Bruce Marshall "Chwała córki królewskiej" (13)

-----------------------------
Wirtualne Wydawnictwo WiWo szuka realnego (papierowego) wydawcy niniejszego tekstu, który byłby gotów wynagrodzić godziwą zapłatą osoby, które przyczyniły się do jego powstania. Zainteresowanych prosimy o kontakt mailowy na adres
 wirtualnewydawnictwowiwo[malpa]gmail.com
-----------------------------




XIII

Gdy w Środę Popielcową roku 1920 wciąż brakowało w kraju oznak religijnego odrodzenia, nawet ksiądz Bonnyboat zaczął się obawiać, że sama liturgia nie załatwi sprawy; poprosił więc monsignore O’Duffy’ego, aby przybył z prokatedry i wygłosił kazania misyjne. Monsignore O’Duffy powiedział, że uważa to za pierwszorzędny pomysł i że wygłosi wiernym Najświętszego Imienia takie fest kazania misyjne, że wszystkim pójdzie w pięty i nikt w całej parafii nie popełni grzechu śmiertelnego przez przynajmniej trzy tygodnie; tylko myśli, że im wcześniej zacznie, tym lepiej, bo diabeł krąży obecnie z rykiem i ostentacją, bez dwóch zdań. Misja zaczęła się więc w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu uroczystą mszą odprawianą przez samego monsignore O’Duffy’ego. Pierwsze kazanie wygłosił ze stopni ołtarza; wygłosił je po komunii kapłana zamiast po ewangelii, bo zdecydował się wygłosić naukę niezwykle mocną i nie chciał mieć później dużo wymagających rzeczy do zaśpiewania.
Odsuńcie się od tych drzwi! – wydarł się przez cały kościół na pilnujących porządku przy wejściu – odsuńcie się od tych drzwi, abym widział, czy nikt nie próbuje wychodzić! Posunie się pani i puści tę panienkę! – wrzasnął na lady Ippecacuanhę. – Nie może pani cały czas siedzieć na rogu! W imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. Amen. Moi drodzy bracia, jako że w tej parafii grzech tak bardzo się panoszy, wasz dobry proboszcz wezwał mnie, abym wygłosił kazania misyjne i przestrachem sprowadził was znowu na drogę Bożą. Właściwie to proponuję, że wygłoszę dwa kazania: jedno w języku angielskim dla Szkotów i Irlandczyków, a drugie w języku wyłoskim dla Wyłochów. Kazanie dla Szkotów i Irlandczyków będzie o ósmej wieczorem, a dla Wyłochów o siódmej wieczorem, ale pozwólcie, że zaznaczę, iż to na nic, jeśli na kazanie po wyłosku przyjdzie jeden Wyłoch z każdej rodziny; przyjść muszą wszyscy Wyłosi w parafii.
Moi drodzy bracia w Jezusie Chrystusie! Patrząc na dzisiejszy świat, widzimy olbrzymią, ryczącą, kwiczącą, rozpitą, kipiącą od chuci, bluźnierczą, malkontencką, miotającą się w szale pogańską tłuszczę, kłębiącą się na ulicach naszych miast i uważającą się za godnych szacunku obywateli tylko dlatego, że ma kapelusze na głowach, wyuzdane płaszcze, a ponadto nosi parasole. Ale nie są oni godni szacunku. Nie są godni szacunku, bo nie zważają na Boże przykazania. I ta olbrzymia, rycząca, kwicząca, rozpita, kipiąca od chuci, bluźniercza, malkontencka, miotająca się w szale pogańska tłuszcza pójdzie na zatracenie, by płonąć w ogniu piekielnym przez całą wieczność, jeśli nie będzie bardzo ostrożna. A wy, moi drodzy bracia w Jezusie Chrystusie, jesteście częścią tej olbrzymiej, ryczącej, kwiczącej, rozpitej, kipiącej od chuci, bluźnierczej, malkontenckiej, miotającej się w szale pogańskiej tłuszczy.
Ksiądz Smith, który posługiwał jako subdiakon, w tym momencie przestał słuchać, choć od czasu do czasu wychwytywał pojedyncze sformułowania monsignore, którymi praskał on przez kościół, chlaszcząc nadobnie zgromadzonych: „Żadna para zakochanych z tej parafii nie powinna chodzić ciemnymi ulicami po dziesiątej wieczorem”; „Bóg wszechmogący nigdy nie zamyślił, aby młode dziewczęta nosiły pończochy w cielistym kolorze o którejkolwiek porze roku, nie mówiąc już o świętym okresie Postu”. Tego wszak od niego oczekiwano? Czy tym, czego potrzebowano, nie było otwarcie się na subtelniejsze wymagania służby Bożej? Grzechów jarmarcznych należało unikać, to oczywiste, bo pijaństwo i rozpusta zaciemniały wzrok duszy i ukrywały przed dopuszczającymi się ich orzeźwiającą wizję Boga. Ale czy szacowność, która zabraniała pijaństwa i rozpusty niemal tak rygorystycznie jak Kościół Boży, czy szacowność ta nie była grzechem największym ze wszystkich, bo mylnie brała pozory za szczerość? Menedżerowie banków, maklerzy, prawnicy, dyrektorzy firm, ci, którzy zachęcali młodych ludzi, aby utrzymywali dobre stosunki ze światem i żeby tracili błysk w oczach – czyż nie byli oni większymi niż pijacy i rozpustnicy grzesznikami, jako że grzechy popełniane przez nich w kantorach rozprzestrzeniały się po całym świecie i brukały niewinnych? A wśród wiernych parafii Najświętszego Imienia nie było żadnych menedżerów banków, maklerów, prawników, ani dyrektorów firm, bo w Szkocji tylko ubodzy byli katolikami. Być może dlatego Bóg kochał ich tak bardzo i dawał im do przeskoczenia łatwiejsze obręcze – trzeźwość i czystość – bo na ziemi los doświadczał ich tak ciężko, że umożliwienie im dostania się do nieba w sposób łatwiejszy niż bogatym stanowiło zwykłe oddanie im sprawiedliwości. Ksiądz Smith spojrzał na drugą stronę sedilli, aby zobaczyć, jak odbiera kazanie ksiądz Bonnyboat, lecz siedział on z biretem nasuniętym aż na oczy, więc niemożliwym było stwierdzenie, co myśli.
Na najwyższym stopniu ołtarza, ostrzegłszy już tych, którzy nigdy nie wybrali się dalej niż do Dunoon1, przed niebezpieczeństwami czekającymi w Paryżu ze strony „krzykliwie ubranych i obiżuteriowanych Jezebel, obnoszących swą niegodziwość w marmurowych pałacach”, monsignore O’Duffy zbliżał się z ogłuszającym przytupem do finału.
Tak, i świetnie wiem, co sobie myślicie – powiedział. – Myślicie, że, och, wszystko bardzo pięknie i że macie mnóstwo czasu na pokutę, zanim umrzecie; i że w dodatku możecie rzucić sobie jeszcze jedno spojrzonko na świat, ciało i diabła, a może również jeszcze raz troszeczkę ich posmakować. Cóż, wcale nie macie dużo czasu. Tej właśnie nocy Pan Bóg może powiedzieć do każdego z was: „Aundry albo Bessie albo Jimmie, duszy twej upominają się u ciebie”2, a jeśli nie będzie ona wolna od grzechu śmiertelnego i błyszcząca jak wypolerowana patelnia w dobrze utrzymanej kuchni, wtedy idziecie do piekła, by wrzeszczeć i wydzierać się tam z potępionymi przez całą wieczność. Dwadzieścia lat temu było w tym mieście dwóch górników: jeden nazywał się Pat, a drugi – Mike, i żaden z nich nie wypełniał wielkanocnego obowiązku przez lata. A jednego pięknego dnia spotkałem ich obu na ulicy i powiedziałem do nich: „Pat i Mike” – powiedziałem – „Pat i Mike, obaj wiecie równie dobrze jak ja, co się stanie, jeśli umrzecie bez spowiedzi i komunii świętej”. Cóż, Pat posłuchał mojego ostrzeżenia i wypełnił swój obowiązek, ale Mike – nie, a gdy następnym razem zobaczyłem Mike’a, leżał na ziemi, a rzygająca zeń krew uchodziła z niego wraz z życiem. Którego to dobrodziejstwa życzę wam wszystkim w imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. Amen.
Ze względu na szczególne okoliczności adoracja Najświętszego Sakramentu odbyła się wyjątkowo po mszy. Ksiądz Smith, klęcząc przed Hostią w monstrancji, ponownie dziękował wszechmogącemu Bogu za to, że dał Kościołowi pełne mocy pewne słowa, które nie mogą zawieść, niezależnie od tego, jak wielkie byki i gafy mogą popełniać kapłani na ambonie, gdy mówią ludzkim głosem. Nowy męski chór w wykrochmalonych komżach zaśpiewał z radosną żywiołowością O salutaris oraz Tantum ergo, ale ksiądz Smith sądził, że nie śpiewa on ani trochę piękniej niż mieszany chór panny O’Hara ze swoimi getrami, kaloszami i fałszywymi nutami. Potem monsignore O’Duffy podniósł monstrancję i uczynił nią wielki znak krzyża nad klęczącymi ludźmi, a ksiądz Smith dostrzegał, że potężna, spocona twarz monsignore naprawdę kocha naszego Pana, i że krzyki, tyrady oraz żołądkowanie się to tylko jego sposób, w który próbuje skłonić innych ludzi, aby także Go kochali.
Gdy po nabożeństwie ksiądz Smith przechodził przez kościół, zobaczył całkiem pokaźny tłum kobiet siedzących w kolejce na ławce przed konfesjonałem, który na czas misji przydzielono monsignore O’Duffy’emu. Była wśród nich lady Ippecacuanha, jak również jedna czy dwie lafiryndy, bo prałat, pomyłkowo zaczepiony wieczorem przez panie tej profesji, gdy wracał z wizyty u chorego, potrafił poradzić sobie z nimi naprawdę skutecznie. „Spłoniesz jak wiązka chrustu, zdziro” – miał zwyczaj ryczeć, zamiast wzorem dziekana episkopalian zdejmować kapelusz i mówić: „Nie dzisiaj, kochanie”. Nawet teraz, zanim wszedł do konfesjonału, dawał im wykład, stojąc przed nimi i wykrzykując swoje napomnienia w pióro kapelusza lady Ippecacuanhi. – Jestem zachwycony, widząc, że moje słowa odniosły tak dobry skutek, ale, proszę, darujcie sobie dyrdymały, gdy będziecie się spowiadać, bo śpieszę się do domu na obiad – mówił. – Więc od razu zaczynajcie od prawdziwych grzechów, takich jak kiedy ostatni raz się upiłyście i tak dalej, i pamiętajcie, że to na nic spowiadać się z tego, że ukradłyście sznur, jeśli zapomnicie powiedzieć o tym, iż do jego końca przywiązany był koń.
Z tyłu kościoła, gdzie cześć oddawali Bogu ludzie bardzo ubodzy, panował zwyczajowy odór brudnych ubrań i ludzkiego potu, ale księdzu Smithowi zbytnio to nie przeszkadzało, bo wiedział, że to zapach świętości, choć miał nadzieję, iż w raju Bóg da ubogim przyjemniejszą woń. Ksiądz Smith za każdym razem, gdy czuł ten fetor, rozumiał, co miał na myśli Chrystus, gdy powiedział: „Takci ostateczni będą pierwszymi, a pierwsi ostatecznymi”3 i z przyjemnością myślał o tym, że pewnego dnia ubodzy otrzymają zadośćuczynienie za wszystkie niewygody i poniżenia, gdy zasiądą sobie komfortowo w przednim rzędzie stalli w najwyższym kręgu nieba i będą w niepohamowanej radości wykrzykiwać Bogu wspólnie ze świętym Ignacym, świętym Dominikiem i całą resztą tamtejszej arystokracji.
Z tyłu kościoła, wśród stosów religijnych traktatów, różańcowych sznurów i liczonych na plutony medalików z Najświętszym Sercem, ksiądz natknął się na stojących ramię w ramię Angusa McNaba i Annie Rooney. Uśmiechnął się do Angusa McNaba, bo wykazał się on wielką odwagą i zdobył DCM4, ale nie uśmiechnął się do Annie Rooney, bo wiedział, że czas, przez który nie przystępowała do sakramentów, nadal należało liczyć w latach. Angus miał na sobie nowy brązowy garnitur, który wyglądał na złożony wyłącznie z fałdek i eleganckich kantów, ale ksiądz Smith był zdania, że Angus nie prezentował się nawet w połowie tak szykownie jak w mundurze kinowego portiera, gdy paradował tam i z powrotem na tle reklam z Mae Murray, Eddiem Lyonsem i Lee Moranem5. Annie Rooney także ubrała się zgodnie z najświeższą modą – włożyła bladoniebieską garsonkę i różową bluzkę z tak dużym dekoltem, że miała tylko jeden guzik.
Proszę księdza, będzie nam musiał ksiądz pogratulować – powiedział Angus. – Annie i ja pobieramy się.
Ta wiadomość była dla księdza Smitha ciosem, bo zawsze lubił Angusa i wiedział, że Annie Rooney to tylko ulicznica, łajdacząca się z pijanymi marynarzami, gdy tylko nadarzyła się okazja; ale nie mógł powiedzieć tego teraz Angusowi McNabowi – mając przed sobą Annie Rooney stojącą i wpatrującą się w niego z głębi swoich wielkich wrogich kocich oczu.
Małżeństwo jest sakramentem Kościoła i nie należy w nie wstępować lekkomyślnie – powiedział bardziej do Annie niż do Angusa, ale cały skutek, jaki to spostrzeżenie wywarło na jej wielkiej nadętej twarzy, świadczył o tym, że równie dobrze mógł powiedzieć: „Ponieważ Kościół naucza, iż księżyc jest z sera, żaden katolik nie ma prawa wierzyć, że jest zrobiony z masła”.
Wszystko w porządku, proszę księdza – powiedział Angus. – Annie jest już porządną dziewczyną i oboje przystąpimy do komunii świętej, zanim się pobierzemy – prawda, Annie?
Annie nie odpowiedziała, ani się nie uśmiechnęła, ale kilkukrotnie kiwnęła potakująco głową w kierunku księdza Smitha, aby ksiądz zdał sobie sprawę, że wszystko naprawdę jest w porządku i że głęboko pod różową bluzką Annie jest prawdziwą chrześcijanką, choć nie zadaje sobie wielkiego trudu, aby ludzie mieli tego świadomość.
Gdy ksiądz Smith zawrócił do kościoła, monsignore O’Duffy wciąż jeszcze słuchał spowiedzi, ale pomruk jego głosu dochodził z konfesjonału cicho, jakby nawet on wiedział, że aplikując zasługi męki Chrystusa do słabych dusz ludzkich, kapłan musi działać w sposób łagodny i kojący.

1 Dunoon – nadmorskie miasto w zachodniej Szkocji.
2 Por. Łk 12, 20.
3 Mt 16, 20.
4 Czyli Medal za Wyjątkowe Zasługi.
5 Mae Murray (1885–1965) – amerykańska aktorka, tancerka, producentka filmowa i scenarzystka; Eddie Lyons (1886–1926) – amerykański aktor filmowy, reżyser, scenarzysta i producent; Lee Moran (1888–1961) – amerykański aktor filmowy i scenarzysta; wszyscy stali się znani w epoce kina niemego.




Tłumaczenie: Łukasz Makowski
Projekty okładek: Sztukmistrz
(górna z wykorzystaniem zdjęcia
autorstwa Jana Wincentego F.)

-----------------------------
Wirtualne Wydawnictwo WiWo szuka realnego (papierowego) wydawcy niniejszego tekstu, który byłby gotów wynagrodzić godziwą zapłatą osoby, które przyczyniły się do jego powstania. Zainteresowanych prosimy o kontakt mailowy na adres
 wirtualnewydawnictwowiwo[malpa]gmail.com
-----------------------------

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz