Od kołyski aż po net

W święto św. Euzebiusza, Biskupa i Męczennika, A.D. 2014

Ilustracja: Sztukmistrz

Zdjęcia niemowlaków i dzieci wrzucane do internetu. Rozkoszne maluchy. Upublicznione piękne chwile rodzinne.

Bo tak jest szybciej. Wygodniej. Bo można całemu światu bezzwłocznie obwieścić najnowsze wieści z życia naszych skarbeńków.

Gdyby zdjęć nie wrzucać... Ludzie chcący zobaczyć się z dzieckiem musieliby się z nami spotkać in vivo. Może pofatygować do naszego domu.

Ale to nie wszystko.

Przede wszystkim, zanim umieścimy zdjęcie dziecka w sieci, powinniśmy odpowiedzieć na pytanie: A czy moja córka, mój syn chcą tego? czy nie mają nic przeciwko?

– No jak to? – odpowiemy zdumieniem – przecież szkrab urodził się dopiero dwa dni/miesiąc/pięć tygodni temu! Skąd mam wiedzieć, czy kochany berbeć chce, aby publikować jego wizerunek w necie?

No właśnie! W imię czego udzielamy zatem w imieniu dziecka pozytywnej odpowiedzi na postawione dwa akapity wyżej pytanie?

Z.G.

Tylko święci lubią słodycze

W poniedziałek po III Niedzieli Adwentu, A.D. 2014

Fot. H. Łupnik

– Jeżeli chodzi o ten właśnie rum, na tym właśnie drzewie, w tym właśnie momencie – odparł Wimpole – sądzę, że to nektar godny młodych bogów. Jeżeli mam odpowiedzieć panu ogólnie, syntetycznie, co myślę o rumie... no cóż, myślę, że rum... to jest rum.

– Przypuszczam, iż znajduje pan, że jest odrobinę za słodki – z pewną goryczą rzekł Dalroy. – Sybaryta! A propos – dodał niespodzianie – co za głupim słowem jest „hedonista”. Ludzie naprawdę sobie folgujący lubią przeważnie rzeczy kwaśne, a nie słodkie – takie, jak kawior i przyprawy korzenne czy coś w tym rodzaju. Tylko święci lubią słodycze.

Gilbert Keith Chesterton, Latająca gospoda

Medytacja na III Niedzielę Adwentu

A.D. 2014



J 1, 19–28

Onego czasu:
19 posłali Żydowie z Jeruzalem kapłany i Lewity do niego, aby go spytali: Ktoś ty jest?
20 I wyznał a nie zaprzał, a wyznał, żem ja nie jest Chrystus.
21 I spytali go: Cóż tedy? Jesteś ty Eliasz? I rzekł: Nie jestem. Jesteś ty prorok? I odpowiedział: Nie.
22 Rzekli mu tedy: Ktoś jest, żebychmy dali odpowiedź tym, którzy nas posłali? co powiadasz sam o sobie?
23 Rzekł: Jam głos wołającego na puszczy: Prostujcie drogę Pańską, jako powiedział Izajasz prorok.
24 A którzy byli posłani, byli z Pharyzeuszów.
25 I pytali go a mówili mu: Czemuż tedy chrzcisz, jeźliżeś ty nie jest Chrystus, ani Eliasz, ani prorok?
26 Odpowiedział im Jan, mówiąc: Jać chrzczę wodą; ale w pośrodku was stanął, którego wy nie znacie.
27 Ten jest, który za mną przyjdzie, który przede mną stał się, któregom ja nie godzien, żebym rozwiązał rzemyk u trzewika jego.
28 To się działo w Bethanii za Jordanem, kędy Jan chrzcił.

-> Tu quis es?
Czy potrafię prosto odpowiedzieć na to pytanie? Jak często określam samego siebie poprzez porównania z innymi? Czy jestem w ogóle świadom mojej godności dziecka Bożego?

-> Quid ergo baptizas, si tu non est Christus, neque Elias, neque propheta?
Czy nie ograniczam Panu pola działania w moim życiu wedle własnych pomysłów? Czy wręcz przeciwnie, zuchwale oczekuję, że dokona czegoś poza ustalonymi przez siebie drogami łaski? Czy moja wizja odgrywa nadrzędną rolę w mojej relacji z Bogiem?

-> Medius autem vestrum stetit, quem vos nescitis.
Kim dla mnie jest osoba Jezusa? Czy zadałem sobie kiedykolwiek trud, aby zrozumieć, co znaczy: jedna osoba o dwóch naturach? Czy wręcz przeciwnie – traktuję Pana jak zwykłego kumpla, do którego się zwracam, gdy już nikt nie chce mnie słuchać?


NCWC

Pod natchnieniem szatana (Bułhakow i Ewangelia)

W święto św. Łucji, Dziewicy i Męczennicy, A.D. 2014


Szatańskie podszepty – instalację Sztukmistrza,
poprzedzoną performansem bez udziału publiczności,
sfotografował nasz redakcyjny Praktykant

Bułhakow łączy w swojej powieści dwa jaskrawo różne wątki. W Moskwie, w latach dwudziestych lub trzydziestych, pisarz zwany „Mistrzem” stworzył dzieło poświęcone Jezusowi z Nazaretu; wrogie religii władze uwięziły autora w szpitalu psychiatrycznym. Małgorzata, ukochana prześladowanego twórcy, wydobywa go z rąk dręczycieli, ale dopiero z pomocą szatana Wolanda: zgodziwszy się zostać czarownicą.

Pomiędzy dwadzieścia osiem rozdziałów opowieści o perypetiach obojga zakochanych (i o kilkudniowych dziejach groteskowo potwornych wybryków Wolanda oraz jego piekielnych asystentów) Bułhakow wpisał cztery inne, przedstawiające sąd Piłata, drogę krzyżową, epizody losów Mateusza Ewangelisty i śmierć Judasza – najwyraźniej zaczerpnięte z powieści Mistrza.

Powieść Mistrza pozostaje w rażącej sprzeczności z Ewangelią św. Mateusza i w ogóle z Ewangeliami. Jeszua prosi w niej Piłata-sędziego: „...może byś mnie wypuścił, hegemonie” [1], Mateusz skrada się z nożem za skazanym na śmierć Jeszuą, by skrócić jego cierpienia, Juda[sz] ginie od skrytobójczego ciosu zadanego z rozkazu Piłata, a nie z własnej ręki – to wszystko oczywiście kłóci się z przekazem ewangelicznym. Wolno przypuszczać, że Bułhakow miał w tej sprzeczności jakiś swój artystyczny cel. Jaki?

Odpowiedź nie okaże się zbyt skomplikowana, jeśli zadamy sobie jeszcze jedno pytanie: dlaczego w ogóle Mistrz obiera za temat swego utworu sąd Piłata i Mękę Pańską?

Mistrz żyje w świecie, w którym pojedynczy człowiek jest igraszką w ręku mrocznych, zbrodniczych sił władających państwem: „potrzeba niewiele wyobraźni i wiedzy o tym, co się działo dokoła, co mówiono i pisano, kogo aresztowano, zgładzano i potępiano – by odtworzyć sobie powszednią tkankę tego życia i poczuć, że było straszliwe, nawet jeśli jego groza była ukryta w pseudonormalności, lub zwłaszcza dlatego. Także wówczas, jeśli niejedno udawało się obrócić w żart”[2].

Fatalne mieszkanie numer pięćdziesiąt, zanim trafiło w ręce Berlioza, a po jego nagłej śmierci w szpony szatańskiej szajki Wolanda, należało do jubilera, o którym słuch zaginął; potem zajmowała je jubilerowa-wdowa, aż i ona w jakiś sposób zniknęła. Oboje z pewnością zasłużyli sobie w oczach komunistów jako „posiadacze” na los „wrogów ludu”; zginęli więc zapewne w jakiejś policyjnej izbie tortur lub w syberyjskim obozie, dokąd wysłano ich, rzecz jasna, bez zbędnych formalności. Tego wszystkiego czytelnik niby nie dowiaduje się wprost, raczej domyśla się z półsłówek i porozumiewawczych mrugnięć narratora, ale przecież wystarczą one, żeby odczuł „grozę ukrytą w pseudonormalności”. Udając, że o tym nie wiedzą, bohaterowie Bułhakowa żyją w katowni, w kraju zamienionym w wielkie, okrutne więzienie.

Życie w takim świecie to niewątpliwie dostateczny powód, by zadać sobie pytanie o sens wszystkich zaznawanych i obserwowanych cierpień, krzywd i zbrodni, o to, czy ostatecznym wymiarem rzeczywistości nie jest chaos lub – co gorsza – władza diabelskich potęg – pytanie Konrada z Dziadów, pytanie Słowackiego z Kordiana.

Jeżeli Bóg istnieje, jeżeli Ewangelia mówi prawdę, to można szydzić z podobnych obaw i nie załamać się nawet w obliczu najdzikszych wybryków zbrodniczej władzy: cierpienia niewinnych dobiegną bowiem kresu, nagroda nie minie sprawiedliwych, a kara – oprawców, zdrajców i tchórzy. Dlatego pytanie, czy Bóg istnieje, czy Ewangelia mówi prawdę, czy Chrystus umarł i zmartwychwstał, i odkupił świat, jest dla udręczonych ofiar i widzów zbrodni najważniejsze. Dlatego Mistrz pisze powieść o Jezusie. Berlioz poucza w początkowej scenie utworu swego młodszego kolegę Iwana Bezdomnego, że Jezus nigdy nie istniał – Mistrz zaś twierdzi właśnie, że zarówno istniał, jak spotkał się z Piłatem, został przezeń skazany i umarł na krzyżu.

Sama wiara w istnienie Jezusa nie wystarcza jednak jako źródło pocieszenia i nadziei. Jeszua Mistrza to nie jest w odróżnieniu od Chrystusa Ewangelii niezłomny głosiciel prawdy, lecz podsądny nieśmiało ubiegający się u Piłata o ułaskawienie; Mateusz to jego jedyny uczeń – jedyny i widać niezbyt pojętny, skoro towarzysząc swojemu nauczycielowi na miejsce kaźni, rozmyśla głównie o tym, by ciosem noża skrócić mękę skazańca – niewiele widać zrozumiał z jego nauk; a o zmartwychwstaniu w ogóle nie ma mowy.

Jeszua Mistrza, wcielenie łagodności, mędrzec pochwalający miłość i przebaczenie, wykładający zdumionemu Piłatowi, że nawet okrutny centurion Marek Szczurza Śmierć jest „dobrym człowiekiem”, to – owszem – głosiciel pięknej filozofii, zyskujący sobie natychmiast współczucie, sympatię i podziw „piątego prokuratora Judei” – ale nie Bóg, nie Pan Zastępów, nie Sędzia i Król świata. Zadawszy sobie pytanie, co można przeciwstawić przerażającemu złu szalejącemu w stalinowskiej Moskwie – i w ludzkiej historii w ogóle, Mistrz odpowiada: miłość głoszoną w Ewangeliach; cóż z tego jednak, skoro poza tą miłością nie stoi siła, a jej głosiciel jest tylko samotnym wędrownym filozofem, nie zaś Bogiem, przed którym kiedyś zadrży każdy mocarz? Jeśli Jezus istniał, lecz był tylko człowiekiem, to związana z Nim nadzieja stanowi jedynie piękne marzenie. Poszukiwania skończone; swoją powieścią Mistrz wyraził rozpacz. Warto zauważyć, że w całej książce Bułhakowa Mistrz ani razu się nie uśmiecha czy tym bardziej nie śmieje; na jego twarzy widzimy smutek i znużenie. Mistrz wierzy w to, co napisał.

Lecz to nie znaczy, że musi wierzyć czytelnik.

Czytelnik poznaje powieść Mistrza w urywkach, wypełniających rozdziały: drugi (słowami powieści historię sądu Piłata opowiada dwóm literatom Woland), szesnasty (Iwanowi Bezdomnemu śni się egzekucja na Golgocie), dwudziesty piąty i dwudziesty szósty (wzruszona Małgorzata odczytuje fragmenty poświęcone pogrzebaniu skazańców i śmierci Judy z Kiriatu). Powieść Mistrza jest więc obecna w świadomości przynajmniej trzech innych osób, i to obecna w niezwykły lub wręcz nadprzyrodzony sposób. Małgorzata wprawdzie jej tekstu nie śni, jak Iwan, lecz jej kontakt z ukochanym maszynopisem Mistrza i ze światem przez niego przedstawionym ma w sobie także coś niezwykłego:

Nie chciało jej się spać. Pieszczotliwe głaskała maszynopis, jak głaska [!] się ulubionego kota, obracała go w dłoniach, oglądała ze wszystkich stron [...]. [...] Nic nie niknęło, wszechmocny Woland był rzeczywiście wszechmogący i Małgorzata mogła, ile tylko chciała, chociażby do samego świtu, szeleścić stronicami brulionów, przyglądać się im, całować je i czytać raz jeszcze słowa: Ciemność, która nadciągnęła znad Morza Śródziemnego, okryła znienawidzone przez procuratora miasto... [3]


Woland natomiast po prostu zna tekst na pamięć:

– Nie trzeba żadnych świadectw – odpowiedział konsultant i jął mówić niezbyt głośno, przy czym jego cudzoziemski akcent nie wiadomo dlaczego znikł: – Wszystko jest bardzo proste – w białym płaszczu z podbiciem koloru krwawnika, posuwistym krokiem kawalerzysty, wczesnym rankiem czternastego dnia wiosennego miesiąca nisan... [4]

Czy przeczytał powieść i tekstu się nauczył? Dla szatana to byłaby fraszka. Ale pytanie warto odwrócić. Może nie Woland poznał ją ze słów Mistrza, tylko na odwrót: Mistrz z podszeptów Wolanda?! Ten sam szatan, który mówi, że przed wiekiem jadł śniadanie z Immanuelem Kantem, równie dobrze przed dziewiętnastu wiekami mógł być – jak zresztą sam twierdzi – świadkiem Wielkiego Piątku w Jerozolimie. Ponadto Mistrz zna Wolanda! – a w każdym razie dobrze wie, jak go poznać: to on w klinice profesora Strawińskiego tłumaczy Iwanowi Bezdomnemu, że opisanym przezeń nieznajomym „konsultantem” napotkanym na Patriarszych Prudach był właśnie szatan we własnej osobie („...nawet ta twarz, którą mi pan opisał, te oczy, z których każde jest inne, te brwi!” [5]). Mistrz zna szatana tak, jak się zna postać często spotykaną na jawie lub we śnie; może od dawna znajdować się w orbicie jego wpływów. Mistrz stworzył swoją powieść, swoją „anty-Ewangelię” pod natchnieniem szatana.

Ale jeżeli tak, to owa powieść kłamie! Szatan bowiem kłamie, chce ludzi wprowadzić w błąd. To on, który sam dobrze wie, co się stało przed wiekami w Jerozolimie, chce, żeby ludzie wierzyli, iż Chrystus nie jest Bogiem i nie zmartwychwstał – ponieważ chce ludziom odebrać nadzieję, chce ich wpędzić w rozpacz. Mistrza zaś, artystę, którego powieść mogłoby przeczytać wielu ludzi, obrał sobie za narzędzie rozpowszechniania kłamstwa.

Bułhakow nie napisał powieści o tym, że Jeszua (Jezus) nie jest Bogiem i że na Niego nie można liczyć. Bułhakow napisał powieść o człowieku, który napisał powieść z taką tezą. A przede wszystkim o tym, że tę myśl podsunął mu szatan.  Oczywiście więc nie należy jej ufać.

Wszystko jest więc na odwrót niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Jezus zmartwychwstał, a szatan kłamie. Bułhakow z zacięciem satyryka przedstawił straszno-śmieszny świat stalinowskiego komunizmu w Rosji, przede wszystkim jednak sformułował problem najwyższej wagi, niepokojące pytanie XX wieku: zapytał, czy ludzie krzywdzeni przez zbrodniczą przemoc mają podstawy do nadziei. I odpowiedział: tak, mają (a co najmniej: niewykluczone, że mają) – a o jej zniszczenie stara się usilnie szatan, tym groźniejszy, iż potrafi przybierać łudząco sympatyczną postać.

Stanisław Falkowski

_____
PRZYPISY

[1] M. Bułhakow, Mistrz i Małgorzata, tłum. I. Lewandowska i W. Dąbrowski, Warszawa 1973, s. 40.
[2] A. Drawicz, Mistrz i diabeł, Kraków 1990, s. 295.
[3] M. Bułhakow, Mistrz i Małgorzata, op. cit., s. 348.
[4] Ibidem, s. 23.
[5] Ibidem, s. 171.

Elementarz anarchisty: Dobrowolne ubezpieczenie

W piątek po II Niedzieli Adwentu, A.D. 2014

Rys. Sztukmistrz

Spin-off serii Na W(A)RIACKiCH papierach

Anarchia nie jest do zbawienia koniecznie potrzebna. Jest sprawiedliwa i jako podstawa ładu społecznego wynika bezpośrednio z przykazań Bożych, w szczególności piątego i siódmego.

Anarchię definiuję jako sposób życia ludzi, którzy za normę postępowania przyjmują aksjomat nieagresji, czyli zakaz inicjowania przemocy fizycznej lub grożenia taką przemocą, jak również zakaz oszustwa na szkodę osoby lub jej własności.

Usłyszałem kiedyś od lekarza-katolika: „Powinno istnieć przymusowe ubezpieczenie medyczne. Są takie sytuacje, w których z finansowego punktu widzenia nie opłaca się ratować życia i zdrowia pacjenta – za duże koszty!”. Dlatego – stwierdził ów doktor – trzeba pod groźbą zastosowania przemocy odbierać ludziom ich własność.

Stwierdzenia powyższe dziwią niezmiernie – szczególnie w ustach katolika. Jakby Pan Bóg wymyślił taki świat, w którym ratowanie życia jest NIEOPŁACALNE, a pewnych problemów nie dawało się rozwiązywać bez łamania przykazań (w szczególności piątego i siódmego)!

Zadałem wspomnianemu lekarzowi trud zastanowienia się, jak mogłoby wyglądać ratowanie życia w społeczeństwie anarchicznym – w którym ubezpieczenia są dobrowolne. Wychodząc naprzeciw jego twierdzeniu, że ludzie nie byliby skłonni z własnej woli składać się na pewnego rodzaju procedury medyczne, zapytałem: „A czy Ty dobrowolnie byś się na nie złożył?”. Mój interlokutor bez chwili wahania odpowiedział: „Tak!”.

– Widzisz – dodałem. – Ja też bym się złożył i założę się, że nie bylibyśmy odosobnieni.

Dokładnych konsekwencji zastosowania zasady dobrowolności w warunkach anarchii albo jej braku nie znamy. Możemy je opisywać tylko w przybliżeniu. Jesteśmy natomiast pewni zasad moralnych zakazujących niesprawiedliwego zabijania i kradzieży – tu nie możemy pobłądzić. Jeśli będziemy tych zasad uczciwie i z zaangażowaniem strzec, Pan Bóg doda resztę.


Zdrowy Wariat

Bliźniaki: El Greco i Czarna Żmija

W święto św. Damazego, Papieża i Wyznawcy, A.D. 2014

Czy hrabia Orgaz,
składany właśnie do grobu przez świętych Augustyna i Szczepana... 

...wyglądał za życia tak, jak lord Blackadder?

Obserwacja: Sztukmistrz

Koza, czyli wolny rynek w praktyce

W środę po II Niedzieli Adwentu, A.D. 2014

Fot. Paweł Schulta

W polskich górach mieszka sobie nauczycielka języka obcego. Udziela lekcji dzieciom z okolicznych wiosek. Wynagrodzenie przyjmuje w naturze. Raz – dlatego że rodzice jej uczniów dysponują raczej dobrami takimi jak kura czy kawał prosiaka niż papierowy pieniądz. Dwa – dlatego że ma zaufanie do jakości tego, czym płacą jej klienci. Gdyby wynagradzano ją papierkami, cóż by z nimi zrobiła? Pojechała do supermarketu i zamieniła je na kurę albo kawał prosiaka – tyle że nie wiadomo jakiego pochodzenia, jakości  i zawartości.

To, co robi nauczycielka, jest naturalne. Normalne. Pozytywnie porażające w swojej prostocie oraz logice. I antysystemowe.

Z usługi, którą świadczy, i z wynagrodzenia, które otrzymuje, system nie ma NIC. Jej współpraca z uczniami oraz ich rodzicami to przykład wolnego rynku w działaniu. Handel wymienny bez użycia emitowanego przez państwo pieniądza papierowego to mocny oręż w walce z systemem.

Tylko że niektórzy z nas już o tym zapomnieli...

Po usłyszeniu ode mnie powyższej historii, dwaj znajomi słuchacze zareagowali (życzliwym, ale jednak) śmiechem, a jeden dodał jeszcze komentarz:
– A twoi klienci też ci pewnie kozy będą przyprowadzać?

Wyjaśnijmy sobie parę faktów.

Pieniądz (złoto, bitcoin, czy papier, którego wiarygodność gwarantują goście „Sowy i przyjaciół”) jest towarem na wymianę; tak jak kura, prosiak, koza, czy książka.

System wmówił wielu z nas, że posiadacze kur, prosiaków, kóz, książek, czy krzeseł – nie dysponujący za to szczególnie wielką ilością pieniądza papierowego – są biedni. A bogatymi zwykliśmy nazywać tych, którzy mogą przelać komuś innemu dużo zer ze swojego konta bankowego. Jakaż naiwność!

Usilne dążenie systemu do tego, aby ludzie stronili od bezpośrednich wolnorynkowych transakcji, ujawnia, jak silną stanowią one broń. W miarę jak postępowanie opisanej nauczycielki upowszechnia się, system dysponuje coraz szczuplejszymi środkami; całe bogactwo (kura, prosiak, złoto etc.) zostaje w rękach tych, którzy prowadzą ze sobą dobrowolną wymianę.

Mawiają, że do tryumfu zła wystarczy obojętność ludzi dobrych.

Do tryumfu, a przynajmniej znacznego posunięcia do przodu sprawy dobra i wolności, przyczyniają się ludzie tacy jak opisana wiejska nauczycielka.

Drodzy Czytelnicy, uprzejmie Was proszę: przeczytajcie ten wpis dokładnie i uczciwie. Nie, nie postuluję, aby natychmiast przejść wyłącznie na barter. Postuluję za to, aby w drodze do wolnorynkowej gospodarki, w której funkcjonuje również pieniądz (za którym stoi realne bogactwo), nie deprecjonować i nie wyśmiewać konstruktywnego działania pewnej pracowitej kobiety, które – w świadomy i zamierzony lub nieświadomy i niezamierzony sposób – do tej zdrowej rzeczywistości nas przybliża.

Praktykant

Dlaczego nie bawi mnie PRL

We wtorek po II Niedzieli Adwentu, A.D. 2014


Rys. Sztukmistrz


Mało kto dzisiaj rozumie jeszcze, co znaczy fundamentalny dla naszej kultury wyraz „niestosowne”. Śmiech z PRL jest czymś w moim odczuciu niestosownym. Nie bawią mnie zatem ani komedie na ten temat, ani lokale urządzone na „tamtą” modłę, ani nic, co pozwala oddzielać tamte czasy od wymiaru moralnego. Mój niesmak jest spowodowany pomieszaniem moralnym, jakie spowodował brak rozliczenia przeszłości. Uważam, że dystans, jaki jest potrzebny do zabawy tą tematyką, następuje po moralnym jej osądzeniu. Brak osądu uniemożliwia zaś dystans. A dystans jest niezbędny, aby móc się śmiać, aby móc się bawić rzeczywistością. W przeciwnym razie rzeczywistość ulega wykoślawieniu. Sfera groteski zajmuje miejsce nieprzygotowane. Wchodzi tam, gdzie granica między złem a dobrem nie została wyraźnie postawiona. W takich warunkach niezwykle łatwo ją przekraczać.

Świat PRL w istocie był terenem, z którego można czerpać garściami inspirację do komedii, do groteski, do stylizacji baru. Ale pod jednym warunkiem – teren ten najpierw wymaga moralnego uporządkowania. Nazwanie zła złem, a dobra dobrem, oddanie sprawiedliwości ofiarom i ukaranie katów, moralny porządek. To wszystko jest niezbędne, aby móc do tej rzeczywistości nabrać dystansu. Ci wszyscy peerelowscy notable byliby śmieszni i warci komedii, gdyby… nie okazali się zwycięscy. Do ludzi idzie wciąż czytelny przekaz – warto było być kanalią. Rzeczywistość zwycięskich kanalii to dla mnie niestosowna tematyka do żartów. Uniemożliwiono mi bowiem nabranie do niej dystansu.

Co jest śmiesznego w losach ludzi wypędzonych ze swojej ziemi? Zmuszonych do zostawienia grobów swoich przodków? Ludzi przewiezionych bydlęcymi wagonami na obce tereny, osadzonymi w zrabowanych gospodarstwach i poddanych totalitarnej kontroli? Nic. Ale „komedia” Sami swoi każe coś śmiesznego w tym widzieć. I niejako w ramach bonusu sączy jad kłamstwa, propagandowego fałszerstwa historii. Mamy więc bezrefleksyjny śmiech (który należałoby nazwać rechotem) z sytuacji tragedii, której miejsce zajmuje sielanka. Zadaje to gwałt naszej wrażliwości i zdolności oceny dobra i zła.

W świetle tego komedie Barei zasługują na szczególną uwagę – to, co w nich jest zabawne, dotyczy ludzi, sytuacji, ale sam ustrój pozostaje jednoznaczny. Obraz prymitywizmu „właścicieli Polski ludowej” jest ewidentny. Donosiciel, partyjniak, esbek, karierowicz, oni wszyscy są pokazani właśnie takimi. Dlatego Bareja bawi. U niego panuje bowiem ład moralny. Gdy w serialu Zmiennicy książę Ksawery Radziwiłł przybywa do swego zrujnowanego domu „gospodarowanego” przez państwo, widz nie ma wątpliwości, kto jest ofiarą, a kto bezczelnym oprawcą.

Restauracja urządzona w stylu socrealistycznym sprowadza zło do roli pustej formy, którą można się bawić. Jednak zabawa formą bez identyfikacji tego, co owa forma przedstawia, nieuchronnie prowadzi do oswajania się ze złem.

Jerzy Juhanowicz

A mum is a mum is a mum

W święto Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, A.D. 2014


Swego czasu zadałem dziecku pytanie:
– What does your mum do?
[Czym zajmuje się Twoja mama?]
W odpowiedzi usłyszałem:
– My mum... – chwila zastanowienia – is a mum.
[Moja mama jest... mamą.]
To była najprawdziwsza i najpiękniejsza odpowiedź.

Tekst: F.L.Z.F
Fotografia: MDK

Medytacja na II Niedzielę Adwentu

A.D. 2014


Mt 11, 2–10

Onego czasu:
Jan usłyszawszy w więzieniu dzieła Chrystusowe, posławszy dwu z uczniów swoich,
Rzekł mu: Tyś jest, który masz przyjść, czyli inszego czekamy?
A odpowiadając Jezus, rzekł im: Szedłszy odnieście Janowi, coście słyszeli i widzieli:
Ślepi widzą, chromi chodzą, trędowaci bywają oczyszczeni, głuszy słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim Ewangelią opowiadają.
A błogosławiony jest, który się ze mnie nie zgorszy.
A gdy oni odeszli, począł Jezus mówić do rzesz o Janie: Coście wyszli na puszczą widzieć? trzcinę chwiejącą się od wiatru?
Ale coście wyszli widzieć? człowieka w miękkie szaty obleczonego? Oto, którzy w miękkie szaty się obłóczą, w domiech królewskich są.
Ale coście wyszli widzieć? Proroka? Zaiste powiadam wam, i więcéj niż proroka.
10 Bo ten jest, o którym napisano: Oto Ja posyłam Anioła mego przed obliczem twojem, który zgotuje drogę twą przed tobą.


-> Joannes autem cum audisset in vinculis opera Christi
Ograniczenia
Chcę się przyjrzeć temu, co mnie ogranicza. Czy jest to grzech? Czy podejmuję z nim jakąkolwiek walkę, czy popadłem w rezygnację? Czy może jest to ciężkie doświadczenie życiowe? Czy potrafię je cierpliwie znosić w duchu ofiary?

-> Tu es qui venturus es, an alium expectamus?
Co jest dla mnie najważniejsze w życiu? Czemu poświęcam się bez reszty? Czy przyjście Pana, które wkrótce nastąpi, nie jest dla mnie przypadkiem jedynie elementem folkloru? Jak wygląda moje oczekiwanie?

-> Quis existis in desertum videre?
Ciekawość

Co jest moim głównym przedmiotem dociekań? Czy nie tracę przypadkiem czasu na poszukiwanie nic nie znaczących informacji? Czy moja ciekawość nie jest jedynie żądzą sensacji?

NCWC

"Captive Market" Revisited

W piątek po I Niedzieli Adwentu, A.D. 2014




Pan Internet donosi, że opowiadanie Dicka istnieje w języku polskim  – przetłumaczone  jako Monopolistka, a kiedy indziej jako: Jeńcy. Mimo wszystko pokusiłbym się o stwierdzenie, że można by – zachowując większą wierność wobec oryginału – przełożyć tytuł używając słowa „rynek”. Może Niewolny rynek?

Towarzyszący wpisowi obrazek z białym tłem to pierwotna wersja grafiki, której kolorystykę zainspirowała częściowo analiza tekstu pod kątem pojawiających się w nim barw.
Czarny jest pył w okolicach obozowiska kolonistów i asfalt drogi, którą Edna Berthelson jeździ, aby dostarczać im towarów. Jej ciężarówka ma kolor czerwony. Gdy zbliża się do granicy dwóch światów, widać szczyt Mount Diablo – biały i niebieski na tle rozżarzonego nieba. Rozżarzone do białości są również fragmenty eksplodującego statku kosmicznego. W tekście spotykamy ponadto: szary, pomarańczowy, khaki, brązowy oraz zielony. Pojawia się również bezbarwny ptak!

Pewien malkontent skrytykował oryginalny wariant, zarzucając mu zbytnią „cukierkowatość”. Względem wersji z czarnym tłem też można zgłosić zarzut: nadal za dużo landryny; zamiast różowego powinien być czerwony (najlepiej rdzawoczerwony, bo samochód pani Berthelson rdzewieje).
Co o tym sądzą Czytelnicy? Może spróbowaliby swoich sił i zaproponowali alternatywne wersje grafiki?

Sztukmistrz

Prastary Maciejunio

W święto św. Piotra Chryzologa, Biskupa, Wyznawcy i Doktora Kościoła, A.D. 2014


Rys. Sztukmistrz

Pamięci Władysławy Bulczyńskiej

Gdy Cezary Baryka i Hipolit Wielosławski, młodzi bohaterowie Przedwiośnia, wracają z wojny i przybywają do rodzinnej Nawłoci Hipolita, po pierwszych powitaniach:

     Gdy zajęto miejsca przy stole, a przybył jeszcze rządca, pan Turzycki, oraz dwie ciocie podstarzałe, jedna wdowa – Aniela – druga stara panna – Wiktoria – gwar się stał nie byle jaki. Stary służący Maciejunio ledwie mógł nadążyć z odkorkowywaniem. Nawet mu źle szło z tymi korkami. Musiał mu sam panicz, „Jaśnie-Hipcio”, pomagać, co doprowadziło za dużą szafą kredensową do tajemniczego zrujnowania hierarchii – po prostu do uścisków serdecznych Jaśnie-Hipcia z prastarym Maciejuniem. (143)

Epitetu prastary pisarz użył w niezwykły sposób. Zwyczajnie towarzyszy on bowiem nazwom przedmiotów, budowli, drzew (prastary dąb), zwyczajów. Użycie go wobec osoby prowadzi do groteskowej depersonifikacji postaci. Ale depersonifikacja w tym przypadku bynajmniej nie oznacza degradacji. Prastary (nie zaś po prostu: „stary”) Maciejunio ma przypominać wrośnięte solidnie w ziemię drzewo i wrośnięty solidnie w dusze mieszkańców jakiegoś kraju czy okolicy zwyczaj; ma się kojarzyć z czymś, co w swojej istocie pozostaje niezależne od jednostkowej ludzkiej woli i nie podlega zmianom. Maciejunio więc stanowi część (miejscowego) świata pełnego harmonii i równowagi.
Prastary to ponadto przymiotnik obdarzony określonym zabarwieniem emocjonalnym: dźwięczy w nim nuta swojskiej zażyłości i zarazem otaczanego czcią dostojeństwa. Nic dziwnego, że następnego ranka w odpowiedzi na wielką, bardzo wielką pochwałę pewnego słoika, który [Maciejunio] nieznacznie wskazywał:

Cezary przysiągł mu oczyma, iż odwiąże opakowanie słoika i skosztuje, a nawet sięgnie dokumentnie do wnętrza. (159)

Przysiągł – niczym wodzowi lub duchowemu przewodnikowi! Przymiotnikiem „prastary” Żeromski jakby poklepuje tego przewodnika, wprowadzającego w nawłocki świat, po ramieniu, ale też bierze go w ramiona i całuje w spracowaną dłoń. Z wielkiego świata, który drży w posadach, wstrząsanego konwulsjami rewolucji, dwóch wojen, mordów i grabieży, Cezary, Kandyd XX wieku, przybywa do starego, bezpiecznego domu. W progach tego domu wita go stary sługa, stanowiący część jego fundamentów, jego feudalnej hierarchii i jego odwiecznego ciepła.             

Stanisław Falkowski

_____
Numery stron według wydania: Stefan Żeromski, Przedwiośnie, Warszawa 1974 (Dzieła w oprac. S. Pigonia, t. 19).
_____
Tekst stanowi nieznacznie zmienioną wersję rozdziału z książki Siły większe niż chaos (Tajemnice „Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego), Warszawa 2002.

Psy, koty i inne istoty

W święto św. Franciszka Ksawerego, Wyznawcy, A.D. 2014


I always like a dog so long as he isnt spelled backward.
~ G.K. Chesterton, The Oracle of the Dog


Fotoreportaż i dynamiczna dyskusja redakcyjna

 
 Wszystkie cztery ogłoszenia wisiały tego samego dnia na tej samej tablicy




– Na co pies w mieście? Pies się męczy. Pies się męczy w mieszkaniu. Pies nie ma się gdzie wybiegać. Czy pomyślałeś o tym, szanowny właścicielu, któremu rzekomo leży na sercu dobro twojego pupila?
– Zdechł pies!
– Na miejsce!
– Gdzie jest miejsce zwierzęcia? Na wsi. W budzie. W oborze. Na polu.
– Za to w mieście organizuje się teraz takie hece, że ludzie ślub biorą i na zaproszeniach winszują sobie, aby zamiast kwiatów składać datki na schronisko dla bezdomnych koni!
– Bezdomnych? Chyba bezstajennych?
– Inni chcieli karmę dla zwierząt! Powariowali!
– W Warszawie na Marszałkowskiej widziałem świnię! [Część interlokutorów kręci z niedowierzaniem głowami] Nie, nie... Regularny prosiak. Parzystokopytny, różowy, z ryjem. Jakiś chłopak go prowadził. Na smyczy!!
– Też widziałem! Ale ten na ulicy był mały. A do metra wsiadł raz koleś z knurem. Normalnie sto kilo żywej wagi.
– To znaczy knur (a nie koleś) ważył sto kilo? – upewniła się Łusia.
– Tak – potwierdzono.
– Przemywanie oczu, czesanie, siatka bezpieczeństwa, umowa adopcyjna... Czy ktoś tu czasem nie zwariował? W Polsce wciąż morduje się dzieci nienarodzone. Czy w ich obronę włączamy się przynajmniej z takim samym zaangażowaniem co w zapewnienie bezpieczeństwa i komfortu zwierzętom?


W epilogu Pana Tadeusza czytamy o tym, że w Polsce „po psie płaczą szczerze / I dłużej niż tu [w Paryżu] lud po bohaterze”. Mickiewicz nie potrzebuje wspominać, że Polak smuci się po śmierci CZŁOWIEKA bardziej niż po śmierci zwierzęcia – jest to dla niego oczywiste. A dla nas?


„Tutaj pies napije się wody”. A przy okazji obwącha klientów, otrze się o nich tymi częściami ciała, które wytarzał w nie wiadomo (lub gorzej: wiadomo) czym, poślini się na posadzkę, poociera się o rośliny, wesoło warknie... – tego już nie piszą.


– Gdyby na ulicy podszedł do nas człowiek i zaczął ocierać się o nasze nogawki, chwytać za nie zębami albo obśliniać nasze odzienie, mielibyśmy pełne prawo potraktować to jako agresję i bronić się przed takim zachowaniem. Gdy robi tak zwierzę (zazwyczaj przy bierności właściciela), kładziemy uszy po sobie.
– Czytałem kiedyś artykuł, którego autor opisał, jak postępuje w wypadku agresywnego zachowania zwierzęcia: najpierw w mordę dostaje pies, zaś jego właściciel – jeśli się stawia – w następnej kolejności.
– Problem pojawia się, gdy psa prowadzi kobieta...
– Nierzadko to pies prowadzi kobietę. Patrząc na to, zadajemy sobie pytanie: czy ludzie faktycznie bywają tak nieodpowiedzialni, żeby wychodzić na ulicę ze zwierzęciem, nad którym nie panują?
[Miało być retoryczne, ale malkontent stawia kropkę nad „i”:]
– Tak, bywają.


„Jedna dziewczynka i dwóch chłopców”...


...skoro zwierzęta zaczynamy traktować jak ludzi,
nie dziwi, że ludzi zaczynamy traktować jak zwierzęta.

_____
Fotografię z dzieckiem na smyczy zrobił Jerzy Juhanowicz; pozostałe zdjęcia: Paweł Antoniewicz.