakby walka ze środkami transportu indywidualnego/rodzinnego/małoskalowego miała związek z ogólniejszą tendencją do zwalczania tego, co daje człowiekowi stosunkowo większą niezależność.

Na przykład: klimatyzacja w autobusie dotyka wszystkich pasażerów - czy tego chcą, czy nie. Z kolei każdy z podróżujących autem może w większym stopniu zapanować nad tym, jaka w środku panuje temperatura i atmosfera.
Podobnie w przypadku zamkniętych w zimie okien - w pociągu duszą się (lub wietrzą) wszyscy naraz, może dochodzić na tym tle do scysji; w aucie sprawa napowietrzenia staje się kwestią przynajmniej negocjacji - w każdym razie dotyczy znacznie mniejszej liczby osób (którym w razie czego łatwiej dojść do porozumienia).

Autem ruszam, kiedy chcę. Sam potrzebuję zatroszczyć się o jego sprawność.

Do samochodu nie wsiada byle kto. Kto wsiada do metra? Nie wiemy. Któż jest naszym współpasażerem w tramwaju? Nie mamy bladego pojęcia.

W warunkach normalnych - a więc katolickiego społeczeństwa wolnorynkowego, w świecie dworu polskiego, bardziej samowystarczalnych rodzin - samochód (lub inny stosunkowo zindywidualizowany środek transportu) stałby się prawdopodobnie najczęściej spotykanym pojazdem. Choćby dlatego, że ucieczka z miast-molochów i mniejsza gęstość zaludnienia skłaniałyby ku rezygnacji z ogranizowania masowych przewozów - nie byłoby tak nielicznych miejsc, do których potrzebowalibyśmy dotrzeć, w których koncentrowałaby się ludzka aktywność.

A jeśli na wolnym rynku miałbym swój prywatny autobus, pociąg, linię metra? W kwestii natury owych środków transportu właściwie nic się nie zmienia - jeśli dopuszczam masowe z nich korzystanie.
Po co mi w takim razie autobus? A może go lubię i taką mam właśnie fantazję?! I co komu do tego?
A może podoba mi się w kolei to, że mogę w każdej chwili wstać, rozprostować kości - może wolę wypocząć na szerszym i wygodniejszym niż w aucie siedzeniu? Może podoba mi się stukot pociągu, może lubię oglądać świat zza jego szyb?

Jeśli opowiem się - korzystając z dobrowolnych metod - za dalszym istnieniem i funkcjonowaniem kolei, autokarów, metra, wszystko jest w jak najlepszym porządku.

Bruce Marshall "PIĘKNA OBLUBIENICA" (4)

-----------------------------
Wirtualne Wydawnictwo WiWo szuka realnego (papierowego) wydawcy niniejszego tekstu, który byłby gotów wynagrodzić godziwą zapłatą osoby, które przyczyniły się do jego powstania. Zainteresowanych prosimy o kontakt mailowy na adres
 wirtualnewydawnictwowiwo[malpa]gmail.com
-----------------------------



4

Jasnowłosy wyrostek siedzący w Cuartel General za zakurzonym biurkiem wyglądał bardzo młodo. Nogi trzymał skrzyżowane, a jednym z butów kołysał do przodu i do tyłu. Dwóch mężczyzn w beretach i żółtych opaskach w czerwone pasy stało po obu jego stronach, a innych dwóch pilnowało Don Artura. Siedzący młodzieniec miał na sobie schludny niebieski garnitur.
– Zapytam cię jeszcze raz – powiedział młody mężczyzna. – Gdzie jest kanonik Isidro Rota y Musóns? Byłeś jednym z jego kolegów. Widziano cię, jak mówiłeś z nim na Avenida del Sol. Nie ma co udawać, że nie wiesz.
Don Artura przyprowadzono do Cuartel General tylko dlatego, że poważny młody strażnik z naciskiem twierdził, że nawet księża mają prawo do uczciwego procesu; inni strażnicy oraz dziewczyna w białej sukni i jej matka, wezwana z drugiej barykady, opowiadali się za bezzwłocznym zamordowaniem go.
– Już wam powiedziałem, że nie wiem, gdzie jest kanonik.
– Ale gdybyś wiedział, też byś nam nie powiedział, prawda?
– Gdybym wiedział, mam nadzieję, że bym wam nie powiedział.
– To zależałoby od tego, czy miałbyś dość silną wolę, aby współpracować z daną ci już łaską, prawda? Jednak dlaczego Bóg nie miałby dać ci zarówno siły woli, jak i łaski w tej samej chwili, tego nie mogę pojąć. – Czterej strażnicy mieli znudzone kamienne twarze. – A co z palcem świętego Jana od Krzyża?
– Wiem o nim tyle, co o kanoniku.
– A gdybyś wiedział, masz nadzieję, że byś nam nie powiedział, prawda? Jesteś pewnie zdziwiony, że rewolucjonistów interesują talizmany. Nie interesują ich, ale zawsze będą interesować motłoch.
Mientras tengamos el dedo de San Juan
Ni existirán enemigos, ni aquí pasarán.
Mas, si el enemigo el dedo se atrae
Es seguro que pasa y la ciudad cae.
Mogą być tak dobre do powstrzymywania Franco jak moździerze, co? Tak czy inaczej, nie możemy ryzykować, że tak cenna broń opuści naszą zbrojownię na rzecz Franco. Rozumiesz, prawda?
Ksiądz nie odpowiedział.
– Podejrzewam, że biorąc pod uwagę związaną z relikwią legendę, twoi przełożeni pragnęli zmienić miejsce jej pobytu tak bardzo, jak my tego nie chcieliśmy. To ciekawe, że w katedrze brakowało tylko dwóch księży, gdy wezwaliśmy do likwidacji wrogów ludu. Jest jeszcze ciekawsze, że brakuje relikwii. Moim zdaniem jeden lub drugi z was albo obaj dostaliście od biskupa rozkaz, aby dostarczyć relikwię naszym wrogom.
– Już wam powiedziałem, że nie mogę mówić w imieniu kanonika. Mogę mówić tylko za siebie.
– I biskup nie powierzył tobie takiej misji?
– Nie. – Dla Don Artura niewspominanie o angielskim biskupie nie stanowiło żadnej trudności. Pominięcie tej informacji nie stanowiło ściśle rzecz biorąc suppressio veri1.
– Ale nawet gdyby powierzono ci taką misję, nie powiedziałbyś nam?
– Nie.
– Nie-tak, czy nie-nie?
– Nie-nie.
– I nawet gdybyś wiedział, że powierzono taką misję kanonikowi Musónsowi, i tak byś nam nie powiedział?
– Nie. Nie-nie.
– Ale, o ile ci wiadomo, nie powierzono mu takiej misji?
– Nie. – Czuł się teraz odważny, gdy skłamał z zupełną premedytacją, kierując się dobrymi intencjami.
– Sądzę, że powinienem cię ostrzec, iż mamy sposoby, aby zmusić do mówienia nawet najbardziej opornych.
– Nie mogę wam powiedzieć tego, czego nie wiem. – Ponieważ młody człowiek wypowiedział swoją groźbę cichym głosem, księdzu przyszło przeciwstawić mu się łatwiej niż się spodziewał; to, czego się bał, to krzyki i bicie.
– Choć uznałbym takie postępowanie za nieetyczne, nie wahałbym się go zastosować. Problem, który mamy w tym mieście, jest problemem nie tylko tego miasta, nie tylko problemem Hiszpanii, ale problemem całego świata. A nie da się rozwiązać problemu całego świata bez zabijania i ranienia ludzi. To jak chwała i honor na polu bitwy; za muzykę trąbek płaci się wyprutymi flakami. Ale choć raz flaki będą wypruwane w słusznej sprawie, bo to jest wojna, którą toczy się w słusznej sprawie.
– Masz na myśli warunki życia biedoty?
– Aha! Widzę, że naczytałeś się lewicowych psów Bożych. Domini canis – pies Boży, tak nazywał siebie święty Dominik – wyjaśnił młody człowiek niezainteresowanym strażnikom. – A więc wierzysz w postęp? – zapytał księdza.
– Dla tych, którym można zaufać, że będą postępowi.
– Bez wątpienia to tylko kwestia nauczenia ludzi czytania i pisania?
– Nie sądzę, señor.
– W nowej Hiszpanii nie ma panów. Jestem Compañero Alfonso Botargas, Consejero Ayudante de Defensa2, działający pełnią władzy nowego generała en Jefe3. Ale proszę, mów dalej. Dlaczego nie uważasz postępu za synonim umiejętności czytania i pisania?
– Trzeba nauczyć ludzi nie tylko tego, jak czytać i pisać. Trzeba ich nauczyć tego, co czytać i pisać. – Ten temat był konikiem Don Artura i mówił o nim z przekonaniem. – Nieliczne współczesne gazety znalazłyby czytelników w przedchrześcijańskich Atenach. To nie postęp; to wstecznictwo.
– A radio?
– Gdybym był dyktatorem, spaliłbym wszystkie odbiorniki i zamknął wszystkie kina.
– A teatr?
– Dopuściłbym klasykę: Calderóna4, Lope de Vegę5.
– I żadnego czytania?
– Tylko dla tych, którzy w dzieciństwie pokazali, że warto ich uczyć.
– Widzę, że masz to wszystko przemyślane. Być może przemyślałeś także to, co powiedzieć o kanoniku Rocie y Musónsie.
Interludium szybko się skończyło. Młodzieniec nie uśmiechał się już.
– Nie wiem, gdzie jest kanonik.
– Już mi to mówiłeś, ale nierozsądnie jest spodziewać się, że ci uwierzę. Wiemy, że nie jesteś w posiadaniu relikwii, bo cię przeszukaliśmy. Ale to nie oznacza, że nie ma jej kanonik, ani że ty nie wiesz, gdzie on jest. Pozwól, że ostrzegę cię raz jeszcze. Między moimi wiernymi a mną istnieje taka sama przepaść jak między twoimi a tobą; i podobnie jak ty, nie zawsze wnikam zbyt dokładnie w to, co robią.
Wolny świat na zewnątrz został ściśnięty w ramach dużego okna jak obraz za szkłem. Nagie brązowe wzgórza w oddali wyglądały na tak zmęczone jak przepracowane konie. Liście drzew na ulicy huśtały się na wietrze jak zielony dym. Przez niebieskie niebo, nad smutną i rozległą Hiszpanią powoli przefrunął kruk.
– Nie wiem, gdzie jest kanonik – powtórzył Don Arturo.
– Jednak rozmawiałeś z nim na ulicy?
– Pozdrowiłem go, tak.
– A on pozdrowił ciebie?
– Wręcz przeciwnie; nie powiedział do mnie ani słowa.
– Nieodpowiednia chwila, co? Tak czy inaczej prawdopodobnie umówiliście się na spotkanie, zanim opuściliście katedrę. Powiedz mi zatem: dlaczego nie zostałeś razem z kolegami? Bo się bałeś?
– Częściowo tak.
– A kanonik Rota też się bał.
– Nie wiem nic o kanoniku.
– Sugeruję, że żaden z was się nie bał. Myślę, że obaj byliście bardzo odważni. Działaliście w zmowie. A gdy zobaczyłeś, że sieć wokół was się zacieśnia, dobrowolnie oddałeś się w nasze ręce, aby pogoń została odwołana, a kanonik miał większą szansę zbiegnięcia z relikwią.
– Nie wiem nic o kanoniku Rocie. – Don Arturo zdał sobie sprawę, że błędem było wspominać o tym, iż kanonik nie odpowiedział na jego pozdrowienie. Z braku reakcji kanonika i przyznania się przez Don Artura do tchórzostwa, Consejero Ayudante może z łatwością wydedukować, że to samemu kanonikowi powierzono relikwię. – Wiem tylko o sobie.
– I byłeś tak przestraszony, że uciekłeś?
– Sądzę, że gdybym był wierzący, mógłbym zostać.
– Czy próbujesz mi powiedzieć, że straciłeś wiarę?
– Tak.
– W bardzo wygodnym momencie, prawda?
– Nie spodziewam się, że mi uwierzysz, gdy ci powiem, że ten proces trwał od jakiegoś czasu.
– I straciłeś wiarę tak doszczętnie, że poszedłeś do Buen Amor i wziąłeś sobie parę dziwek. – Strażnicy uśmiechali się teraz.
– Niezupełnie. Widzisz, byłem ścigany.
– Przez inną dziwkę i jej matkę. Bez wątpienia zacząłeś nadrabiać stracony czas. – Strażnicy chichotali teraz. – I co robiłeś z paniami? No, dawaj. Nie jesteśmy twoimi kościelnymi przełożonymi; spróbujemy nie zemdleć, gdy powiesz nam prawdę.
– Rozmawiałem z nimi.
– A kiedy poszedłeś z nimi do domu?
– Ponownie z nimi rozmawiałem.
– No to się natrudziłeś! Gdzie jest kanonik Rota y Musóns?
– Mówię ci, że nie wiem.
– Spodziewasz się, że ci uwierzę, że wziąłeś ze sobą dwie dziewczyny tylko po to, żeby przejść się z nimi do domu i porozmawiać? Jeśli straciłeś wiarę, z pewnością nie było żadnego powodu dla takiej wstrzemięźliwości.
– Jeśli straciłem wiarę, jest bez wątpienia jeszcze mniej powodów, dla których miałbym ukrywać miejsce przebywania kanonika Roty.
– Nie odwracaj kota ogonem. Dlaczego nie zostawiłeś dziewczyn?
– Myślę, że dlatego, iż chciałem je nawrócić.
– Ale właśnie mi powiedziałeś, że straciłeś wiarę.
– Nie na chrześcijaństwo chciałem je nawrócić, ale na prawdziwy socjalizm.
Nawet strażnicy osłupieli. Słońce świeciło przez okno na bezpieczne morze i nadawało mu błękit nieba, a fale wyglądały jak halka Soledad wystająca spod jej sukni.
– Może zechcesz podać mi definicję.
– Prawdziwy socjalizm to komunizm, dla którego obecny socjalizm stanowi tylko przygotowanie. Socjalizm bierze od każdego według jego umiejętności i daje każdemu według jego pracy. Komunizm bierze od każdego według jego pracy i daje każdemu według jego potrzeb. – Wyraz twarzy strażników wskazywał na to, że ksiądz mógł równie dobrze recytować wyznanie wiary.
– Skąd się tego nauczyłeś?
– Z angielskiej książki, którą przeczytałem.
– Więc znasz angielski, co? Cóż, w każdym razie gładko udało ci się zmienić temat.
– Nie staram się niczego uniknąć, jeśli to masz na myśli.
– Tylko powiedzenia mi, gdzie jest kanonik, co? – Niepobrużdżona jeszcze zmarszczkami twarz Consejero miała wyraz tak obojętny jak pomalowana temperą ściana. – Wiesz, że ścigam go nie tylko ze względu na relikwię. Ścigam go z tego samego powodu, dla którego ścigam ciebie. Nasza polityka jest taka, aby eliminować szerzących przesądy. Nie ma Boga, a w błyskawicznie oziębiającym się świecie nie może istnieć ani cnota, ani grzech. – Strażnicy wyglądali poważnie i żałośnie. – Może istnieć tylko dokładność i niedokładność.
– Nawet w świecie, który błyskawicznie się ociepla, co udowodnili już astrofizycy?
– Rozdzielasz włos na czworo. – Consejero Ayudante nie wyglądał na stropionego tym, że ktoś mu się sprzeciwiał. – Nie ma Boga. Jest tylko układ wzajemnych zależności. Liczy się wynik, a nie jednostka. Na tym Związek Iberyjskich Socjalistycznych Republik Sowieckich oprze swoją politykę. – Nowe majestatyczne słowa łopotały niczym flaga. – Nieszczęście milionów dzisiaj nie ma żadnego znaczenia pod warunkiem, że zapewnia się szczęście setek milionów jutro? Czy to jest to, co próbowałeś włożyć do głów swoim dziwkom? – Strażnicy znów się rozchmurzyli.
– Myślę, że próbowałem spowodować, żeby zrozumiały, iż jedyna rewolucja jaka ostatecznie odnosi sukces to ta, do której dochodzi w ludzkich sercach.
– Jak można wywołać rewolucję w dwóch miliardach ludzkich serc? I jak możesz zagwarantować, że w każdym z serc dojdzie do tej samej rewolucji?
– Mam na myśli, że to, czego ludzie potrzebują, to miłość. Jak bezdomny kociak wzięty z ulicy. Gdy kociak czuje miłość, odzwajemnia ją.
– Jak możesz oczekiwać, że uciskani będą kochać swojego ciemiężcę za to, że ma jacht? I jak możesz oczekiwać, że będą kochać biskupa za to, że stołuje się na tym jachcie?
– Zawiedliśmy, wiem.
Wy? Zdawało mi się, że powiedziałeś, iż straciłeś wiarę.
– Byłem z nimi, gdy zawiedli. Mówiłem również w uprzejmy sposób do niewłaściwych ludzi.
– I myślisz, że mówiąc w sposób uprzejmy do swoich dziwek, spowodujesz, że zrozumieją?
– Miłość i cierpliwość powodują, że wszystko jest możliwe.
– Mylisz się. Miłość i cierpliwość powodują, że nic nie jest możliwe. Ludzi trzeba straszyć, a nie kochać, ale straszyć dla ich własnego dobra, a nie dla dobra rządzących.
– Dobrotliwa oligarchia? – Księdzu spór zaczynał się podobać; był jak ostatni papieros przed wykonaniem wyroku.
Ale młodzieniec nie słuchał.
– Ledwie pół godziny temu dwóch bojowników UGT przyprowadziło kobietę oskarżoną o dawanie sygnałów świetlnych wojskom wroga otaczającym teraz Sewillę. Wiesz, jak daleko stąd leży Sewilla? Tysiąc sto siedemdziesiąt kilometrów. I wiesz czym rzekomo dawała im sygnały? Wieczną lampką stojącą przed figurą Dziewicy Maryi. Nawet ja jestem niemal gotów uwierzyć, że Królowa Nieba otrzymała sygnał przed generałem Queipo de Llano. Pięć minut później trzej anarchiści przywlekli optyka i oskarżyli go o posiadanie tajnego kodu do porozumiewania się z faszystami. Wiesz, jaki to był kod? Tablica z literami, której używa do badania wzroku klientów. Zobacz tylko, jak daleko zajdziesz miłością i cierpliwością z takimi ludźmi. Jedzą, więc są. Kartezjusz.
Dźwięk imienia filozofa spowodował, że morze zaczęło bardziej się skrzyć.
– Nie wierzysz zatem w powszechne prawo wyborcze?
– Czy próbujesz spowodować, żebym zapomniał o kanoniku Rocie y Musónsie? – Consejero nie czekał na odpowiedź. – Termin „zachodnia demokracja” zadaje kłam swojej etymologii, co, Jorge? – Strażnik, do którego się zwrócił, wywołał na swych wargach słaby uśmiech. – Złe rządy są nieuniknione w systemie, który daje takie samo prawo głosowania głupcom jak osobom zorientowanym. Rządy sprawowane przez ludzi są nie do pomyślenia, a rządy sprawowane dla ludzi można osiągnąć tylko wtedy, gdy ludzie nie rządzą. – Twarz młodego mężczyzny przyjęła wyraz twarzy mówcy. – Proszę, nie zrozum mnie źle. Mnie i moich kolegów naprawdę obchodzi dobro mas. Gdyby tak nie było, nie byłoby nas tutaj. Chciałbym, żebyś w to wierzył.
– A ja chciałbym, abyś uwierzył, że nie wiem o miejscu przebywania kanonika Roty. – Ksiądz na powrót zaczął się bać. Nie chciał, aby go torturowano; próbował zostać męczennikiem tak bezboleśnie, jak tylko to możliwe.
– Dlaczego miałbym ci wierzyć? Kłamię dla mojej sprawy. Dlaczego miałbyś się wahać, czy kłamać dla swojej? – Zadzwonił stojący na biurku telefon; Consejero Ayudante odebrał i odpowiadał dzwoniącemu w rozbudowany sposób. – Tak, Compañero General. Nie, Compañero General. Tak, Compañero General. – Odłożył słuchawkę z grymasem twarzy. – Nowy generał en Jefe ma siostrzeńca, który oglądał Pogrzeb hrabiego Orgaza El Greca w Santo Tomé6 w Toledo. Sądzi, że to kwalifikuje tego młodego człowieka do chronienia sztuki przed nową kulturą. Ars grátia argenti7: dobre obrazy przekonają złe banki, aby przyśpieszyły swą własną zagładę, wspierając nas. My mamy nasze ukryte motywy. Dlaczego ty miałbyś ich nie mieć?
– Już ci powiedziałem, że straciłem wiarę. – Był zawstydzony, że czuł zadowolenie, mogąc to powiedzieć.
– To może być podstęp. Stawiam się w twojej sytuacji. Chodzi nie tylko o relikwię. Z twojego punktu widzenia jest konieczne, aby zawsze byli księża. Wasz wszechmogący Bóg nie może rozpocząć okazywania swojej dobroci od nowa. Pan nałożył ręce na apostołów, apostołowie zaś nałożyli ręce na innych apostołów. My zmienimy bieg rzeczy: już więcej żadnych apostołów, żadnego nakładania rąk. – Przerwał na chwilę. – Już zniszczyliśmy ten proces w tym mieście.
Don Arturo widział to wszystko: trzęsący się stary człowiek przywiązywany do słupa. „Niech żyje Chrystus Król!” – musiał próbować krzyknąć. A może nie było żadnego słupa. Może biskupa po prostu zadźgano. Don Arturo jako mały chłopiec trzymał raz w ramionach mruczącego kotka, który tego samego dnia miał być utopiony. Biskup piszący swój głupi list pasterski musiał wyglądać przed Bogiem tak jak ten kotek przed Don Arturem. Wyjrzał przez okno, szukając w krajobrazie oznak poruszenia; morze było po śmierci biskupa tak błękitne jak po śmierci kotka.
– To wam nie pomoże – powiedział. – Na świecie wciąż jest mnóstwo biskupów.
– I wciąż dosyć księży ukrytych w tym mieście, aby wykonywać swoją pracę, aż do chwili, gdy jednego z biskupów uda się przemycić do miasta, aby zrobił więcej księży. A może wobec tych okoliczności, o których z pewnością wiedzieli wasi przełożeni, ty i kanonik Rota zostaliście w tajemnicy wyświęceni na biskupów. Nie możemy pozwolić sobie na żadne ryzyko. Kościół w katakumbach jest o wiele niebezpieczniejszy niż Kościół w katedrach. – Consejero przekrzywił głowę i wywołał na swojej twarzy wyraz zamyślenia. Pod biurkiem energicznie bujał się jego but. – A jednak ogólnie rzecz biorąc jestem skłonny ci uwierzyć – powiedział po namyśle.
– To miło z twojej strony. – Pamiętając o celu, w jakim się poddał, ksiądz usiłował pragnąć bólu. – Nie ma sensu mówić, że się nie boję – powiedział. – Boję się. – Poczuł, że zaczyna mu drżeć dolna warga i musiał ją przytrzymać zębami, aby powstrzymać się od szlochu wdzięczności pod adresem swojego inkwizytora. – Przybyłem tu gotowy na śmierć. Wciąż próbuję czuć się gotowy na śmierć.
– Nie wyciągaj pochopnych wniosków. Zaufam ci. Mam zamiar cię sprawdzić. Zaproponuję ci, żebyś dla nas pracował; potrzebujemy kogoś, kto mówi po angielsku. A gdy będziesz dla nas pracował, będziemy cię obserwować.
Ksiądz uczynił ostatni wysiłek.
– A gdybym wciąż twierdził, że wolę umrzeć jak biskup? – W miarę jak wypowiadał każde słowo, prawie dostrzegał literę po literze.
– Byłbyś głupi, gdybyś tak twierdził, bo wtedy byłbym zmuszony uznać, że wiesz coś o kanoniku Rocie i relikwii. A w tym przypadku twoje męczeństwo nie byłoby przyjemne. Muszę ci przypomieć, że nie jestem w stanie zapanować nad wszystkim, co moi ludzie robią w lochach. Mieliśmy już nadużycia i nie mogę zagwarantować, że nie będzie następnych. – Consejero nagle zmienił ton i uśmiechnął się. – No, śmiało. Jesteś tym człowiekiem, którego nam potrzeba. Razem ty i ja zbudujemy nową Hiszpanię bez przestarzałych poglądów.
Don Arturo wahał się. Potem skinął głową w kierunku młodzieńca. Na zewnątrz słońce świeciło na morze, tak jak zawsze o tej godzinie.



1 Suppressio veri (łac.) – ukrywanie prawdy.
2 Consejero Ayudante de Defensa (hiszp.) – Sekretarz Obrony.
3 Generał en Jefe (hiszp.) – generał głównodowodzący.
4 Pedro Calderón de la Barca (1600–1681) – ksiądz, dramaturg, poeta i pisarz. Był również żołnierzem.
5 Félix Arturo Lope de Vega y Carpio (1562–1635) – dramaturg i pisarz, autor ponad dwóch tysięcy sztuk teatralnych.
6 Santo Tomé – kościół św. Tomasza.
7 Ars grátia argenti (łac.) – Sztuka dla srebra [pieniędzy]; gra słów oparta na powiedzeniu: Ars gratia artis (Sztuka dla sztuki).

 Tłumaczenie: Łukasz Makowski
Projekty okładek: Sztukmistrz
(dolna z wykorzystaniem zdjęcia
autorstwa Jana Wincentego F.)

-----------------------------
Wirtualne Wydawnictwo WiWo szuka realnego (papierowego) wydawcy niniejszego tekstu, który byłby gotów wynagrodzić godziwą zapłatą osoby, które przyczyniły się do jego powstania. Zainteresowanych prosimy o kontakt mailowy na adres
 wirtualnewydawnictwowiwo[malpa]gmail.com
-----------------------------

Kolorystyka: Biel katedry, biel drzew, biel chmury

Rocznica konsekracji Bazyliki N.M.Panny Śnieżnej, A.D. 2016


Fot. Paweł Schulta